Sześciopunkt

Magazyn Polskich Niewidomych i Słabowidzących

ISSN 2449-6154

Nr 4/25/2018
kwiecień

Wydawca: Fundacja Świat według Ludwika Braille’a

Adres:
ul. Powstania Styczniowego 95d/2
20-706 Lublin
Tel.: 505-953-460

Strona internetowa:
www.swiatbrajla.org.pl
Adres e-mail:
biuro@swiatbrajla.org.pl

Redaktor naczelny:
Teresa Dederko
Tel.: 608-096-099
Adres e-mail:
redakcja@swiatbrajla.org.pl

Kolegium redakcyjne:
Przewodniczący: Patrycja Rokicka
Członkowie: Jan Dzwonkowski, Tomasz Sękowski

Na łamach Sześciopunktu są publikowane teksty różnych autorów. Prezentowane w nich opinie i poglądy nie zawsze są tożsame ze stanowiskiem Redakcji i Wydawcy.

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam, ogłoszeń, informacji oraz materiałów sponsorowanych.

Redakcja zastrzega sobie prawo do skracania, zmian stylistycznych oraz opatrywania nowymi tytułami materiałów nadesłanych do publikacji.

Materiałów niezamówionych nie zwracamy.

Publikacja dofinansowana ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.

Spis treści

Podziękowania

Od redakcji

Kwiaty polskie - Julian Tuwim

Maniuś - Jolanta Kutyło

Co w prawie piszczy

Posłowie pytają Ministerstwo Rodziny o zrównanie zasiłku i dodatku pielęgnacyjnego

Sport

Wasze sportowe aktywności

Zdrowie bardzo ważna rzecz

Tańczmy w rytm muzyki naszych dusz i serc - Piotr Stanisław Król

Ta herbatka pomoże Ci wyrównać poziom cukru we krwi - Jean-François Astier

Gospodarstwo domowe po niewidomemu

Psychologiczne aspekty prac domowych - Małgorzata Gruszka

Kuchnia po naszemu - D.S.

Rehabilitacja kulturalnie

O Dawidzie i Goliacie raz jeszcze - Edyta Miszczuk

Galeria literacka z Homerem w tle

Nota biograficzna - Kazimiera Piekarczyk

Wiersze - Kazimiera Piekarczyk

Nasze sprawy

Współuzależnienie - Patrycja Rokicka

Jak Kuba Bogu... - Tomasz Matczak

Brajlówka - Iwona Czarniak

Niewidomi - niewidzialni - Teresa Dederko

Z historii Niewidomych

Toto: w uprzęży Pies-Przewodnik - Mario Riecharnwood

Listy od Czytelników

&&

Podziękowania

Drodzy Przyjaciele!

Serdecznie dziękujemy Wszystkim, którzy udzielili nam wsparcia w trudnych chwilach, gdy dalsze wydawanie magazynu Sześciopunkt było zagrożone.

Dzięki Państwa pomocy, szybkiej i efektywnej interwencji w postaci listów wysyłanych do PFRON otrzymaliśmy dofinansowanie umożliwiające realizację naszego wspólnego projektu jakim jest Sześciopunkt.

Uprzejmie informujemy, że czasopismo będzie regularnie wysyłane do Czytelników w najwygodniejszej dla każdego wersji: brajlem, drukiem powiększonym lub pocztą elektroniczną.

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, bardzo nas cieszy, że Sześciopunkt ma ich tak wielu.

Zarząd Fundacji Świat według Ludwika Braille'a

<<<powrót do spisu treści

&&

Od redakcji

Drodzy Czytelnicy!

Mamy już kwiecień, który przeplata, trochę zimy, trochę lata. Tak też jest z kwietniowym numerem Sześciopunktu, w którym znajdą Czytelnicy i poezję, i prozę, nietypowy, bo poetycki poradnik dotyczący zdrowia, zupełnie niestandardową recenzję, a w dziale o gospodarstwie domowym - porady psychologa.

W Galerii literackiej z Homerem w tle przedstawiamy po raz pierwszy liryczną, subtelną, pełną poważnej refleksji poezję znanej w naszym środowisku poetki.

W dziale Nasze sprawy zamieściliśmy nieco kontrowersyjny artykuł o bezwzględnym egzekwowaniu praw osób niewidomych, a także kilka innych felietonów.

Dzięki Panu Grzegorzowi Złotowiczowi kontynuujemy cykl Z historii Niewidomych.

Życzymy ciekawej lektury.

Zespół redakcyjny

<<<powrót do spisu treści

&&

Kwiaty polskie

Julian Tuwim

(fragment)

...
Był kwiecień-plecień hiacyntowy.
Hiacyntów tłuste, wonne świeczki
Barwnymi olejkami ciekły,
Płynęły aromatem ciepłym,
Różowym, białym, fioletowym;
Po świeżym niebie się turlały
Ni to baranki, ni owieczki -
Pełne wełnistych, krętych loków,
Biegły, trącając się i trąc się,
Jakby owczarek je zaganiał,
Szczekając, zabiegając z boków,
Na zlot obłoków - w dom świtania
Na hiacyntowym horyzoncie.
Szybko i skocznie było wokół.
Nawet ponura głąb mieszkania
Zaczęła sypać niespodzianie
Słoneczne żarty i figliki,
Z luster na ściany umykały
Ni to zajączki, ni króliki,
Tęczowe plamki i promyki
I śliskie pląsy wyprawiały.
A jeden taki plusk zajęczy
Dał w obraz holenderski nura
(Martwa natura) i roztęczył
Cytrynę i bażancie pióra.
I na ulicach ptasim lotem,
Słoneczne gonią się latawce:
Z okien do okien i z powrotem,
Jak piłki i jak kule złote,
Szyby rzucają szybie w darze,
Przebłyski porozumiewawcze -
Szybko i skocznie, i przelotnie,
Jak w lustrze ptaków, snów i świateł,
Lekko-umkliwe i skrzydlate
W drodze mijają się stokrotnie.
Tak samo w myślach mojej panny,
Gdy właśnie Mazowiecką kroczy
Z sercem, bijącym jak fontanny,
Bijące w lustro zakochania:
...

Źródło: https://pl.scribd.com

<<<powrót do spisu treści

&&

Maniuś

Jolanta Kutyło

Wyróżnienie w konkursie Życie bez wzroku

Jesienne popołudnie wpędzało mnie w ponury nastrój. Za oknem siąpił deszcz, przez okienne szpary wdzierał się niemiły ziąb, dlatego każdy okupował kaloryfery, o co trwały codzienne walki, bo nas, pacjentów zgoniono do przesyconej mleczną kawą i nietęgą zupką świetlico-stołówki, gdzie pod przymusem i nadzorem pielęgniarek mieliśmy spędzać cały dzień. Siostry dziergały na drutach swetry i sukienki o wymyślnych wzorach, my rozwiązywaliśmy krzyżówki, a starsi panowie grali w karty.

Leki tak nas osłabiały, że niektórzy pokładali ociężałe głowy na stołach i po chamsku chrapali, co stało się powodem niewybrednych żartów. Wyjęłam z kieszeni czeską czekoladę z orzechami, przepłaconą zdaje się kilkakrotnie, bo zakupioną gdzieś z przemytu i poczęłam ją z entuzjazmem spożywać. Bardzo się śpieszyłam, bo Tadek Łukaszek przypiął się do mnie po gryza, ale go odepchnęłam. On tak zawsze robił. Od innych wyłudzał, ale swojego nigdy nie dał. Zachowywał się jak pies ogrodnika. Nagle zbliżył się do mnie jakiś facet. Był wysoki, chudy, o czym przekonałam się później, głos miał bardzo stary, wymowę bezzębną, mimo różnicy dwóch lat między nami.

Na imię miał Marian, lecz wszyscy nazywali go Maniusiem. Z powodu starczej mowy nie cieszył się sympatią młodszych pacjentek, dlatego siedział w kącie osamotniony i zły na cały świat.

- Jesteś ślepa? To jak Ty żyjesz? To Ty mnie nie widzisz, co? A jeść umiesz? A całować się umiesz? A seks ślepi uprawiają, co? - zagadnął.

Wtedy jeszcze byłam przeczulona na punkcie swojego inwalidztwa, koniecznie chciałam naprawiać świat, dlatego oburzyłam się okropnie i z impetem trzasnęłam dziada w zarośniętą gębę, aż jęknął, a pacjenci poczęli mi przyklaskiwać.

- Nie jestem ślepa, jestem niewidoma, idioto! Spadaj! - wrzasnęłam mu prosto w ucho. Myślałam, że wpadnie w amok, jak to bywa z osobami chorymi psychicznie, lecz ten typek stał nade mną jak Maćkowe Cielę.

- A czy wy, ślepaki umiecie pisać i czytać? Czy wy w ogóle chodzicie do szkoły? Czy cokolwiek umiecie, kiedy nie widzicie? - spytał ponownie.

- Jasne, że umiemy i posługujemy się sześciopunktowym pismem Braille'a, dzięki niemu wydawane są podręczniki szkolne, literatura piękna i dziecięca, kodeksy, konstytucja, gazety dla dorosłych i dzieci, katechizm, modlitewniki, fragmenty Pisma Świętego oraz skrypty zawodowe. Za pomocą pisma brajlowskiego rozwiązujemy zadania matematyczne, fizyczne i chemiczne, zapisujemy i odczytujemy nuty. Wielu niewidomych ukończyło studia, posługując się brajlem przy pomocy zwykłej tabliczki - odezwałam się tym razem grzecznie.

- A nauczysz mnie tego waszego pisma, tego, jak mu tam, brajla? A łatwe to jest? Nie bądź jędzą, jestem rzutkim facetem, wiesz? - domagał się po chwili namysłu i usiadł obok mnie nieoczekiwanie.

- Czemu nie? Tylko, po co Ci to, kiedy widzisz? - zaśmiałam się.

- Lubię nowe rzeczy, mam policyjny charakter - odparł facet i oddalił się.

Całą noc nie spałam, bo ten drań mnie obraził, ale poza tym chciał koniecznie opanować pismo punktowe, więc się skusiłam, by go nauczyć. Z tego powodu adrenalina mocno mi się podniosła.

Nazajutrz przyjechała moja mama i poprosiłam o brajlowskie przybory do pisania.

Kilka dni później moje życzenie się spełniło, nie mogłam jednak mieć przy sobie tabliczki oraz dłutka, ponieważ w psychiatrycznym szpitalu zabrania się trzymania ostrych przedmiotów w szafce. Dlatego musiałam po każdym użyciu tabliczki oddawać ją do pielęgniarskiej dyżurki.

Maniuś truł i truł, dlatego bez wstępnych wyjaśnień zajęłam się jego edukacją.

Najtrudniej przyszło mu opanowanie czytania, bo za nic w świecie nie mógł pojąć, dlaczego pisze się brajlem od strony prawej do lewej, a czyta odwrotnie.

- To wy piszecie jak Żydy, gorzej jak Żydy, bo oni stawiają litery, a wy tylko robicie dziury w papierze. Tu liter nie ma, bo litery to kółka, kreski, zawijasy, a tu tylko sześć kropek, tego się nauczyć nie da! Szkoda czasu mojego! - komentował.

Nasz wspólny pobyt w szpitalu wciąż się przedłużał, dlatego miałam sporo czasu, by człowieka niskich lotów czegokolwiek nauczyć, a jednak okazał się pojętnym pacjentem, czego nie przewidziałam.

Pisanie z opuszczanymi linijkami i odczytywanie prostych zdań nie sprawiało mu większych trudności. Kłopoty zaczęły się dopiero, gdy należało opanować pisanie tekstu ścisłego, ale i z tym dał radę.

Maniuś piszczał jak dziecko.

- Wiesz, że Cię kocham? - zaczepiał mnie.

- Spadaj. Jeszcze raz coś takiego usłyszę, a dostaniesz fangę w nos i juchą się zalejesz. Nigdy Ci nie zapomnę, że nazywałeś mnie od ślepaków - wpieniłam się, ale ten psychol z moich słów nic sobie nie robił. Dziwił się, że tekst czarnodrukowy na zwykłej kartce zajmuje znacznie mniej miejsca niż ten sam napisany brajlem, wpadał w zdumienie, widząc brajlowską książkę z poezją Juliana Tuwima, którą mama mi przywiozła do czytania, wyraził niezadowolenie, że drukowanie takich grubych książek się nie opłaca z powodu objętości, z czym częściowo się zgadzałam, bo, gdybym chciała zakupić obszerniejszą powieść, np. w 25 tomach, zajęłoby to pół mojego pokoju. Nauka szła mu coraz lepiej, co spotkało się z uznaniem otoczenia.

Kilku innych pacjentów również wyraziło chęć opanowania pisma "Brauna". Lecz zapał szybko ich opuszczał.

- Będę pisać do Ciebie listy miłosne - zacierał dłonie mój podopieczny, a mnie rozpierała duma, że jeszcze komuś się mogę na coś przydać.

Jesień waliła w szyby kroplami deszczu, zacinała wiatrem, a my spędzaliśmy przy stole długie godziny nad tabliczką do pisania.

Maniuś wkrótce porównał oba rodzaje pisma i stwierdził, że czarnodrukowe litery nie zawsze są czytelne, bo niektórzy piszą jak kura pazurem, najgorzej piszą lekarze, nawet w aptekach rozczytać się nie da, chyba że ktoś pisze drukowanymi literami, a do odczytania maczku konieczne są okulary, brajl zawsze wygląda jednakowo i nie trzeba wymieniać wkładów jak w długopisie, tylko papier drogi, o czym dowiedział się od mojej mamy.

- Tego waszego pisma to powinni się uczyć wszyscy. Byłoby fajowo, bo można pisać anonimy na sąsiadów albo na lekarzy, a ja jeszcze bym pisał na naszego Jaworskiego z Komitetu Partyjnego i nikt by sprawcy nie wykrył, ja bym brajla używał jako szyfru, hihihihi! - podskakiwał.

- Osoby widzące też piszą anonimy - odparłam.

- No tak, ale w tym waszym brajlu nikt się nie wyzna, bo piszecie wszyscy tak samo i nie trzeba wywalać szmalu na grafologa, by rozpoznał charakter pisma - próbował mi dowieść swojej racji.

Po pewnym czasie poznał kolejną zaletę pisma punktowego - możliwość czytania nocą bez zapalania światła, tylko nie podobało mu się, że komuś może przeszkadzać szuranie palcami po książce.

Wtedy jeszcze nie śniło mi się, że kiedykolwiek będę matką trojga dzieci, że będę pod nadzorem najstarszego syna korzystać z komputera przeznaczonego dla niewidomych.

Nie miałam wyobrażenia o dokumentach cyfrowych, zżerających je wirusach, mowie syntetycznej, bo w Polsce technologia cyfrowa nie była dostępna.

Posługiwałam się czarnodrukową maszyną do pisania, ale błędów już uchwycić nie mogłam, dlatego korzystałam z pomocy mamy.

Wkrótce Maniuś poprosił mnie o prezent w postaci tabliczki brajlowskiej i dłutka, co chętnie spełniłam. Poprosiłam mamę, by w naszym kole PZN nabyła przybory do pisania. Mój pupil miał za trzy dni wracać do domu, dlatego dłużej się uczyliśmy. Mężczyzna opanował cały alfabet oraz cyfry, ale nut już nie zdążył sobie przyswoić.

- Najpierw nie mogłem czytać łapami tych liter, bo mam mocno zniszczone, ojciec goni mnie do robót w gospodarstwie, teraz już mogę - stwierdził pewnego wieczoru.

Wytłumaczyłam mu, że do czytania brajla palcami można się przyzwyczaić, że dzięki niemu każdy ma możliwość wyuczenia się ortografii i interpunkcji jak w piśmie czarnodrukowym, ale źle napisanego tekstu już bezpośrednio na marginesie poprawić się nie da i trzeba zmienić kartkę.

Maniuś w końcu opuścił szpital. Za miesiąc i ja wróciłam do domu.

Pewnej soboty listonosz przyniósł mi cienki i jedyny list w szarej kopercie.

Rozcięłam ją ostrożnie, wyjęłam kartkę wydartą prawdopodobnie z bloku rysunkowego i przeczytałam kilka słów:

Ala ma kota i ja "tesz".

Twój Maniuś

<<<powrót do spisu treści

&&

Co w prawie piszczy

Posłowie pytają Ministerstwo Rodziny o zrównanie zasiłku i dodatku pielęgnacyjnego

Sejmowa Komisja ds. Petycji zwróciła się do Ministra Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w sprawie możliwości dodatkowego wsparcia osób z niepełnosprawnością, w tym podwyższenia kwoty zasiłku oraz zrównania z dodatkiem pielęgnacyjnym. We wtorek 27 lutego przyjęto dezyderat w tej sprawie.

W dokumencie przypomniano, że na początku grudnia ubiegłego roku Komisja rozpatrzyła petycję w sprawie zmiany ustawy z 28 listopada 2003 r. o świadczeniach rodzinnych. Chodziło o przyznanie osobom pobierającym zasiłek pielęgnacyjny 402,72 zł dodatku z tytułu niepełnosprawności.

Autor petycji zwrócił uwagę na to, że osoby z niepełnosprawnością wymagają dodatkowego wsparcia ze względu na dodatkowe wydatki - m.in. na leki i rehabilitację, a także dlatego, że pobierane przez nie świadczenia są niewystarczające. Wskazaną kwotę 402,72 zł autor zaczerpnął z ustawy o działaczach opozycji antykomunistycznej oraz osób represjonowanych z powodów politycznych.

Czy w tym roku podniosą kwotę zasiłku?

Komisja ds. Petycji w dokumencie oceniła, że ta analogia została "niewłaściwie zastosowana" - dodatek dla osób represjonowanych jest przyznawany bez kryterium dochodowego każdej osobie represjonowanej jako rekompensata, podczas gdy autor petycji wnosi o przyznanie takiego dodatku osobom z niepełnosprawnością jako pomocy. Mimo to jednak komisja postanowiła wystąpić z niniejszym dezyderatem, aby poznać ewentualne możliwości dodatkowego wsparcia osób niepełnosprawnych, w tym w kwestii podwyższenia kwoty zasiłku oraz zrównania z dodatkiem pielęgnacyjnym.

Komisja prosi o wskazanie czy w związku z przypadającą na ten rok weryfikacją świadczeń rodzinnych osoby niepełnosprawne mogą liczyć na podniesienie otrzymywanych obecnie kwot - czytamy w dokumencie. - Zdaniem Komisji, należy podjąć decyzje zmierzające do zwiększenia środków przyznawanych w celu częściowego pokrycia kosztów wynikających z konieczności zapewnienia opieki oraz pomocy osobie niepełnosprawnej.

Źródło: www.niepelnosprawni.pl, 27.02.2018

<<<powrót do spisu treści

&&

Sport

&&

Wasze sportowe aktywności

Kasica:

Cześć wszystkim! Chciałabym podyskutować z tymi, którzy regularnie chodzą na basen lub siłownię. Słyszałam o kilku przypadkach w Niemczech, zwłaszcza jeśli chodzi o basen, że odmówiono niewidomym wstępu bez osoby towarzyszącej, tłumacząc to względami bezpieczeństwa i brakiem przystosowania danego obiektu do potrzeb osób niepełnosprawnych. Czy tu w Polsce też was to spotkało? W jaki sposób rozwialiście ewentualne wątpliwości?

Druga sprawa to kwestia osoby towarzyszącej. Chodzicie ze znajomymi czy może próbowaliście szukać wolontariuszy do pływania? Jeśli tak, jaką drogą? Zaczęłam chodzić na siłkę w Niemczech, ale miałam łatwiej, bo mój luby przetarł szlaki i chodzimy razem. Chcę to kontynuować też w czasie, gdy jestem tutaj, otworzyli siłkę blisko mojego mieszkania. Mam jednak lekkie opory przed rozmową z nimi, dlatego potrzebuję waszych opinii na ten temat.

Mirek:

Nurkowanie częściowo wyznaczało rytm mojego życia - podróże na wszystkie kontynenty i w odległe zakamarki naszego globu, nurkowanie we wrakach i jaskiniach, klasycznie/rec i na mieszance/tec, a nawet z rebreatherem i na większe głębokości. Widziałem już bardzo marnie, a nadal próbowałem, ale gdy już nie mogłem odczytać wskazań komputera, to postanowiłem zamknąć ten rozdział mojego życia. Był zbyt ważny, by zadowalać się namiastką. To samo tyczy się nart i wysokich gór. Skoro za studenckich czasów startowałem w zawodach i zaliczyłem kurs instruktorski, to zsuwanie się po omacku z górki nie sprawiałoby mi raczej satysfakcji, a i wyzwaniem nie byłoby zapewne żadnym. Dlatego znalazłem sobie coś nowego, czyli wyciskanie. Na siłownię wcześniej chodziłem, ale nigdy na poważnie nie próbowałem wyciskać na ławce. Mam więc coś nowego, z czym się mogę zmierzyć i to jest dla mnie wyzwaniem. Ja w żadnym wypadku nie zniechęcam, a wręcz przeciwnie, jeśli ktoś ma możliwość, to radzę spróbować osobom z naszego kręgu, by zakosztowały nurkowania czy nart. Wyjaśniam tylko, dlaczego uważam te rozdziały w moim przypadku za zamknięte.

Kasica:

Mirek napisał: Potem przez wiele lat moją pasją i namiętnością było nurkowanie, ale gdy przestałem widzieć, to i zanurzanie się pod wodę przestało mieć sens.

- A próbowałeś choć raz po niewidomemu? Ja nie rozumiem, jak można tego nie kochać. Ta cisza, ta inność dźwięków słyszanych pod wodą. Niestety, nie mam wielu okazji do nurkowania, ale to najlepsza forma relaksu jaką znam. Dogłębne duchowe oczyszczenie w połączeniu z kopem pozytywnej energii. Oczywiście w parze z kimś widzącym, ale nawet pełnosprawni nurkowie zazwyczaj nurkują w parach.

Mirek:

Na basen nie chodzę, bo nie lubię. Jako dziecko trenowałem pływanie i widocznie wtedy wyczerpałem przeznaczoną na przeciętnego człowieka ilość odbić od wykafelkowanej ściany basenu. Potem przez wiele lat moją pasją i namiętnością było nurkowanie, ale gdy przestałem widzieć, to i zanurzanie się pod wodę przestało mieć sens. Całe życie byłem sportowo aktywnym człowiekiem, ale niestety, utrata wzroku mocno ogranicza możliwości w tym względzie. Gdy już całkiem przestałem widzieć i duże ciężary nie mogły już moim oczom bardziej zaszkodzić, wróciłem na siłownię. Trening siłowy robię zazwyczaj trzy razy w tygodniu i dodatkowo raz na tydzień mamy z żoną dwie godziny jogi. Podstawowym celem i elementem mojego treningu siłowego jest wyciskanie na ławce płaskiej. Oczywiście w ramach uzupełnienia korzystam też z maszyn oraz innych wolnych ciężarów, ale wyciskanie jest podstawą. Trenuję pod okiem trenera personalnego, który w międzyczasie stał się też moim dobrym kumplem, a nasze kontakty z nim i jego żoną mają też charakter zupełnie pozasiłowniany. A pozostali ludzie z siłowni też mi już pomagali w drobnych sprawach i sądzę, że gdybym znowu o coś poprosił, to też by nie odmówili. Zarówno na tej jak i na poprzedniej siłowni spotykam się wyłącznie z przychylnością i sympatią. Nawet największe mięśniaki i zakapiory, a może oni szczególnie, doceniają to, że człowiek bierze się z życiem za bary i nie odpuszcza. I nie jest to specyfika akurat tego miejsca, bo tam, gdzie trenowałem poprzednio, było tak samo. Dlatego nie należy mieć obaw, bo nawet największe ABS (Absolutny brak szyi) patrzą na człowieka, który pomimo niepełnosprawności chce trenować, nie tylko z przychylnością, ale i pewnym szacunkiem.

Źródło: Lista dyskusyjna Typhlos

<<<powrót do spisu treści

&&

Zdrowie bardzo ważna rzecz

&&

Tańczmy w rytm muzyki naszych dusz i serc

Piotr Stanisław Król

Jedna z poetek, nie mogąc spać z powodu swojego cierpienia i przykucia do łoża boleści od długiego czasu, pewnej nocy postanowiła podjąć duchowy... Taniec wśród gwiazd, cyt.: Nocą gra muzyka gdzieś koło mnie / Czy we mnie, / Skoczna, wesoła / W księżycowej poświacie / Urzeczona tańczę / Ziemia z niebem złotą broszą księżyca spięta / Tańczy razem ze mną [...] Chwyta moje dłonie / I roześmiany porywa do tańca / Rozbawieni tańczymy walczyka / Tańczymy po niebie wśród gwiazd / Zakochany we mnie księżyc / A w księżycu ja. [Wiesława Żelazik, z tomiku poezji pt. Myśli ulotne].

Tytuł książki autorki Myśli ulotne można dopiąć właśnie do szczególnego rytmu tańca w naszym życiu: depresje, smutki, przygnębienia odfruwają, gdy w muzycznej atmosferze ruszamy do rock and roll'a, disco, walca, tanga czy też innego, który lubimy.

Już dawno naukowcy udowodnili jak bardzo pozytywny wpływ ma to na dobrą psychikę i pracę mózgu. To nie tylko rozluźnienie i usprawnienie naszego ciała, ale - co bardzo ważne - dobre samopoczucie i gimnastyka szarych komórek, które czasem są niemal spięte w kajdanach kłopotów, problemów, z którymi musimy się często zmagać.

Jakiś czas temu zbadano starszych ludzi po 65. roku życia i stwierdzono, że taniec... odmładza i hamuje w dużym stopniu proces starzenia się. A więc babciu, dziadku - zapraszamy do tanecznych, dalszych ścieżek waszego życia.

Tańczenie ma duży, korzystny wpływ na zdrowie psychiczne. Podczas tańca uwalniają się tłumione uczucia i wydzielają hormony szczęścia, dlatego osoby, które lubią tańczyć, są mniej zagrożone, jak już wcześniej to zaznaczyłem, depresją. Psychologowie stworzyli terapię tańcem zwaną choreoterapią, doceniając korzystny wpływ tańca na zdrowie psychiczne.

A co z naszym ciałem? Masz go za dużo? Nadwaga, brzuch jak bębenek, tłuszczu zbyt wiele? Taniec zrzuca zbędne kilogramy, ponieważ podczas jednego, godzinnego balowania można pozbyć się do kilkuset kalorii. On jak artysta - rzeźbi naszą sylwetkę, która staje się bardziej smukła i zgrabna. Jak podaje jeden z fachowych poradników: Modeluje uda, brzuch, nogi, wzmacnia mięśnie, szczególnie brzucha, kręgosłupa i miednicy, poprawia postawę. Taniec pomaga w osiągnięciu lepszej kondycji i uzyskaniu kontroli nad własnym ciałem. Już po kilku godzinach treningów ciało zacznie nas słuchać. Stanie się bardziej elastyczne. (Źródło: www.biomedical.pl)

A nasze serce? W trybie zbyt długiego siedzenia na kanapie, fotelu, krześle, można to powiedzieć - zastyga. Krążenie krwi powolne, niedotlenienie organizmu, w tym naszego mózgu, zmniejsza się. A on często zaczyna znów pokrywać się chmurą myśli zasmucających nasze serca. A więc zatańczmy i zdmuchnijmy tę chmurkę, a serce, jak perkusja, ruszy w rytm hormonów szczęścia.

A co z naszą pamięcią, która też jest czasem ulotna? Niedawno w naszym kościele parafialnym p.w. NMP Matki Kościoła przy ul. Domaniewskiej na warszawskim Mokotowie, odbywały się chrzciny dwóch małych chłopczyków: Jakuba i Leona. Proboszcz, jak zawsze, wspaniale prowadził tę uroczystą mszę i w pewnym momencie powiedział do rodziców i ich gości: - Kiedy wrócicie do swoich domów, zjedzcie sobie dobry obiad i... tańczcie! Oklaski, radosne uśmiechy wszystkich w kościele i taneczne poruszenie naszych serc i dusz. Ksiądz zaprosił je już w tym momencie do wesołego, dziękczynnego Panu Bogu, tańca. A co bardziej utrwala w naszej pamięci takie zdarzenia, wypowiedzi, jak nie to właśnie? Wcześniej proboszcz mówił, aby tego dnia nigdy nie zapominać, więc zapewne dlatego ta mądra jego porada - tańczcie! Kubusiu i Leosiu, jesteście w moich szarych komórkach przyklejeni tanecznym klimatem tej uroczystości waszego chrztu; a ile innych konkretnych imion odfrunęło z pamięci? Jakie mieliście imiona dzieciaczki ochrzczone dwa tygodnie temu... Karol, Kamil, Basia czy Kasia... nie pamiętam. Piszę to z humorem i z szacunkiem dla wszystkich dzieci, ale empirycznie sprawdziłem na sobie jak taneczny rytm w naszych sercach i duszach rozbudza nasze szare komórki, myślenie, pamięć. W starożytnej Grecji Platon w filozoficznych rozważaniach bardzo wysoko oceniał taneczny rytm w naszym życiu. Mądrość, wiedzę łączył z tańcem - miał rację.

Od kilkudziesięciu lat tańczymy z moją Elunią, małżonką (ślub 1 lipca 1978 roku w warszawskim kościele franciszkanów na Nowym Mieście), świetną tancerką. Kochamy szczególnie skoczne, rock and rollowe wirowanie, ale te spokojne, z przytuleniem i pocałunkami są nie tylko odpoczynkiem, ale przede wszystkim otuleniem muzycznym rytmem naszych dusz i serc. Kiedyś sięgnąłem po pióro i napisałem ten wiersz, z którym czasami nucąc go, ruszamy w taneczny rytm naszego życia:

Tańcz ze mną tańcz

mojej kochanej Eli

tańcz ze mną tańcz cudowna Muzo
strząśnij z siebie troski smutek chandrę
rozrzuć swoje jasne świetliste włosy
obejmij mnie i pocałuj tego teraz pragnę

tańcz ze mną tańcz cudowna Muzo
wzniesiemy się ponad cały ten zgiełk
wirujmy szaleńczo bez opamiętania
wsłuchani w muzykę naszych dusz i serc

tańcz ze mną tańcz cudowna Muzo
walc tango rock and roll step jazz
dla mnie nieważne co tańczę a z kim
może być nawet hip-hop a co tam - też...

tańcz ze mną tańcz cudowna Muzo
zwiewnie ponętnie czule wręcz szałowo
po czym usiądź na biurku ja przy nim usiądę
i z energią rzucę się na umykające słowo

ustrzelę i przyszpilę do kartki papieru wiersz
z prozą na kolejne strony nowej książki wkroczę
ty nalejesz do kieliszków nasze ulubione wino
i cicho szepniesz: zatańcz znów ze mną... proszę

Kończąc ten artykuł-poradnik dla zdrowia, tak jak zacząłem, w poetyckim klimacie, przypominam cenne tańce naszych wielkich literatów: polonez z Panem Tadeuszem Adama Mickiewicza, bal na Weselu Stanisława Wyspiańskiego, Tango Sławomira Mrożka, Niech żyje bal Agnieszki Osieckiej - znakomity utwór, który wzbogacił muzyką Seweryn Krajewski i jest przebojem od wielu lat, śpiewanym i tańczonym.

A czy można tańczyć wśród gwiazd, jak opisała to wspomniana na początku Wiesława Żelazik, poetka wielkiego serca i ciepłej, rozświetlonej duszy? Gdy ma się tak cenne wartości, można tym tańcem wznieść się ponad najtrudniejsze przeszkody na drodze swojego żywota.

<<<powrót do spisu treści

&&

Ta herbatka pomoże Ci wyrównać poziom cukru we krwi

Jean-François Astier

Szanowny Czytelniku,
cukier sieje spustoszenie. Kiedy organizm nie jest już w stanie obniżać jego stężenia, mówimy o cukrzycy. Zanim sięgniesz po leczenie syntetyczną insuliną, pomyśl o produktach naturalnych!

Herbatka wyrównująca poziom cukru

Oto herbatka, która będzie prawdziwym wsparciem dla osób z wysoką glikemią, a którą możesz przygotować sam: 30 g korzenia łopianu (zwiększa on tolerancję na węglowodany, które są dostarczane z pożywieniem i pochodzą z cukru zawartego w owocach lub z produktów zbożowych), 20 g liści borówki (obniżają one glikemię, głównie dzięki zawartości chromu), 15 g bodziszka (cała roślina) (Geranium robertianum) zawiera dużo tanin o działaniu tonizującym i ściągającym; wpływa na czynność trzustki i umożliwia zwalczanie cukromoczu (obecności cukru w moczu), 15 g korzenia rzepiku (Agrimonia eupatoria) (tonizuje i wpływa ściągająco na przewód pokarmowy, zapobiegając wchłanianiu cukru w jelitach), 15 g liści poziomki, 5 g liści orzecha włoskiego (Juglans regia) (obniża glikemię i łagodzi pragnienie, które często odczuwają cukrzycy. Zawiera silne taniny, które hamują wchłanianie cukru z przewodu pokarmowego).

Sposób przygotowania:

  1. Zalej łyżkę mieszanki kubkiem zimnej wody.
  2. Zagotuj i od razu zdejmij z ognia.
  3. Zaparzaj 10 minut pod przykryciem.
  4. Przecedź.
  5. Pij 1-2 kubki dziennie.

Uwaga:

Efekt działania herbatki wzmocni wpływ zażywanych leków obniżających glikemię, dlatego monitoruj glikemię wraz z lekarzem. W zależności od wyników lekarz może zmodyfikować leczenie.

Inne rośliny obniżające poziom cukru we krwi:

Przepękla ogórkowata (Momordica charantia) - powszechnie jest używana w Meksyku w leczeniu cukrzycy. Możesz ją stosować przez dwa miesiące lub dłużej. W przypadku równoczesnego stosowania leków obniżających glikemię pamiętaj o ryzyku hipoglikemii.

I wreszcie: Gurmar (Gymnema sylvestre) - pomaga zwalczyć ochotę na cukier w przypadku uzależnienia od słodyczy.

Jeśli zdiagnozowano u Ciebie cukrzycę, pij powyższą herbatkę, a dodatkowo stosuj Gurmar.

Z poważaniem
Jean-François Astier

Źródło: www.pocztazdrowia.pl

<<<powrót do spisu treści

&&

Gospodarstwo domowe po niewidomemu

&&

Psychologiczne aspekty prac domowych

Małgorzata Gruszka

Jedna z Czytelniczek w liście do redakcji poprosiła o to, by w dziale Gospodarstwo domowe po niewidomemu pisać o czymś więcej niż kulinaria. W domyśle miała prace domowe związane z utrzymywaniem czystości i porządku. W odpowiedzi na prośbę Czytelniczki postanowiłam podzielić się z Państwem moimi spostrzeżeniami na temat owych prac, a także wskazówkami które mogą przydać się tym, którzy za sprzątaniem i porządkowaniem nie przepadają. Tym, którzy je lubią i wykonują z pasją, przyda się jedynie część wskazówek z poniższego tekstu.

Ogólny charakter prac domowych

Chcemy tego czy nie, jesteśmy zmuszeni do wykonywania prac domowych, koniecznych do utrzymania w porządku i czystości miejsca, w którym przebywamy sami lub z rodziną. Prace domowe to głównie sprzątanie, gotowanie i pranie. Są różne, a jednak mają kilka zasadniczych i podobnych cech.

Powtarzalność

Sprzątanie, gotowanie i pranie są czynnościami powtarzalnymi, a więc wykonywanymi często i regularnie. Regularność i częstość wykonywania sprawiają, że bywają męczące. Nawet jeśli zmieniamy kolejność sprzątanych pomieszczeń, korzystamy z nowej pralki czy gotujemy różne rzeczy, to w istocie robimy to samo. W naturze większości z nas występuje znudzenie powtarzalnymi czynnościami. Z niektórych - na przykład z treningu na rowerku stacjonarnym - możemy na jakiś czas zrezygnować. Ze sprzątania, prania i gotowania nie.

Monotonia

Monotonia prac domowych związana jest z ich powtarzalnością. Im częściej coś robimy, tym staje się to bardziej monotonne. Prace domowe należą do czynności, które trudno zmienić w bardziej urozmaicone. Podłogę zawsze myje się tak samo, tak samo ściera się kurze, myje naczynia, segreguje pranie czy obiera ziemniaki.

Krótkotrwały efekt

Efekt większości prac wykonywanych w domu jest krótkotrwały. Czasami wręcz odwrotnie proporcjonalny do włożonego wysiłku. Wyszorowana podłoga robi się brudna po jednorazowym przejściu domowników. Wyprana, powieszona, wysuszona i wyprasowana koszula ląduje w koszu z praniem po jednym, góra dwóch użyciach. Przygotowywany dwie godziny obiad znika z talerzy w 20 minut.

Niezauważalność

Efekt wielu prac domowych jest nie tylko krótkotrwały, ale wręcz niezauważalny. Mam na myśli to, że prac takich prawie nikt nie zauważa i nie ceni. Ci, którzy ich nie wykonują, mają wrażenie, że dom sprząta się sam, naczynia same się myją, pranie samo się pierze, a obiady gotują. Niezauważalność prac domowych bierze się z ich powtarzalności. Coś, co dzieje się na okrągło, trudniej dostrzec i nadać temu wartość. Czyste pranie w szafie, umyte podłogi i ugotowany obiad to stałe elementy codzienności; norma, nad którą nikt się nie zastanawia i za którą rzadko kto dziękuje.

Wykonywanie prac domowych przez osoby słabowidzące i niewidzące

Wykonywaniu prac domowych przez osoby z dysfunkcją wzroku, oprócz wymienionych wyżej, towarzyszą inne specyficzne problemy. Korzystanie nawet ze słabego wzroku ułatwia wykonywanie wszystkich prac, dając pewne informacje wzrokowe o otoczeniu. Widząc cokolwiek, łatwiej poruszać się po pomieszczeniu, posegregować pranie, obrać warzywa itp. Osobie słabowidzącej wszelkie prace ułatwi dobór sprzętów w kontrastowych kolorach, dzięki czemu będzie je łatwiej znaleźć w pomieszczeniu, na podłodze, blacie czy stole. Osoby niewidzące muszą pogodzić się z tym, że wszystko w ich przypadku przebiega wolniej. Dużym ułatwieniem jest organizowanie sobie pracy tak, by nie przeszkadzały różne sprzęty. Myjąc podłogę, najlepiej wcześniej usunąć z niej to, co się da, na przykład krzesła, kwiaty, sprzęt do ćwiczeń itp. Dobrze jest ustalić sobie jedno miejsce, w którym na przykład stawia się wiadro z wodą. Prace domowe wykonywane bez wzroku wymagają większej uwagi i skupienia. Oprócz tego wymagają większej dokładności: osoba widząca może przetrzeć blat tam, gdzie jest brudny - osoba niewidząca musi wytrzeć cały, bo nie każdy brud da się wyczuć. Paradoksalnie dbanie o dom bez wzroku może być źródłem satysfakcji wynikającej z faktu, iż mimo znacznych trudności i ograniczeń radzimy sobie nie gorzej niż osoby widzące.

Emocje towarzyszące wykonywaniu prac domowych

Jeśli na myśl o kolejnym obowiązku domowym robi Ci się niedobrze, jeśli do sprzątania, prania lub gotowania zabierasz się z niechęcią, jeśli nie cieszy Cię to, co robisz w domu na co dzień - dowiedz się, że to nie tylko Twój problem! Awersja do najprostszych prac domowych jest często odczuwaną emocją, która wynika z faktu, że prace te są powtarzalne, monotonne, nieciekawe, mało efektowne i męczące. Znużenie, zniechęcenie i brak motywacji, to klasyczna reakcja na wykonywane na okrągło prace w domu.

Jak sprawić, by proza prac domowych doskwierała nieco mniej?

Nie będę Państwu ściemniać i nie obiecam, że poniższe sposoby zmienią prozę prac domowych w fascynującą przygodę z odkurzaczem, mopem i szmatką do kurzu. Odpowiedzialnie i zgodnie z własnym doświadczeniem powiem tyle, że pomogą w ich wykonywaniu, nadając im nieco bardziej pozytywny charakter.

Ułatwiaj sobie pracę

Wielu z nas wydaje się, że ułatwianie sobie pracy i minimalizowanie wysiłku jest czymś niewłaściwym. Robiąc to odczuwamy coś w rodzaju poczucia winy. Oczywiście, nie wszystko w życiu można sobie ułatwiać, ale prace domowe zdecydowanie tak. O ile tylko możesz, korzystaj z wszelkich udogodnień jakich dostarcza rynek. Zainwestuj w porządny mop i wiaderko do wyciskania go, by ułatwić sobie mycie podłóg. Korzystaj z dobrej jakości płynów, gąbek, ściereczek i druciaków. Zamiatanie przestanie być problemem, jeśli tradycyjną miotłę zastąpisz odkurzaczem bezprzewodowym. Przypomina froterkę i pracy nie utrudnia ciągnący się przewód. Pranie ułatwią kapsułki zamiast proszku i chusteczki zbierające kolory - nie trzeba segregować. Mycie okien będzie łatwiejsze z odpowiednimi szmatkami i gąbkami do szyb. A mycie naczyń? Cóż, może warto pomyśleć o zmywarce, która już dawno przestała być luksusem. Wszystko, co ułatwia wykonywanie prac domowych, skraca jednocześnie poświęcony im czas. Ponieważ wykonuje się je stale i wciąż, warto postarać się o to, by zajmowały możliwie jak najmniej naszego czasu.

Uprzyjemniaj sobie pracę

O ile to możliwe, staraj się uprzyjemniać sobie wykonywanie prac domowych. Sprzątając pomieszczenia, słuchaj fajnej książki, ulubionej muzyki czy stacji radiowej. Prace domowe możesz sobie uprzyjemnić doznaniami zmysłowymi, nabywając środki do czyszczenia w atrakcyjnych dla Ciebie zapachach. Pewną przyjemność podczas prac domowych sprawia również wypróbowywanie nowinek rynkowych.

Oszukaj mózg

Jeśli robimy coś, czego nie lubimy, nasz mózg koncentruje się na tym i pojawiają się przykre myśli i związane z nimi emocje. Innymi słowy, czujemy się źle, bo wykonujemy coś, na co nie mamy ochoty i co nie zadowala nas intelektualnie. Podczas wykonywania niezbyt lubianych czynności, można oszukać mózg, tak, by nie skupiać się na wrażeniach intelektualnych i związanych z nimi emocjach. W oszukaniu mózgu pomaga wspomniane już słuchanie radia, książki czy muzyki. Podczas nielubianego, nudnego i męczącego zajęcia można świadomie skierować mózg na inne tory, na przykład planowanie wakacji, zakupów, imprezy urodzinowej itp. Myślowe oderwanie się od tego, co robimy, pomaga w wykonywaniu innych monotonnych czynności, na przykład trenowaniu na rowerku, bieżni czy orbitreku. Oszukiwanie mózgu jest trudniejsze w przypadku osób niewidzących. Osobiście korzystam z tego namiętnie, ale tylko w czynnościach wykonywanych bardzo często, w przestrzeniach, które dobrze znam i w których czuję się bezpiecznie. Podczas mycia okien nie polecam!

Nagradzaj się za pracę

Jeśli nie przepadasz za pracami domowymi - nagradzaj się za nie! Na przykład, na niezbyt lubianą czynność wyznacz sobie czas przed ulubionym serialem lub programem telewizyjnym, drugim śniadaniem, kawą, spacerem lub podwieczorkiem. Ograniczony czas zmobilizuje Cię do pracy, a myśl o nagrodzie pomoże ją wykonać.

Obserwuj siebie i swoje reakcje

Ludzie są różni. Jednym w wykonywaniu niewdzięcznych prac domowych pomaga robienie wszystkiego na raz; innym z kolei pomaga dzielenie pracy na partie i przeplatanie aktywności. Sprawdź, jak jest u Ciebie i idź za tym, co Ci pomaga. Pamiętaj, nie musisz postępować tak samo jak inni.

Nadaj znaczenie i sens pracom domowym

W systematycznym wykonywaniu prac domowych najtrudniejsze jest to, że nie mają one większego znaczenia, przez co wykonywanie ich może nawet wydawać się bezsensowne. Po co sprzątać, skoro za chwilę będzie brudno? Po co wysilać się na dwudaniowy obiad, skoro zje się go równie szybko jak zupę z torebki? Po cholerę to pranie, skoro za dwa dni kosz znów będzie pełny! Krótkotrwały efekt prac domowych nie jest największym problemem. Dużo większym jest to, że prace te nie cieszą się uznaniem wśród domowników. Znaczenie i sens nadasz im tylko wówczas, gdy w części powierzysz je innym. Wiesz dlaczego? Bo ceni i zauważa się głównie to, co zrobiło się samemu i w co włożyło się własny wysiłek. Powierz domownikom część prac domowych, a zobaczysz, że zaczną zauważać je, doceniać i szanować. Nie przejmuj się tym, że może nie zrobią czegoś tak dobrze jak Ty - przy następnej okazji poprawisz po nich, a oni zrobią coś innego.

Odpuść sobie!

Nie namawiam Państwa do porzucenia wszelkich prac domowych, zaniedbania otoczenia i zarośnięcia brudem. Namawiam natomiast do rezygnacji z bycia perfekcyjną panią domu. Piszę panią, bo mimo zmian w zakresie ról pełnionych w związkach i rodzinach - to wciąż głównie kobiety zajmują się pracami domowymi. Sprzątanie, pranie, gotowanie i inne prace domowe są koniecznością, ale nie powołaniem i misją życiową. Jeśli dla kogoś są i dobrze się z tym czuje, to OK! Jeśli jednak sprawiają trudność, to warto postawić sobie jakieś granice, to znaczy pogodzić się z faktem, że nie zawsze, nie wszystko i nie wszędzie będzie lśnić. Osobiście odpuściłam sobie ciągłe zmiatanie żwirku, który moje kotki roznoszą po mieszkaniu. Robię to raz dziennie wieczorem, tak, żeby na rano było czysto. Przestałam przejmować się tym, że w ciągu dnia tu i tam natykam się na żwirek. Pogodziłam się z tym, że tak jest i żyje się łatwiej.

Mam nadzieję, że zawarte tu wskazówki pomogą tym, którzy sprzątać, prać i gotować nie lubią. Państwu i sobie życzę przydatnych udogodnień, widocznych efektów, a przede wszystkim szacunku i wdzięczności za mało prestiżowe, ale niezbędne prace domowe!

<<<powrót do spisu treści

&&

Kuchnia po naszemu

D.S.

Cytrynówka

Składniki:

Wykonanie

Cytryny dokładnie myjemy szczoteczką w ciepłej wodzie, odcinamy końcówki, wkładamy do garnka, zalewamy wrzątkiem tak, aby były zakryte i parzymy przez 10 minut. Następnie wyjmujemy cytryny i przekrawamy na pół, układamy w szklanym słoju. Zasypujemy cukrem, wlewamy spirytus i wodę. Odstawiamy na 24 godziny. Po tym czasie wyjmujemy cytryny, przez gęste sitko wyłożone gazą wyciskamy sok do słoja i odstawiamy na następne 24 godziny. Po tym czasie nalewkę rozlewamy do butelek. Czym dłużej stoi, tym jest lepsza. Ale spróbować można drugiego dnia. Jeśli jest zbyt kwaśna, można rozpuścić jedną lub dwie łyżki miodu w małej ilości wody i dolać do nalewki. Miód z wodą musi być całkowicie płynny. Oczywiście pamiętajmy o szczelnym zamknięciu butelek!

Ciasto z jabłkami

Składniki:

Wykonanie

Całe jajka z cukrem i cukrem waniliowym miksujemy na wysokich obrotach miksera do całkowitego rozpuszczenia się cukru. Zmniejszamy obroty do minimum i stopniowo dodajemy mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia. Jako ostatni składnik dodajemy olej. Ciasto wykładamy na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia, lekko posmarowanym tłuszczem. Jabłka obrane i pokrojone w ósemki układamy na wierzchu ciasta. Pieczemy w nagrzanym piekarniku do 180 stopni C. ok. 40 minut. Po wystudzeniu ciasto posypujemy na wierzchu cukrem pudrem.

Sałatka wielowarstwowa

Potrzebujemy okrągłą, przezroczystą salaterkę o wymiarach ok. 12 cm wysokości i średnicy ok. 26 cm. W takim naczyniu potrawa i jej kolory zachwycą biesiadników.

Składniki:

Wykonanie

Cebulkę, kukurydzę i fasolę odcedzamy na sicie i przepłukujemy zimną wodą. Wszystkie składniki układamy w naczyniu według wyżej podanej kolejności. Na warstwę pora łyżką nakładamy majonez i delikatnie go rozsmarowujemy. Ostatnią warstwą jest ser żółty. Salaterkę przykrywamy folią aluminiową i wstawiamy do lodówki na 2 godziny. Po schłodzeniu sałatkę nakładamy dużą łyżką o długim trzonku na talerze, tak, aby sięgnąć nią do najniższej warstwy. Potrawa ta zaspokoi apetyt kilku osób.

Podczas przygotowywania wygodnie jest każdy składnik wsypywać do oddzielnej miseczki. Wówczas wsypując kolejne składniki do salaterki, łatwo jest kontrolować drugą dłonią ich rozprowadzanie w tym naczyniu.

Życzę smacznego!

<<<powrót do spisu treści

&&

Rehabilitacja kulturalnie

&&

O Dawidzie i Goliacie raz jeszcze

Edyta Miszczuk

Był sobie kiedyś Dawid i był Goliat. Ten drugi to potężnej postury, arogancki, filistyński wojownik, którego - w pozornie nierównej walce - pokonał rudowłosy, drobnej postury pasterz imieniem Dawid, późniejszy król Izraela. Goliata pokonał bardziej po pastersku niż królewsku, bo celując do niego z procy. A działo się to dawno, dawno temu, gdzieś w Dolinie Terebintu…

Napomykam o tej starotestamentowej historii szczegółowo opisanej w Księdze Samuela, gdyż warto mieć ją z tyłu głowy podczas lektury książki Amy Harmon pt. Pieśń Dawida. Od samego początku towarzyszyć nam będzie młoda niewidoma kobieta - niby nie ona jest w tej książce najważniejsza, ale to dzięki niej poznajemy głównego bohatera, Dawida Taggerta: możesz mi mówić Tag. Skoro jest Dawid, to pewnie pojawi się ten drugi, Goliat. Tak też będzie, tyle że współczesne wcielenie biblijnego olbrzyma nie jedno ma imię, a bywa, że nasze własne oblicze. Bo, czy nie jest tak, iż naszym największym wrogiem jesteśmy my sami, nasze myśli, racjonalnie irracjonalne lęki typu ofidio- lub arachnofobia? Równie potężnym wrogiem może być i często bywa choroba, zwłaszcza ta nieuleczalna lub za taką uchodząca. A miłość? Czy nie unikamy jej w obawie przed zranieniem, odrzuceniem czy odpowiedzialnością za obudzone lub wskrzeszone uczucia?

Książkowy Dawid to duży i silny facet z niechlubną przeszłością, pasjonat sztuk walk mieszanych, typ twardziela, który na ringu pokonuje równie silnych i dużych jak on zawodników. Ot, Dawid o prezencji Goliata i - jak się okaże - mentalności biblijnego Dawida. Nie wiedziałby, że umie kochać, gdyby nie niewidoma Amelie Anderson i jej autystyczny młodszy brat, którym dziewczyna musi się opiekować, bo od dawna rodziców brak. Mama zmarła na raka, a tatuś dał nogę, bo przerosły go choroby bliskich mu osób.

Amelie alias Millie świetnie daje sobie radę - tak świetnie, że w przypływie chwilowego szaleństwa, do którego ma przecież święte i niezbywalne prawo, decyduje się na pracę tancerki rurowej w miejscowym lokalu rozrywkowym: Ja chyba po prostu zamieniłam laskę na rurę. (…) Kiedyś ćwiczyłam taniec i gimnastykę. Skakałam i obracałam się. Potrafiłam wykonać te wszystkie ewolucje i nie potrzebowałam rury. Wtedy mogłam też chodzić po ulicach, ganiać ze znajomymi i żyć bez laski. Ale teraz już nie mam takiej możliwości. Ta rura oznacza, że wciąż mogę tańczyć. Nie potrzebuję wzroku, żeby tańczyć w tej klatce. Jeśli to oznacza, że nie mam klasy, niech tak będzie. Mogę z niej zrezygnować, żeby chociaż w małym stopniu spełniać swoje marzenie.

Szczęście w nieszczęściu właścicielem lokalu okazał się Tag. Co prawda nie on wpadł na pomysł, by zatrudnić niewidomą tancerkę, ale on zwrócił na nią uwagę. Niby kobieta jak setki innych, a jednak coś w niej, w jej zachowaniu, sposobie bycia było wyjątkowo niepospolitego: Machnęła wprawnie laską i złożyła ją na trzy części. Potem wetknęła laskę pod lewe ramię i wyciągnęła do mnie prawą dłoń. Chwyciła mnie za biceps, jakby to była najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. (…) Szliśmy pod ramię jak kochankowie w starym filmie. Mężczyźni i kobiety nie spacerują już w ten sposób. (…) Podobało mi się to. Czułem się jak facet z minionej epoki, z czasów, w których mężczyźni eskortowali kobiety nie dlatego, że nie umiały chodzić same, lecz dlatego, że bardziej je szanowali.

Nie patrzyli sobie w oczy, a raczej Millie tego nie robiła; nie wpatrywała się w niego jak wół w malowane wrota, nie ślizgała wzrokiem po jego muskularnym ciele, co nie znaczy, że jego fizyczność była jej obojętna: Poruszyła palcami w mojej dłoni i badała jej stwardniałą skórę u podstaw palców, jakby czytała brajlem. (…) Wyciągnęła w moją stronę dłoń i przesunęła palcami wzdłuż klapy aż do kołnierzyka koszuli. (…) Jej dłonie ujęły moją twarz, dopasowując się do kształtu policzków i szczęki. Gdy zsuwała je w dół, końcami palców dotknęła włosów na karku po obu stronach głowy i zatrzymała się. Ostrożnie zbadała moje loki.

Oswajała Taga ze swoim niewidzeniem, inteligentnie i dowcipnie dystansując się do swojego kalectwa: Ekrany dotykowe są obrzydliwe. Nie jestem w stanie ich wyczuć. Na szczęście bankomat za rogiem ma klawisze opisane brajlem! Gdy świat jest zbyt płaski, tacy ludzie jak ja się z niego zsuwają.

Flirtowała, kusiła - trochę niechcący, ale w bardzo typowym dla siebie stylu: Nie przesuwała laski z boku na bok, lecz stukała nią o chodnik. Lewa stopa, stuk z lewej, prawa stopa, stuk z prawej. Może to instynkt tancerki, ale w trakcie spaceru lubiła wystukiwać rytm. Czasem kiwała głową i kołysała biodrami, nawet jeśli to dość niecodzienny widok, gdy niewidoma dziewczyna kręci tyłeczkiem do wybijanego laską rytmu.

I się dokusiła: Zakochałem się w niewidomej dziewczynie i nagle zobaczyłem to wszystko bardzo wyraźnie. (...) Staliśmy na środku chodnika skąpani w łagodnej bieli światła latarni ulicznych, a ja pocałowałem Millie ze świętym przekonaniem, że jej nie opuszczę. Nigdy. Brawo, jeden gigant ujarzmiony!

Z tym drugim będzie trudniej. Oto na ringu pojawia się choroba nowotworowa - przeciwnik nieobliczalny, nieprzewidywalny, zdarza się, że niewygrywalny. Dawid ma dopiero 26 lat, właśnie poznał najcudowniejszą kobietę świata, pokochał ją, odważył się na emocjonalną z nią więź, a tu taki cios! Życie po raz wtóry wystawiło go do walki na śmierć i życie. Bo nowotwór to nie worek treningowy, ani sparingpartner - to twardy przeciwnik. Na walkę z nim Dawid o posturze Goliata przygotowany nie był. Ba, nikt na coś takiego przygotowany nie jest. Najważniejsze, żeby w ogóle walczyć… Tymczasem w pierwszym odruchu Dawid ucieka - i to dosłownie. Po usłyszeniu diagnozy zwija manatki, sprząta po sobie, załatwia co ważniejsze sprawy, rozdziela zadania i obowiązki na czas swojej nieobecności, po czym ulatnia się niczym kamfora, zostawiając w schowku zaadresowaną do Millie przesyłkę.

No tak, można bać się raka, można bać się śmierci - miłości też, ale byłoby świństwem pozostawić w niepewności dopiero co pokochaną i rozkochaną w sobie kobietę. Dawid Zostawia list pożegnalno-wyjaśniający. List jest nagrany na taśmach magnetofonowych, bo przede wszystkim adresowany do Amelie. Taśm było wiele, a każda tak oznakowana, żeby bez niczyjej pomocy dziewczyna mogła je przesłuchać we właściwej kolejności. To właśnie w tych nagraniach zapisana jest historia Taga, historia Millie oraz historia ich dwojga. To właśnie z tych nagrań dowiadujemy się, jak z ciekawością bezbronnego i naiwnego dziecka oraz ostrożnością boleśnie doświadczonego nastolatka Dawid Taggert wkraczał w świat Amelie Anderson, jak uczył się ją kochać, jak otwierał się na miłość - i vice versa: Millie z przyjemnością łagodziła jego zawikłaną naturę i zmuszała go do zwolnienia tempa, a Tag w zamian kochał ją tak, jak tylko on potrafił.

A więc Amelie też już wie: wie, że Dawid jest chory, że chce poddać się bez walki, że boi się być słabym. A więc i ona ma swojego Goliata, choć nie pierwszego i nie jedynego. Ha, ma nawet swoją procę i nie zawaha się jej użyć: Nie może być tak, że jedna osoba zawsze daje, a druga zawsze bierze. (…) Będziesz się mnie trzymał. Zaufasz mi. Wykorzystasz mnie. Będziesz na mnie polegał. Będziesz ode mnie zależny. Pozwolisz, bym cię chroniła. Pozwolisz mi się kochać. Całego siebie. Raka. Strach. Chorobę. Zdrowie. To, co lepsze i to, co gorsze. Całego siebie. A ja dam ci całą siebie.

A wydawałoby się, że to drobnej, niewidomej dziewczynie bezwarunkowo należy się wsparcie, czułość, opieka, zrozumienie i inne tego typu dowody akceptacji. Ot, takie stereotypowe i wciąż praktykowane podejście do niepełnosprawnych - nawet przez samych niepełnosprawnych. Tymczasem stało się inaczej: to duży, muskularny i dziki Dawid będzie wspierany i opiekowany przez Amelie. Kochany też, a nawet przede wszystkim kochany. Bo siła i waleczność zależą nie tyle od tężyzny fizycznej, ile tej duchowej - od intensywności uczuć też. Chory, który nie jest kochany i nie ma kogo kochać, który nie ma przed kim obnażyć swojej słabości, nie będzie też miał siły i chęci, żeby o siebie walczyć. Miłość, przyjaźń, bliskość to jak dotąd najskuteczniejszy doping. I nie jest tak, że cierpienie samo z siebie uszlachetnia: Może też zależeć od ilości cierpienia. (…) I tego, czy masz kogoś, kto trzyma cię za rękę, dzieli z tobą twój bagaż i pomaga ci uporać się z bólem.

No dobrze, wraz z Millie przesłuchaliśmy wszystkie taśmy, poznaliśmy Dawida i jego punkt widzenia na wiele spraw - czas najwyższy spotkać nadawcę we własnej osobie, na szczęście w typowym dla niego miejscu: Mój cel w tej chwili? Utrzymać się. Zostać na ringu. Walczyć. Powiedziałem Mojżeszowi, że gdy zadzwoni dzwonek, trzeba walczyć. I jak na razie mój zespół pomaga mi przez to przejść. Brawo, drugi gigant też już ujarzmiony!

A kim jest Mojżesz? Mojżesz Wright to przyjaciel Dawida - facet o niebanalnych zdolnościach, można rzec, że paranormalnych. To w jego asyście Amelie odsłuchiwała taśmy. Panowie poznali się w szpitalu psychiatrycznym - obaj byli pacjentami i obaj mieli wtedy po 18 lat.

O przyjaźni czarnoskórego malarza o nadprzyrodzonych zdolnościach i białego bogatego zawadiaki przeczytać można we wcześniejszej książce Amy Harmon pt. Prawo Mojżesza. Obie książki stanowią chronologiczną całość i obie nawiązują do biblijnych postaci, choć obie to książki o czasach nam współczesnych, obie o przyjaźni i miłości.

A czym jest tytułowa pieśń? Och, to całkiem proste - jest samym Dawidem Taggertem alias Tagiem, którego Millie wybrzdąkała na gitarze: Zagrała coś pełnego i niskiego. Najpierw uderzyła każdą strunę z osobna, a potem wszystkie razem. To Tag. Wyciągnęła dłoń, przyłożyła mały palec do najwyższej struny i akord nieznacznie się zmienił. Pojawiła się kolejna warstwa, o nieco innym brzmieniu, jakby akord nie był do końca zdecydowany. A to jest Dawid.

A puentą tego, co powyżej i tego, co w książce jest to, czego doświadczamy w życiu, bo każdy z nas bywa Dawidem i każdy miewa swojego Goliata. Walka tych dwóch zawsze jest nierówna, ale wynik nigdy z góry przesądzony!

Sprawdziłam - książka Prawo Mojżesza Amy Harmon pojawiła się w wypożyczalni on-line w styczniu tego roku. Jest tylko w wersji na Czytaka. Czyta ją D. Zielińska. Pieśni Dawida nie ma. O ile pamiętam, ta książka jest dość świeża, bo z 2016 roku.

<<<powrót do spisu treści

&&

Galeria literacka z Homerem w tle

&&

Nota biograficzna

Kazimiera Piekarczyk

Witam serdecznie wszystkich Czytelników!

Kazimiera Piekarczyk - to ja! Z urodzenia i miłości - Warszawianka; wychowanka Lasek; absolwentka krakowskiego technikum masażu; matka dwóch dorosłych synów; z potrzeby serca - poetka.

Mój debiutancki tomik - Wszystko mnie do ciebie prowadzi - został wydany w 2000 r. Zawiera ok. 80 wierszy.

Jest on próbą odpowiedzi na pytania, które każdy człowiek stawia sobie, światu, Bogu.

Ponieważ moja poezja jest bardzo osobista, zastanawiałam się długo czy będzie właściwie zrozumiana przez szersze grono. Do opublikowania wierszy przekonał mnie znany poeta ksiądz Jan Twardowski, z którym wielokrotnie rozmawiałam.

Podczas licznych autorskich spotkań dzielę się z publicznością moim - ubranym w poezję - postrzeganiem rzeczywistości.

Poezja jest dla mnie tym, co chroni przed trudami codziennego dnia, niesie nadzieję.

<<<powrót do spisu treści

&&

Wiersze

Kazimiera Piekarczyk

Cząstka imienna

Gdybyś umiał zdjąć mi z oczu smutek
Uśmiechnąć się do mnie sercem
- Nie tylko ustami
Wtedy może byłoby mi jaśniej
W nieprzyjaznym świecie...
Lecz ty jesteś jak cisza
Każdemu potrzebna
Choć nieuchwytna, to przecież obecna
Jak przebłysk tęczy
Co lśni przez chwilę i w szarości niknie...

Chwytam się twojej wiary
Dotykam ostrożnie nieznanej radości
I chłonę w siebie nadzieję
Twoją nadzieję, która co rano każe ci wychodzić
- Naprzeciw obcym ludziom
Obcym tobie światom

Gdybyś tylko umiał zdjąć mi smutek z oczu
Sercem - serce rozgrzeszyć
Myślą - myśli zaufać
Poszłabym za tobą
Ale nie potrafisz - bo nikt nie potrafi
Nikogo uwolnić od tej imiennej cząstki Bożego sekretu
Której z nikim podzielić nie można

Dom

Biegnę, wciąż jeszcze biegnę
Choć ze zmęczenia ledwie rozróżniam drogę
Łańcuch obowiązków splątany u kostek
Coraz bardziej ciąży...
Ale muszę zdążyć - nim światło mgła wchłonie
Nim noc węzeł zaciśnie, nim na pustkowiu
Zostanę sama - we władzy wiatru i chłodu

Dotrzeć do domu
Ale gdzie on jest?
Ale co nim jest?

Marzenia i trudy
Wymyślne gry świata
Nieporadnie tuszujące luki samotności
Grzech niezamierzony - ale przecież grzech...
Czemu to wszystko?
A jeśli, czy wystarczy, by czołem progu dotknąć?
By ciasnym sercem przyjąć To jedyne marzenie
Bogiem zapisane? - jedyne
Każdemu życiu spełnić się gotowe

Idę do Ciebie przez miasto

Idę do Ciebie przez miasto
Rozradowane południowym słońcem
Przez pierwsze tej wiosny
Deszczu krople, srebrem lśniące
W kwiatach forsycji
Mimo zmęczenia, mimo własnej
Śmieszności, mimo błysku niechęci
Przyczajonego w spojrzeniu
Bo wierzę, wciąż jeszcze wierzę
W obowiązek zwyczajnej dobroci
Którym Bóg dotknął każdego
Na początku drogi
Bo tylko tyle, a może aż
W bezradności mojego serca
Potrafię Ci dziś ofiarować

04.04.2014

Kamień

Moja miłość, Twojej nierówna
Nie umiem jak ty blasku dobyć
Z najlichszej łupiny
Ja pośród drogi - kryształ świetlisty
Znaleźć chciałam
Lecz nieuważnym sercem
Zawadziłam o zwyczajny kamień
Ogładzony po wierzchu
W środku nierówny - zmętniały cieniami

I gniew mnie ogarnął, że lat tyle
Zmarnowałam szukając na próżno
A gdy nad moją skargą
Schyliłeś spojrzenie
Usłyszałam, a może wyśniłam
Że pięknem tego kamienia
Jest - kruchość odbita w świetle
- Umocnieniem

Modlę się Panie do Ciebie

Modlę się Panie do Ciebie
Słowem nieskładnym
Myślą chmurną
Na poduszce odciśniętym
Skrawkiem nieprzespanej nocy
Byś zdjął przekleństwo z moich warg
I w ciszę ubrał bunt rozumu
Byś mnie dotykiem Twego Słowa
Prowadził pewnie
Wśród mdlących cieni powszedniości

Trwaj przy mnie
Mimo tych opowieści - na wyrost -
Z mojej pychy utkanych
Mimo wszystkich zawstydzeń
- Które nie chronią przed upadkiem w błoto
Bo jeśli wierzyć przestanę
W realność Twojej nadziei
To zostanie mi tylko
Dymem przesiąknięte, niepotrzebne serce...

Moknie w deszczu blaszana tabliczka

Moknie w deszczu blaszana tabliczka
Na której uwieczniono
Pierwszy krzyk i westchnienie ostatnie
Przez wilgotny, duszny mrok
Płynie majestatyczne adagio
Odarte ze światła i nadziei
Brzmi jakoś obco - jeszcze bardziej smutno
Deszczu krople zmieszane ze łzami
Wsiąkają w pustkę zamkniętego wieka...

Strasznie jest umierać
Bez wspólnoty wzajemnej nadziei
Bo to najgorszy rodzaj samotności
Której żadnym pocieszeniem
Otulić nie można

Muszelka

Modlę się do Ciebie Panie
Pytaniem, na które tutaj nie ma odpowiedzi
Modlę się do Ciebie obietnicą, której nie umiem wypełnić
Słabością serca i ciała proszę
O skrawek nadziei, którego można by się chwycić
By zaczerpnąć oddechu
Albo chociaż zrozumieć
Sens tego dławiącego bólu - nie do ukojenia

Co ma wspólnego z Twoim przesłaniem
Ta wykrzykiwana przez współczesnych heroldów
Wolność - wycierająca sobie usta i dłonie Twoim imieniem

Zależna od czyjejś woli, nastroju, uśmiechu
Jestem jak więzień własnej wrażliwości
Skazany na niebyt przez dzisiejszy świat
Jak wyrzucona na brzeg nieprzyjazny
Pęknięta muszelka, po którą nie warto się schylić
- Bo nie nadaje się do naszyjnika
Nie zostawiaj mnie na tym rozkrzyczanym pustkowiu
By nie wchłonął mnie kolejny przypływ
Który może na zawsze oddzielić mnie od Ciebie

1 grudnia 2017

Nie znam twoich radości

Nie znam twoich radości
O smutkach twoich - nie wiem nic
Ani wrogiem mi jesteś, ani przyjacielem
Więc czemu tak kurczowo, chwytam się
Twego podróżnego płaszcza - czemu
Sercem naiwnego dziecka wciąż wspólnej
Wypatruję drogi?...
Przecież to nic innego, jak na rozstajach spotkanie
Bożego roztargnienia - chwila krótka -
W której się skrzyżowały obce sobie światy
Dwie różne przestrzenie - krótka chwila -
Którą wchłonie w siebie, nieprzyjazny czas
A my znikniemy - za drzwiami własnych spraw
I obowiązków, na kłódkę przyzwyczajeń
Zamykając życie...

Nie dzielisz ze mną swoich smutków
Swoich radości, też nie dzielisz ze mną
Więc czemu tak boli cisza - pustej drogi

Pytanie

Temu, co ma dom z ogrodem
Świat gotów dodać - jeszcze jeden uśmiech
Temu, co na gruzach nic, prócz łez nie znalazł
Podaruje - litość jednorazowego użytku
Pocieszenie w rozmiarze - papierowej chustki
I tylko w ciszy nocnej, co w równej opiece
Ma dom z ogrodem i gruzy, zastygnie pytanie
Na które - nie ma jasnej odpowiedzi...

Z twojej przyczyny

Z twojej przyczyny szczęśliwa
I nieszczęśliwa jestem razem
Odpuszczam to, czego dawniej
Bym nie odpuściła
Z twojej przyczyny, przez zwątpień ciemność
Przebijam się nadzieją
Upokorzenie - w pokorę zmieniając
Z twojej przyczyny gotowa jestem
Uwierzyć, że Bóg, że świat, że człowiek...
Z twojej przyczyny czoło przed krzyżem schylam
Choć czasem - chce mi się tylko krzyczeć...

Zawsze się znajdzie ktoś

Zawsze się znajdzie ktoś
Kto ci opowie, o progu za wysokim
Chętny przewodnik, co bezbłędnie
Drogę właściwą wskaże
Przyjaciel, który ostrzeże
- Gdy już leżysz w błocie
Rozejrzyj się w koło
- Ilu pomocników, lepiej od ciebie
Wiedzących, jak masz przeżyć życie...
A Ty z uporem sercem - serca szukasz
W nadzieję i wiarę marzenia ubierasz
Jakbyś nie wiedziała, że dzisiejszy człowiek
Dbać musi - o siebie
Nie starcza mu siły, czasu ma za mało
By troszczyć się jeszcze o coś, czy o kogoś
Więc progów cudzych - nie przekraczaj
Trzymaj się własnej strony drogi
I sercem, które na wygnaniu
Nie opłakuj miłości, której dla ciebie
Zbrakło dawniej, której dla ciebie
- Nie wystarczy teraz

<<<powrót do spisu treści

&&

Nasze sprawy

&&

Współuzależnienie

Patrycja Rokicka

Problematyka współuzależnienia zatacza coraz szersze kręgi społeczne, dotyka ludzi o różnym wykształceniu, statusie materialnym czy płci. Nie omija także środowiska osób niewidomych.

Alkoholizm to nieuleczalna choroba, często śmiertelna. Określana jest jako choroba uczuć, zwana także rodzinną. To proces, który zaczyna się dużo wcześniej niż to sobie uświadamiamy...

Alkohol jest silną substancją psychoaktywną, bardzo uzależniającą, siejącą spustoszenie nie tylko w zdrowiu psychicznym i fizycznym alkoholika, równie mocno uderza w członków najbliższej rodziny: w żonę - gdy pije mąż, w męża - gdy pije żona, w dzieci - gdy uzależniony jest ojciec lub matka, również w rodziców, gdy alkoholikiem staje się dziecko.

Osoby związane emocjonalnie z alkoholikiem silnie odczuwają negatywne skutki jego picia, znajdują się w tzw. zaklętym kręgu, wędrują często na oślep wokół problemów alkoholika, zapominając o sobie, rezygnując z własnych praw, potrzeb oraz z własnego życia.

Stan w jakim się wówczas znajdują nazywamy współuzależnieniem.

Osoby współuzależnione bardzo często pozostają same z problemem, często nie mają nawet świadomości, że także one potrzebują specjalistycznej pomocy. Dobrze wiedzą, że należy szukać ratunku dla bliskiej im osoby, która wpadła w szpony nałogu, że należy ją ratować. Błąd jaki najczęściej popełniają polega na tym, że na pierwszym miejscu zawsze stawiają osobę uzależnioną. Tak bardzo skupiają się na chęci niesienia jej pomocy, że kompletnie zapominają o sobie. A to przecież na ich barkach często spoczywa utrzymanie rodziny, ugotowanie obiadu, zadbanie o porządek, płacenie rachunków itp.

Osoby współuzależnione często boją się odrzucenia przez społeczeństwo, rodzinę, znajomych. Lękają się społecznego ośmieszenia, wytykania palcami: Patrz, to córka, tego alkoholika!". "Pamiętasz, to jej syn wczoraj leżał pijany na chodniku.

Osoby współuzależnione często żyją w poczuciu wstydu, winy, permanentnego przygnębienia, stresu czy strachu. Alkoholizm bliskich traktują jako tabu, tajemnicę, która nie może ujrzeć światła dziennego. Często czują się winne za to, że bliski nadużywa alkoholu, doszukują się winy w sobie, w swoim postępowaniu. Zdarza się, że myślą: Gdybym była lepszą żoną, on by nie pił, albo Gdybym poświęcał więcej czasu dla domu, mój syn nie byłby alkoholikiem... Takie obwinianie siebie jest błędem, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Alkoholizm to choroba, która zaczyna się dużo wcześniej niż to sobie uświadamiamy. Nasz współmałżonek/współmałżonka mógł wykazywać skłonności do uzależnienia dużo wcześniej, zanim go poznaliśmy, mógł również ukrywać to przed nami...

Należy podkreślić grubą kreską, iż osoby współuzależnione nie ponoszą winy za picie bliskich.

Formy wsparcia

Osoby współuzależnione mogą skorzystać z profesjonalnej terapii, świadczonej przez wykwalifikowanych psychoterapeutów oraz psychologów. Terapia obejmuje uczestnictwo w grupach wsparcia oraz indywidualne spotkania z terapeutą, psychologiem oraz psychiatrą. Terapia świadczona jest przez Poradnie Leczenia Uzależnień oraz Współuzależnień, Poradnie Terapii dla Osób Współuzależnionych. Terapia jest całkowicie bezpłatna i anonimowa.

Grupy wsparcia spotykają się najczęściej raz w tygodniu, spotkanie trwa ok. 2 godziny. Pierwsza godzina to tzw. rundka, na której każda z obecnych osób przedstawia się - zazwyczaj mówi swoje imię, krótko opowiada o problemie, z którym przychodzi oraz kogo z rodziny dotyczy problem. Osoba współuzależniona mówi tylko tyle, ile chce powiedzieć, nigdy nie jest przymuszana do opowiadania szczegółów dotyczących jej sytuacji osobistej.

Druga godzina spotkania to wykład prowadzony przez terapeutę-psychologa, część teoretyczna dotycząca m.in. mechanizmów współuzależnienia oraz uzależnienia.

Na zakończenie zajęć każdy otrzymuje materiały związane z omawianym tematem, czasem zadawane są prace domowe, np. w formie pisemnej wypowiedzi.

Na spotkaniach grup wsparcia obowiązują zasady, których należy ściśle przestrzegać.

Zasady obowiązujące w grupie wsparcia

  1. Wszystko o czym mówimy, pozostaje w grupie, nic nie wynosimy na zewnątrz.
  2. Szanujemy się wzajemnie, nikogo nie wyśmiewamy.
  3. Nie używamy obraźliwych, wulgarnych słów.
  4. Współpracujemy z grupą oraz z terapeutą.
  5. Wyłączamy telefony komórkowe.
  6. Gdy spóźniamy się, nie przepraszamy, tylko w ciszy zajmujemy swoje miejsce.

Korzyści płynące z terapii

Spotkania osób współuzależnionych każdemu mogą dać co innego. Jedni mają okazję porozmawiać o problemie ze specjalistą (terapeutą, psychologiem, psychiatrą), inni mogą wreszcie zdjąć z siebie ten ciężar i powiedzieć głośno, że problem dotyczy ich rodziny, jeszcze inni otrzymają wsparcie, uświadamiając sobie jak wiele osób żyje z podobnym problemem. Grupa wsparcia daje przysłowiowego "kopa", by zabrać się do pracy nad sobą, mobilizuje do działania i daje konkretne wskazówki jak postępować, by chronić siebie oraz bliskich przed negatywnymi skutkami picia uzależnionego członka rodziny. Terapia pokazuje również jakie popełnia się błędy w stosunku do osoby uzależnionej oraz w jaki sposób należy zachowywać się, by pomóc wyjść z nałogu osobie uzależnionej. Przede wszystkim terapia umożliwia zdobycie wiedzy na temat cech i mechanizmów współuzależnienia, daje wskazówki jak wyjść ze współuzależnienia i zacząć normalnie żyć, wzmacnia samoocenę i poczucie wartości osób współuzależnionych.

Porady dla członków rodziny alkoholika

  1. Nie musisz dłużej uciekać od choroby. Zacznij uczyć się faktów dotyczących uzależnienia.
  2. Nie musisz dłużej obwiniać alkoholika za swoje życie. Zacznij koncentrować się na własnych działaniach, to dzięki nim możesz się podnieść albo załamać.
  3. Nie musisz dłużej kontrolować picia alkoholika. Dowiedz się o dobry program leczniczy i zacznij namawiać go do leczenia.
  4. Nie musisz dłużej przychodzić "z pomocą" alkoholikowi. Zacznij pozwalać mu na cierpienie i ponoszenie odpowiedzialności za konsekwencje wynikające z jego picia.
  5. Nie musisz dłużej krążyć wokół powodów picia. Skieruj uwagę na siebie, staraj się wracać do wzorów normalnego życia.
  6. Nie musisz dłużej grozić. Zacznij mówić to, co myślisz i robić to, co mówisz.
  7. Nie musisz dłużej przyjmować ani wyłudzać obietnic. Odrzucaj je i nie opieraj na nich swoich planów życiowych.
  8. Nie musisz dłużej ukrywać faktu, że szukasz pomocy. Zacznij otwarcie mówić o tym alkoholikowi.
  9. Nie musisz dłużej narzekać, oburzać się, gderać, wygłaszać kazań ani się przymulać. Zacznij rzeczowo informować alkoholika o jego niewłaściwym postępowaniu. Potraktuj go jak osobę dorosłą.
  10. Nie musisz dłużej pozwalać alkoholikowi na atakowanie ciebie i twoich dzieci. Zacznij ochraniać siebie, poszukaj sojuszników, odrzuć tajemnice.
  11. Nie musisz być marionetką. Zacznij istnieć osobno.

Na zakończenie

Pamiętajmy, chcąc pomóc osobie uzależnionej, osoba współuzależniona na pierwszym miejscu musi pomyśleć o pomocy dla siebie: musi się wzmocnić fizycznie i psychicznie oraz zdobyć niezbędną, fachową wiedzę na temat choroby, z którą zamierza walczyć.

<<<powrót do spisu treści

&&

Jak Kuba Bogu...

Tomasz Matczak

Całkiem niedawno mikrotyfloświatkiem wstrząsnęła wieść o oburzającym zachowaniu pewnej pasażerki miejskiego autobusu. Zachowanie było faktycznie oburzające, bo gdy niewidoma współpasażerka szykowała się do zajęcia wolnego miejsca, usłyszała od siedzącej na sąsiednim fotelu kobiety krótki komunikat:

- Proszę tu nie siadać, bo ja zbieram wszystkie choroby świata. Proszę odejść i nie siadać obok mnie.

Ręce opadają, prawda? I nie tylko ręce, a w przysłowiowej kieszeni scyzoryk sam się otwiera! Sam nie wiem jak zachowałbym się na miejscu owej niewidomej osoby? Zdziwienie, niedowierzanie, gniew, furia, szok, a najprawdopodobniej te wszystkie emocje naraz, targałyby moją duszą. Po publikacji na jednym ze społecznościowych portali opisu owej sytuacji, znalazł się dziennikarz, który postanowił nieco nagłośnić całą sprawę i napisać trochę o tym jak społeczeństwo podchodzi do osób z dysfunkcją wzroku i jak powinno podchodzić. Super, tak trzymać. Edukacji nigdy dość. Tyle, że na szczęście to jednostkowe sytuacje. Rzecz jasna nie usprawiedliwia to w żadnym stopniu zachowania pasażerki miejskiego autobusu. Stwierdzam tylko fakt, że takie wypadki zdarzają się stosunkowo rzadko. I oby było ich jak najmniej.

Cała ta sytuacja skłoniła mnie jednak do pewnej refleksji. Swojego czasu głośno było o kilku przypadkach konfliktów związanych z psami-przewodnikami. A to w sklepie pewnej znanej sieci supermarketów doszło do niesnasek zakończonych w sądzie, a to w jakiejś kafejce, a to na basenie, a to znów kierowca busa stanął okoniem, a wszystko z psem-przewodnikiem w roli głównej. Całkiem niedawno moja znajoma opowiadała mi taką oto historię. Sama jest niewidoma i wybrała się do szpitala z pewną inną niewidomą, która na miejsce przybyła w asyście psa-przewodnika. Kroczą tak obie korytarzami szpitalnymi i w pewnym momencie moja znajoma zagaduje:

- Słuchaj, a czy nie uważasz, że nie powinnaś do szpitala wchodzić z psem?

- Mam prawo - padła krótka odpowiedź.

Hmm, nie wiem sam dlaczego, a raczej chyba wiem, ale te dwie sytuacje, a więc zdarzenie w autobusie oraz odpowiedź niewidomej właścicielki psa-przewodnika, jakoś mi ze sobą współgrają. Pewnie nie w stosunku jeden do jednego, ale i w jednej, i w drugiej sytuacji bardzo brakuje mi tak zwanego zdrowego rozsądku. U pasażerki miejskiego autobusu brakuje go w sposób rażący, zaś u właścicielki psa-przewodnika nieco mniej spektakularnie.

Co to znaczy: mam prawo?

Czy pasażerka miała prawo wyrazić swój, skądinąd beznadziejnie głupi, pogląd?

Miała. Nikt jej tego prawa odmówić nie może. Wystarczy prześledzić komentarze w Internecie pod jakimkolwiek artykułem. Wszyscy skrzętnie korzystają z prawa do wyrażania własnego zdania. Nikt tylko nie zastanawia się czy to zdanie jest mądre lub czy nie godzi w drugich. Ważne, że mam prawo, a skoro je mam, to z niego korzystam.

Wychodzi na to, że jestem przeciwnikiem psów-przewodników. Nie jestem. Jestem za to przeciwnikiem wprowadzania ich wszędzie i pod każdym pozorem, bo mamy takie prawo. Coś mi się wydaje, że niewidomy starający się o psa-przewodnika nie może go otrzymać, jeśli nie potrafi sam poruszać się po ulicy. Skoro tak, to w czym ma mu pomóc pies-przewodnik wprowadzany dajmy na to do gabinetu lekarskiego czy na basen? Trzeba pamiętać, że wśród osób postronnych mogą być uczuleni na psią sierść. I co wtedy? Czy trzeba powiedzieć: wasza strata, trzeba było nie być uczulonym. Jasne, że tak można, ale jakoś dziwnie przypomina mi to stwierdzenie pasażerki autobusu. Nie generalizuję i nie chcę w żadnym wypadku dyskryminować psów asystujących. Wydaje mi się jednak, że ostatnimi czasy nasze prawa, czytaj osób niewidomych, zaczynają nosić znamiona ważniejszych od praw innych członków społeczeństwa.

Myślę, że idąc po tej linii, sami sobie robimy krzywdę. Wszyscy znają przysłowie: Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie - i choć w sensie teologicznym jest ono całkowicie błędne, to doskonale oddaje wzajemne interakcje na płaszczyźnie społecznej.

Altruizm i zdrowy rozsądek ponad wszystko.

<<<powrót do spisu treści

&&

Brajlówka

Iwona Czarniak

Stowarzyszenia i fundacje, których działalność jest skierowana do osób z dysfunkcją wzroku, stwarzają warunki do integracji z otoczeniem, nauki bezwzrokowej obsługi urządzeń, takich jak komputer czy telefon.

To dzięki wsparciu i pomocy nowo ociemniali dostają szansę na odnalezienie się w innej rzeczywistości, a poprzez naukę orientacji przestrzennej, pisma punktowego czy czynności dnia codziennego nie są już całkowicie zależni od bliskich. Dostęp do dóbr kultury oraz szkoleń, dających szansę na zatrudnienie, to tylko niewielka część z wielu działań jakie są kierowane do niewidomych, ociemniałych i słabowidzących.

Taką fundacją niosącą pomoc i wsparcie jest Fundacja Brajlówka.

Aby przybliżyć naszym Czytelnikom działania prowadzone przez fundację, poprosiłam o wypowiedź jej współzałożycielkę Dorotę Chmiel.

„Fundacja BRAJLÓWKA istnieje nieco ponad 5 lat. Powołując ją, jako motto obraliśmy sobie myśl Róży Czackiej, by niewidomy był społecznie użyteczny. Zależy nam na tym, aby osoby, które do nas trafiają (lub te, które sami wyszukujemy i wyciągamy z domu) stawały się coraz bardziej aktywne, by brak wzroku nie był powodem wycofywania się z życia społecznego, zawodowego, rodzinnego itd.

Naszą ofertę kierujemy zarówno do dzieci i młodzieży jak i osób dorosłych. Staramy się, by proponowane przez nas działania odpowiadały na różnorodne potrzeby poszczególnych osób. Usiłujemy motywować ludzi do ciągłego rozwoju - podejmowania nauki, rozwijania lub poszerzania swoich kompetencji zawodowych, odkrywania swoich talentów i rozwijania zainteresowań. Bardzo ważna jest dla nas integracja niewidomych ze społeczeństwem. Dlatego też do wielu działań angażujemy osoby pełnosprawne (członków rodzin, przyjaciół, wolontariuszy, uczniów zaprzyjaźnionych szkół).

Bardzo dużym zainteresowaniem cieszą się organizowane przez BRAJLÓWKĘ międzynarodowe wymiany młodzieży. W ramach różnych projektów gościliśmy pełnosprawną i niepełnosprawną wzrokowo młodzież z takich krajów jak: Włochy, Węgry, Łotwa, Ukraina, Litwa, Belgia czy Wielka Brytania i oczywiście Polska. Podczas tych działań staramy się przede wszystkim przełamywać wszelkiego rodzaju bariery - językowe, kulturowe a przede wszystkim mentalne. Poprzez różnego rodzaju aktywności (artystyczne, sportowe, kulinarne itp.) pomagamy ich uczestnikom odkrywać swoje mocne strony, zmieniać myślowe schematy i uczyć się wzajemnej akceptacji, słowem - odnajdywać swoje miejsce w grupie, a potem - w całym społeczeństwie.

Z relacji pełnosprawnych uczestników tych wydarzeń wiemy, że niejednokrotnie to doświadczenie jest przełomowe w ich życiu; dostrzegają, że inne osoby, mimo niepełnosprawności, noszą w sobie wiele dobra i piękna, wiele potrafią, są otwarte na innych i chętne do współpracy.

Innym działaniem, które ma coraz więcej zwolenników, są proponowane przez Fundację wyjazdy integracyjno-wypoczynkowe i turystyczno-rekreacyjne. Staramy się popularyzować turystykę tandemową i krajoznawcze wycieczki. Dwukrotnie byliśmy także na wspólnym wypoczynku w Bułgarii (w tym roku także organizujemy wyjazd do Albeny). Zachęcamy też do korzystania z dóbr kultury - czytania audiobooków, oglądania filmów i spektakli z audiodeskrypcją itp., a także do czynnego uczestnictwa w ciekawych przedsięwzięciach kulturalnych.

W miarę potrzeb i możliwości prowadzimy też szkolenia w zakresie rehabilitacji społecznej oraz uczymy zainteresowanych korzystania z nowoczesnych technologii (obsługa komputerów, smartfonów itp.). Podpowiadamy chętnym osobom jaki sprzęt użytku domowego warto zakupić, w co warto wyposażyć swoją kuchnię itp.

Fundacja BRAJLÓWKA ma swoją siedzibę w Łaziskach Górnych (województwo śląskie), ale nasze działania prowadzimy na terenie całej Polski. Wszystkie osoby zainteresowane współpracą z nami, korzystaniem z naszych działań bądź ich wspieraniem, zapraszamy do kontaktu: e-mail: fundacjabrajlowka@wp.pl, tel.: 504-285-254, facebook.pl/fundacjabrajlowka/, strona internetowa: www.brajlowka.eu. Działalność Fundacji można także wesprzeć, przekazując 1% podatku (KRS: 0000446170)”.

Założyciele fundacji, sami będąc osobami z dysfunkcją wzroku, wiedzę o potrzebach i możliwościach czerpią z życia, a więc dlatego żadne z działań nie jest chybione; natomiast uczestnicy prowadzonych przez nich działań oceniają je bardzo wysoko.

<<<powrót do spisu treści

&&

Niewidomi - niewidzialni

Teresa Dederko

Przez stulecia ludzi pozbawionych wzroku określano słowem ślepy. W XIX wieku upowszechnia się nazwa ciemni lub ociemniali. We Lwowie powstaje Zakład Ciemnych, a w Warszawie w Instytucie Głuchoniemych tworzone są klasy dla ociemniałych uczniów.

W 1911 r. hrabianka Róża Czacka zakłada Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi. Dopiero po drugiej wojnie światowej w okulistyce upowszechnia się rozróżnienie na ociemniałych i niewidomych.

Niewidomy, nie widzi od urodzenia albo od wczesnego dzieciństwa i nie ma pamięci wzrokowej.

Ociemniały, stracił wzrok po piątym roku życia i ma w pamięci wizualny obraz świata.

Przez parę lat prowadziłam dla dzieci widzących warsztaty edukacyjne pokazujące jakie możliwości w życiu mają osoby niewidome. Dzieci uczyły się jak pomagać np. na ulicy, oglądały różne pomoce, przez chwilę znajdowały się w zaciemnionym pomieszczeniu, gdzie dotykiem rozpoznawały przedmioty, a węchem różne zapachy.

Często w czasie zajęć myliły się i zamiast powiedzieć - niewidomi, mówiły - niewidzialni.

Pomyślałam sobie wówczas, że dzieci nawet niechcący powiedzą prawdę.

Ile razy doświadczam tego, że moja biała laska staje się jakaś zaczarowana i powoduje moje znikanie.

Kilka lat temu jako rodzice naszej córki byliśmy wezwani na rozmowę do psychologa szkolnego. Pani psycholog podczas całej rozmowy zwracała się wyłącznie do mojego męża, tak jakby mnie tam wcale nie było. Na moje uwagi, że w końcu ja jestem matką dziecka, w ogóle nie reagowała. Po tej wizycie złożyłam skargę u dyrektora szkoły argumentując, że pani psycholog nie jest przygotowana do pracy z niepełnosprawnymi rodzicami, gdyż ich dyskryminuje.

Parę dni temu dałam się namówić, dość lekkomyślnie, na pokaz sprzętów gospodarstwa domowego. Po wpisaniu się na listę podbiegła do nas hostessa, która od razu zwróciła się do mojego męża z zaproszeniem: Panie Szymonie, proszę tutaj, tu może pan powiesić kurtkę. Wtrąciłam zdenerwowana, że ja też jestem obecna, ale panienka zupełnie mnie ignorowała. Miałam wielką ochotę natychmiast wyjść.

Z podobną sytuacją spotkaliśmy się w biurze podróży, w którym pani, mimo że ja przedstawiłam nasze oczekiwania, zupełnie mnie nie zauważała, zwracając się wyłącznie do mojego przewodnika. Ostentacyjnie zaproponowałam, że poczekam w korytarzu skoro pani chce rozmawiać wyłącznie z moim asystentem.

Zawsze staram się w takich okolicznościach zwrócić na siebie uwagę, a szczególnie, gdy sprawa mnie bezpośrednio dotyczy. W wielu wypadkach przynosi to pozytywny skutek i rozmówca przyjmuje formę - proszę państwa, ale nie zawsze tak się dzieje. Czuję się wtedy całkiem niewidzialna, chociaż nie należę do małych kobiet, a raczej jestem dość pokaźnej postury.

Ważna jest rola przewodnika osoby niewidomej, który taktownie powinien trochę się usunąć w cień, aby dać możliwość nawiązania kontaktu z niewidomym interesantem.

Przygotowanie kadry urzędniczej i osób kontaktujących się bezpośrednio z klientem jest w naszych czasach co najmniej niewystarczające. Pojawienie się niepełnosprawnego klienta wywołuje pewien popłoch i lepiej go pomijać niż wysłuchać, bo może mieć nietypowe oczekiwania, a tego nikt nie lubi.

Ostatnio coraz częściej wchodzę do odpowiedniego pokoju w urzędzie sama, żeby nie pozostawiać żadnego wyboru i zmusić urzędnika do zauważenia mojej obecności i załatwienia sprawy, z którą przyszłam. Przewodnik nie stanowi wówczas żadnej bariery między nami.

<<<powrót do spisu treści

&&

Z historii Niewidomych

&&

Toto: w uprzęży Pies-Przewodnik

Mario Riecharnwood

W lipcu udałam się do szkoły ćwiczeń w Wallasey Cheshire, aby przejść 3-tygodniowy kurs używania psa jako przewodnika.

Znajomość moja z Toto została zawarta wieczorem, na drugi dzień mego przybycia: kawałek mięsa, który jej dałam, przyjęła natychmiast bez wahania, po czym udałyśmy się do mego pokoju celem zawarcia bliższej znajomości. Toto spędziła noc przy moim łóżku. Ani ja ani też moje cztery towarzyszki, które były w tym samym pokoju, nie spały tej nocy. Toto za każdym swym poruszeniem szarpała łańcuch, który z wielkim hałasem ciągnął się po podłodze i łączyła się szczekaniem z chórem zorganizowanym przez inne psy, które wyły i jęczały; był to chór zwierząt wyrażający smutek i zdziwienie z powodu nagłej zmiany właściciela. Miesiąc zaledwie temu psy musiały pozostawić swego prawdziwego pana, aby przyjść do szkoły ćwiczeń i poddać się wychowaniu kpt. Liakof'a, trenera w ich nowym zawodzie.

Podczas tego treningu psy tak się przywiązały do kapitana, że naszym pierwszym zadaniem było pozyskanie przyjaźni naszego nowego przyjaciela dla nas. Podczas kilku pierwszych dni uczyłam się z książki jak należy karmić i opiekować się Toto oraz studiowałam teorię kierowania nią na trzy rozkazy: naprzód, prawo i lewo.

Pokazywana nam była specjalna uprząż, którą ona miała nosić jak również objaśniano nam jak należy używać uprzęży, którą miałam trzymać w lewym ręku - przy prowadzeniu.

Potem nadszedł czas zastosowania tych teorii w praktyce.

Początkowo wydawało mi się dziwne wyjść z Toto jako z jedynym przewodnikiem; obawiałam się, że uderzę się o cośkolwiek lub że moje prawe ramię będzie się stale ocierało o mur.

W rzeczywistości nie groziło mi żadne niebezpieczeństwo, gdyż Toto była całkowicie wytrenowana, a oprócz tego kapitan szedł bezpośrednio za nami. Przez dłuższy czas kapitan uczył mnie przechodzenia przez jezdnię. Po pewnym czasie nabrałam już całkowitego zaufania w przewodnictwo Toto; wówczas robiłyśmy dłuższe spacery samodzielnie, będąc dozorowane przez kapitana tylko w niektórych bardziej ruchliwych punktach.

Przed opuszczeniem szkoły zapoznałam się z drogą, którą miałam odbyć, ze specjalnej mapy sporządzonej przez trenera. Często musiałam przebiegać palcami przez trasę, aby dobrze zapamiętać tę drogę. Kawałki drzewa przedstawiały budynki, a paski glass-papieru oznaczały ścieżki; kawałki papieru wycięte w specjalny sposób oznaczały skrzyżowania.

Przebiegały mnie dreszczyki strachu na myśl o tym, że mam odbyć po raz pierwszy swą drogę zupełnie samotnie; jednocześnie byłam bardzo podniecona na samą myśl o tym, że będę mogła osobiście wysyłać moje listy.

W ostatnim tygodniu mego treningu wychodziłam każdego wieczoru z Toto, która teraz już była jedynym mym przewodnikiem na tych spacerach.

Gdy żegnałam się ze szkołą, kapitan uprzedzał nas, że druga część naszego treningu, która się teraz rozpocznie, będzie często o wiele trudniejsza, co okazało się prawdą.

Początkowo, chociaż znam moje rodzinne miasto bardzo dobrze, niejednokrotnie gubiłam lub pomyliłam kierunek. Często również upierałam się swoim złym zwyczajem na skrzyżowaniach, chcąc przechodzić przez jezdnię ukośnie.

Wielu ludzi, którzy nie widzieli nigdy psa-przewodnika, często przeszkadzali swoim śledzeniem i próbowaniem przyjścia z pomocą Toto w jej odpowiedzialnej pracy, chociaż Toto nigdy nie zwracała na to żadnej uwagi i kroczyła dumnie, kierując się swoim rozumem przy przechodzeniu przez ożywione punkty miasta. Niejednokrotnie osoby chcące przyjść mi z pomocą wołały do mnie, że można zupełnie bezpiecznie przejść w tym miejscu, lecz gdy wydawałam Toto rozkaz naprzód - odmawiała posłuszeństwa. Było to spowodowane tym, że jakiś wóz lub samochód stał w pobliżu, a ona chciała nabrać całkowitej pewności czy pozostanie on nieruchomy zanim przejdziemy przez jezdnię. Zdarzało się często, gdy przechodziłyśmy przez ulicę, która była zupełnie pusta, że nagle nadjeżdżał wóz: Toto natychmiast zatrzymywała mnie na środku ulicy, dopóki wóz nas nie minął. Przykładów roztropności Toto w czasie jej prowadzenia mnie i mijania przeszkody można przytaczać bez liku. Często nie odczuwałam nawet jej istnienia, dopóki nie usłyszałam okrzyku jakiegoś bardzo zdziwionego przechodnia.

Toto lubiła bardzo załatwiać ze mną sprawunki. Nauczyła się prędko, gdzie były dobre sklepy i jedynie była ogromnie zakłopotana, gdy szłyśmy kupować w niedzielę. Odbywałyśmy długie spacery na wsi, tworząc doskonałą spółkę, co jest najważniejsze we współpracy. W samotnie położonych okolicach lub ożywionych częściach miasta miałam całkowite zaufanie do Toto. Nawet często słyszałam jak ludzie twierdzili, że chyba nie jestem zupełnie ociemniałą, skoro mogę chodzić tak szybko i pewnie, i gdyby nie specjalna uprząż, którą Toto nosiła, wielu ludzi nie przypuszczałoby, że ona jest psem-przewodnikiem.

Możliwości, z których korzystałam od czasu posiadania Toto, winny służyć jako zachęta dla największej ilości niewidomych, aby korzystali z usług psa-przewodnika.

Tłum. z angielskiego J.P.

Źródło: ŚWIAT NIEWIDOMYCH (Le Monde des Aveugles), Organ Zjednoczenia Pracowników Niewidomych, Warszawa - Marzec-Kwiecień 1937 r., Nr 3-4.

<<<powrót do spisu treści

&&

Listy od Czytelników

Zawsze byłam pod urokiem zwykłego, pozornie szarego i bezbarwnego życia, bez wielkich fajerwerków, fleszy i spektakularnych osiągnięć. Zwykle piszemy o tych, którzy przełamali stereotypy, napisali mniej czy bardziej ciekawe książki, zdobyli taki czy inny rekord.

A tu takie pozornie banalne życie. Mąż, trójka dzieci, praca w spółdzielni… Czym tu można zadziwić czy oczarować. A mnie oczarowała właśnie taka zwykła, nieefektowna egzystencja. Mam na myśli koleje losu p. Emilii Święcickiej. Spotkałam moją bohaterkę na festiwalu filmowym dla niewidomych w Płocku. Zasłuchana w fabułę filmu ani na moment nie przestawała szybciutko poruszać drutami. Byłam wprost zachwycona szybkością i precyzją wzoru, tym bardziej, że jestem antytalentem manualnym. Elegancka, schludna starsza pani budziła sympatię i zrozumiałe zainteresowanie. I wówczas pomyślałam o jej pracowitym życiu, gdzie nawet słuchanie ścieżki dźwiękowej filmu odbywa się przy jednoczesnym zajęciu rąk.

Trzeba wiele samozaparcia i talentu organizacyjnego, aby sprostać licznym obowiązkom zawodowym i życiowym bez wzroku i pomocy z zewnątrz. Tyle drobnych i większych spraw, tyle większych i mniejszych pułapek wymagających kontroli wzrokowej.

W osobie p. Emilii zogniskowało się wiele niewidomych kobiet pracujących, wychowujących dzieci, prowadzących gospodarstwa domowe. Niby nic a tak wiele… I to one są bohaterkami dnia codziennego, zwykłego życia.

Maria Marchwicka

<<<powrót do spisu treści