Sześciopunkt

Magazyn Polskich Niewidomych i Słabowidzących

ISSN 2449-6154

Nr 3/24/2018
marzec

Wydawca: Fundacja Świat według Ludwika Braille’a

Adres:
ul. Powstania Styczniowego 95d/2
20-706 Lublin
Tel.: 505-953-460

Strona internetowa:
www.swiatbrajla.org.pl
Adres e-mail:
biuro@swiatbrajla.org.pl

Redaktor naczelny:
Teresa Dederko
Tel.: 608-096-099
Adres e-mail:
redakcja@swiatbrajla.org.pl

Kolegium redakcyjne:
Przewodniczący: Patrycja Rokicka
Członkowie: Jan Dzwonkowski, Tomasz Sękowski

Na łamach Sześciopunktu są publikowane teksty różnych autorów. Prezentowane w nich opinie i poglądy nie zawsze są tożsame ze stanowiskiem Redakcji i Wydawcy.

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam, ogłoszeń, informacji oraz materiałów sponsorowanych.

Redakcja zastrzega sobie prawo do skracania, zmian stylistycznych oraz opatrywania nowymi tytułami materiałów nadesłanych do publikacji.

Materiałów niezamówionych nie zwracamy.

Publikacja dofinansowana ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.

Spis treści

Od redakcji

Wielkanocny pacierz- Ks. Jan Twardowski

Temat rzeka - Emilia Święcicka

Autorzy, piszący do Sześciopunktu - Teresa Dederko

Nowinki tyfloinformatyczne i nie tylko

Ustaw sobie spokój - Jan Stradowski

Nauka bezwzrokowego pisania - Mateusz Bobruś

Sport

Dlaczego lubię pływać - Teresa Dederko

Zdrowie bardzo ważna rzecz

Superfood dla wzroku - Patrycja Rokicka

Gospodarstwo domowe po niewidomemu

Kuchnia po naszemu - D.S.

Z osobowego na Pendolino - N.G.

Rehabilitacja kulturalnie

Ograniczenia tkwią w naszych głowach - Patrycja Bogdała

Sposób na dobry dzień - Halina Kuropatnicka-Salamon

Poddać się ocenie - Iwona Czarniak

Zwierzęta w naszym życiu - Małgorzata Gruszka

Galeria literacka z Homerem w tle

Nota biograficzna - Ireneusz Kaczmarczyk

Singiel - Ireneusz Kaczmarczyk

Nasze sprawy

Stare po nowemu, czy nowe po staremu - Alicja Nyziak

Pobudka, wiosna nadchodzi! - Patrycja Rokicka

Z historii Niewidomych

Pies-fenomen opiekun niewidomego - J.Ł.

Listy od Czytelników

Od Annasza do Kajfasza - Bożena Lampart

Ogłoszenie

&&

Od redakcji

Drodzy Czytelnicy!

Obecny numer Sześciopunktu jest bardzo różnorodny, więc na pewno każdy znajdzie w nim coś ciekawego dla siebie.

Proponujemy przeczytanie kolejnej pracy konkursowej wyróżnionej w konkursie Życie bez wzroku.

Na prośbę Czytelników przedstawiamy notki biograficzne autorów piszących do Sześciopunktu.

W dziale o zdrowiu polecamy artykuł na temat żywności, dzięki której można lepiej zadbać o wzrok.

W Galerii literackiej z Homerem w tle publikujemy opowiadanie autora goszczącego po raz pierwszy na łamach Sześciopunktu.

Jak zwykle, zapraszamy do wspólnego gotowania w naszej wspaniałej kuchni, a także do odwiedzenia pozostałych działów, w których poruszone zostały różne problemy, z jakimi osoby niewidome i słabowidzące muszą sobie radzić na co dzień.

Z okazji najważniejszych dla wszystkich chrześcijan świąt Zmartwychwstania Pańskiego życzymy, aby we wszystkich sercach rozkwitała wiara, nadzieja i miłość, a na całym świecie zapanował prawdziwy Boży pokój.

Wesołego Alleluja!

Zespół redakcyjny i Zarząd Fundacji Świat według Ludwika Braille'a

<<<powrót do spisu treści

&&

Wielkanocny pacierz

Ks. Jan Twardowski

Nie umiem być srebrnym aniołem -
ni gorejącym krzakiem -
tyle Zmartwychwstań już przeszło -
a serce mam byle jakie.

Tyle procesji z dzwonami -
tyle już Alleluja -
a moja świętość dziurawa
na ćwiartce włoska się buja.

Wiatr gra mi na kościach mych psalmy -
jak na koślawej fujarce -
żeby choć papież spojrzał
na mnie - przez białe swe palce.

Żeby choć Matka Boska
przez chmur zabite wciąż deski -
uśmiech mi Swój zesłała
jak ptaszka we mgle niebieskiej.

I wiem, gdy łzę swoją trzymam
jak złoty kamyk z procy -
zrozumie mnie mały Baranek
z najcichszej Wielkiej Nocy.

Pyszczek położy na ręku -
sumienia wywróci podszewkę -
serca mego ocali
czerwoną chorągiewkę

Źródło: www.poema.pl

<<<powrót do spisu treści

&&

Temat rzeka

Emilia Święcicka

Wyróżnienie w konkursie Życie bez wzroku

Najpierw było życie ze wzrokiem, bo do trzynastego roku życia widziałam. Choroba przerwała mi naukę w szkole. Nadeszły dni rozpaczy. Dwa lata byłam w domu. Szukałam jakiegoś zajęcia, pomagałam mamie w czym tylko się dało. Było nas w domu siedmioro rodzeństwa - pięcioro młodszych. Często płakałam nad tym jak będę żyć. Pewnego dnia młodsi bracia zastali mnie płaczącą i powiedzieli: Siostra, nie martw się! Dorośniemy, pójdziemy do pracy i będziemy szukać okulisty, aby Cię wyleczył. Mama zawsze wiozła mnie do lekarzy, jeżeli tylko się dowiedziała o jakimś specjaliście.

Po dwóch latach przyszła radosna wiadomość: moja była nauczycielka przyniosła adres do szkoły dla niewidomych, która powstała we Wrocławiu. Był 1948 rok. We wrześniu pojechałam jeszcze raz do okulisty ze starszą siostrą Józią. Lekarz spytał najpierw, która z nas ma chore oczy. Moje, mimo choroby, wyglądały normalnie. Okulista po badaniu orzekł: Nie ma dla Ciebie leczenia, zanik nerwów ocznych. Jako okulista pracował on w domu dla niewidomych dzieci na Kasztanowej i powiedział: Jedź tam. Nie chciałam iść do pociągu, płakałam w tramwaju i powiedziałam, że jadę na Kasztanową. Siostra nie chciała jechać ze mną, mówiła, że mama się będzie gniewała, że ja nie wróciłam do domu. Zdecydowałam, że jednak jadę do szkoły dla dzieci niewidomych.

Gdy znalazłam się w biurze kierowniczki, płakałam głośno, jak będę żyć bez moich braci i sióstr. Kierowniczka, pani Jadwiga Kaczma, która przyjechała do Wrocławia wraz z personelem ze szkoły dla niewidomych we Lwowie, tuliła mnie, pocieszając. Po jakimś czasie przyszła moja rówieśnica Marysia Duchnik, która sporo widziała i zabrała mnie do pokoju. Potem przyszli inni koledzy, otoczyli mnie, mówili, że to świetne miejsce dla niewidomych. Tak odmieniło się moje życie.

Pojechałam do domu dopiero na Boże Narodzenie, ubrana w ciepłą odzież i buty z UNRRY, która pomagała wtedy potrzebującym. W mojej klasie było trzynastu chłopców i ja. Pani Henryka Kulmanowa sadzała mnie blisko siebie i mówiła: Emilko, dziewczę!. Z radością rozpoczęłam naukę brajla i po kilku dniach nauczyłam się pisania liter. Po miesiącu czytałam i płakałam z radości, czytałam Pochodnię, a w niej artykuł o Cmentarzu na Rossie w Wilnie. Pamiętam to do dziś. I Pochodnia towarzyszy mi do dziś.

Przebywałam w szkole i w domu dla dzieci niewidomych cztery lata. Późniejsza pani dyrektor, Maria Janik, powiedziała, że po skończeniu siódmej klasy pójdę do liceum pedagogicznego i będę pracować w naszej szkole. Nie stało się jednak tak. Porozwożono nas po innych domach dla niewidomych. Czworo z nas trafiło do szkoły dla dzieci niewidomych w Owińskach.

Po roku przyjechałam do Łodzi - był 1953. rok. W urzędzie zatrudnienia dostałam skierowanie do internatu i do pracy w spółdzielni. Pracowałam w tkalni na małych krosnach. Po jakimś czasie rozpoczęłam naukę w liceum dla pracujących. Niedługo potem poznałam swojego przyszłego męża Eugeniusza. W 1958 roku zdałam maturę, a w grudniu tego samego roku wyszłam za mąż.

Dostaliśmy mieszkanie z Urzędu Miasta. W 1960 roku urodziłam syna, a po dwóch latach córkę. Po kolejnych siedmiu latach urodziłam drugą córkę. Mój mały syn nie chciał chodzić do żłobka - mówił nawet: Mamuniu, nie wyrażaj się brzydko, bo żłobek to było dla niego brzydkie słowo. Podjęłam trudną decyzję. Została chałupnicza praca. Zaproponowano mi robienie szczotek. Wykonywałam szczotki gospodarcze i techniczne. Przy obcinaniu tych szczotek pomagał mi mąż. Tak upłynęły 32 lata. Dla dzieci to było wygodne. Nie chodziły z kluczami na szyi.

To nic, że nie ma wzroku, można przecież żyć. Wszystko wykonywaliśmy sami. Mąż widział na jedno oko i miał niesprawną prawą rękę od czasów wojny. Jeszcze na Wołyniu w partyzantce zdarzył się mu wypadek, w wyniku którego miał zniszczone jedno oko, drugie nadwyrężone, palce u prawej ręki nieczynne. Nauczyliśmy się kąpać dzieci, szybko zaczęłam je myć w wannie, karmiłam piersią i nie używałam butelki. Syn zaczął chodzić bardzo wcześnie, podobnie dziewczynki. Dzieci chowały się zdrowo.

Wychowanie dzieci wymagało sprawnej organizacji dnia. Dało się wszystko wykonać bez wzroku. Dzieci rosły dobrze, mąż pracował, ja pokonywałam codzienne trudności. Dzieci po kolei się usamodzielniły, założyły rodziny.

Zostałam z mężem, który po jakimś czasie zachorował. Opiekowałam się nim przez siedem lat. Przy pomocy dzieci udało się nam funkcjonować, wzrok nie był najważniejszy. Mąż zmarł osiemnaście lat temu.

Od tej pory mieszkam sama i sama prowadzę swoje gospodarstwo domowe. Mam dobre relacje ze swoją rodziną i zawsze mogę liczyć na ich pomoc. Bez wzroku też można żyć normalnie. Mam swoje hobby, bardzo dużo robię na drutach (skarpety, swetry) i chętnie się dzielę swoimi pracami, co daje mi ogromną radość i mam nadzieję, że obdarowanym także.

Co roku wyjeżdżam na turnusy rehabilitacyjne, które dają mi wiele przyjemności i dobrze wpływają na samopoczucie i zdrowie. Są one dostępne dla osób ze wszystkimi schorzeniami. Nie mam problemu z samodzielnymi wyjazdami. Często też uczestniczę w spotkaniach kulturalnych, chodzę do teatru, opery i filharmonii. To jest kultura dostępna dla widzących i niewidzących.

Można zatem żyć bez wzroku.

<<<powrót do spisu treści

&&

Autorzy, piszący do Sześciopunktu

Ostatnio kilku Czytelników w rozmowach telefonicznych z redakcją interesowało się, kim są autorzy, piszący artykuły do Sześciopunktu.

Pytano czy są to osoby niewidome, czy pracują zawodowo, jakie mają zainteresowania?

Zwróciłam się więc do autorów, którzy piszą do naszego miesięcznika, a nie byli jeszcze prezentowani w Galerii literackiej z prośbą, aby napisali kilka zdań o sobie, pozostawiając im zupełną dowolność wypowiedzi.

Teresa Dederko - Redaktor Naczelny

Mateusz Bobruś

Witam serdecznie! Mam 25 lat. W Fundacji Świat według Ludwika Braille'a pracuję od 2014 roku jako tyfloinformatyk.

Uczę osoby niewidome i niedowidzące posługiwania się komputerem i oprogramowaniem specjalistycznym, w tym: czytnikami ekranu, systemem Windows, a także telefonami komórkowymi typu iPhone.

Piszę również artykuły do czasopisma Sześciopunkt i tłumaczę nowinki tyfloinformatyczne z języka angielskiego. Praca sprawia mi bardzo dużą przyjemność. Staram się być komunikatywny, sumienny i rzetelny w wykonywaniu swoich obowiązków. Osoby uczone przeze mnie niejednokrotnie potwierdzają moje kompetencje, o czym można się przekonać, wchodząc na stronę www.swiatbrajla.org.pl, a następnie klikając w zakładkę Opinie o szkoleniach.

W wolnych chwilach lubię czytać książki, w szczególności biograficzne, dokumentalne i powieści reportażowe. Oglądam także filmy (dokumenty i reportaże), interesuję się też historią i polityką. Lubię poznawać różne ciekawe miejsca i kultury różnych krajów.

Słucham również muzyki, zarówno tej najnowszej jak i starszej.

Ukończyłem Liceum Ogólnokształcące im. prof. Zofii Sękowskiej w Lublinie. Dobrze mówię po angielsku. Posiadam też certyfikat z języka angielskiego na poziomie B1.

Pozdrawiam - Mateusz Bobruś

Iwona Czarniak

Witam wszystkich Czytelników Sześciopunktu! Pochodzę z Mazowsza. Jednak od wielu lat mieszkam w Cieszynie, mieście położonym na terenie Polski i Czech. Ciemność towarzyszy mi już ponad dziesięć lat. Nie jestem nikim niezwykłym, po prostu jedną z wielu ociemniałych. Staram się być niezależna i w tym celu biorę udział w dostępnych szkoleniach. Moim szczęściem są dzieci, a pasją pisanie. Pracuję w Polskim Związku Niewidomych, jestem członkiem Rady Rehabilitacyjnej Okręgu Śląskiego PZN, współpracuję z Radą Miasta Cieszyna, a moje artykuły można znaleźć również na Cieszyńskim Portalu Internetowym gazetacodzienna.pl.

Kocham teatr, którego jestem częstym gościem i z pasją czytam książki. Biorę udział w konkursach czytelniczych.

Dziękuję za wszystkie miłe słowa wypowiedziane pod moim adresem i mam nadzieję, że to, co piszę jest choć ociupinkę interesujące.

Z wyrazami szacunku - Iwona Czarniak

Małgorzata Gruszka

Z wykształcenia psycholog, oligofrenopedagog i terapeuta integracji sensorycznej. Z zamiłowania i konieczności autorka tekstów dla serwisów internetowych o różnej tematyce. Osoba całkowicie niewidząca, od ośmiu lat zarabiająca na życie słowem.

Dla Sześciopunktu zamierzam pisać teksty przydatne życiowo, dzielić się z Państwem wiedzą, doświadczeniem zawodowym i osobistym. Chętnie odpowiem na pytania i uwagi dotyczące tekstów. Chętnie też napiszę coś na tematy zaproponowane przez Czytelników. Psychologia na co dzień jest dla Was.

Piszcie, pytajcie, proponujcie!

Andrzej Koenig

Pięć lat temu utraciłem całkowicie wzrok wskutek powikłań cukrzycowych. Po pół roku niewychodzenia z domu, dzięki wsparciu środowiska niewidomych, zacząłem wracać do aktywnego życia. Interesują mnie problemy osób niepełnosprawnych, nie tylko środowiska niewidomych, staram się, na ile mogę, pomagać niepełnosprawnym. Jestem członkiem Zarządu Koła Terenowego PZN w Cieszynie. Współpracuję z portalami internetowymi oraz redakcjami gazet poświęconych głównie niepełnosprawnym.

W momencie utraty wzroku powróciłem do czytania (słuchania) książek i audiobooków. W swoich tekstach poruszam głównie problemy osób niepełnosprawnych, które potrafią często robić więcej niż osoby pełnosprawne.

Tomasz Matczak

Urodzony 3 lutego 1968 r. w niewielkiej miejscowości Żychlin na Mazowszu. Jest osobą ociemniałą. Szkołę podstawową oraz technikum elektrotechniczne kończył jako widzący. W 25. roku życia zdiagnozowano u niego dystrofię nerwów wzrokowych. Od 1996 roku posiada orzeczenie o znacznym stopniu niepełnosprawności. Od 1998 roku posługuje się białą laską. Posiada tytuł technika automatyka, który otrzymał po ukończeniu szkoły średniej, a także magistra teologii. Zawodowo pracuje jako konsultant telefoniczny i przewodnik po Niewidzialnej Wystawie. Jego pasją jest pisanie. Tworzy własne teksty prozą i wierszem. Najlepiej czuje się w tematyce lekkiej, humorystycznej i wprawiającej czytelnika w dobry nastrój. Pisze także piosenki, do których muzykę komponuje samodzielnie. Gra na gitarze. Jest aktywnym kibicem Legii Warszawa. Interesuje się tematyką biblijną. Lubi czytać. Ulubieni autorzy książek to: Terry Pratchett i Steven King.

Rodzina dla niego jest najważniejsza. Ma widzącą żonę i widzącego nastoletniego syna.

Edyta Miszczuk

40-latka z małego miasteczka na Dolnym Śląsku. Wzrok straciła z powodu przewlekłej choroby w wieku 22 lat (studiowała wtedy pedagogikę dziecka młodszego). Z wyboru wegetarianka. Nie lubi pośpiechu i miejskiego hałasu. Ulubiony sport to długie spacery po lesie. Czyta dużo - najchętniej powieści historyczne, psychologiczne, obyczajowe oraz kryminały. Ulubione książki, do których chętnie wraca (nie tylko w myślach) to: Przemija postać świata Hanny Malewskiej, Król szczurów Jamesa Clavella, Moje drzewko pomarańczowe Jose Mauro de Vasconcelosa. Ulubiony program telewizyjny to Drugie śniadanie mistrzów. Lubi piosenki z tekstem oraz muzykę klasyczną w rockowych aranżacjach - jest fanką Doroty Osińskiej i Michała Jelonka. Brak zdolności lingwistycznych rekompensuje sobie zamiłowaniem do języka ojczystego - tak w mowie jak piśmie. Niedawno odkryła w sobie pasję pisania i konsekwentnie ją rozwija.

Alicja Nyziak

Witaj Czytelniku!

Masz ochotę poznać mnie bliżej? Dobrze, nakreślę krótki rys o sobie, ale pamiętaj, że mogę być nieobiektywna - uśmiech.

Ja, czyli Alicja Nyziak urodziłam się i mieszkam w nadwarciańskim grodzie - Sieradzu. Pracuję zawodowo jako internetowy analityk rynku. Ponieważ jestem duszą aktywną, potrzebującą różnych bodźców do szerszego rozwoju duchowego i osobistego. Szukam nowych wyzwań. W przeszłości działałam w Polskim Towarzystwie Stwardnienia Rozsianego Oddział w Sieradzu. Dzisiaj współpracuję z tą organizacją, ale większość wolnego czasu poświęcam na pracę w Kole Terenowym PZN w Sieradzu. Członkowie Koła obdarzyli mnie kredytem zaufania i wybrali na prezesa.

Czytelniku, mogłeś mnie już spotkać w miesięczniku wydawanym przez pana Stanisława Kotowskiego - Wiedza i Myśl.

Jeśli zajrzysz do periodyku Pochodnia, też mnie tam znajdziesz.

Natomiast w Mazowieckim Stowarzyszeniu Pracy dla Niepełnosprawnych De Facto możesz mnie odkryć w wielu odsłonach.

Moje pióro gościnnie pojawiało się m.in. na łamach czasopism Świat lekarza, Ład Boży, Siódma Prowincja itd.

Największą moją pasją są książki - bliscy powiadają, że to moja mania/obsesja. Uwielbiam się śmiać, poznawać na języku smaki świata, podróżować. Lubię ludzi z ich oryginalnością i różnorodnym spojrzeniem na otaczający nas wszechświat. Podobno jestem, choć ja powiem, że bywam uparta, wytrwała, pracowita, pyskata, jędzowata, romantyczna, leniwa, płochliwa, cicha, skryta itd. Ile w tym prawdy? Żeby się tego dowiedzieć, trzeba mnie spotkać na swojej drodze życia, poznać i wyciągnąć własne wnioski.

Pamiętaj Czytelniku - wnioski, a nie ocenę - uśmiech.

Do zobaczenia na szlaku…

PS Zapomniałam. Kiedyś sama zasiadałam za kierownicą auta, dzisiaj mogę jedynie klapnąć obok kierowcy - jestem osobą całkowicie niewidomą.

Hanna Pasterny

Mieszka w Jastrzębiu-Zdroju. Jest magistrem filologii romańskiej, ukończyła również podyplomowe studia logopedyczne. Obecnie pracuje jako konsultantka ds. osób niepełnosprawnych w Centrum Rozwoju Inicjatyw Społecznych (CRIS) w Rybniku. Jest także społeczną asystentką europosła prof. Jerzego Buzka. Wcześniej uczyła języka francuskiego, prowadziła zajęcia logopedyczne z niewidomymi dziećmi ze sprzężoną niepełnosprawnością, pracowała też w biurze poselskim. Jest współzałożycielką Koła Polskiego Związku Niewidomych w Jastrzębiu-Zdroju. Stara się udzielać w Towarzystwie Pomocy Głuchoniewidomym i na bieżąco działać tam, gdzie jest taka potrzeba. Pisze artykuły, głównie do czasopism dla niepełnosprawnych, uczy brajla, w szkołach prowadzi zajęcia oswajające z niepełnosprawnością, a dla pracodawców szkolenia o komunikacji z niepełnosprawnym pracownikiem. Lubi czytać, słuchać muzyki klasycznej i poezji śpiewanej, rozmawiać z przyjaciółmi. Jednak wolny czas spędza też aktywnie: jeździ na tandemie, uprawia nordic walking w specjalnej uprzęży do chodzenia w parach, podróżuje.

Otrzymała wyróżnienie Lady D, Człowiek bez barier, Lodołamacz Specjalny w woj. śląskim.

Hanna Pasterny jest także autorką trzech książek: Jak z białą laską zdobywałam Belgię, Tandem w szkocką kratkę, Moje podróże w ciemno.

<<<powrót do spisu treści

&&

Nowinki tyfloinformatyczne i nie tylko

&&

Ustaw sobie spokój

Jan Stradowski

Używasz aplikacji mobilnych? Zablokuj im możliwość wysyłania powiadomień. Twoja psychika tylko na tym skorzysta.

Mój telefon często budzi sensację wśród osób, które spotykam po raz pierwszy. Podczas gdy inni wyciągają z kieszeni najnowsze iPhone'y, samsungi czy LG, ja posługuję się tzw. dumbfonem - Nokią 100, która nie ma dostępu do Internetu, możliwości instalowania aplikacji itd. Ma za to wbudowaną latarkę i baterię, która wytrzymuje tydzień na jednym ładowaniu. Jednak największą jej zaletą jest to, że zapewnia mi spokój. Służy do rozmawiania, pisania oraz czytania SMS-ów - i tyle. Jeśli potrzebuję Internetu, sięgam po służbowego iPada, w którym zablokowałem niemal wszystkie powiadomienia wysyłane przez aplikacje. Dlaczego? Bo bardzo szybko przekonałem się, że nie są mi one do niczego potrzebne. Wręcz przeciwnie - przeszkadzają mi. Twitter donosi, że ktoś, kto go dawno nie używał, właśnie zaczął to robić. Netflix proponuje mi obejrzenie filmu, który w ogóle mnie nie interesuje. Instagram próbuje mi wmówić, że muszę dowiedzieć się natychmiast o każdym polubieniu mojego zdjęcia. Otóż nie muszę i nie powinienem. Badania przeprowadzone przez Deloitte dowodzą, że przeciętny użytkownik smartfona sięga po niego 47 razy dziennie (w przypadku młodzieży są to już 82 razy). A eksperyment opisany w 2015 r. na łamach The Journal of Experimental Psychology wykazał, że częste powiadomienia wysyłane przez telefon - czy to dźwiękowe, czy wibracyjne - obniżają naszą zdolność do skupienia się na pracy czy nauce, trzykrotnie zwiększając ryzyko popełnienia błędu. Problem polega na tym, że większość aplikacji mobilnych po zainstalowaniu prosi nas o możliwość wysyłania powiadomień, a my z reguły się na to zgadzamy. Przecież nie chcielibyśmy przegapić czegoś ważnego, prawda? Tyle że w efekcie pozwalamy, by komunikaty - zwykle czysto reklamowe - próbowały zwrócić na siebie naszą uwagę niemal przez całą dobę. Gdy dostajemy ich kilkanaście czy kilkadziesiąt dziennie, zaczynają się problemy. - Każdy taki bodziec może sprawić, że zaczynamy myśleć o rzeczach niezwiązanych z tym, co aktualnie robimy. Potem próbujemy znów skupić się na swoich sprawach, a wysiłek z tym związany zwiększa nasz poziom stresu i frustracji - twierdzi prof. Dan Ariely z Uniwersytetu Duke, światowej sławy specjalista od ludzkich zachowań. Co ciekawe, producenci smartfonów i aplikacji mogliby z łatwością ograniczyć ten zgiełk. Badacze z Uniwersytetu Rutgers niedawno stworzyli system, który uczy się naszego trybu życia i ogranicza wysyłanie powiadomień wtedy, gdy nie są nam potrzebne. Niestety, firmom wciąż zależy przede wszystkim na tym, byśmy jak najczęściej sięgali po telefony i korzystali z ich - skądinąd fascynujących - możliwości. Dlatego radzę, byście zrobili to samo co ja. Jeśli nie chcecie rezygnować ze smartfonu czy tabletu, wyłączcie wszystkie powiadomienia poza tymi naprawdę niezbędnymi (połączenia telefoniczne, SMS-y, ewentualnie komunikator taki jak Messenger, WhatsApp czy Signal). Resztę sprawdzajcie raz, dwa razy dziennie, bo naprawdę nie ma potrzeby, by częściej sięgać np. do Pinteresta, LinkedIn czy prywatnego maila. Nic ważnego w ten sposób nie stracicie, zyskacie natomiast odrobinę tak potrzebnego dziś spokoju.

Źródło: Fokus, 01/2018

<<<powrót do spisu treści

&&

Nauka bezwzrokowego pisania

Mateusz Bobruś

Na prośbę jednej z Czytelniczek naszego pisma postanowiłem napisać o tym, jakie programy na rynku polskim pozwalają na poprawienie szybkości pisania na komputerze, aby było ono możliwie najszybsze.

Mistrz Klawiatury II

Firma Nahlik Soft, która od ponad dwudziestu lat zajmuje się produkcją programów edukacyjnych na komputery PC i urządzenia mobilne, takich jak: eTeacher, eFizyka, Pitagoras, itp., wyprodukowała również program Mistrz Klawiatury. W 1998 roku była to wersja 1.0, a następnie w 2001 roku wersja 2 - zwana później Mistrz Klawiatury II.

I choć zdaniem producenta program ten zdobył wiele prestiżowych nagród, m. in. Ministerstwa Edukacji Narodowej, za uwzględnienie polskiej metodyki pisania, a także jest certyfikowanym programem przez firmę Microsoft, to okazuje się, że aby możliwe było jego przystosowanie do współpracy z czytnikiem ekranu, wymagane jest napisanie specjalnych skryptów, dodając do nich większość słów z okien dialogowych programu. Wynika to z tego, że ów program jest widziany jako puste, pełnoekranowe okno, co powoduje, że osoba niewidoma nie może go używać. To sprawia, że obecnie program Mistrz Klawiatury II jest obsługiwany wyłącznie przez program JAWS.

W tym artykule postaram się po krótce opisać, z jakich przycisków program się składa i jak z nich korzystać.

Uwaga! Zanim napiszę o tym, jakie przyciski i zakładki są dostępne w programie, muszę wspomnieć, że po zakładkach nie przemieszczamy się przy użyciu strzałek w prawo/w lewo, a jedynie przy pomocy klawiszy Ctrl+Tab i Ctrl+Shift+Tab. To, w jaki sposób użytkownik będzie korzystał z programu i jakie wybierze ćwiczenia, pozostawiam do samodzielnego poznania.

Okno główne programu składa się z następujących kontrolek:

Okno Ćwiczenia składa się z następujących zakładek:

Skróty klawiszowe

Skrypty do Mistrza Klawiatury dla JAWS oferują następujące skróty klawiszowe, które ułatwiają pracę z programem. W dowolnej chwili podczas pracy z programem możesz nacisnąć skrót klawiszowy Insert+H, aby otworzyć listę wszystkich skrótów klawiszowych. A oto ich lista:

Przełączniki zmieniające sposób podpowiadania tekstu do wpisania:

Bezpośredni wybór długości odczytywanej jednostki:

Czytanie dowolnej jednostki tekstu:

Skróty nawigacyjne:

Skróty informacyjne:

W jaki sposób można osiągnąć najlepsze rezultaty pisania?

W przypadku pisania normalnych lekcji, zalecam przełączenie podpowiadania na tryb ciągły i imionami, ponieważ w ten sposób będą podpowiadane wszystkie odczytywane znaki, które pojawiają się na ekranie. W przypadku wpisywania tekstów dołączonych do programu, tekstów własnych lub mankografów, zalecam przełączenie odczytywania na tryb standardowy i fonemami, a także włączyć podpowiadanie frazy jako jedno słowo.

Podsumowanie

W tym artykule starałem się jak najdokładniej opisać korzystanie z Mistrza Klawiatury. Zdaję sobie sprawę, że mogły pojawić się pewne błędy i niedociągnięcia. Moim celem nie było opisanie programu w całości, a jedynie pokazanie, w jaki sposób osoby niewidome mogą poprawić szybkość pisania przy użyciu wyżej omawianego narzędzia z czytnikiem ekranu JAWS.

Należy również pamiętać o tym, że sposób wpisywania nie będzie tak szybki, jak osób widzących, ponieważ zanim usłyszymy tekst przy pomocy syntezatora mowy, może to zająć trochę więcej czasu. W razie pytań lub wątpliwości związanych z uruchamianiem i korzystaniem z Mistrza, proszę pisać na adres: biuro@swiatbrajla.org.pl, pisząc w temacie Mistrz klawiatury.

Instrukcje dotyczące korzystania z niektórych elementów programu pochodzą z podręcznika użytkownika programu.

Lista skrótów klawiszowych pochodzi ze skryptów programu JAWS dla Mistrza Klawiatury.

<<<powrót do spisu treści

&&

Sport

&&

Dlaczego lubię pływać

Teresa Dederko

Umiejętności pływania właściwie nauczyłam się sama. Odkąd pamiętam, nigdy nie bałam się wody. W dzieciństwie wyjeżdżałam na obozy harcerskie rozstawiane na dziko nad jeziorami. Chlapiąc się godzinami w wodzie, nagle zorientowałam się, że utrzymuję się na niej.

W szkole w Laskach mieliśmy od piątej klasy organizowane wyjazdy do Warszawy na pływalnię. Odbywało się to teoretycznie raz na dwa tygodnie, a że ciągle coś wypadało, wiele zajęć opuszczaliśmy.

Gdy studiowałam i mieszkałam w Warszawie, zaczęłam chodzić na basen w ramach bezpłatnych godzin, zapewnianych osobom z różnymi niepełnosprawnościami przez Zrzeszenie Sportowe Start. Radziłam sobie całkiem nieźle. Jednak pływałam niezgodnie z regułami, właściwie nie wiadomo było jakim stylem. Zawsze po grupie tzw. wypoczynkowej, w której wówczas pływałam, odbywały się zajęcia sekcji sportowej. Brakowało w niej niewidomych zawodniczek. Kiedyś trenerka zapytała mnie czy chciałabym trenować pływanie. Natychmiast się zgodziłam i zaczęłam treningi sześć razy w tygodniu. Dodatkowo, tak na ochotnika, przychodziłam na pływalnie o szóstej rano, kiedy kilka torów było zupełnie pustych.

W sekcji panowała koleżeńska atmosfera, chociaż zawodnicy mieli różne niepełnosprawności. Oczywiście w zawodach braliśmy udział podzieleni na kategorie. Zaczęłam mieć pewne osiągnięcia, uzyskując drugie i trzecie miejsca na kilku zawodach krajowych. Pamiętam, iż kiedyś cała moja sekcja wyrażała swoje oburzenie, że ja nie dostałam złotego medalu, bo wyprzedziła mnie jedna zawodniczka. Okazało się, że ta dziewczyna całkiem sporo widziała i mogła płynąć środkiem toru, widząc linię na jego dnie. Zawodnicy niewidomi (ja na pewno), płynąc, od czasu do czasu starają się dotknąć linki ograniczającej tor, żeby utrzymać prawidłowy kierunek. To na pewno trochę zwalnia pływanie. Poza tym nie widząc, obawiamy się uderzenia o brzeg, więc automatycznie znowu zwalniamy. Osoby chociaż trochę widzące takich problemów nie mają i dlatego zwykle pływają w innej kategorii.

Po kilku latach intensywnych treningów miałam już dosyć sportu wyczynowego, który zajmował sporo czasu i powodował ciągłe zmęczenie. Przyszedł czas na małżeństwo i rodzinę. Gdy dzieci trochę podrosły i zaczęły zajęcia na pływalni, znowu zatęskniłam za pływaniem. Obecnie regularnie chodzę na basen co najmniej raz w tygodniu, chociaż staram się częściej.

Niekiedy znajomi pytają czy nie nudne jest takie pływanie na torze od ściany do ściany? Odpowiadam zdecydowanie, że nie, a dlaczego? Robię to dla relaksu. Pływając mam czas na przemyślenia, np. układam artykuły do Sześciopunktu, snuję rozważania na temat przeczytanych książek. W basenie czuję się wolna. Nie potrzebuję tu białej laski ani przewodnika. Po godzinie pływania wychodzę zmęczona, ale zrelaksowana fizycznie i psychicznie. Mam wtedy wrażenie, że wszystkie moje smutki i zmartwienia zostawiłam gdzieś na dnie. Uważam, że jest to świetny sport dla niewidomych, gdyż uprawiając tę dyscyplinę, możemy być zupełnie samodzielni. Mam też dużą satysfakcję, bo wiem, że pływam dobrze i często na basenie jestem stawiana za przykład innym trenującym, zwłaszcza dzieciom. Kiedy mam w życiu jakiś dołek i nic mi nie wychodzi, wtedy powtarzam sobie, że przynajmniej pływanie jest moją mocną stroną.

Zdziwiona byłam, gdy spośród ok. 80 wczasowiczów przebywających na turnusie, tylko 3 osoby na tyle radziły sobie w wodzie, że mogły popłynąć na środek jeziora. Ja też tego dokonałam.

Pływanie w akwenach otwartych, takich jak jeziora czy morze, jest dla osoby niewidomej trudne. Wtedy trzeba korzystać z pomocy kogoś widzącego, kto będzie wytyczał kierunek. Zwykle w takiej sytuacji mój mąż - albo któreś z dorosłych dzieci - wypożycza kajak i płynie przede mną, utrzymując kontakt głosowy. Jeżeli trafię na dobrego pływaka, wtedy możemy płynąć obok siebie. Zdarzyło się kiedyś, że razem ze mną z plaży wypłynął nieznajomy mężczyzna, który w pewnym momencie zadał standardowe pytanie: Czy pani nic nie widzi? A od jak dawna? Trochę mnie to rozbawiło, bo na ulicy jestem przyzwyczajona do takich pytań, ale w jeziorze jakoś poczułam się zaskoczona.

Teraz czekam na olimpiadę dla seniorów, bo mam zamiar w niej wystartować, żeby zmierzyć się z widzącymi zawodniczkami.

<<<powrót do spisu treści

&&

Zdrowie bardzo ważna rzecz

&&

Superfood dla wzroku

Patrycja Rokicka

Superfood to żywność o wysokich wartościach odżywczych, to nieprzetworzone produkty, wpływające dobroczynnie na nasz organizm, odżywiając go oraz regenerując. Superfood może przywrócić nam zdrowie, a nawet wydłużyć nasze życie. To paliwo dla naszych komórek, krwi, układu immunologicznego oraz narządów.

Dla osób z dysfunkcją wzroku bardzo ważne jest, by wspomagać proces widzenia, wzmacniać wzrok oraz odżywiać oczy. Wielu z nas wspiera się codzienną suplementacją. Poszukujemy coraz to nowych suplementów diety na aptecznych półkach lub w supermarketach po to, by uchronić się przed utratą wzroku lub poprawić komfort widzenia.

Postanowiłam wybrać Superfood dla naszych oczu z produktów powszechnie dostępnych, które możemy nabyć w osiedlowych sklepikach, robiąc codzienne zakupy dla naszej rodziny. Ważne jest, byśmy w codziennej diecie mogli zdrowo wspomagać nasze widzenie bez skutków ubocznych, rezygnując z chemii.

Opierając się na składnikach istotnych dla naszego wzroku takich jak: luteina, zeaksantyna, beta-karoten, witaminy: A, C, E, minerały: selen, cysk, mangan i miedź, kwasy Omega-3 oraz resweratrol, wybrałam Superfoods, które pomogą nam zadbać o nasz wzrok.

Superfoods bogate w luteinę:

jarmuż, szpinak, marchew, dynia, kukurydza, papryka żółta i czerwona, natka pietruszki, szczypior, brokuły, kapusta włoska, zielony groszek, cukinia ze skórką, awokado, jeżyny, agrest, porzeczka czarna, jaja (żółtko).

Superfoods bogate w zeaksantynę:

czerwona papryka, natka pietruszki, brukselka, brokuły, jarmuż, szpinak, zielony groszek, sałata, pomidory, owoce dzikiej róży i rokitnika, pistacje (orzechy pistacjowe).

Superfoods bogate w witaminę A:

oleje roślinne (rzepakowy, sojowy, oliwa z oliwek), masło ekstra, ser twarogowy tłusty, tłuste mleko, wątroba (wieprzowa, wołowa, drobiowa), jaja, ryby morskie, owoce morza, awokado, owoc kaki, winogrona, jabłka, brzoskwinie, morele.

Superfoods bogate w witaminę C:

owoc dzikiej róży, czarna porzeczka, kwiat hibiskusa, agrest, aronia, truskawki, maliny, żurawina, owoc kaki, natka pietruszki, jarmuż, papryka, brukselka.

Superfoods bogate w witaminę E:

śledź, makrela, tuńczyk, sardynka, łosoś, węgorz, wątróbka, żółtka jaj, oleje roślinne: słonecznikowy, rzepakowy, z kiełków pszenicy, kiełki: lucerny, pszenicy, soi, orzechy laskowe, ziarna słonecznika, pestki dyni.

Superfoods bogate w beta-karoten:

jagody goji, owoce dzikiej róży, mango, melon, morele, śliwki, brzoskwinie, wiśnie, szpinak, botwinka, natka pietruszki, zielony jęczmień, pokrzywa, marchew, bataty, bakłażan, brokuły, dynia, pomidor.

Superfoods bogate w minerały - selen, cynk, mangan i miedź:

ziarna sezamu i słonecznika, kasza gryczana, kasza jaglana, fasola, groch, soja, soczewica, otręby i zarodki pszenne, orzechy włoskie i laskowe, mąka razowa, suszone śliwki, zielona i czarna herbata, kakao.

Superfoods bogate w kwasy Omega-3:

olej lniany, olej rzepakowy, olej dyniowy, olej z nasion czarnej porzeczki, orzechy włoskie, siemię lniane, nasiona chia, ryby morskie: łosoś, śledź, dorsz, makrela.

Superfoods bogate w resweratrol:

ciemne winogrona, sok winogronowy, czerwone wino, dżem z ciemnych winogron, jagody, borówki, jeżyny, morwa, czarna porzeczka, rabarbar, orzeszki ziemne.

Pamiętajmy, że od nas samych zależy w jaki sposób będziemy odżywiać nasz organizm. Czy dostarczymy mu naturalnych substancji odżywczych, czy skorzystamy z chemicznych zamienników. Każdego dnia mamy szansę zacząć zdrowy tryb życia - kupując zdrowo i z głową, zgodnie z powiedzeniem, że lepiej jest zapobiegać niż leczyć.

<<<powrót do spisu treści

&&

Gospodarstwo domowe po niewidomemu

&&

Kuchnia po naszemu

D.S.

&&

Babka ziemniaczana

Proponuję Państwu łatwą do wykonania babkę ziemniaczaną. Można ją podawać z ulubionym sosem, gulaszem lub kleksem gęstej kwaśnej śmietany.

Składniki:

Wykonanie:

Ziemniaki ścieramy na drobnej tarce jarzynowej, przekładamy na sitko, aby odsączyć nadmiar wody. Dodajemy jajka, przyprawy i dokładnie mieszamy. Boczek kroimy w małą kostkę i podsmażamy na patelni. Gdy już ładnie pachnie, dodajemy pokrojoną w półplasterki cebulę. Kiedy wszystko się podsmaży, łączymy z ziemniakami i mieszamy. Średnią tortownicę lub blaszkę smarujemy tłuszczem i obsypujemy tartą bułką. Wykładamy ciasto ziemniaczane do tortownicy lub na blaszkę, wyrównujemy otwartą dłonią i pieczemy w temperaturze 180 stopni C. ok. godziny.

&&

Śledzik domowy

Składniki:

Wykonanie:

Śledzie wyjmujemy z foremki na talerz, kroimy na mniejsze kawałki szerokości palca, posypujemy pieprzem i odstawiamy na chwilę. Do półlitrowego słoika wkładamy łyżkę pokrojonej cebuli. Na niej układamy warstwę pokrojonych śledzików, aby przykryły cebulę, dokładamy listek laurowy, angielskie ziele, kilka goździków. Przykrywamy cebulą. Następnie znów kładziemy warstwę śledzików, na nie układamy przyprawy, na wierzch kładziemy cebulę i zalewamy olejem. Polecam olej rzepakowy Kujawski. Słoik zakręcamy, wstawiamy do lodówki. Po dwóch dniach śledziki smakują jeszcze lepiej. Mogą być dodatkiem do sałatki jarzynowej.

&&

Żeberka wieprzowe duszone

Składniki:

Wykonanie:

Mięso myjemy i osuszamy ręcznikiem jednorazowym, kroimy tak, aby każda kostka z mięsem była oddzielnie, posypujemy solą. Na patelnię wlewamy olej, kiedy będzie rozgrzany, układamy żeberka i smażymy kilka minut z każdej strony. Mięso przekładamy do rondla, a na patelni podsmażamy pokrojoną w półplasterki cebulę. Gdy będzie miękka i nabierze zapachu smażenia, przekładamy ją na mięso razem z tłuszczem z patelni, wlewamy szklankę wrzącej wody. Przykrywamy pokrywką i dusimy na małym ogniu około 1 godziny lub nieco dłużej - do miękkości mięsa. Gdyby woda wyparowała, trzeba trochę dolać wody z czajnika.

Żeberka wyśmienicie smakują z kluskami śląskimi lub ziemniakami i surówką z kiszonej kapusty.

Smacznego!

<<<powrót do spisu treści

&&

Z osobowego na Pendolino

N.G.

Gdy stary, oswojony sprzęt się zepsuje, musimy poszukać nowego. Jest to trudne z kilku powodów: osoba niewidoma musi mieć odpowiedniego przewodnika; na rynku występuje duża liczba różnych firm oferujących sprzęt dotykowy; no i oczywiście - cena.

Poprzedni mój piekarnik nie był drogi, miał wygodne pokrętła i klawisze dające dźwięk podczas ustawiania czasu, ale posłużył trzy i pół roku. Teraz chciałam mieć sprzęt dobrej lub bardzo dobrej klasy. Wybór padł na Electrolux z chowanymi pokrętłami i klawiszami, wyposażony w termosondę i teleskopowo wysuwaną półkę.

Po wymianie piekarnika właśnie taka pierwsza myśl przyszła mi do głowy - z osobowego na Pendolino.

W instrukcji obsługi napisano, że osoby niepełnosprawne mogą go obsługiwać. Ponieważ klawisze są nieme - nie dają dźwięku podczas naciskania - osoba niewidoma sama nie może ustawić zegara ani minutnika. Trzeba więc czas kontrolować na własnym zegarze.

Minutnik jest środkowym klawiszem z pięciu. Po naciśnięciu klawisza minutnika, naciskamy klawisz z prawej strony - plus - i trzymamy aż krótko zadzwoni, i to jest godzina. Na wyświetlaczu czas jest odliczany do zera.

Na górnej obudowie piekarnika umieszczone są dwa okrągłe chowane pokrętła funkcji i temperatury. U góry lekko wypukłego kółka jest mała kropka wskazująca położenie zerowe. Po lekkim naciśnięciu z obudowy wyłania się cylinder, na którego obwodzie umieszczone są graficzne symbole funkcji. Na szczęście pokrętło funkcji jest skokowe, więc trzeba sobie zrobić notatkę, bo każda funkcja od razu ma zaprogramowaną temperaturę.

Funkcji jest dziesięć:

1 - Szybkie nagrzewanie, ale można też podgrzać potrawę, np. na talerzu.

2 - Termoobieg, dobrze piecze i jeszcze nic nie przypaliłam.

3 - Do pieczenia, np. pizzy na jednym poziomie.

4 - Grzałki góra-dół bez termoobiegu, do pieczenia ciasta lub mięsa na jednym poziomie.

5 - Grzałka dolna, do pieczenia kruchych spodów i do pasteryzowania. Ta funkcja bardzo przyda się latem, bo rodzina zajada się moimi konfiturami i powidłami.

6 - Rozmrażanie.

7 - Termoobieg plus para.

8 i 9 - Funkcje grilla i turbogrilla.

10 - Piroliza. Ta ostatnia funkcja służy do czyszczenia piekarnika.
Jest trudna, jeszcze nie musiałam jej użyć i pierwszy raz zrobię to w obecności osoby widzącej, ponieważ wtedy piekarnik osiąga bardzo wysoką temperaturę i może pojawić się zadymienie.

Jeżeli chcemy zmienić temperaturę zaprogramowaną, obniżyć lub zwiększyć, używamy do tego celu podobnego pokrętła umieszczonego z drugiej strony rzędu klawiszy zegara i minutnika. Pokrętło temperatury działa w dwie strony, ale tylko jakby o jeden skok, czyli jeden raz w prawo pokazuje aktualną temperaturę w piekarniku, a drugi raz w prawo podnosi temperaturę o pięć stopni i pokrętło wraca do pozycji zero. Podobnie jest z obniżaniem temperatury.

To jest dość wygodne, bo wzrok nie jest tu konieczny. Sygnał dźwiękowy odzywa się wtedy, gdy piekarnik osiągnie zaprogramowaną temperaturę.

Może i dobrze, że firma Electrolux uważa osoby niewidome za wzrokowo sprawne albo gorzej - że niewidomi nie nadają się do obsługi ich sprzętu. Mam zamiar porozmawiać z przedstawicielem firmy na Polskę i zapytać o to. Chcę zaproponować również wpisanie ich produktów na listę NIEDOSTĘPNE DLA NIEWIDOMYCH.

Instrukcja obsługi jest bardzo długa. Wiele miejsca poświęcono na bezpieczeństwo, ale nie ma dokładnego wyjaśnienia od A do Z. Nie można również zeskanować instrukcji, bo na jednej stronie można znaleźć znaki graficzne, tabele, druk w liniach i kolumnach.

Najważniejsze rady są rozproszone po całym tekście i tabelach. I tu osoba wzrokowo sprawna jest niezbędna.

Wprawdzie trzeba pokonać pewne trudności, ale za to sprawę użytkowania piekarnika ułatwia fakt, że temperatura już jest zaprogramowana w ustawianiu funkcji.

Mimo wskazanych tu trudności muszę stwierdzić, że przyjemność posiadania nowego sprzętu jest wielka. Do tej pory kilka razy piekłam mięso i udało się. Teraz też piekę schabik i powinien wyjść dobrze.

Nie żałuję wydania sporej gotówki na ten piekarnik. Mam też nadzieję, że uda się go oswoić.

<<<powrót do spisu treści

&&

Rehabilitacja kulturalnie

&&

Ograniczenia tkwią w naszych głowach

Patrycja Bogdała

A teraz... dla każdego coś ciekawego. Zarówno dla sprawnego jak i niepełnosprawnego. Na pewno warto zapoznać się z poniżej przedstawioną publikacją, dostępną w Dziale Zbiorów dla Niewidomych Głównej Biblioteki Pracy i Zabezpieczenia Społecznego, nagraną w standardzie Daisy i w formacie Czytak.

Czy w ogóle mamy ograniczenia? - Właściwie nie, bo w dużej mierze tkwią one w naszym sposobie myślenia. Tego dowodzi (to niezwykłe!) - niepełnosprawny fizycznie Nick Vujicic w swojej książce o prowokacyjnym tytule: Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!. Prowokacyjnym, no bo jak można wyzbyć się barier, nie posiadając wcale kończyn? - Można, przekonuje autor, który jest równocześnie bohaterem tej opowieści.

Tym, którzy o nim nie słyszeli, należy się kilka informacji tytułem wstępu.

Nick Vujicic urodził się w 1982 r. z rzadkim schorzeniem o nazwie fokomelia, które charakteryzuje się wrodzonym brakiem kończyn. Nick posiada tylko jedną źle wykształconą stopę. Australijczyk pochodzenia serbskiego jest mówcą motywacyjnym i jeździ po całym świecie z wykładami pokrzepiającymi tych, którzy takiego wsparcia potrzebują.

Równie pięknym świadectwem jest jego wspomniana wyżej książka. Robi ona wrażenie bardzo autentycznej i przekonywującej, gdyż opiera się na osobistych przeżyciach autora, który ze szczerą prostotą pisze zarówno o swoich sukcesach jak i trudnościach związanych z życiem obciążonym poważną dysfunkcją. Nie jest to jednak jedynie poruszająca autobiografia człowieka, który łamie stereotypy i radzi sobie z problemami codzienności.

Otwartość na zmiany nawet te trudne

Nick Vujicic często zwraca się bezpośrednio do czytelnika, co powoduje, iż ma on wrażenie, że autor jemu osobiście udziela mądrych i przemyślanych wskazówek. Twierdzi na przykład, że w każdej, nawet skomplikowanej sytuacji - takiej jak: poważna choroba, utrata bliskiej osoby itd. - zawsze mamy wybór jak się zachować. Możemy się załamać albo podejść do tego nieszczęśliwego zbiegu okoliczności jak do nowego etapu w życiu, który się rozpoczyna i niesie nadzieję na lepsze jutro.

Tak można też odebrać sprawę utraty pracy. Można płakać, że pracodawca nie przedłużył nam umowy lub natychmiast zabrać się za szukanie nowego zatrudnienia z ciekawością, która pozwala sądzić, że być może nasza droga zawodowa postawi tym razem przed nami nowe, bardziej interesujące wyzwania.

To samo dotyczy zmiany miejsca zamieszkania, które bez względu na towarzyszące okoliczności, zawsze jest przeżyciem stresującym. Perspektywę życia w nowym miejscu można potraktować jak nową przygodę, która rozpoczyna inny rozdział naszej egzystencji.

Autor nie ogranicza się tu tylko do pustych sloganów. Mówi również o trudnościach, przez które przeszedł wraz z rodziną, po przeniesieniu się do USA.

Warto realizować marzenia

Nick Vujicic podkreśla, że warto nie rezygnować z pragnień i sukcesywnie podejmować kroki, które w konsekwencji doprowadzą do ich realizacji. Posługuje się tu własnym przykładem, kiedy odkrył, że dzielenie się z ludźmi pozytywnym doświadczeniem ze swojego życia jest jego powołaniem. W tym celu zaczął odwiedzać szkoły, proponując poprowadzenie takich spotkań. Jednak często mu odmawiano. W końcu jego wytrwałość i sprzyjające okoliczności doprowadziły do tego, że stał się mówcą motywacyjnym znanym na całym świecie.

Dystans do własnych słabości to podstawa

Niepełnosprawny mówca nakłania również do zrobienia czegoś zwariowanego, co niewątpliwie wnosi w szarą rzeczywistość pozytywną energię. Dzieli się w tym miejscu swoimi nietuzinkowymi, nieco kontrowersyjnymi pomysłami, kiedy to staje na sklepowej wystawie, udając manekina i z sympatią opowiada o reakcjach klientów zaskoczonych, że ów manekin kiwa do nich głową na przywitanie. Mówi też o tym jak pewnego razu podczas podróży samolotem nakłonił swojego asystenta, żeby włożył go na miejsce bagażu podręcznego, czym zaskoczył kompletnie współpasażera nie spodziewającego się w tej niewielkiej skrytce żywego człowieka. Innym razem natomiast Nick przejechał się na taśmie wraz z lotniczymi bagażami, wzbudzając ogólną sensację.

Nie tylko wzloty, ale i upadki

Autor książki Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń! nie wzbrania się również przed poruszaniem problematycznych kwestii. Otwarcie wyznaje, że mimo iż on i jego rodzina są ludźmi głęboko wierzącymi (ojciec jest pastorem), to początkowo mieli ogromne trudności z zaakceptowaniem jego dysfunkcji. Matka, będąc w szoku, nie chciała wziąć nowonarodzonego syna na ręce, a sam Nick, z tego samego powodu, jako nastolatek nosił się z zamiarem popełnienia samobójstwa.

Niekoniecznie dla niepełnosprawnych

Należy tu wyraźnie podkreślić, że książka nie jest szczególnie adresowana do osób z niepełnosprawnością. Dysfunkcja autora jest jedynie kanwą, punktem wyjścia do rozważań, że każdy - sprawny czy nie - zasługuje na wspaniałe, pełnowartościowe życie i może dążyć do tego celu. Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń! porusza wiele wartych zastanowienia aspektów i nie sposób tu o wszystkich wspomnieć. Dlatego zachęcam do jej przeczytania.

<<<powrót do spisu treści

&&

Sposób na dobry dzień

Halina Kuropatnicka-Salamon

Nie pozwoliła na ujawnienie nazwiska, ale przystała na opowiedzenie jej losów. Umówmy się, że ma na imię Ewa. Mieszka w dużym mieście. Już nie pracuje. Traci wzrok - powoli, lecz skokowo i wie, że jest to proces nieodwracalny. Proszę pani pocieszają ją Medycyna robi ogromne postępy. Innym razem znów Och, Ewuniu, zdarzają się cuda. Moja znajoma z Zakopanego... Ewa wie swoje.

W maluśkim pokoju ma komputer; umie dobrze z niego korzystać. Posługuje się brajlem - to umiejętność z kursu. Prawdziwego niewidzenia (na potem) uczy się z codzienności niewidomych. Już teraz potrafi - zamknąwszy oczy - usmażyć kotlety, odcedzić ziemniaki, obrać pomidory... Opracowała sobie sposób na dobry dzień - powszedni, świąteczny, każdy.

Rano wkłada do dużej, naramiennej torebki bułkę z masłem (lub dwie), małą butelkę wody i wyrusza na określony przystanek tramwajowy bądź autobusowy. Przygoda zaczyna się od patrzenia przez okno w trakcie jazdy. Wysiada na wybranym wcześniej osiedlu i chodzi. Przypatruje się wszystkiemu z bliska, ogląda, wchodzi do bram przelotowych, na podwórka, odwiedza sklepy. Gdzie możliwe, fotografuje, a fotografując, nagrywa swoje spostrzeżenia i dźwięki otoczenia. Odpoczywa na skwerach czy w parkach. Czasem wstępuje do barów lub kawiarenek. Przygląda się i przysłuchuje ludziom. Lubi to. Kiedy wraca w te miejsca po czasie, rozpoznaje szczegóły i porównuje ze wspomnieniami.

W domu pojawia się popołudniem albo pod wieczór. Jest samotna i nikt nie dyryguje jej czasem. Po ulubionych audycjach radiowych bądź filmach porządkuje zdobycze z wyprawy. Uwagi głosowe poszerza i przenosi na dyktafon. Opisuje. Precyzuje doznane wrażenia. Wszystko opatruje datami. Osobne, pogłębione notatki, sporządza w brajlu. Chcę wracać do moich przeżyć w przypomnieniach mówi. Czytając, będę wiedziała, dlaczego miałam w głosie niezadowolenie lub uśmiech. Uśmiecha się zresztą często. Rzadko spotyka się tak pogodną osobowość, dynamiczną, wrażliwą, nacechowaną nadzieją. Nadzieję żywi Ewa na dokładne zapamiętywanie postrzeganego świata. Pragnie potem wzruszać się urodą kolorów, światłocieni, perspektywy i kształtów. Pracuje sumiennie nad rejestrowaniem tych wartości.

Posłuchaj tłumaczą rozsądni Przecież przez lata wiele się odmieni. A czy ja usiłuję zatrzymać czas?! broni się Ewa. Przenoszę tylko dzisiejszą rzeczywistość w przyszłą. Zamierzam wtedy mieć niejeden dobry dzień i nadal bywać szczęśliwa.

<<<powrót do spisu treści

&&

Poddać się ocenie

Iwona Czarniak

Każdy człowiek posiada jakiś talent, lecz nie wszyscy starają się go rozwijać. Ci, którzy to robią, wkładają w to całe serce, a prace jakie powstają, zazwyczaj lądują w domowych szufladach, na półkach lub u znajomych. Bywa, że przez lata nikt, poza najbliższą rodziną, nie wie o twórczości danej osoby.

Szansą na sprawdzenie własnych możliwości oraz pokazanie szerszemu gronu własnej twórczości są różnego rodzaju konkursy.

Przykładem takiego współzawodnictwa może być rozstrzygnięty w grudniu zeszłego roku literacki konkurs Sześciopunktu na różne formy literackie w jakich można było przedstawić temat życie w ciemności. Umożliwiło to większemu gronu piszących wzięcie udziału w tej literackiej rywalizacji. Ilu startujących, tyle koncepcji na przedstawienie danego tematu.

Edyta Miszczuk, której praca zdobyła pierwsze miejsce, w rozmowie ze mną stwierdziła, że był to jej pierwszy tak poważny konkurs w jakim wzięła udział, a poproszona o krótki opis powstawania pracy opowiada:

Najpierw był pomysł, a dopiero potem konkurs i chęć wzięcia w nim udziału. Pomysł na pracę wziął się z opisu gobelinu pt. Zagubiona tęcza. Opis przysłała mi moja przyjaciółka, która także tka gobeliny, ale z myślą o mnie i moich niewidomych znajomych także je opisuje - opisuje też proces tkacki. Bardzo jej się spodobał gobelin wykonany ręką innej artystki i chciała się tym ze mną podzielić.

Na podstawie opisu wyobraziłam sobie samą tkaninę - nie miałam wątpliwości, że to, co przedstawia, jest o mnie, o moim życiu, w którym czasem świeci słońce, czasem leje deszcz, czasem wieje, czasem jest burza z piorunami, a czasem, tak znienacka i tylko na chwilę, pojawia się tęcza. Nie raz, nie dwa na własne oczy widziałam to kolorowe zjawisko, bo tęcza to przede wszystkim kolory. Zresztą, z kolorów składa się cały widzialny świat - z kształtów czy zapachów też, ale to właśnie kolory czynią nasz świat wyjątkowo pięknym.

Któregoś dnia tracę wzrok, a tym samym tracę z oczu kolory - nie tracę ich jednak w ogóle. Kolory przetrwały w mej pamięci, we wspomnieniach i snach. Nie mam problemu, żeby odtworzyć pojedynczy kolor w wyobraźni, podobnie jak tęczę. No, w każdym razie kolory nadal mają dla mnie znaczenie - może nawet większe niż dający się wymacać kształt. O to właśnie najczęściej pytam osoby widzące - o kolor.

Oczywiście, niewidzenie nauczyło mnie dostrzegać szczegóły i doceniać cechy fizyczne przedmiotów, przez co moja przestrzeń zrobiła się bogatsza, ciekawsza. O ile kiedyś, kiedy widziałam, prześlizgiwałam się wzrokiem po otaczających mnie przedmiotach, o tyle teraz jestem bardzo, bardzo ich ciekawa. Moją ciekawość mogą zaspokoić osoby widzące, opisując mi to, czego z wiadomych przyczyn nie mogę już zobaczyć. Ich słowa stały się dla mnie bezcenne.

No i, gdy tak wczytywałam się w opis gobelinu, gdy oczyma wyobraźni wgapiałam się w utkany obraz i gdy tak rozmyślałam o tytułowej tęczy, powstała we mnie decyzja, wręcz potrzeba, żeby o tym wszystkim napisać. Kilka dni później przeczytałam o konkursie literackim pt. Życie bez wzroku. Zaraz odpaliłam laptop i zaczęłam pisać czy raczej spisywać nagromadzone w głowie myśli, a było w tych myślach mnóstwo kolorowych drobiazgów.

Tytuł mojej pracy W poszukiwaniu utraconej tęczy nie wziął się z próżni. Nawiązuje on nie tyle do tytułu gobelinu, ile do autobiograficznej powieści Marcela Prousta pt. W poszukiwaniu straconego czasu. Moim zdaniem w tym kilkuczęściowym dziele chodzi o bogate w szczegóły wspomnienia, najczęściej dotyczące spraw błahych, które nic nie znaczą w historii ludzkości, za to życie każdego z nas czynią niepowtarzalnym, wyjątkowym. To właśnie nagromadzone wspomnienia o spotkanych ludziach, zobaczonych obrazach, usłyszanych dźwiękach wypełniają naszą czasoprzestrzeń. Tak więc nic nie tracimy ani nie gubimy, o ile pielęgnujemy wspomnienia….

Kolejna z uczestniczek konkursu, Bożena Lampart, zapytana o powód wzięcia udziału w nim odpowiada:

Dlaczego wzięłam udział w konkursie organizowanym przez Magazyn Sześciopunkt? Odpowiedź na to pytanie jest w moim przypadku prosta: pisanie to moja pasja. Nie martwię się, gdy nie zdobędę żadnej nagrody - jak to się stało w przypadku konkursu organizowanego przez Magazyn Sześciopunkt, gdyż moje doświadczenie na polu dziennikarskim nie jest długie. Wygrywa ten, który jest lepszy. Nie tylko potrafię się z tym pogodzić, ale wyciągam z tego jakieś wnioski pozwalające poprawić przelewanie moich myśli na papier. Mam zawsze nadzieję, że chociaż część artykułów dotyczących problemów środowiska niewidomych będzie w jakiś sposób udostępniona szerszemu gronu osób korzystających z komputera, a niekoniecznie dotkniętych niepełnosprawnością narządu wzroku. Ta okoliczność mogłaby mieć wpływ na poszerzenie wiedzy o potrzebach ludzi z dysfunkcjami. A skoro ta wiedza jest, to wtedy łatwiej pomóc, rozumiejąc dany problem właściwie.
Nie do końca jestem pruderyjna, więc przyznaję, iż udział w konkursie to zawsze jakaś rywalizacja będąca bodźcem do poprawnego pisania, a może nawet wygrania jakiejś nagrody...
.

Od kilku lat sama biorę udział w różnego rodzaju konkursach, a są to konkursy literackie jak również czytelnicze. Takim konkursem czytelniczym jest między innymi Konkurs książki mówionej organizowany przez Okręg Śląski PZN w Chorzowie. O ile w konkursach literackich ważną rolę odgrywa wena twórcza, o tyle w tych drugich ważna jest pamięć. Czytając daną książkę, trzeba się skupić na tekście i nawet najdrobniejszy szczegół może okazać się ważny.

Chorzowski konkurs, w którym wzięłam udział już po raz czwarty, daje możliwość intensywnego ćwiczenia pamięci. Dla niektórych uczestników jest to tylko dobra zabawa, ale dla mnie jest to rodzaj wyzwania rzucanego własnym możliwościom.

Kiedy przystępuję do bezpośredniej rywalizacji z innymi uczestnikami, poddawana ocenie jest moja wiedza i jeszcze tego samego dnia znam wynik. Pisząc wiersz czy inną pracę na konkurs, mam świadomość, że zostanie ona poddana ocenie osób, które w tej dziedzinie nie są laikami tak jak ja i ten fakt jest dla mnie bardzo cenny.

Ponoć do odważnych świat należy, a więc ci, którzy nie boją się rywalizacji, stają w szranki i próbują własnych sił.

<<<powrót do spisu treści

&&

Zwierzęta w naszym życiu

Małgorzata Gruszka

W niemal każdym domu i mieszkaniu oprócz ludzi żyje jakieś zwierzę. Najczęściej jest to pies lub kot, ale zdarzają się też ptaki, rybki czy gryzonie. Co powoduje, że chcemy mieszkać ze zwierzętami? Co zyskujemy w kontakcie z nimi, a co one zyskują w kontakcie z nami? Co na ten temat mówi nauka? Które zwierzęta dobrze czują się w domu? Czy osoba niewidząca może być dobrym opiekunem? Jak zmienia się nasz stosunek do zwierząt? Czy trzeba lubić zwierzęta? Jak pomóc, gdy nie można mieć zwierzaka? Zapraszam do wspólnej refleksji nad rolą zwierząt w życiu człowieka i wpływem ludzi na jakość ich życia.

Dlaczego chcemy mieszkać ze zwierzętami?

Radość dla oka

Człowiek, dopóki widzi, jest wzrokowcem. Instynktownie sięga po to, co cieszy oczy. Większość osób decyduje się na konkretne zwierzę, bo jest ładne. Właśnie dlatego dużo większym powodzeniem cieszą się rasowe pieski i kotki z hodowli niż porzucone zwierzęta mieszkające w schroniskach.

Chęć pomocy

Chcąc pomóc zwierzęciu, bierzemy do siebie takie, które aktualnie tego potrzebuje. Nie kierujemy się wówczas modą, urodą czy rynkową wartością zwierzęcia. Rasowe czy nie, piękne czy zwyczajne, młode czy stare - to się nie liczy. Potrzebuje pomocy i to jest ważne.

Szukanie pomocy

Niejednokrotnie to my potrzebujemy pomocy i dlatego decydujemy się na zwierzę w domu. Z codziennej pomocy zwierząt korzystają dzieci ze specyficznymi problemami w rozwoju, osoby na wózkach, osoby niewidome i starsze. Psy towarzyszą ludziom i pomagają im w wielu sytuacjach. Koty - choć niezależne i chodzące własnymi drogami - dają swoim opiekunom bardzo dużo pozytywnych emocji, łagodząc poczucie samotności i pustki.

Co zyskujemy w kontakcie ze zwierzętami?

Poszerzamy wiedzę

Odpowiedzialny opiekun, zanim weźmie do domu zwierzę, próbuje pozyskać wiedzę na temat jego charakteru, funkcjonowania i potrzeb. Wielu ludziom wydaje się, że wszystko wiedzą o psach, kotach, papugach czy chomikach. Prawda jest taka, że wiedza na ten temat większości z nas jest naprawdę uboga i powierzchowna. Wartościowej wiedzy o życiu ze zwierzętami dostarczają fachowcy zajmujący się nimi na co dzień, a także fundacje opiekujące się nimi. Ekspertami, których warto słuchać, są m.in. Dorota Sumińska i prof. Andrzej Elżanowski. Dorota Sumińska jest lekarką weterynarii, publicystką i autorką licznych książek o zwierzętach oraz zaangażowaną popularyzatorką wiedzy na ich temat. Prof. Andrzej Elżanowski jest zoologiem, paleontologiem, profesorem nauk biologicznych i wieloletnim działaczem na rzecz humanitarnej ochrony zwierząt. Ciekawie i przekonująco mówi i pisze o etycznym traktowaniu przedstawicieli wszystkich gatunków.

Uczymy się empatii

Codzienność dzielona ze zwierzęciem uczy nas empatii, to znaczy spoglądania na rzeczywistość oczami kogoś innego. Tym samym zyskujemy na wrażliwości i tolerancji. Zdarza się i tak, że obcując ze zwierzęciem, zmieniamy nieco nasz system wartości. Zwierzęta poszerzają nasze horyzonty myślowe, bogacą sferę uczuć, pozwalają czuć się potrzebnymi i ważnymi w życiu innej istoty.

Doświadczamy miłości bezwarunkowej

Zwierzęta, to jedyne istoty, które kochają bezwarunkowo. Nie oceniają nas, nie szeregują i nie kategoryzują. Kochają zawsze i za to tylko, że jesteśmy.

Co zwierzęta zyskują w kontakcie z nami?

Przykro to powiedzieć, ale właściwie nic! Wielu z nas wydaje się, że biorąc do domu psa czy kota wyświadczamy mu dobro, za które powinien być wdzięczny. Tymczasem, prawda jest taka, że ani psy, ani koty nie prosiły człowieka o to, by je udomowił. To człowiek zaprosił je do siebie, by coś na tym zyskać. Domowe czworonogi nie muszą być nam wdzięczne za to, że bierzemy je pod swój dach, karmimy i leczymy. To nic wielkiego: po prostu jesteśmy im to winni! Na kontakcie z człowiekiem nie zyskują również zwierzęta hodowlane czy trzymane w klatkach dla ozdoby. Czym poprawiamy jakość życia konia używanego jako środek transportu; krowy, jako fabryki mleka, owcy dostarczającej wełny czy świni hodowanej na mięso? Czy uszczęśliwiamy kanarki i papugi trzymane w klatkach? Oczywiście nie! To one zmuszone są uszczęśliwiać nas swoim wyglądem i śpiewem.

Co o kontakcie ze zwierzętami mówi nauka?

Naukowcy od lat badają wpływ zwierząt na ludzi. Szczególnie interesuje ich wpływ obcowania ze zwierzętami na dzieci. Wszystkie dotychczasowe badania przeprowadzane w różnym czasie, w różnych miejscach i na różnych grupach wiekowych, dowodzą pozytywnego, wręcz terapeutycznego wpływu zwierząt na człowieka. W cytowanych w licznych źródłach wynikach badań powtarzają się stwierdzenia, że obcowanie ze zwierzęciem i opieka nad nim uczy dziecko wrażliwości na uczucia i potrzeby innych, odpowiedzialności, panowania nad sobą, samoakceptacji i tolerancji. W kontakcie ze zwierzętami dzieci doświadczają jedynej w swoim rodzaju nie oceniającej przyjaźni, co sprzyja ich rozwojowi emocjonalnemu. Dzisiejsi badacze nie mają wątpliwości co do tego, że kontakt ze zwierzęciem rozwija dziecko fizycznie, emocjonalnie, społecznie i intelektualnie. Oczywiście, dzieje się tak wówczas, gdy kontakt ten następuje pod opieką odpowiedzialnych dorosłych.

Które zwierzęta dobrze czują się w domu?

Najbardziej i najdłużej udomowionymi zwierzętami są psy. Wbrew obiegowym opiniom prawie wszystkie chcą być blisko człowieka i doskonale czują się pod wspólnym dachem. Koty żyją z człowiekiem dużo krócej, mimo to, jeśli muszą - doskonale przystosowują się do życia w zamkniętych mieszkaniach. Nie najgorzej jest rybkom, które - jeśli mają odpowiednich rozmiarów akwarium - żyją w warunkach zbliżonych do naturalnych. W odróżnieniu od nich ptaki i gryzonie zmuszone są żyć w warunkach nie mających z naturalnymi nic wspólnego. Wiele schorzeń w ich wypadku jest pochodną stresu spowodowanego zbyt małą przestrzenią, samotnością lub złym podłożem.

Czy osoba niewidząca jest w stanie opiekować się zwierzęciem?

Oczywiście, że tak. Pewne jest również to, że bez wzroku jest trudniej, tak samo jak ze wszystkim. Wiem o tym doskonale, bo samej zdarza mi się usiąść na kocie. To znaczy zdarzało, bo obie nasze podopieczne nauczyły się schodzić mi z drogi. Niewidząca znajoma moich rodziców miała kiedyś psa imieniem Dingo. Gdy szła przez kuchnię, a on leżał na środku, uderzał głośno ogonem o ziemię, żeby go ominęła. W opiece nad zwierzęciem wzrok oczywiście się przydaje, a czasem jest niezbędny. Nie dysponując nim, z niewielką pomocą osób widzących, można być dobrym opiekunem czworonoga. Nie wzrok jest tu bowiem najważniejszy, ale wiedza, odpowiedzialne podejście, otwartość i wyobraźnia.

Jak zmienia się nasz stosunek do zwierząt?

Ewangeliczne Czyńcie sobie ziemię poddaną do tej pory było traktowane jako dowód wyższości człowieka nad wszelkim stworzeniem. Człowiek, jako jedyny odbierał, myślał i czuł. Zwierzęta miały tylko odruchy, a więc człowiek mógł robić z nimi co chciał, co było mu pożyteczne, potrzebne i wygodne. O negatywnym podejściu i fundowaniu zwierzętom smutnego losu świadczyły choćby określenia takie jak: Traktować kogoś jak zwierzę, Pogoda pod psem, Na psa urok, Pieskie życie czy Zbity jak pies. Rozwój wiedzy o zwierzętach sprawił, że podejście do nich stopniowo się zmienia. Wiemy już, że zwierzę nie jest rzeczą, że czuje i potrzebuje znacznie więcej niż strawy i dachu nad głową. Zwierzęta, podobnie jak ludzie, są inteligentne i mają potrzeby emocjonalne. Odczuwają nie tylko zimno, ciepło, ból, głód i pragnienie, ale także radość, tęsknotę, niepokój, samotność i odrzucenie. Naukowo udowodniono wysoki stopień inteligencji u niektórych ptaków. Wiadomo, że słonie rozumieją śmierć i wykazują swoiste zachowania w stosunku do zmarłych członków stada. Psy oddane z domu do schroniska marnieją w oczach, choć podstawowe warunki do przeżycia mają zapewnione. Większość kotów nie przeżywa takiej zmiany, jeśli mają co jeść i gdzie się schronić. Chcemy tego czy nie, musimy przyznać, że zwierzęta przewyższają nas pod wieloma względami: są bardziej wytrzymałe na ból, proporcjonalnie szybciej osiągają samodzielność, są silniejsze i zwinniejsze. W nowoczesnym i świadomym podejściu do zwierząt nie chodzi o to, by uznać je za lepsze od ludzi, ale za równe człowiekowi. Równe, nie w sensie wszystkich praw, ale w prawie do egzystowania w dobrostanie i komforcie życia zgodnego z potrzebami własnego gatunku. Filozofowie zajmujący się stosunkiem człowieka do zwierząt twierdzą, że kończy się era antropocentryzmu, czyli podejścia, w którym to człowiek jest najważniejszy, a cała reszta przyrodniczego świata podlega tylko jemu i jego potrzebom.

Do serca przytul psa, weź na kolana kota…

Nie każdemu tulenie psa i pieszczenie kota sprawia przyjemność. Jeśli nie przepadasz za bliskim kontaktem ze zwierzętami nie myśl, że z Tobą jest coś nie tak. Nie zgadzam się z poglądem, że ktoś, kto nie lubi zwierząt, nie lubi ludzi. Nie trzeba pragnąć osobistego kontaktu ze zwierzętami, żeby być wobec nich w porządku. Będziesz w porządku, jeśli zobaczysz jakieś zwierzę w potrzebie, zrobisz coś, a nie przejdziesz obojętnie: wezwiesz straż miejską, zadzwonisz do najbliższego schroniska lub poprosisz kogoś, by to zrobił.

Nie możesz wziąć zwierzaka, a chcesz pomóc?

Istnieje wiele form zdalnej pomocy zwierzętom. Można systematycznie wspierać wybraną fundację opiekującą się zwierzętami; można dokonać adopcji finansowej wybranego zwierzęcia; można w sklepach internetowych zamawiać karmę z dostawą do wybranego schroniska lub fundacji; można finansować sterylizację zwierząt, dzięki której eliminuje się zjawisko bezdomności.

<<<powrót do spisu treści

&&

Galeria literacka z Homerem w tle

&&

Nota biograficzna

Ireneusz Kaczmarczyk - Urodziłem się 13 kwietnia 1956 roku w Kraśniku. Po ukończeniu VII Liceum Ogólnokształcącego im. Marii Konopnickiej w Lublinie studiowałem pedagogikę kulturalno-oświatową na Wydziale Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. W tym mieście pracowałem jako instruktor kulturalno-oświatowy w Przedsiębiorstwie Upowszechniania Prasy i Książki, a następnie jako organizator widowni w Teatrze Literacko-Muzycznym. Ostatnio współpracuję z organizacjami pozarządowymi, takimi jak: Fundacja Szczęśliwe Dzieciństwo, Fundacja Nieprzetartego Szlaku. Cyklicznie uczestniczę w warsztatach i konkursach organizowanych przez Krajowe Centrum Kultury Niewidomych w Kielcach, Fundację ARKA i Fundację WIATRAK z Bydgoszczy, Lubelskie Stowarzyszenie Osób Chorych na Padaczkę i Ich Rodzin DRGAWKA.

Moje najważniejsze publikacje:

Wyżej wymienione wydawnictwa zawierają pokonkursowe wiersze i opowiadania. Zostały wydane przez Krajowe Centrum Kultury Niewidomych.

<<<powrót do spisu treści

&&

Singiel

Ireneusz Kaczmarczyk

Kiedy wszedłem do kawiarni hotelu Victoria, Waldek już tam był. Siedział przy fortepianie i opuszkami palców sczytywał z białych kartoników gęsto pokrytych wyciśniętymi, małymi punkcikami, nuty zapisanych brajlem partytur. Był niemal nierozpoznawalny w tej pozie pełnej skupienia, w tym eleganckim, czarnym fraku, śnieżnobiałej koszuli i takich samych rękawiczkach. Bordowa mucha i róża w klapie marynarki dopełniały gustownej kompozycji.

Zafascynowany niecodziennym obrazem tkwiłem tak w chwilowym osłupieniu, z którego wyrwała mnie dopiero dziewczyna obsługująca gości. Uprzedzona zapewne o moim przybyciu, podeszła i zaproponowała, abym powiesił kurtkę na stojącym przy wejściu wieszaku, po czym zaprowadziła mnie do służbowego stolika, przy którym wkrótce sama usiadła. Dopiero teraz mogłem jej się dokładnie przyjrzeć. Nie należała do uderzająco pięknych. Miała w sobie jednak to coś, co sprawiło, że już po wymianie kilku zdań poczułem się przy niej swobodnie zrelaksowany, a kawa, którą mi przyniosła w porcelanowej filiżance, była po prostu pyszna.

Właśnie w chwili, gdy podziwiałem starannie spleciony, jasny warkocz jej włosów, do złudzenia przypominający warkocze dziewczyn z Zespołu Pieśni i Tańca Śląsk, które kiedyś, goszcząc w koszęcińskim pałacyku, siedzibie zespołu, miałem okazję obserwować podczas jednej z prób.

Waldek uderzył w klawisze i pierwsze akordy wyrwały mnie z chwilowego letargu. Już po początkowych taktach bez trudu rozpoznawałem tytuły utworów i z nieukrywaną satysfakcją, popisując się znajomością kompozytorów i ich twórczości, dyskretnie, niby spontanicznie, szeptałem je do ucha dziewczyny. Przychodziło mi to z tym większą łatwością, że repertuar jaki zaproponował na dzisiejszy wieczór, niemal w całości pokrywał się z zawartością ostatniej płyty Claydermana podarowanej mi przez Waldka kilka miesięcy temu i z przyjemnością regularnie słuchanej. W antrakcie przy stoliku zaszczycił nas swoim towarzystwem sam bohater wieczoru, od którego dowiedziałem się między innymi, że urocza nieznajoma, towarzysząca mi podczas koncertu, to Magda i że zdecydowanie nie jest w jego typie.

Rozwiał też moje przypuszczenia co do tego, kto mu pomaga w tak starannym doborze elementów stroju. Zdecydowanym tonem oznajmił, że to nie Magda, a identyfikator kolorów.

Dowiedziałem się przy okazji, że urządzenie, po przyłożeniu do materiału nie tylko nazywa podstawowe jego barwy; doskonalsze jego wersje potrafią rozróżniać i nazywać również odcienie barw.

Wahadło wielkiego ściennego zegara wybijało dwudziestą pierwszą, kiedy tuląc nieśmiało w obu dłoniach delikatną rękę Magdy, bezwiednie, mechanicznie powtarzałem za Waldkiem magiczne Do zobaczenia. Na ulicy z trudem dotrzymywałem mu kroku. Spociłem się jak przysłowiowa bura mysz, a on w długim czarnym płaszczu i starannie dobranym meloniku wywijał z gracją białą laską i tak, asekurując się przed nieprzewidywalnym, nieubłaganie parł do przodu. Obserwowałem, jak bezbłędnie radzi sobie z kolejnymi schodkami i krawężnikami, jak w tym szalonym tempie wymija nagle wyrastające przed nim słupy i drzewa, zaparkowane na chodniku samochody. Zasugerowałem, aby zwolnił, ale wszystko na próżno. Biegł nadal, krzycząc przy tym, abym się pospieszył, bo za chwilę nadjedzie nasz tramwaj. I miał rację. Kilka sekund potem usłyszeliśmy charakterystyczny stukot kół pędzącego po torach pojazdu. Dzieliła nas zaledwie szerokość jednego pasa, gdy tramwaj, dzwoniąc wesoło, zatrzymał się na przystanku. Waldek jednak nie dawał za wygraną. Przyspieszył nieco, sforsował jezdnię i dotarłszy do torów, zanim motorniczy zdołał zadzwonić na znak, że rusza, jak szlaban wyciągnął swoją białą laskę przed przednią szybę wagonika. Resztkami sił dobiegłem do stopni.

Siedząca przy drzwiach kobieta na widok mężczyzny z białą laską wstała z zajmowanego fotelika i chwytając za rękaw płaszcza, próbowała zachęcić go, by usiadł. Bronił się jak lew, ale usłużna z taką determinacją usiłowała mu pomóc, że gdy tramwaj ruszył, a ona silniej pociągnęła go za łokieć w kierunku zwolnionego miejsca, zachwiał się lekko i kosztowało go niemało wysiłku, by wrócić do równowagi. Dopiero kiedy pewnie stanął na nogach, spróbował uwolnić się z uścisku życzliwej dłoni, a kiedy mu się to udało, okazało się, że szczęście trwało krótko i że z miłości kota można zagłaskać na śmierć. Kierując się wyłącznie dobrem bliźniego, nieznajoma ponownie pociągnęła Waldka ku sobie, tym razem trzymając go mocno za mankiet. On jednak zręcznie opędzał się od niej białą laską. W pewnym momencie, zupełnie nieoczekiwanie, tańczący tuż nad podłogą czubek laski trafił napastniczkę w nogę. Krzyknęła boleśnie zraniona i obrzuciła Waldka wiązanką epitetów zupełnie nieliterackich. Na nasze szczęście nie musieliśmy z nią dłużej polemizować, bowiem tramwaj dojeżdżał właśnie do przystanku docelowego.

Kiedy wreszcie wysiedliśmy, zapytałem przyjaciela, dlaczego w taki sposób zareagował na może niezbyt fachową, niemniej jednak niepozbawioną dobrych chęci pomoc. Opowiedział mi wówczas jak to pewnego razu skorzystał z przychylności miłej młodej dziewczyny, która ustąpiła mu miejsca w autobusie. A gdy nie spodziewając się niczego, zupełnie rozluźniony, zajmował puste siedzenie, jej kolega nagłym i silnym szarpnięciem wyrwał mu z ręki torbę, po czym popychając stojących mu na drodze, oboje wyskoczyli z pojazdu i wmieszali się w tłum oczekujących na przystanku.

Wyjaśnił mi przy okazji, że od czasu tego wydarzenia postanowił, iż dopóki to możliwe, będzie polegał wyłącznie na sobie, w myśl porzekadła, że dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane.

Nie minął kwadrans jak siedziałem w jego mieszkaniu wygodnie wyciągnięty w fotelu. Pełen podziwu obserwowa­łem gospodarza. Nakładając na kolejną szklankę czujnik poziomu cieczy, napełniał ją do chwili, gdy usłyszał melodię sygnalizującą, iż naczynie jest pełne.

Delektowałem się wspaniałą herbatą, którą zaparzył. Takich jak on nazywają dzisiaj singlami, dlatego byłem nieco zaskoczony przytulnie urządzonym i schludnie utrzymanym wnętrzem. Waldek udał się do sąsiedniego pokoju po brajlowską maszynę do pisania. Ja w tym czasie podziwiałem zabytkową czarną szafę, wielki, stojący w prawym rogu zegar oraz zajmujący chyba pół pokoju fortepian słynnej firmy Stanley. Wrócił, gdy oglądałem ciężki, mosiężny świecznik stojący na fortepianie. Właśnie wtedy wzbudzony wibracją telefon komórkowy, który leżał na stoliku, zaczął nagle skakać i hałasować, a następnie do naszych uszu napłynęły ciepłe dźwięki walca.

W samą porę - zażartowałem, uśmiechając się do przyjaciela. Zupełnie zwyczajnie zignorował moją uwagę i tonem mentora objaśnił:

- To tylko sms, a motyw muzyczny to Syberyjski walc, temat przewodni ścieżki dźwiękowej do filmu Doktor Żywago. Kompozytorem utworu jest Maurice Jarre, a reżyserem filmu David Lean.

Nacisnął na klawiaturze przycisk OK i sztuczny głos wydobywający się z głośnika udźwiękowionego telefonu przeczytał wiadomość, informując nas o zbliżającym się terminie zapłaty abonamentu. Deklamowałem ostatnio napisane liryki, a Waldek zapisywał je w systemie punktowym. Cały pokój tonął od dawna w mroku. Jedynie tląca się pod szklanym czajniczkiem z herbatą świeczka rzucała nikły płomyk światła, który w lustrze blatu stolika tańczył potem radośnie na naszych twarzach. Przez chwilę poczułem się jak na wielkiej scenie teatru, na której zagubiony w ciemności i wpatrzony jedynie w światło jupitera mogłem zapomnieć o sobie i całkowicie przenieść się myślami w kreowany świat przekazu. Deklamacja przeszła chyba wkrótce w prawdziwą recytację, bo w pewnym momencie Waldek przerwał pisanie. Słuchał jedynie z szeroko otwartymi, nic niewidzącymi oczami. Praca szła nam dość sprawnie, ponieważ po upływie może pół godziny Waldek sprawdzał poprawność zapisu ostatniego tekstu. Wiersze zamierzałem przesłać Ani, aby je zrecenzowała, oceniła. Miała już pewne doświadczenie literackie, bowiem przygotowywała do druku swój trzeci tomik poetycki. Podobnie jak Waldek, ociemniała we wczesnym dzieciństwie, biegle brajlowała i, podobnie jak on, chętnie służyła pomocą innym.

To za jej pośrednictwem poznałem Waldka, który był nie tylko wspaniałym muzykiem, ale jak się kiedyś wyraziła - również cenionym nauczycielem pisma punktowego, a obecnie pracował nad podręcznikiem dla uczących brajla.

Z głośników kina domowego wybrzmiewały nokturny i mazurki Chopina, a my, dolewając do filiżanek nieustannie podgrzewanego napoju, poddawaliśmy się urokowi chwili.

Waldek nacisnął przycisk ręcznego gadającego zegarka, który oznajmił - jest godzina jedenasta trzydzieści.

Niemal w tej samej chwili odezwał się kurant z zabytkowego zegara, a dzwonek do drzwi anonsował przybycie kolejnego gościa. Godzina duchów jeszcze przed nami - przemknęła mi przez głowę zabawna myśl, gdy gospodarz, nieco zaskoczony, maszerował w kierunku drzwi.

Mówią, że historia lubi się powtarzać - korygowałem w myślach, już całkiem poważny, ponownie tego wieczora ściskając prawą rękę Magdy. Lewą przyciskała do piersi tekturową teczkę z partyturami utworów, które wykonywał w czasie dzisiejszego koncertu Waldek.

Zebrałem ze stolika swoje liryki, podziękowałem za pomoc, wyszedłem.

Już na ulicy dogoniła mnie myśl: - Prawdziwy przedstawiciel Renesansu.

<<<powrót do spisu treści

&&

Nasze sprawy

&&

Stare po nowemu, czy nowe po staremu

Alicja Nyziak

Międzyresortowy zespół pod kierunkiem profesor Uścińskiej chce uporządkować i ujednolicić system orzekania o niepełnosprawności. Czy się uda? Przekonamy się w przyszłości. Podobne próby były już podejmowane, ale budziły tak wiele kontrowersji i protestów, że odpuszczano. Obecne prace nad reformą systemu orzekania o niepełnosprawności także wywołują różnorodne reakcje. Trudno się temu dziwić, gdy w perspektywie pojawia się wielka niewiadoma. Nikt nie wie na jakie genialne rozwiązania wpadną specjaliści. Czy nagle nowy system orzekania nie wywróci życia do góry nogami? Pytania, wątpliwości, obawy i nadzieje wracają niczym bumerang. Pomimo, że prace międzyresortowego zespołu trwają już prawie rok, uparcie on milczy i nie chce ujawnić efektów swoich dotychczasowych działań. Wreszcie odrobina informacji przybliżających kierunek zmian i wstępne założenia pojawiła się na portalu niepełnosprawni.pl.

W dwunastu punktach przedstawiono wstępne założenia, które mogą jeszcze ulec zmianie. Były punkty, z którymi w pełni się zgadzałam. Wydawały mi się jasne i przejrzyste. Jednak ponowna wnikliwsza lektura skłoniła mnie do większej ostrożności. Obecny system orzekania wymaga reform, to dla mnie jest oczywiste. Jednak przedstawione punkty zawierają ogólniki, które każdy zainteresowany najpewniej zinterpretuje zgodnie z własnymi oczekiwaniami. No i w pewnym momencie może okazać się, że te oczekiwania mają się jak wół do karety w odniesieniu do tego, co zaprezentuje zespół specjalistów. Taka rola ogólników, aby uruchomić myślenie życzeniowe, uspokoić, a następnie wpuścić na manowce. W założeniach mówi się o uproszczeniu zasad orzekania, co będzie ogromnym plusem. Nie trzeba będzie stawać wielokrotnie na komisję w celu otrzymania odpowiedniego orzeczenia, dającego prawo do świadczeń, uprawnień. Planowane jest zachowanie trzech stopni niepełnosprawności. Zastanawiające jest, jaki zostanie opracowany szablon do poszczególnych stopni? Kto będzie mógł otrzymać stopień znaczny? Czy wzięto pod uwagę osoby, które potrzebują większej kompensacji ze względu na schorzenia sprzężone? Zespół orzekający odrębnie będzie oceniał niesamodzielność. Tutaj od razu włącza się dzwonek alarmowy i przypomina sprawę niewidomego, któremu zmniejszono stopień niepełnosprawności z powodu dobrego zrehabilitowania. Popełnił błąd, przychodząc na komisję samodzielnie. Co kryje się pod hasłem niesamodzielność?

Zanim trafiłam do orzecznika, w Powiatowym Zespole Orzekania o Niepełnosprawności, najpierw pracownik socjalny przeprowadził ze mną wywiad. Padały różne pytania, m.in. również takie czy myję się samodzielnie? Gdy odpowiedziałam twierdząco, padło pytanie jak to robię, skoro nie widzę? Okazało się, że to, co dla mnie oczywiste, dla kogoś innego wcale takie nie było. Jak w takim razie samodzielne branie prysznica wpłynie na stopień niepełnosprawności? Co kryje się pod określeniem - kompleksowa ocena funkcjonalności osoby orzekanej? Czy zespół orzekający będzie pracował w kilku odrębnych blokach? Przecież rentę komisja przyznaje na podstawie wyników badań i stanu zdrowia orzekanego. Pozostałe składowe owej funkcjonalności mają znaczenie w odniesieniu do innych kwestii. Intrygujące, jakimi kryteriami będzie kierował się zespół orzekający? Na jaki czas będą wydawane orzeczenia? Co z osobami niepełnosprawnymi, które będą chciały pracować? Czy przewiduje się możliwość podjęcia pracy niezależnie od stopnia niepełnosprawności? Bywa, że praca jest doskonałym środkiem rehabilitującym i mobilizującym do aktywności.

Reforma systemu orzekania budzi żywe reakcje. Dzisiaj wiele osób żyje w niepewności, co będzie dalej? Czy opracowane rozwiązania uporządkują biurokratyczny bałagan? Oj, trudny orzech do zgryzienia przed międzyresortowym zespołem opracowującym nowy system orzekania o niepełnosprawności. Spokojnie mogą spać osoby, które mają orzeczenie na stałe. Projektowany system nie przewiduje działania wstecz. Tak więc obecne orzeczenia mają zachować ważność.

Z informacjami dotyczącymi założeń i kierunku zmian można zapoznać się pod linkiem:

http://www.niepelnosprawni.pl/ledge/x/633706;jsessionid=4360616D1B901A38FD3F96B084DDCCB5.

<<<powrót do spisu treści

&&

Pobudka, wiosna nadchodzi!

Patrycja Rokicka

Wiosna zbliża się wielkimi krokami, najwyższy czas pomyśleć o dobrej kondycji fizycznej, odżywieniu cery, włosów, przejrzeniu garderoby, wizycie u fryzjera oraz mądrym odżywianiu. Każdy powinien odpowiednio zadbać o siebie i przygotować się na ciepłe, wiosenne dni. Przed nami cudowny czas, spędzany na świeżym powietrzu, słońce, wiatr we włosach, śpiew ptaków...

Przysłowie Jak Cię widzą, tak Cię piszą niektórym z nas może wydawać się płytkie, ma jednak ukryty sens. Pierwszego wrażenia nie da się zrobić drugi raz, a nasze życie obfituje często w krótkie, niespodziewane spotkania, podczas których nie zawsze mamy szansę i czas wykazać się bogatym wnętrzem oraz barwną osobowością. Wówczas naszym sprzymierzeńcem staje się zadbany, schludny wygląd.

Coco Chanell mówiła: Zawsze wyglądaj tak, jakbyś miała spotkać miłość swojego życia lub najgorszego wroga. Myślę, że to motto to strzał w dziesiątkę, w mojej opinii powinno być maksymą nie tylko kobiet, ale i mężczyzn. Drodzy panowie, Zawsze wyglądajcie tak jakbyście mieli spotkać miłość swojego życia....

Obecnie rynek kosmetyczny rozwija się bardzo dynamicznie, co chwilę pojawiają się nowe trendy w kosmetyce ułatwiające nam codzienną pielęgnację. Kremy, peelingi, balsamy zawierają bioaktywne substancje pochodzenia naturalnego, mające dobroczynny wpływ na nasz wygląd. W drogeriach bez problemu znajdziemy dobrej jakości kosmetyki w rozsądnych cenach. Możemy również samodzielnie przygotować domowe kosmetyki z prostym składem, w stu procentach naturalne. Regularna, konsekwentna pielęgnacja przynosi oczekiwane efekty w krótkim czasie.

Osoby, które po zimie zauważą dodatkowe fałdki na brzuchu, mogą skorzystać z szerokiej oferty klubów fitness i siłowni, oferujących karnety w bardzo atrakcyjnych cenach. Nowoczesne kluby (bez dodatkowej opłaty) zapewniają swoim klientom pomoc trenera personalnego, który oprowadzi po obiekcie, zaprezentuje sprzęt do ćwiczeń, objaśni jego obsługę, pomoże podczas wykonywania ćwiczeń. Osoby niepełnosprawne powinny częściej korzystać z takich miejsc. Gdy w zeszłym roku chodziłam do takiego klubu, spotkałam osoby na wózkach, osoby słabowidzące oraz jedną osobę z karłowatością. Naprawdę bariery są tylko w naszych głowach.

Wymiana garderoby zawsze poprawia nastrój. Jeśli mamy w szafie rzeczy, których nie nosiliśmy trzy lata, już na pewno ich nie założymy. Zorganizujmy spotkanie z asystentem osoby niepełnosprawnej, z widzącą koleżanką lub członkiem naszej rodziny w celu posprzątania naszej szafy. Jeśli żal nam wyrzucać dobrej jakości ubrania, oddajmy je potrzebującym, sprzedajmy w Internecie lub wymieńmy się nimi z innymi osobami. Gdy dysponujemy niewielkim budżetem, ubierajmy się na wyprzedażach oraz w second-handach, w których możemy za grosze kupić prawdziwe perełki znanych, światowych marek.

Ładna fryzura to nie kaprys ani fanaberia, to nasz styl oraz szacunek do siebie. Warto na wiosnę udać się do fryzjera, podciąć zniszczone końcówki, odświeżyć lub zmienić kolor włosów, a może zaszaleć z nową fryzurą? Zakład fryzjerski znajdziemy bez problemu na każdym osiedlu, w każdej galerii handlowej. Fryzjera możemy mieć także wśród znajomych lub rodziny. To cudowne uczucie po wyjściu od fryzjera - bezcenne.

Osoby słabowidzące i niewidome mogą również pomyśleć o zakupie nowej laski, która w wyniku częstej eksploatacji zniszczyła się i nie wygląda już dobrze. Zachęcam również do zmiany oprawek okularów, na ciekawsze modele, które dodadzą twarzy więcej uroku.

Wisienką na torcie niech będzie metamorfoza dotychczasowego sposobu odżywiania. Nie chodzi mi o diety odchudzające czy drakońskie głodówki, które kończą się rozczarowaniem i efektem jojo. Wystarczy, że zrezygnujemy z wysoko przetworzonych produktów typu: fast food, chipsy, napoje gazowane, produkty instant, tłuszcze trans itp. Wyeliminujemy żywność bogatą w cukier, sól, konserwanty, polepszacze smaku, tłuszcz. Wprowadzimy do naszej kuchni warzywa, owoce, przyprawy, zioła, kasze - wszystko to, co wyrosło z matki ziemi. Postarajmy się nie jeść posiłków w biegu, szybko i łapczywie. Celebrujmy czas spędzony przy stole, dobrze przeżuwajmy każdy kęs, nie popijajmy podczas jedzenia.

Do dzieła! Przywitajmy tegoroczną wiosnę w lepszej wersji siebie. Powodzenia.

<<<powrót do spisu treści

&&

Z historii Niewidomych

&&

Pies-fenomen opiekun niewidomego

J. Ł.

Często się widzi na ulicach Warszawy niewidomego z psem - wyżłem, który z puszką do ofiar w zębach prowadzi swego ociemniałego pana. Widok doprawdy rozrzewniający. Przechodzę właśnie przez ulicę, gdy nagle pies zagradza panu drogę. Za chwilę zaś tuż przed parą przyjaciół przejeżdża rozpędzona taksówka.

Człowiekowi nagle robi się słabo. Atak epilepsji. Niewidomy osuwa się na ziemię. Ludzie przenoszą go do bramy. Jedni podkładają mu ręce pod głowę, inni znów, stosując jakiś dziwny zabobon, wtykają mu do ręki klucze.

Pies okazuje się mądrzejszy od ludzi. Rzuca się do pana i zębami rozpina mu zapiętą pod szyją kurtkę. Chory zaczyna przychodzić do siebie. Pies liże go po twarzy i cuci. Teraz dopiero ludzie zrozumieli, że nieszczęśliwemu potrzebna jest woda.

Niewidomy ocknął się z omdlenia, ale wstać i iść o własnych siłach nie może.

I znów pies-fenomen znajduje radę.

Roztrącając obecnych, pędzi do stojącego na skrzyżowaniu ulic policjanta. Pies łapie go zębami za poły płaszcza i ciągnie do swego pana.

Minęło kilka chwil. Niewidomy stanął wreszcie o własnych siłach i prowadzony przez wiernego towarzysza, idzie wolnym krokiem do domu.

W małej, ciemnej suterynie przy ul. Żelaznej 37, mieszka parę osób, a wśród nich właściciel psa, niewidomy Ignacy Chmielecki, z zawodu elektrotechnik.

Rodzina niewidomego oddała kilka lat temu przy podziale majątku 5000 zł do dyspozycji Łódzkiemu Oddziałowi Czerwonego Krzyża, którą to sumę instytucja użyła na stopniową pomoc dla ślepca i na kupno dla niego tresowanego psa-przewodnika.

Oto, co opowiada p. Chmielecki o swym psie:

- Pies - pointer, który kosztował aż 2000 zł, okazał się swego rodzaju fenomenem. Broni mnie przed wypadkami, przynosi mi rano buty, chodzi do sklepu po żywność, przynosi drzewo do palenia i spełnia wiele funkcji służącego mi przyjaciela. Na wadze w sklepie pies-fenomen również nie da się nigdy oszukać. Wystarczy, by szale wagi były choć trochę nierówne, aby pies machnął ogonem i wrócił do domu bez dokonania zakupu. Jeśli pies zauważy, że ktoś zbliża się, aby wrzucić do puszki monetę - zatrzymuje mnie, zagradzając drogę.

Niewidomy wyjmuje z kieszeni stary, zniszczony zegarek i pokazuje go psu.

- As, powiedz panu, która godzina.

Pięć uderzeń łapą było odpowiedzią. Wskazówki pokazywały dwie minuty po piątej.

Tresura? Przedziwna inteligencja psa? Trudno zrozumieć. Fakt powyższy pozostaje jednak faktem.

- As jest teraz dla mnie wszystkim - zwierza się niewidomy właściciel. - Zastępuje mi niańkę, wspólnika i przyjaciela.

Nie mógłbym żyć bez niego.

Źródło: ŚWIAT NIEWIDOMYCH (Le Monde des Aveugles), Organ Zjednoczenia Pracowników Niewidomych, Warszawa - Marzec-Kwiecień 1937 r., Nr 3-4.

<<<powrót do spisu treści

&&

Listy od Czytelników

&&

Od Annasza do Kajfasza

No cóż, los nie okazał się dla mnie zbyt łaskawy, obdarzając mnie, poza dysfunkcją narządu wzroku, również niepełnosprawnością narządu ruchu. W czasie powstawania drugiej dysfunkcji miałam przed sobą alternatywę: zostać na wózku inwalidzkim czy zakupić protezę kończyny dolnej i zacząć powoli chodzić pod rękę z opiekunem. Nietrudno zgadnąć, że wybrałam ten drugi wariant.

Zasięgnęłam informacji dotyczących dofinansowania do zakupu sprzętu rehabilitacyjnego.

W Narodowym Funduszu Zdrowia powiedziano mi, iż w pierwszej kolejności muszę udać się do lekarza pierwszego kontaktu, by tam uzyskać skierowanie do ortopedy lub chirurga, w celu wypisania wniosku do NFZ na dofinansowanie do zakupu protezy dolnej, co tym samym oznaczało potwierdzenie, że owa kończyna została amputowana. Realizując mój plan, udałam się z wypisanymi wnioskami do NFZ, gdzie przybito mi pieczątki na dokumencie potwierdzającym dofinansowanie.

Następny etap to wizyta w zakładzie ortopedycznym. W Internecie dowiedziałam się, iż najbliższy znajduje się w odległości 60 kilometrów od miejsca mojego zamieszkania. Skoro bliższej opcji nie było, pełna entuzjazmu udałam się na poszukiwanie opisanego wyżej miejsca. Okazało się, że Nie od razu Kraków zbudowano. Pomiarom tego, co po mojej kończynie zostało, nie było końca. Potem przymiarka prototypu protezy i wiadomość, że prawdziwa będzie gotowa do odebrania za kilka dni.

W drodze powrotnej wpadło mi do głowy, aby zapytać w NFZ czy mam także prawo do dofinansowania do kosztów wyjazdu do zakładu ortopedycznego. Jak postanowiłam, tak uczyniłam. Niestety, odpowiedź była negatywna.

Byłam bardzo ciekawa nowego sprzętu rehabilitacyjnego, dzięki któremu łatwiej będzie mi się poruszać, a jednocześnie rozszerzyć i tak mocno ograniczoną możliwość zmiany środowiska z domowego na społeczne.

Toteż pukanie od jednych drzwi do następnych nie wydało mi się dziwne, ponieważ ubiegałam się o pomoc po raz pierwszy i nikt na piękne oczy nie uwierzyłby mi, że dofinansowania takiego potrzebuję.

Minęły trzy lata od tego wydarzenia i okazało się, że ubieganie się o nabycie tożsamego sprzętu jest mi dozwolone.

Tak jak poprzednio zasięgnęłam informacji w tej sprawie w NFZ. Jakie było moje zdziwienie, gdy dowiedziałam się, że pomimo, iż to następna zamiana protezy ze starej na nową, etapy ubiegania się o ową się nie zmieniły. Na moje pytanie: Po co kolejne zaświadczenie od ortopedy, że moja kończyna nadal jest amputowana? - usłyszałam tylko ciche westchnienie. Rozumiem, że pracownicy Funduszu są zobligowani do przestrzegania przepisów prawa, ale przecież nie ma możliwości, aby kiedykolwiek komuś noga sama odrosła, zatem po co kolejne potwierdzenie o jej braku?

Skoro nadal nie było innego rozwiązania, stanęłam ponownie w kolejce do lekarza pierwszego kontaktu, gdzie odstałam półtorej godziny, po czym kolejne trzy godziny czekałam w kolejce do ortopedy, aby uzyskać potwierdzenie tego, co niepodważalne - kończyny dolnej brak.

Podczas wizyty u lekarza pierwszego kontaktu dowiedziałam się, iż jest uprawniony do wypisania wniosku do dofinansowania do wózka inwalidzkiego i do skarpet ochronnych na pozostałą po amputacji część nogi czy ręki. Dlaczego więc nie może potwierdzić braku kończyny dolnej, skoro wypisuje skierowanie na dofinansowanie skarpet ochronnych? Zaoszczędziłoby to czas pacjenta, lekarza specjalisty i zredukowałoby koszty ubiegania się o wspomniane wyżej przedmioty.

Ktoś może pomyśli, że się czepiam, niemniej jednak warto się zastanowić nad tą sprawą.

Bożena Lampart

<<<powrót do spisu treści

&&

Ogłoszenie

&&

Gorąca prośba

Jeżeli chcesz nam pomóc, jesteś przyjacielem Fundacji Świat według Ludwika Braille'a i chcesz czytać wydawany przez nią Magazyn Polskich Niewidomych i Słabowidzących Sześciopunkt - przekaż nam jeden procent podatku.

Sześciopunkt - Magazyn Polskich Niewidomych i Słabowidzących, który otrzymują Państwo co miesiąc, nie jest w całości dofinansowywany przez PFRON. Fundacja musi znaleźć kilkadziesiąt tysięcy zł, aby czasopismo mogło się ukazywać. Ponieważ nie prowadzimy działalności gospodarczej, każda złotówka, którą otrzymujemy od naszych darczyńców, jest dla nas wielką pomocą. Będziemy bardzo wdzięczni za podarowanie nam jednego procentu podatku, który przeznaczymy na pokrycie kosztów związanych z wydawaniem Sześciopunktu.

Mamy nadzieję, że dzięki Państwa życzliwości, czasopismo będzie nadal regularnie trafiało do Waszych domów. Zachęcamy do podzielenia się tą prośbą z bliskimi i znajomymi.

Nasz numer KRS 0000515560.

Dziękujemy!
Zarząd Fundacji i Redakcja

<<<powrót do spisu treści