Sześciopunkt

Magazyn Polskich Niewidomych i Słabowidzących

ISSN 2449-6154

Nr 7/40/2019
lipiec

Wydawca: Fundacja Świat według Ludwika Braille’a

Adres:
ul. Powstania Styczniowego 95e/1
20-706 Lublin
Tel.: 697-121-728

Strona internetowa:
www.swiatbrajla.org.pl
Adres e-mail:
biuro@swiatbrajla.org.pl

Redaktor naczelny:
Teresa Dederko
Tel.: 608-096-099
Adres e-mail:
redakcja@swiatbrajla.org.pl

Kolegium redakcyjne:
Przewodniczący: Patrycja Rokicka
Członkowie: Jan Dzwonkowski, Tomasz Sękowski

Na łamach Sześciopunktu są publikowane teksty różnych autorów. Prezentowane w nich opinie i poglądy nie zawsze są tożsame ze stanowiskiem Redakcji i Wydawcy.

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam, ogłoszeń, informacji oraz materiałów sponsorowanych.

Redakcja zastrzega sobie prawo do skracania, zmian stylistycznych oraz opatrywania nowymi tytułami materiałów nadesłanych do publikacji.

Materiałów niezamówionych nie zwracamy.

Publikacja dofinansowana ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.

Spis treści

Od redakcji

Na łące - Kazimierz Wierzyński

Tyflonowinki informatyczne i nie tylko

Aplikacja mObywatel - Ministerstwo Cyfryzacji

Co w prawie piszczy

Jarosław Gowin: dodatek 500 zł najprawdopodobniej od przyszłego roku - PAP

Zdrowie bardzo ważna rzecz

Niewielkie ukąszenie - wielki kłopot - Patrycja Rokicka

Miłorząb japoński - Damian Szczepanik

Gospodarstwo domowe po niewidomemu

Mrozimy owoce na zimę - Alicja Cyrcan

Kuchnia po naszemu - Alicja Cyrcan (Soki z mojej spiżarni)

Z polszczyzną za pan brat

Słów kilka na temat - Tomasz Matczak

Z poradnika psychologa

Obraz siebie (część 2) - Małgorzata Gruszka

Rehabilitacja kulturalnie

Zapraszam na film z audiodeskrypcją pt. Aurore - Ireneusz Kaczmarczyk

Czar książek - Bożena Lampart

Spotkanie z drugim człowiekiem, czyli pejzaż słowami malowany - Alicja Nyziak

Galeria literacka z Homerem w tle

Marta Ziętala - Kilka słów o mnie...

Wiersze wybrane - Marta Ziętala

Nasze sprawy

Łatwo zaproponować, trudniej wykonać. Pełnienie funkcji postulatywnych - Stanisław Kotowski

Kląskanie ułatwia orientację - Teresa Dederko

Wyjechać, ale… - Genowefa Cagara

Remont po omacku - Iwona Czarniak

Z uśmiechem przez życie

Spacery bez białej laski - Teresa Dederko

Listy od Czytelników

Ogłoszenia

&&

Od redakcji

Drodzy Czytelnicy!

Cieszymy się pełnią lata; odpoczywamy w lasach, na łąkach, w ogródkach działkowych, ale czy jesteśmy tam całkiem bezpieczni? W dziale dotyczącym zdrowia autorka radzi, w jaki sposób zabezpieczyć się przed ukąszeniem kleszczy.

W upalne dni warto skorzystać z porad doświadczonej gospodyni i samemu przygotować pyszne soki lub mrożonki z owoców, których w lecie mamy pod dostatkiem.

W Poradniku naszego psychologa kontynuujemy temat postrzegania samego siebie; dowiadujemy się również jak ogromny wpływ ma na nasze życie i jak wiele od niego zależy.

W Galerii literackiej przedstawiamy sylwetkę oraz twórczość młodej, interesującej poetki.

Każdy, kto interesuje się problematyką osób niewidomych, powinien koniecznie przeczytać artykuł autorstwa Stanisława Kotowskiego zamieszczony w dziale Nasze sprawy. Autor - znakomity ekspert w dziedzinie rehabilitacji osób niewidomych, szczegółowo omawia postulaty, jakie będzie zgłaszać konfederacja zrzeszająca organizacje działające na rzecz niewidomych i słabowidzących.

W tym numerze zamieściliśmy kilka listów od Czytelników, które są polemiką z autorami felietonów z poprzednich numerów naszego magazynu.

Zachęcamy do przysyłania opinii i uwag na temat materiałów publikowanych w Sześciopunkcie.

Zespół redakcyjny

<<<powrót do spisu treści

&&

Na łące

Kazimierz Wierzyński

Leżę na łące,
Nikogo nie ma: ja i słońce.

Ciszą nabrzmiałą i wezbraną
Napływa myśl:
- To pachnie siano.

Wiatr ciągnie po trawach z szelestem,
A u góry
Siostry moje, białe chmury,
Wędrują na wschód.

Czy nie za wiele mi, że jestem?

<<<powrót do spisu treści

&&

Tyflonowinki informatyczne i nie tylko

&&

Aplikacja mObywatel

Ministerstwo Cyfryzacji

mObywatel to bezpłatna i oficjalna rządowa aplikacja na smartfony. Dzięki niej zyskujesz szybki dostęp do elektronicznych dokumentów i usług.

Z jakich usług skorzystasz?

mTożsamość

Dzięki niej możesz okazać swoją tożsamość wszędzie tam, gdzie nie jest wymagany dowód osobisty czy paszport, np. przy zakładaniu kart lojalnościowych, na siłowni, w sklepie, przy usługach medycznych czy hotelarskich.

Możesz też przekazać swoje dane innym użytkownikom aplikacji mObywatel - w celu potwierdzenia swojej tożsamości. Warunkiem wymiany danych jest posługiwanie się aplikacjami na smartfonach z tym samym systemem, np. Android.

Dzięki mTożsamości możesz przekazać dane, np. sprzedawcy usług czy w przychodni. Obsługa klienta może je sprawdzić tradycyjnie (jak każdy inny dokument), lub korzystając z aplikacji mWeryfikator. Upoważniona osoba korzystająca z mWeryfikatora zobaczy na swoim smartfonie Twoje imię, nazwisko i zdjęcie w niskiej rozdzielczości. Może sprawdzić również ważność Twojej mTożsamości.

mLegitymacja szkolna

Dzięki mLegitymacji możesz zapomnieć o noszeniu tradycyjnego dokumentu. To legitymacja szkolna, ale wyświetlana na ekranie Twojego telefonu.

Pokazując mLegitymację, potwierdzisz, że jesteś uczniem danej szkoły, skorzystasz z ulg i zwolnień. To ważne! Ten mDokument możesz aktywować tylko wtedy, gdy Twoja szkoła ma podpisane odpowiednie porozumienie z Ministerstwem Cyfryzacji. Uruchamia się go, używając kodu QR oraz kodu otrzymanego w sekretariacie szkoły.

Dane z mLegitymacji możesz przekazać użytkownikowi aplikacji mWeryfikator. W ten sposób upoważniona osoba potwierdzi Twoje imię, nazwisko i wiek, zobaczy zdjęcie w niskiej rozdzielczości. Może sprawdzić również ważność Twojej mLegitymacji szkolnej.

mLegitymacja studencka

To legitymacja studencka w telefonie. Usługa jest uruchomiona pilotażowo na Politechnice Wrocławskiej oraz Uniwersytecie Przyrodniczo-Humanistycznym w Siedlcach. Jeśli jesteś studentem tych uczelni, możesz uzyskać ten mDokument w sekretariacie lub dziekanacie. Aktywuje się go poprzez kod QR oraz kod aktywacyjny.

mLegitymacja studencka działa tak, jak tradycyjny dokument. Możesz ją okazać na ekranie smartfona. Możesz również potwierdzić swoje dane użytkownikowi aplikacji mWeryfikator. Uprawniony użytkownik zobaczy m.in. Twoje imię, nazwisko i Twoje zdjęcie w niskiej rozdzielczości. Może sprawdzić również ważność Twojej mLegitymacji.

mPojazd

Dane z mPojazdu odzwierciedlają dane zawarte w dowodzie rejestracyjnym, polisie OC czy karcie pojazdu.

Mogą z niego korzystać osoby, które są właścicielami lub współwłaścicielami pojazdów; a więc ci, którzy są zarejestrowani w Centralnej Ewidencji Pojazdów (CEP) jako posiadacze samochodów, motorów, skuterów itd.

Usługa pokazuje informacje o obowiązkowym ubezpieczeniu OC pojazdu - w tym nazwę ubezpieczenia, serię i numer polisy, okres ubezpieczenia oraz jego wariant.

Znajdziesz tu dane pojazdu: markę i model, rok produkcji, numer rejestracyjny, numer VIN, termin badania technicznego.

Dodatkowo usługa pozwala na przekazanie danych pojazdu w postaci kodu QR innym aplikacjom.

Jak gwarantujemy bezpieczeństwo danych?

Dane zapisane w telefonie są zaszyfrowane i podpisane certyfikatem wydanym przez Ministerstwo Cyfryzacji. Certyfikat potwierdza również autentyczność danych.

Dostęp do danych zabezpieczony jest hasłem, które ustawiasz przy aktywacji aplikacji. mObywatel obsługuje również logowanie odciskiem palca. Ten sposób logowania dodatkowo zabezpieczony jest PIN-em (funkcja tylko dla telefonów posiadających czytnik linii papilarnych).

Gdzie znajdziesz więcej informacji?

Więcej informacji znajdziesz na stronie Biuletynu Informacji Publicznej Ministerstwa Cyfryzacji w zakładce Publiczna aplikacja mobilna.

Źródło: https://mc.bip.gov.pl/

<<<powrót do spisu treści

&&

Co w prawie piszczy

&&

Jarosław Gowin: dodatek 500 zł najprawdopodobniej od przyszłego roku

PAP

- W moim przekonaniu dodatek 500 zł dla osób niepełnosprawnych będzie wprowadzony najprawdopodobniej od przyszłego roku; wszystko zależy od skutecznego egzekwowania podatku handlowego - powiedział we wtorek 11 czerwca wicepremier Jarosław Gowin.

Premier Mateusz Morawiecki w czasie majowej konwencji PiS w Krakowie zapowiedział wprowadzenie nowego, comiesięcznego dodatku w wysokości 500 zł dla dorosłych osób z niepełnosprawnością, które są całkowicie niesamodzielne. W ubiegłym tygodniu nowa szefowa MRPiPS Bożena Borys-Szopa zapewniła, że projekt w sprawie dodatku będzie opracowany do końca czerwca.

Zapytany we wtorek 11 czerwca o możliwy termin wprowadzenia dodatku dla osób z niepełnosprawnością Jarosław Gowin stwierdził, że w jego przekonaniu wydarzy się to najprawdopodobniej od przyszłego roku. Jak dodał, wszystko zależy od rozwiązań podatkowych.

Wicepremier podkreślił, iż premier Morawiecki bardzo precyzyjnie zapowiedział, że możliwość szerszego wsparcia osób z niepełnosprawnością związana jest z wygraniem przez Polskę procesu przed TSUE dot. podatku handlowego.

Po stwierdzeniu prowadzącej, że premier Morawiecki mówił o przekazaniu w najbliższych kilku miesiącach osobom z niepełnosprawnością dodatku, Jarosław Gowin stwierdził, że kilka miesięcy równie dobrze może znaczyć cztery, jak i może znaczyć dziewięć.

- Od pierwszego momentu, kiedy pan premier Morawiecki ujawnił ten projekt, było rzeczą jasną, że te pieniądze pojawią się wraz ze skutecznym wprowadzeniem opodatkowania sklepów wielkopowierzchniowych - dodał Jarosław Gowin.

Premier Mateusz Morawiecki na majowej konwencji PiS jako źródło finansowania 500 zł dla osób z niepełnosprawnością wskazał fundusz solidarnościowy oraz podatek handlowy.

Podatek handlowy miał obowiązywać w Polsce już od września 2016 roku. Komisja Europejska wszczęła jednak w związku z jego wprowadzeniem postępowanie o naruszenie przez Polskę prawa unijnego, argumentując, że jego konstrukcja może faworyzować mniejsze sklepy, co może być uznane za pomoc publiczną. Polska nie zgodziła się z tym stanowiskiem, ale zawiesiła pobór tego podatku. W połowie maja Polska w Sądzie Unii Europejskiej wygrała sprawę przeciwko Komisji Europejskiej dotyczącą podatku od sprzedaży detalicznej. Zdaniem sądu, KE popełniła błąd, uznając ten podatek za niedozwoloną pomoc publiczną.

Źródło: www.niepelnosprawni.pl, 11.06.2019

<<<powrót do spisu treści

&&

Zdrowie bardzo ważna rzecz

&&

Niewielkie ukąszenie - wielki kłopot

Patrycja Rokicka

Jak co roku, w okresie wiosenno-letnio-jesiennym powraca problem kleszczy. Choć są niewielkich rozmiarów, budzą w nas strach. Nasz lęk przed spotkaniem z nimi jest jak najbardziej uzasadniony, bowiem roznoszą niebezpieczne dla człowieka oraz zwierząt domowych choroby, w tym boreliozę, babeszjozę oraz wirusa kleszczowego zapalenia mózgu. Konsekwencją ukąszenia przez kleszcza mogą być również poważne zmiany skórne o charakterze alergicznym, obrzękowym lub ropnym.

Do niedawna uważaliśmy, że kleszcze możemy spotkać tylko w lesie. Niestety zmiany środowiskowe (ocieplenie klimatu), a także zmiany naszego stylu życia (coraz więcej podróżujemy) sprzyjają rozwojowi populacji kleszczy oraz szybkiemu przemieszczaniu się ich na nowe terytoria. Obecnie kleszcze możemy spotkać na terenie całego kraju w parkach miejskich, przydomowych ogródkach oraz na placach zabaw - ukryte w trawie, niskich zaroślach, w krzewach oraz na liściach drzew.

Zasady chroniące nas przed kleszczami

  1. Na spacery wybierajmy odpowiednią porę dnia, najlepiej koło południa, ponieważ kleszcze aktywne są przede wszystkim rano i późnym popołudniem. Spacerując, najlepiej przechadzać się środkiem ścieżek, unikając przydrożnych traw, krzaków i zarośli.
  2. Barierą dla kleszczy jest odpowiedni strój: bluzki z długim rękawem, długie spodnie - najlepiej wpuszczone w skarpetki, buty z wyższą cholewką. Bardzo ważna jest także czapka - koniecznie z daszkiem lub kapelusz. Planując spacery ubierajmy się w jasne tkaniny, ponieważ łatwiej jest na nich zauważyć jeszcze niewkłutego kleszcza.
  3. Nie zapominajmy o higienie osobistej, ponieważ naturalną ochroną przed kleszczami jest właśnie higiena. Kleszcze lubią środowisko wilgotne i ciepłe, dlatego wabi je ludzki pot. Do mycia najlepiej używać naturalnego, szarego mydła, rezygnując z mydeł perfumowanych. Unikajmy zapachowych kosmetyków, wód toaletowych oraz perfum, ponieważ w połączeniu z ludzkim potem stają się idealnym wabikiem na kleszcze!
  4. Jedzmy czosnek. Kleszcze nie lubią intensywnej woni czosnku, która dodatkowo zmieszana z zapachem naszego potu tworzy świetną broń antykleszczową. W okresach żerowania kleszczy najlepiej jest regularnie spożywać czosnek, nawet codziennie, ponieważ jest to bezpieczny, naturalny sposób na naszą ochronę. Jeść należy młody, polski czosnek. Tabletki z wyciągiem z czosnku nie dadzą rady kleszczom. Czosnek możemy również zastosować zewnętrznie, wystarczy tylko nasmarować nim skórę.
  5. Warto zadbać o dietę bogatą w witaminę B, ponieważ udowodniono, że zmienia ona zapach ludzkiego potu na mniej atrakcyjny dla kleszczy. Jedzmy zatem orzechy (włoskie, laskowe), pestki (słonecznika, dyni, sezamu), kasze, ryż, rośliny strączkowe, pieczywo pełnoziarniste, produkty mleczne, ryby i wątróbkę.
  6. Kleszcze przyciąga i odstrasza zapach, zatem planując spacer, warto posmarować się olejkami, których zapachu kleszcze nie lubią. Zaliczamy do nich: goździkowy, z drzewa herbacianego, tymiankowy, szałwiowy, z trawy cytrynowej, z mięty pieprzowej.
  7. Stosujmy preparaty o właściwościach odstraszających kleszcze, które możemy bez problemu zakupić w aptece. Zawarte w nich substancje stanowią skuteczną barierę przed ukąszeniem. Preparaty te występują w postaci płynów oraz sprayów, są przebadane i bezpieczne zarówno dla dzieci jak i osób starszych.
  8. Skorzystajmy z gadżetów odstraszających kleszcze. W sprzedaży możemy nabyć ultradźwiękowe odstraszacze kleszczy, które działają na zasadzie emisji ultradźwięków o zmiennej częstotliwości. Emitowany sygnał skutecznie odstrasza kleszcze, trzymając je z dala od nas. Mając przy sobie takie urządzenie, jesteśmy niewidzialni dla kleszczy.
  9. Zaszczepmy siebie i swoją rodzinę. Zdaniem lekarzy najbezpieczniejszą ochroną są szczepionki, które mogą skutecznie uchronić nas przed wirusem kleszczowego zapalenia mózgu - ciężkiej choroby zakaźnej przenoszonej przez kleszcze. Szczepienie polega na podaniu szczepionki w trzech dawkach. W celu uzyskania odporności przed sezonem aktywności kleszczy, który rozpoczyna się wiosną, najkorzystniej jest podać pierwszą i drugą dawkę w miesiącach zimowych. Trzecia dawka powinna być podana przed rozpoczęciem następnego sezonu aktywności kleszczy... Pełny cykl szczepienia uodparnia na 3 lata.

Co zrobić, gdy zostaliśmy ukąszeni przez kleszcza?

Gdy zauważymy, że zostaliśmy ukąszeni przez kleszcza, jak najszybciej musimy go usunąć. Czas odgrywa bardzo istotną rolę w takiej sytuacji. Kleszcza możemy usunąć samodzielnie, chwytając go specjalnym przyrządem (tzw. kleszczołapką lub pęsetą) tuż przy samej skórze za przednią część ciała (nigdy za nabrzmiały brzuch); następnie płynnym, zdecydowanym ruchem pociągamy go w górę - bez obracania. Obracając kleszcza, możemy spowodować, że jego głowa pozostanie w naszym ciele. Ranę starannie dezynfekujemy po wyjęciu kleszcza, np. maścią zawierającą jod. Nie wolno usuwać kleszcza gołymi rękami. Jeśli nie mamy odpowiedniego przyrządu, możemy usunąć kleszcza palcami zabezpieczonymi gazikiem. Nigdy nie smarujemy kleszcza wbitego w nasze ciało masłem lub alkoholem, ponieważ postępując w ten sposób, sprowokujemy wymioty kleszcza do wnętrza naszego ciała i zwiększymy ryzyko wystąpienia infekcji. Jeśli kleszcz znajduje się w miejscu, którego nie możemy samodzielnie dosięgnąć, poprośmy kogoś o pomoc. Nie denerwujmy się, gdy nie uda nam się za pierwszym razem usunąć kleszcza; czasem potrzeba kilku prób, by tego dokonać. Jeśli znaleźliśmy jednego kleszcza na naszym ciele, istnieje prawdopodobieństwo, że może być ich więcej. Dlatego sprawdźmy dokładnie całe ciało. Jeżeli zaczerwienienie dookoła ukłucia nie goi się lub się rozszerza, trzeba niezwłocznie iść do lekarza.

Jeśli nie wiemy, jak odpowiednio usunąć kleszcza lub się boimy tego, skonsultujmy się szybko z lekarzem.

Źródło: www.kleszcze.info.pl, www.polskieradio.pl, https://luxmedlublin.pl/

<<<powrót do spisu treści

&&

Miłorząb japoński

Damian Szczepanik

Miłorząb japoński (łac. Ginkgo biloba) chociaż nazywa się japoński pochodzi z Chin, a jego najcenniejsza rzecz to liście. Tamtejsza medycyna z powodzeniem wykorzystuje jego właściwości. Miłorząb cenią sobie osoby, które jak najdłużej chcą zachować młody wygląd.

Napar z liści Miłorzębu japońskiego trzeba pić dwa razy dziennie, dzięki temu można liczyć na efekty terapeutyczne takie jak: lepsza praca mózgu i ukrwienie, poprawa krążenia i pamięci, odmłodzenie skóry, poprawa wzroku (m.in. wspomaga ukrwienie siatkówki). Zapobiega nowotworom i udarom. Zaleca się go stosować w czasie menopauzy i depresji. Ponadto napar powinny pić osoby z Alzheimerem czy demencją, ponieważ wspomaga pracę układu krążenia.

Herbatę przygotowujemy z łyżki stołowej liści Ginkgo biloba, które zalewamy wrzątkiem i parzymy pod przykryciem od 5 do 8 minut. Do zaparzania dobrze jest mieć zaparzacz, w którym umieszczamy liście, dzięki temu podczas picia nie dostają nam się one do ust.

Moja przygoda z liśćmi Miłorzębu zaczęła się 4 lata temu. U mnie efekty pojawiły się po ok. miesiącu stosowania, piję go do dziś. W ciągu roku robię sobie trzymiesięczną kurację, po czym około 6-9 miesięcy przerwy. Mam swoje drzewko w ogródku działkowym, które nie wymaga szczególnej pielęgnacji. 7-letnie drzewko kupiłem w szkółce drzew w Sosnowcu, z dobrze uformowaną bryłą korzeniową co przyspieszyło zakorzenienie. Drzewko kosztowało 90 zł - cena jest zależna od wieku. Drzewko sadzimy wiosną lub jesienią koniecznie w nasłonecznionym lub pół zacienionym miejscu. Liście zrywamy wczesną jesienią, kiedy zaczynają już lekko żółknąć. Po zbiorach suszymy je w temperaturze pokojowej. Gdy już wyschną mamy gotowy susz do robienia naparu.

Zanim zacząłem hodować drzewko, kupowałem suszone liście w sklepie zielarskim i na Allegro, gdzie cena była niższa a jakość równie dobra. W aptekach także można spotkać Miłorząb japoński np. w tabletkach oraz kosmetyki z Miłorzębem, których jest już coraz więcej na rynku.

Na koniec dodam, że do smaku naparu można dodać miodu, soku malinowego lub cytrynę.

<<<powrót do spisu treści

&&

Gospodarstwo domowe po niewidomemu

&&

Mrozimy owoce na zimę

Alicja Cyrcan

W okresie wakacyjnym mamy możliwość przygotowania własnych mrożonek z owoców, które zimą wykorzystamy do przyrządzenia pysznych napojów, potraw i deserów. Podam kilka rad, które mogą przydać się, gdy zdecydujemy się zrobić zapasy na zimę.

  1. Do domowego mrożenia wybieramy drobne owoce, np. wiśnie, porzeczki, maliny, jagody, truskawki.
  2. Do mrożenia bierzemy tylko dojrzałe, zdrowe owoce, bez ubytków.
  3. Przed mrożeniem owoce dokładnie myjemy i osuszamy.
  4. Owoce dzielimy na porcje.
  5. Porcje owoców delikatnie wkładamy do woreczków przeznaczonych do mrożenia. Bez problemu zakupimy je w sklepie z artykułami gospodarstwa domowego.
  6. Woreczki oznaczamy, żeby wiedzieć w przyszłości jakie owoce wyjmujemy z zamrażalnika.
  7. Zamrożone owoce najlepiej rozmrażać w lodówce, lub wyjmując z zamrażalnika, wkładać je (jeszcze zamrożone) bezpośrednio do gotującej się wody. Nigdy nie rozmrażamy owoców, polewając je gorącą wodą.
  8. Owoce mrożone przechowujemy w zamrażalniku przez 12 miesięcy.

<<<powrót do spisu treści

&&

Kuchnia po naszemu

Soki z mojej spiżarni

Alicja Cyrcan

Sok agrestowy

Składniki:

Wykonanie

Agrest dokładnie myjemy, przekrawamy na połówki. Wkładamy do miski i zasypujemy cukrem. Całość mieszamy i odstawiamy na dwie doby. Od czasu do czasu mieszamy, żeby cukier się dokładnie rozpuścił. Sok przecedzamy przez gęste sito i przelewamy do słoików, które szczelnie zamykamy. Pasteryzujemy: słoiki wkładamy do garnka, zalewamy ciepłą wodą do wysokości 3/4 słoików i gotujemy 10 min.

&&

Sok jagodowy

Składniki:

Wykonanie

Owoce przebieramy, oczyszczamy i przepłukujemy wodą. Do garnka wkładamy czyste jagody, wsypujemy cukier i wlewamy wodę. Garnek stawiamy na małym ogniu i gotujemy 20 minut. Po zagotowaniu sok zdejmujemy z ognia, następnie przecedzamy przez gęste sito. Przelewamy do butelek lub słoików, szczelnie zamykając. Pasteryzujemy 15 minut.

&&

Sok winogronowy

Składniki:

Wykoanie

Winogrona myjemy, wkładamy do garnka, dolewamy wodę, dodajemy sok z cytryny i cukier. Doprowadzamy do wrzenia; następnie zmniejszamy ogień i gotujemy 20 minut. Odcedzamy przez sito. Sok przelewamy do butelek lub słoików. Szczelnie zamykamy. Pasteryzujemy 15 minut.

&&

Sok wiśniowy

Składniki:

Wykoanie

Wiśnie myjemy, drylujemy i miksujemy. Przekładamy do garnka i zalewamy wrzącą wodą, mieszamy. Po 5 min. przecedzamy, dodajemy cukier, dokładnie mieszamy. Sok przelewamy do butelek lub słoików, szczelnie zamykamy i pasteryzujemy 15 minut.

&&

Sok z pokrzywy

Składniki:

Wykonanie

Liście pokrzywy płuczemy, osączamy i miksujemy. Przecedzamy przez gazę. Uzyskany sok mieszamy z miodem i sokiem z cytryny. Przelewamy do małych słoiczków, szczelnie zakręcamy i pasteryzujemy 10 minut.

<<<powrót do spisu treści

&&

Z polszczyzną za pan brat

&&

Słów kilka na temat

Tomasz Matczak

Dziś będzie o konstrukcji stosunkowo nowej, gdyż jej rozkwit przypada na lata osiemdziesiąte XX wieku. Być może stosowana była także wcześniej, lecz popularność zyskała całkiem niedawno. Chodzi o sformułowanie w tym temacie. Jest ono stosowane zamiennie do na ten temat. Częściej dotyczy polszczyzny mówionej niż pisanej. Używają go politycy, celebryci, a nawet dziennikarze. Tymczasem językoznawcy są zgodni, iż nie jest to prawidłowa konstrukcja gramatyczna i nie należy jej upowszechniać.

Ciekawa jest etymologia stwierdzenia w tym temacie. Otóż za ojca tego powiedzenia uważa się prezydenta Lecha Wałęsę. To właśnie on używał go najczęściej, a z racji swej popularności, niejako wypromował. Jak wszystkim wiadomo, prezydent Lech Wałęsa nie należy do osób wzorowo posługujących się polszczyzną. Z pewnością Czytelnicy Sześciopunktu pamiętają jego słynne już zdanie: O take Polske zawsze walczyłem z nieprawidłową wymową, która stała się przedmiotem ironicznych komentarzy jego oponentów. To właśnie oni, chcąc kpiąco podkreślić, a jednocześnie napiętnować brak wykształcenia prezydenta, zaczęli używać konstrukcji w tym temacie.

Wkradła się ona zatem do potocznego języka z przekory, a stosowana jest dziś raczej z niewiedzy.

I tyle mam do powiedzenia w tym..., ups, pardon, na ten temat.

Pal go sześć, od siedmiu boleści, dziesiąta woda po kisielu

Liczby występują w wielu powiedzeniach i frazeologizmach, które na dobre zadomowiły się w języku polskim. Ogólne znaczenie takich zwrotów jest nam znane, wiemy w jakich okolicznościach i w jakim celu się ich używa, ale w zasadzie nikt się nie zastanawia, dlaczego na przykład boleści jest akurat siedem?

Ktoś lub coś od siedmiu boleści, to coś mizernego, marnego, słabego i lichego. Najprawdopodobniej jest to nawiązanie do siedmiu przykrych wydarzeń z życia Matki Boskiej: proroctwa Symeona, ucieczki do Egiptu, trzydniowych poszukiwań Jezusa zaginionego podczas pielgrzymki do Jerozolimy, spotkania z nim w czasie drogi krzyżowej, stania pod krzyżem na Kalwarii, zdjęcia Jezusa z Krzyża i złożenia Go do grobu. Warto dodać, że 15 września Kościół obchodzi wspomnienie Matki Bożej Bolesnej, a w mszale trydenckim święto to jest nazywane świętem Siedmiu Boleści NMP.

Dużo bardziej makabryczne jest wytłumaczenie okrzyku pal go sześć!, którego używa się w znaczeniu a niech tam, mniejsza o to, wszystko jedno. Przyjmuje się, że był to okrzyk kierowany podczas egzekucji do kata, którego zadaniem było przypalanie żelazem skazańca określoną liczbę razy. Nikt nie wytrzymywał dwu-, trzykrotnego przypalania, więc okrzyk pal go sześć mógł oznaczać, że nieszczęśnikiem nie ma się co dalej przejmować. Brrrrrr!

Na koniec nieco łagodniej. Zwrot dziesiąta woda po kisielu, który oznacza dalekie, trudne do udokumentowania pokrewieństwo, wiąże się znaczeniowo z popłuczynami po naczyniu, w którym był kisiel. Taka dziesiąta woda, użyta do wymycia naczynia, miała z kisielem niewiele wspólnego, podobnie jak odległy krewny z głową rodu.

Dziękuję, że poświęcili mi Państwo przysłowiowe pięć minutek, a teraz już kończę.

<<<powrót do spisu treści

&&

Z poradnika psychologa

&&

Obraz siebie (część 2)

Małgorzata Gruszka

W poprzedniej części poradnika omówiłam podstawowe zagadnienia dotyczące obrazu siebie. Dziś proponuję przyjrzenie się obrazowi własnej osoby. Zacznę jednak od tego, dlaczego obraz ten jest ważny.

Znaczenie obrazu siebie

Znaczenie obrazu siebie jest większe niż nam się wydaje. To co myślimy na swój temat, determinuje, czyli kształtuje nasze zachowania, postawy i poczynania. Wierząc w to, że jakaś nasza cecha jest prawdziwa, zachowujemy się tak, jakbyśmy rzeczywiście ją mieli. Ktoś, komu od zawsze mówiono, że jest gapą i fajtłapą, podświadomie realizuje ten wzorzec. Określenie to mogło pojawić się w sytuacji, gdy nie spełnił czyichś oczekiwań i wywołał złość. Potem ktoś inny je powtórzył, potem jeszcze ktoś i utarło się. Jaś jest gapą, to znaczy nic mu nie wychodzi, nic nie umie, i do niczego się nie nadaje. Słysząc to określenie wielokrotnie, przykładowy Jaś przestaje się o cokolwiek starać i wysilać. Nie ma po co, bo i tak jest gapą. Wróć! Nie jest, tylko uwierzył, że jest, i zaczął zachowywać się w określony sposób. Na tej samej zasadzie ktoś komu często mówiono, że jest mądry, wierzy w swoje możliwości intelektualne, rozwija i wykorzystuje je. Od tego, jak sami siebie postrzegamy, zależy to, jak prezentujemy się innym. Bardzo wiele problemów bierze się właśnie stąd, że uważamy się za gorszych niż jesteśmy w rzeczywistości. Obraz siebie zaburzony przez postrzeganie i skupianie się głównie na swoich niedoskonałościach ogranicza nasze poczynania, osiągnięcia i sukcesy.

Obraz siebie ogólny i szczegółowy

Obraz własnej osoby składa się z bardzo wielu elementów. Elementy te to postrzeganie siebie w różnych sferach życia. Wszystkie one składają się na całość, w której dominują jaśniejsze lub ciemniejsze barwy. Ogólny obraz własnej osoby sprowadza się do odpowiedzi na pytanie: czy lubię siebie? Dużo łatwiej jest określić stopień sympatii do innych osób. Najprostszym i najszybszym testem ogólnego obrazu siebie jest odpowiedź na pytania: co czujesz, gdy cię chwalą? Jak reagujesz na komplementy? Jeśli w takich sytuacjach odczuwasz wstyd, zakłopotanie i zażenowanie, najprawdopodobniej twój obraz siebie jest zaburzony, a poczucie własnej wartości zaniżone. O zaburzonym obrazie siebie świadczy natychmiastowe zaprzeczanie usłyszanym komplementom i pochwałom. Na przykład: ktoś chwali nas za jakieś działanie, a my mówimy: nie przesadzaj, to nic takiego, nie ma o czym mówić. Ktoś mówi, że ładnie wyglądamy, a my mówimy: eee-tam ładnie, mam zmarszczki, mam duży brzuch. Brzmi znajomo? Jeśli tak, to jest to sygnał, że twój obraz siebie wymaga przemalowania.

Zaburzony obraz siebie

Nie lubisz, gdy cię chwalą? Słysząc komplement, najchętniej zapadłbyś się pod ziemię? Twój obraz siebie jest zaburzony, ale nie znaczy to, że masz poważny problem psychiczny. Problem z przyjmowaniem pochwał i komplementów ma większość z nas. Bo większość z nas została nauczona niechęci do komplementów i pochwał na własny temat. Wychowano nas tak, że komplementy i pochwały należy przyjmować ze spuszczoną głową i w żadnym razie nie brać ich na serio, a już na pewno nie cieszyć się nimi. Radosne i szczere przyjmowanie komplementów i pochwał utożsamiane jest z pychą, zarozumiałością i brakiem pokory. Prawda jest taka, że umiejętność przyjmowania ich nie ma z tymi cechami nic wspólnego.

Diagnoza obrazu siebie

Ekspresowa diagnoza obrazu siebie to także sprawdzian, czy obraz ten nie jest zaburzony na plus. Jak napisałam w pierwszej części poradnika, zaburzenie na plus jest maską rzeczywistego zaburzenia na minus, czyli obrazu siebie prowadzącego do zaniżonego poczucia własnej wartości. Chcąc sprawdzić, czy nie należysz do osób maskujących niskie mniemanie o sobie udawaną pewnością siebie, odpowiedz sobie na pytania: co czujesz, gdy cię nie chwalą? Co czujesz, gdy chwalą innych? Jeśli w bardzo wielu sytuacjach odczuwasz brak komplementów i pochwał ze strony innych osób, a komplementy i pochwały kierowane do innych wywołują u ciebie napięcie, dyskomfort lub złość - prawdopodobnie należysz do osób przypisujących sobie zalety, umiejętności i atuty, których nie posiadasz, a wszystko po to, by lepiej poczuć się ze sobą.

Jeszcze raz diagnoza

Ostatnim sposobem na błyskawiczną i wstępną diagnozę obrazu siebie jest wymienienie pierwszych pięciu cech własnej osoby, jakie przyjdą nam do głowy. Najlepiej zapisać je na kartce. Nie zastanawiaj się, tylko jak najszybciej wypisz te cechy. Teraz odczytaj, co jest napisane na kartce. Jeśli przeważają cechy negatywne - twój obraz siebie jest zaniżony. Jeśli więcej jest cech pozytywnych - twój obraz siebie jest prawidłowy.

Elementy obrazu siebie

Na obraz własnej osoby składa się bardzo wiele elementów. Możemy analizować siebie w różnych aspektach i pod różnymi względami. Z przyczyn oczywistych w naszym poradniku nie ma miejsca na szczegółową analizę mniemania o sobie. Proponuję więc przyjrzeć się temu mniemaniu w kilku dużych sferach.

Wygląd zewnętrzny

Zastanów się, co o sobie myślisz w zakresie wyglądu zewnętrznego. Wypisz na kartce 10 cech własnego wyglądu. Przeanalizuj je i sprawdź, których jest więcej: pozytywnych czy negatywnych. Osoby z zaniżonym obrazem siebie postrzegają swoją powierzchowność z perspektywy tego, co w nich niedoskonałe. Uważają, że są brzydkie i nieatrakcyjne, chociaż nigdy nie usłyszały takiej opinii na swój temat. Myśląc tak, nie robią nic, by pokazać to, co mają w sobie ładnego i ukryć lub poprawić to, co niedoskonałe. Tym samym naprawdę wyglądają gorzej niż wyglądałyby, gdyby ich postrzeganie własnego wyglądu było inne.

Zdolności i umiejętności

Zastanów się, co myślisz o sobie w sferze umiejętności. Co najpierw przychodzi ci do głowy: to, czego nie umiesz, czy to, co potrafisz? Co łatwiej ci nazwać: umiejętności czy braki? Jeśli wymienienie własnych umiejętności i zdolności przychodzi ci z trudem, a lista braków jest długa - prawdopodobnie twój obraz siebie wymaga renowacji.

Osiągnięte sukcesy

Sukcesy kojarzą nam się na ogół z czymś wielkim i na wielką skalę. Tymczasem sukcesami są również osobiste zwycięstwa, o których wiemy tylko my i nasze najbliższe otoczenie. Zastanów się nad swoimi sukcesami. Jeśli trudno ci je wymienić, prawdopodobnie musisz zmienić stosunek do własnej osoby. Lubienie siebie to m.in. zauważanie i docenianie dużych i małych zwycięstw; tych rzadkich i tych zdarzających się codziennie.

Negatywny obraz siebie

Negatywny obraz siebie to taki, w którym wady, braki i niedoskonałości przesłaniają całą resztę. To brak akceptacji siebie ze względu na wady, niedociągnięcia i braki.

Pozytywny obraz siebie

Pozytywny obraz siebie to dostrzeganie i umiejętne korzystanie ze wszystkich posiadanych atutów, zalet i plusów. To znajomość swoich mocnych stron w poszczególnych sferach funkcjonowania. To akceptacja siebie i życzliwy stosunek do własnej osoby mimo braków, niedoskonałości i wad.

Zmiana obrazu siebie

Jak napisałam w pierwszej części poradnika, zmiana obrazu siebie jest możliwa. Nie jest łatwa, bo do powstałych bardzo wcześnie i wielokrotnie powtarzanych przekonań na własny temat jesteśmy mocno przywiązani. Pierwszym krokiem w zmianie stosunku do własnej osoby jest uświadomienie sobie, że jakieś przekonania na własny temat nam nie służą, a wręcz przeszkadzają. Zastanów się, jakie negatywne przekonania o sobie najczęściej przychodzą ci do głowy. Przypomnij sobie, od kiedy masz je w głowie i wierzysz, że są prawdziwe. Jeśli nie pamiętasz, kiedy powstały, prawdopodobnie nie wytworzyłeś ich sam, lecz przejąłeś od osób, które wypowiadały je regularnie, gdy byłeś dzieckiem. Teraz pomyśl, jak często owe przekonania stanęły ci na przeszkodzie do osiągnięcia jakiegoś celu. Ile razy zrezygnowałeś z czegoś, kierując się tymi przekonaniami. Oceń, czy przekonania te pomagają ci w życiu czy przeszkadzają. Na koniec zastanów się, ile razy w dorosłym życiu ktoś potwierdził negatywne przekonania o tobie, które nosisz w sobie od dawna. Dużo tego i sporo pracy. Warto ją jednak podjąć, by wyzwolić się z przekonań, które zaburzają obraz siebie, obniżają poczucie własnej wartości i czynią życie mniej barwnym, ciekawym i przyjemnym.

Obraz siebie a niepełnosprawność

Niepełnosprawność często przyczynia się do zaburzenia obrazu siebie. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, gdy w rodzinnym domu mówią nam: nie pchaj się, bo nie widzisz; nie próbuj, bo i tak nie dasz sobie rady; jesteś niewidomy, nie będą cię traktować jak innych; przyjmą cię z litości; na pewno sobie nie poradzisz. Tego typu stwierdzenia nie są przejawem złej woli, ale lęku o najbliższą osobę, którą chce się uchronić przed niebezpieczeństwami życia. Cóż, kiedy przy okazji zaburzają obraz siebie i rujnują poczucie własnej wartości. Niepełnosprawność wielokrotnie jest sytuacją, w której zbudowanie pozytywnego obrazu własnej osoby i poczucia własnej wartości jest trudniejsze niż w przypadku osób pełnosprawnych. Z drugiej strony, osoby pełnosprawne również bywają obciążone sytuacjami zaburzającymi obraz siebie i poczucie wartości własnej. Tak czy inaczej, pozytywny obraz siebie można odzyskać na każdym etapie życia. Jeśli nie samodzielnie, to z pomocą indywidualnych lub grupowych spotkań z psychologiem lub psychoterapeutą. Spotkania takie są częścią projektów realizowanych przez różne organizacje pozarządowe działające na rzecz osób niepełnosprawnych. Warto interesować się nimi i brać w nich udział.

<<<powrót do spisu treści

&&

Rehabilitacja kulturalnie

&&

Zapraszam na film z audiodeskrypcją pt. Aurore

Ireneusz Kaczmarczyk

Aurore to tytułowa bohaterka dramatu Luca Dionne. Reżyser jest autorem scenariusza opartego na kanwie prawdziwych wydarzeń z 1909 roku, ukazujących tragedię, która miała miejsce w wiosce Sainte-Philomène de Fortierville w Kanadzie.

Aurore jest historią dziewczynki i jej rodzeństwa, w której na początku, w domu Państwa Marie-Anne Caron i Télesphore Gagnon dzieci są szczęśliwe, jednak bajka kończy się, gdy matka zaczyna chorować na gruźlicę i po pewnym czasie umiera. Ojciec dzieci wdaje się w romans ze swoją kuzynką - Marie-Anne Houde. Koszmar rozpoczyna się, gdy dzieci spod opieki dziadków trafiają do domu ojca i macochy.

Dzieci są maltretowane psychicznie i fizycznie przez niezrównoważoną macochę. Czuje się ona całkowicie bezkarna, a dzieci są zupełnie bezbronne wobec zła, które je dotyka. W filmie spotykamy się ze społeczną obojętnością i znieczulicą na krzywdę najsłabszych. Kościół jawi nam się jako instytucja zamknięta sama w sobie i całkowicie wyalienowana z życia społeczności, dla której służby został powołany. Sąsiedzi przymykają oczy na zło, którego się domyślają, tylko dlatego, że brak im odwagi i zdecydowania. Nie licząc się z konsekwencjami tej biernej postawy, oglądają się wzajemnie na siebie. Jedyną osobą, która słowa zamienia w czyny, jest sklepikarz - sędzia pokoju. Niestety jego pomoc pojawia się zbyt późno. Obnażoną w filmie, wszechobecną znieczulicę społeczną i jej konsekwencje symbolizuje scena, w której ksiądz, uświadamiając sobie własny dramat, dokonuje samosądu, i wbrew zasadom, którym dotąd był wierny, skazuje się na wieczne potępienie.

Film bardzo udany pod względem artystycznym. Zarówno aktorki wcielające się w tytułową Aurorę, jak też odtwórcy postaci rodziców i rodzeństwa głównej bohaterki tworzą na ekranie wspaniałe kreacje. Muzyka starannie dobrana, ujawnia się w odpowiednich momentach, wieńcząc sceny, które mają szczególne znaczenie. Prosty i przejrzysty scenariusz - przekaz postaci jest w sposób łatwy i prosty zobrazowany, przez co widz nie musi się domyślać, co wydarzy się w dalszych scenach filmu, czy też co mają do przekazania jego bohaterowie. Wiemy, co myślą sąsiedzi, ksiądz, macocha czy sama Aurora.

Audiodeskrypcja wnikliwie przybliża nam tło wydarzeń i bardzo dokładnie opisuje przeżycia bohaterów. Reżyser zbudował obraz poruszający, wzruszający, pobudzający do głębszej refleksji. Z pewnością potrzeba czasu, aby opadły emocje, które silnie pobudzone, żyją w widzu długo jeszcze po wygaśnięciu ekranu. To film penetrujący najgłębsze zakątki ludzkiej duszy. Porusza dość znane, lecz nadal nierozwiązane problemy społeczne - przemoc fizyczną i psychiczną nad dziećmi, znieczulicę społeczną, ignorancję, poczucie bezkarności. Przypomina mi to bajkę o Kopciuszku, jednak z przerażającym zakończeniem.

Film pokazuje realia - prawdę, która szokuje, ale ma miejsce w historii współczesnego świata. Owa prawda działa się, dzieje i będzie prawdopodobnie dziać się zawsze. Problem przemocy stosowanej wobec dzieci dotyczy nie tylko Kanady; w naszym kraju także dochodzi do sytuacji, kiedy ojczym dokonuje linczu na maleńkim dziecku tylko dlatego, że nie może znieść jego płaczu. W dzisiejszych społecznościach, również w naszych miastach, trudno o odważną postawę wobec sąsiada alkoholika, który, jako fachowiec w danej dziedzinie, często nam pomaga. W takich sytuacjach sam zapominam, że milcząc, popieram destrukcję. A przecież Lewis Carroll w książce Alicja w Krainie Czarów napisał, że ...Tylko to, co robimy dla innych, jest tym wszystkim, co naprawdę warto robić….

Zachęcam Państwa do obejrzenia filmu - bo jest godny polecenia. Dla fanów dobrego kina jest to pozycja obowiązkowa.

<<<powrót do spisu treści

&&

Czar książek

Bożena Lampart

Trudno byłoby znaleźć osobę, która nigdy nie obcowała z książką. Ktoś zaledwie rzuci okiem i pomyśli - ot, jest ich tak wiele. Inny zatrzyma się, weźmie egzemplarz do ręki, sprawdzi cenę i pójdzie dalej. Kolejny przeczyta recenzję znajdującą się na tylnej okładce, wyda pomruk podziwu i wreszcie kupi.

Większość ludzi ma sentyment do książek, być może dlatego, iż pozwalają wejść w alternatywny świat. Rzeczywiście taka motywacja wydaje się trafna; trudno jednak pominąć inne walory książek oczarowujące każdego pasjonata. Wzrok, choć najważniejszy ze zmysłów, nie zastąpi pozostałych.

To, co jest w nas wspaniałe, to nasza wyobraźnia. W asyście wyczulonego węchu i dotyku przenosi nas w urokliwy świat.

Pochylmy się na chwilę nad starodrukami. Niektóre są znacząco nadszarpnięte bezlitośnie upływającym czasem. Warto mieć chociaż jeden taki egzemplarz. Osoby z dużą wrażliwością zauważą, iż mają one duszę. Przeszły nieznaną i długą drogę. Słuszny jest pogląd, że zapracowały sobie na godziwą starość. Przyciągają uwagę wonią zbutwiałego papieru, są tkliwe na dotyk. Gramatura, ozdobna okładka, wyczuwalny w palcach papier a czasem i druk wzywają naszą wyobraźnię na pojedynek.

Jestem właścicielką książki liczącej ponad dwieście lat. To Pismo Święte. Okładka skórzana w kolorze wyblakłej czerni, lekko pofałdowana. W jej centralnym punkcie można wyczuć pod palcami krzyż zajmujący trzy czwarte strony. Pod nim napis Pismo Święte. Dookoła oprawy wyczuwalne drobne punkty wielkości główki od szpilki. Grzbiet podzielony wklęsłymi kreskami na trzy równe pola z symbolami religijnymi i elementami roślinnymi. Okładki przednia i tylna są połączone blaszaną sprzączką w kolorze złota. Aby książkę otworzyć, wystarczy zdjąć klamrę ze skobelka.

Księga jest kładziona na stół podczas celebracji świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Zapach stęchlizny nieco pożółkłych kartek wydobywa się podczas ich wertowania. Doprawdy, chciałoby się przytulić tę książkę, a może nawet uciec myślami w czasy dawno minione. Nie robię tego tylko przez szacunek dla tego dzieła, ale woń starego papieru zmusza moje nozdrza do intensywnej pracy.

Leciwe oprawy skórzane lub z materiału stanowiły niejako ochronę dla kartek i treści na nich uwiecznionych. Ich bogate zdobnictwo zmusza do spotęgowania zmysłu dotyku, a więc zapoznania się z ich wyglądem zewnętrznym. Ponieważ często koszt wykonania takiej okładki równy był kosztom wydrukowania kartek znajdujących się w jej wnętrzu, tworzenie okładek musiało przejść prawdziwą ewolucję.

W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego stulecia pojawiły się w księgarniach książki w oprawach twardych oraz w miękkich - o krótszej trwałości. Prawdziwym rarytasem okazały się pozycje w oprawach płóciennych oraz książki z oprawą z tektury i grzbietem z materiału. Te ostatnie są łatwo rozpoznawalne dotykiem, czasami nawet tytuł nie stanowi problemu, gdyż został pomalowany farbą o gładkiej fakturze. Bywało, że przy dużej czytelności grzbiet takiej książki robił się cieńszy i miękki. Kartki traciły na gładkości, ażeby wreszcie nasiąknąć wonią starości.

Kolorowa okładka przyciąga uwagę wzrokowców, a jej projektanci twierdzą, iż dobrze zrobiona oprawa to połowa sukcesu do popularności pozycji na rynku sprzedaży książek. Z upływem czasu zmieniła się także faktura papieru; od cienkiego pergaminu, przez grubsze lub cieńsze kartki, na których penetrujemy świat wydarzeń i bohaterów książkowych. Wiele postaci i miejsc zapętlonych w wielu wątkach, które z upływem akcji książki rozplątują się. Te mniej ważne tracą znaczenie. Główne prowadzą nas aż do prologu.

Rubensowska martwa natura, architektura, sztuka nowoczesna najczęściej wypełnia albumy z kartkami wykonanymi z gładkiego, twardego i grubego papieru kredowego. Jest doskonale wyczuwalny dotykiem, pachnie świeżością. Dla podniesienia rangi albumu okładka bywa otulona obwolutą.

Z kolei w świat kuchni, kosmetyków lub instrukcji obsługi wkraczamy dzięki wydaniom z cienkiego, łatwo wyczuwalnego pergaminu.

Osobnym zagadnieniem jest dobrze znany niemal wszystkim niewidzącym czytelnikom papier z wydrukowanym pismem punktowym. Trwałość takiego pisma zależy od popularności książki. Im więcej eksploatowana, tym krótszy jest żywot wydrukowanych punktów. Przyjemnie się dotyka taki wolumin, gdyż wypukłość liter powoduje, iż podczas przewracania stron książka nabiera puszystości, coś na wzór gąbki. Starsze egzemplarze także prezentują kruchość papieru i nabierają charakterystycznego zapachu imitującego długie życie. W czasach, gdy alfabet Braille’a był tłoczony na cienkiej blaszce, to trwałość druku była dłuższa a zapach i efekt dotyku zupełnie inny.

Pośród gmatwaniny sklepów w nowoczesnych centrach handlowych nie jest trudno znaleźć księgarnię. Woń papieru i świeżego druku przyciągają bibliomanów. Egzemplarze książek są wyeksponowane w miejscu łatwo dostępnym. Generalnie wiadomo, iż książki pisane zwykłym drukiem nie są przeznaczone dla osób niewidzących. Te z dostosowaniem do naszych potrzeb, w których wyobraźnia czytelnika została zaprzęgnięta do nowoczesnych technologii, znajdują się w innym dziale, gdzie pachnie tworzywem sztucznym.

Nie oznacza to jednak, że nie mamy chęci zaznajomienia się z wydawnictwami w papierowej formie. Taką książkę warto wziąć do ręki, pogładzić po oprawie, a może przód okładki będzie na tyle wyraźny, że rozpoznamy kształty liter lub rysunku? Gładząc brzegi kartek, wdychając ich zapach, doznajemy wrażeń, których nikt nie może nam odebrać.

<<<powrót do spisu treści

&&

Spotkanie z drugim człowiekiem, czyli pejzaż słowami malowany

Alicja Nyziak

Czy popełnię wielką gafę, jeśli stwierdzę, że nie oglądam serialu M jak miłość? Obecnie go nie oglądam, ale kiedyś byłam jego fanką. Znajomi dobrze posługujący się zmysłem wzroku nie mogli się nadziwić, jakim cudem rozpoznawałam kto jest kim? Jak to możliwe, że nie gubiłam wątków, nie mieszałam postaci? Dla nich było to niezrozumiałe, a dla mnie oczywiste. Przecież wystarczyło uważnie i systematycznie śledzić losy bohaterów, aby wiedzieć kto, co i dlaczego. Niektóre nazwiska pozostały w pamięci.

Było dwoje aktorów, którzy zapisali się złotymi zgłoskami w tym serialu. To protoplaści rodu Mostowiaków - Teresa Lipowska i Witold Pyrkosz. Księga życia Witolda Pyrkosza została zamknięta; pozostały piękne wspomnienia o człowieku, który był doskonałym aktorem. Natomiast Teresa Lipowska, mimo skończonych 81 lat, nadal pozostaje aktywna zawodowo. Gra w serialu, teatrze, a także napisała książkę - Nad rodzinnym albumem. Teresa Lipowska w rozmowach z Iloną Łepkowską. Czy książka jest warta polecenia? Nie wiem, bo niestety nie ukazała się w formacie dźwiękowym.

Koktajl pełen zdrowych emocji

W ramach promocji książki Teresa Lipowska przyjechała do biblioteki w Zduńskiej Woli. Towarzyszyła jej Monika Mularska-Kucharek - pisarka, socjolog. Obie panie tworzyły zgrany i dowcipny duet. Wybierając się na to spotkanie, nie sądziłam, że będę się tak dobrze bawić. Nie spodziewałam się także tak ogromnego ładunku pozytywnych emocji. Tylko dlaczego moje oczekiwania były tak diametralnie inne? Czyżbym uległa oklepanemu stereotypowi - oto nobliwa pani, która zyskała popularność dzięki serialowi M jak miłość. Prawdę mówiąc, fanką pani Teresy nie byłam, ale byłam ciekawa człowieka. Jak się okazało, moja wiedza dotycząca jej dorobku artystycznego była mniej niż mierna. Przyznaję, że ja zaczęłam kojarzyć Teresę Lipowską dopiero, gdy zaczęła grać rolę Barbary Mostowiak w M jak miłość. Nie potrafię wymienić innych jej ról, a ma ich na koncie bardzo dużo. Zagrała w ponad 80 produkcjach, i były to zarówno filmy fabularne jak i seriale telewizyjne. Grała w komediach, dramatach, kryminałach, filmach drogi, psychologicznych, biograficznych, dla dzieci i młodzieży itd. Ma prawdziwie imponujący dorobek.

Teresa Lipowska emanowała niepowtarzalnym urokiem, który mają w sobie osoby kochające życie. Posiadła dar doboru we właściwych proporcjach poczucia humoru i powagi. Pokory połączonej z siłą. Chwytała za serce naturalność z jaką mówiła o sferach codzienności, na które składają się miłość, seks, praca, drobne domowe utarczki. Bez kokieterii przyznawała się do swojego rocznika. Otwarcie mówiła o upływie czasu i o nieuniknionym. Z czułością wspominała męża - byli jak dwie różne, ale dobrze dopasowane połówki jabłka. Hm, czyżbym się już starzała, bo słuchałam jej z przyjemnością. A może jestem po prostu zmęczona tak często pojawiającą się u wielu artystów sztucznością i pędem do popularności zdobywanej wymyślnymi ekscesami? To kwestia godna rozważenia, ale nie tu i nie teraz.

Nadszedł koniec spotkania, przyszedł czas na kupno książki, autografy i pamiątkowe zdjęcia. Albumu rodzinnego nie nabyłam, bo zawiera dużo fotografii, więc skanowanie byłoby utrudnione. Chciałam podziękować autorce za spotkanie pełne ciepła i pozytywnych słów. Cierpliwie czekaliśmy z kolegą na swoją kolej. Nagle zupełnie niespodziewanie poczułam jak ktoś delikatnie mnie przytula. Zaskoczona odruchowo przytuliłam człowieka. Okazało się, że była to Teresa Lipowska. Na długo w mojej pamięci pozostanie ta wyjątkowa i pełna ciepła chwila.

Krótka nota biograficzna

Teresa Lipowska - ur. 14 lipca 1937 roku w Warszawie. Ukończyła średnią szkołę muzyczną w klasie fortepianu oraz studia na Wydziale Aktorskim Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi. Występowała w Warszawskim Teatrze Ludowym oraz w Teatrze Nowym. W latach 1985-92 była aktorką Teatru Syrena w Warszawie. Obecnie, na emeryturze, nadal w nim występuje. Przez wiele lat była związana z kabaretem Dudek. Na ekranie zadebiutowała jako statystka w filmie Pierwszy start Leonarda Buczkowskiego (1950). Miała wtedy 13 lat. Jej pierwszym mężem był Aleksander Lipowski. Rozwiodła się z nim po trzech latach małżeństwa. Drugi związek okazał się znacznie trwalszy. Z aktorem Tomaszem Zaliwskim przeżyła 44 lata. Aktor zmarł w 2006 roku. Widzowie mogą Tomasza Zaliwskiego kojarzyć m.in. z filmów i seriali Czterej pancerni i pies (Magneto), czy Dom (ojciec Ewy).

Trudno wymienić wszystkie produkcje, w których zagrała Teresa Lipowska. Były to m.in.: Skok reż. Kazimierz Kutz, Rzeczpospolita babska reż. Hieronim Przybył, Noce i dnie reż. Jerzy Antczak, Dziewczyna i chłopak reż. Stanisław Loth, Katastrofa w Gibraltarze reż. Bohdan Poręba, Kuchnia polska reż. Jacek Bromski, Tato reż. Maciej Ślesicki, Przygody psa Cywila reż. Krzysztof Szmagier, Stawiam na Tolka Banana reż. Stanisław Jędryka, Rodzina Połanieckich reż. Jan Rybkowski i wiele innych.

<<<powrót do spisu treści

&&

Galeria literacka z Homerem w tle

&&

Marta Ziętala
Kilka słów o mnie...

Mam 26 lat, pochodzę z Łasku (Województwo łódzkie). Jestem osobą słabowidzącą. Ukończyłam liceum ogólnokształcące i szkołę policealną o profilu Turystyka. Od 4 lat należę do Grupy Literackiej Na progu. W marcu tego roku zdobyłam wyróżnienie w Otwartym Konkursie Literackim Rozłogi. Piszę wiersze, fraszki i limeryki. Moje zainteresowania to geografia, muzyka i sport (w szczególności siatkówka i tenis ziemny).

<<<powrót do spisu treści

&&

Wiersze wybrane

Marta Ziętala

***

Poetom wolno wszystko mówić
Niech się bawią w Cycerona proszę bardzo
Poezja to nie tylko słowa
To emocje tworzące wulkan
Lub bryłę lodową
To muzyka skomponowana przez duszę
Przyjemna jak letni wietrzyk
Albo gwałtowna jak burza pod wieczór
Poezja to obraz
Na płótnie tańczące iskierki
Lub wodospad
Milcząc można przegadać niejednego Cycerona

***

Kłują kolce pod palcami
Czyżby to kolce?
To niewykorzystane szanse tak kłują
Dławią łzami
Męczą w niespokojnych snach
Nie warto czekać na podkowę
Trzeba działać, gdy zbite lustro
Tak naprzeciw Fortunie
Czterolistna koniczyna pod butem
A w kalendarzu piątek 13
Lepiej przeczekać do jutra
Nie! Koniec z wymówkami
Teraz kłują już ciernie
Więc zadzieram głowę
Na razie widzę tylko hebanowy dywan nad nią
Choćby czarny kot przebiegł drogę
Ja odgonię pecha, bo wiem, że
przez ciernie do gwiazd

***

Miałam odpowiadać z wolnej stopy,
Ale ktoś na usługach Temidy dostał polecenie by zamknąć mnie w klatce o wymiarach 2 na 2
Niebo w kratkę - czyż to nie fascynujący widok?
Tylko za co ja właściwie jestem oskarżona?
Za to, że biję brawo podczas, gdy reszcie publiczności spektakl nie przypadł do gustu?
Za to, że mówię po polsku,
gdy reszta chce się popisać znajomością angielskiego
Za to, że jestem pacyfistką,
a reszta prowokuje konflikty
Tylko czy wiedzą o co walczą?
Albo za to, że jestem sobą,
a te aktorzyny wciąż próbują grać
Tylko za bardzo nie wiedzą do kogo się upodobnić
Czy posiadanie własnego zdania to naprawdę taki wyczyn?
Oni są na wolności

***

Carpe diem - pisał Horacy
A ja zacznę od sekundy, będę spieszyć się powoli
Chcę dostrzec detale w mozajce codzienności
Chcę wyprzedzić tłum, zwalniając kroku
Chcę w niemym smutku usłyszeć głos radości
Minuta, kwadrans, godzina...
To niebywałe!
Tłum nagle stanął
Też chcę podziwiać życiową mozajkę bez zegarków na rękach
I chór podchwycił melodię by pojedynczy głos nie utonął w zgiełku smutku
Teraz raźniej będzie chwytać dzień

Gdzie ten wiatr, który muskał delikatnie
Teraz przeszywa niemiłosiernie
Gdzie odleciały ptaki, które nuciły znaną melodię
Dziś słyszę inny utwór, ale on już nie jest mój
Gdzie te róże o niepowtarzalnym zapachu
Obecne kwiaty pachną tak bezwonnie
Gdzie...
Wszystko wokół jest takie nie moje
Inne miejsca, obcy ludzie,
nowe twarze i czas też inaczej płynie
Tak bardzo tęsknię za wczoraj, niegotowa na jutro

Jeszcze moje dłonie czują
Ale powoli drętwieją mi palce
Serce pokryte jest przez małe kryształki lodu
A co później - Antarktyda?
Moje oczy nieco zaśniedziałe
Niebawem zeżre je rdza obojętności
Usta lekko spierzchnięte
Za chwilę pomadka nie pomoże
Ciało drży, a jutro nadejdzie huragan
Amor omnia vincit
Zanim przyjdzie mi się o tym przekonać
Zapomnę, że chciałam kochać

<<<powrót do spisu treści

&&

Nasze sprawy

&&

Łatwo zaproponować, trudniej wykonać. Pełnienie funkcji postulatywnych

Stanisław Kotowski

Na łamach Sześciopunktu opublikowałem w dwóch odcinkach obszerne opracowanie pt. Czas na konfederację. Zaproponowałem, żeby konfederacja zajmowała się nielicznymi zadaniami, takimi na realizację których nie trzeba wielkich nakładów finansowych. Zasygnalizowałem trzy zadania. Jak się wydaje, warto poświęcić im nieco więcej uwagi.

Dla ułatwienia ewentualnego rozważania moich propozycji spróbuję pokazać trudności, które mogą wystąpić, a raczej wystąpiłyby, przy realizacji każdego proponowanego zadania.

Napisałem: W ramach pierwszego zadania konfederacja powinna organizować naciski, występować, postulować, krytykować, ujawniać, żądać, organizować protesty, angażować środki przekazu.

Bardzo ładnie, ale o co konkretnie powinna walczyć konfederacja? Nie jest to pytanie retoryczne i nie jest łatwo na nie odpowiedzieć.

Na poziomie bardzo ogólnym porozumienie wielu podmiotów i bardzo wielu osób nie jest trudne. Wszyscy chcieliby, żeby niewidomym żyło się dobrze, lepiej, coraz lepiej. Gdybyśmy mogli dysponować nieograniczonymi kwotami pieniędzy, dawać wszystkim wszystko, może nie byłoby trudno ustalić, co to ma być. Ponieważ jednak nic nie wskazuje na to, że pieniędzy na zaspokajanie potrzeb osób niepełnosprawnych będzie pod dostatkiem, istnieje konieczność selekcji postulatów i wyboru najważniejszych, i to takich, które może da się zrealizować. No i zaczną się schody.

Tak się zdarzyło, że w swoim długim życiu zawodowym i społecznym opracowałem setki wystąpień do władz z różnymi postulatami dotyczącymi osób niewidomych i słabowidzących. No i niewiele z tych postulatów zostało zrealizowanych. Władze często odrzucały wnioski i prośby bez dyskusji i bez uzasadnienia. Często też pojawiały się dyplomatyczne odmowy - jeszcze nie teraz, przy nowelizacji takiej to a takiej ustawy rozpatrzymy ten wniosek, ustawa niedawno została znowelizowana, więc nie można jej znowu nowelizować. Czasami jednak można było usłyszeć i szczerą odpowiedź - gdyby was było mniej, gdyby kilka tysięcy, a tak... I to chyba jest najtrudniejszy problem.

Trzeba by przyjąć kilka założeń, m.in.:

  1. im bardziej uciążliwa niepełnosprawność, tym większa i bardziej różnorodna pomoc jest niezbędna - najwięcej różnorodnej pomocy potrzebują osoby całkowicie niewidome ze złożoną, ciężką niepełnosprawnością: głuchoniewidome, niewidome poruszające się na wózkach inwalidzkich, niewidome chore na cukrzycę itp.;
  2. pomoc nie może być jednakowa dla wszystkich, nawet przy podobnym stopniu niepełnosprawności - więcej pomocy potrzebuje niewidomy naukowiec, pisarz, muzyk niż masażysta czy emeryt;
  3. należy odmiennie traktować pomoc socjalną i pomoc rehabilitacyjną;
  4. pomoc przyznawać według potrzeb, a nie według chęci osób ubiegających się o nią.

Nie są to wszystkie uwarunkowania, które należałoby uwzględniać. Cóż, należałoby, ale czy jest to możliwe? A czy bez takiego różnicowania możliwe jest sensowne działanie, sensowna pomoc rehabilitacyjna.

Należałoby zacząć od stwierdzenia, że osoba słabowidząca nie jest osobą niewidomą. Słabowidzącym bliżej jest do ludzi widzących niż do niewidomych, gdyż funkcjonują oni, czują i myślą jak ludzie widzący. Mają też poglądy na temat niewidomych podobne do funkcjonujących wśród ludzi widzących. Słabowidzący są ludźmi widzącymi, którzy widzą gorzej, słabo, źle, ale widzą, a nie niewidomymi, którzy trochę widzą. Że tak jest, że funkcjonują oni podobnie jak ludzie widzący, a nie jak niewidomi, łatwo się przekonać. Wystarczy obserwować osobę słabowidzącą jak swobodnie porusza się przy dobrym oświetleniu i jak niepewnie, nieporadnie, ostrożnie, wręcz lękliwie w warunkach złego oświetlenia lub w ciemności.

Słabowidzący, w zależności od potrzeb i od nastroju, uznają się za niewidomych, za słabowidzących albo za widzących. Utrudnia to im zrozumienie potrzeb osób niewidomych.

Teresa Dederko w artykule pt. Ile kosztuje niewidzenie?, opublikowanym na łamach Pochodni w maju 2008 r., przytoczyła przykład poglądów na temat kosztów powodowanych przez niepełnosprawność. Autorka napisała: Kiedyś słabowidzący znajomy w czasie dyskusji nad podziałem środków z zakładowego funduszu rehabilitacji zadał mi pytanie: - A Panią ile kosztuje niewidzenie, bo my, słabowidzący, musimy kupować okulary i inne pomoce optyczne, a pani tylko raz na parę lat białą laskę.

Podobnych poglądów mógłbym przytoczyć więcej, ale nie to jest moim celem. Chcę tylko wykazać, że porozumienie niewidomych ze słabowidzącymi jest trudne, w niektórych sprawach niemożliwe.

Kiedyś otrzymałem polecenie napisania wystąpienia do władz o przyznanie niewidomym pomocy na wzór niemieckiego Blindengeld. Zapytałem, dla kogo ma być przyznana ta pomoc. Odpowiedź była prosta - dla wszystkich. PZN zrzeszał wówczas około 83 tysiące niewidomych i słabowidzących. Wyraziłem wątpliwość, czy dla takiej ilości osób władze przyznają pomoc. Dodałem, że w Niemczech Blindengeld otrzymują niewidomi, których ostrość widzenia nie przekracza 2 proc. Odpowiedź szefa była jednoznaczna: musimy wystąpić dla wszystkich, bo inaczej nas słabowidzący na taczkach wywiozą. Jak wystąpimy dla wszystkich, a władze nie przyznają, to nie będzie na nas. No i nie przyznały.

Mamy te same żołądki! Chcemy tych samych praw! Precz z dzieleniem opiekunów na lepszych i gorszych!.

Nie ma niepełnosprawnych lepszych i gorszych i nie ma opiekunów lepszych i gorszych. Wszyscy wykonują ciężką pracę i wszyscy powinni być równo traktowani.

Takie hasła skandowali opiekunowie dorosłych osób niepełnosprawnych w czasie protestów w 2014 roku.

Były również wypowiedzi, że osób, które są niepełnosprawne w stopniu znacznym, nie można różnicować, bo u nich został orzeczony najwyższy stopień niepełnosprawności. Przecież nic nie może być wyższe od najwyższego.

Jak widzimy, problem nie dotyczy tylko naszego środowiska.

Ponieważ słabowidzących jest znacznie więcej niż niewidomych i są oni bardziej sprawni w zabieganiu o własne interesy, nie da się siłami wewnętrznymi doprowadzić do uzależnienia zakresu pomocy od natężenia niepełnosprawności, chociaż to jest konieczne. A już z pewnością nie dokona tego konfederacja, w której zdecydowaną większość będą stanowili słabowidzący. Być może znajdzie się kiedyś mądra i odważna władza, która podejmie ten temat.

Konfederacja natomiast podejmować powinna tylko takie zadania, co do których możliwe będzie osiągnięcie konsensusu. Myślę, że nie powinny budzić sprzeciwu starania, np. o uprawnienia:

  1. wyjazdu do sanatorium niewidomych ze znacznym stopniem niepełnosprawności z przewodnikami;
  2. starania o powoływanie w każdym większym mieście instytucji asystentów, którzy świadczyć będą doraźną pomoc osobom niepełnosprawnym;
  3. starania o likwidację niekorzystnego prawa dotyczącego odpisów od dochodów wydatków na przewodnika przy rozliczaniu podatku dochodowego.

Podobnych zadań można znaleźć więcej. W tym miejscu wymieniłem tylko trzy przykłady. Wiemy, że lepsze jest wrogiem dobrego. Dlatego nie można podejmować zbyt ambitnych starań. Wspólnie podejmować Należy zadania ważne, możliwe do uzgodnienia, które da się zrealizować. Inaczej konfederacja nie powstanie albo bardzo szybko się rozpadnie.

<<<powrót do spisu treści

&&

Kląskanie ułatwia orientację

Teresa Dederko

Niedawno przeczytałam w Internecie artykuł dotyczący aplikacji Echo-Vis, uczącej osoby niewidome zdobycia umiejętności echolokacji przydatnej w codziennym życiu.

Autor artykułu przytacza przykłady sytuacji w jakich to zjawisko znajduje zastosowanie. Pisze, że kląskając, czy stukając białą laską, osoba niewidoma może określić, kiedy kończy się budynek a zaczyna wolna przestrzeń lub zidentyfikować różne przedmioty a nawet krawężnik chodnika. Nie neguję tych możliwości, bo wielu moich znajomych i ja sama od dzieciństwa samorzutnie stosujemy echolokację.

Pamiętam jeszcze z laskowskiego przedszkola, kiedy chodziliśmy po placu wykląskując huśtawki, zjeżdżalnie i inne zabawki, omijając rosnące w pobliżu drzewa. Kląskanie - to po prostu stukanie językiem o podniebienie w celu uzyskania pogłosu odbitego od otoczenia. Na wyniki echolokacji spory wpływ mają warunki pogodowe, ponieważ zupełnie inaczej słychać dźwięki w czasie deszczu a inaczej przy słonecznej pogodzie. Nikt nas tego specjalnie nie uczył, ale klaskanie, cmokanie, kląskanie ułatwiało orientację.

Kiedyś byłam świadkiem pouczającej scenki: na parterze internatu w stronę schodów szedł mały niewidomy chłopczyk. Przechodząca obok pani, ot tak dla zabawy, chwyciła go na ręce i zakręciła się z nim, po czym postawiła na podłodze. Zdezorientowany maluch powiedział: Gdzie są te głupie schody, powinny dzwonić.

Rzeczywiście, różne dźwięki znakomicie ułatwiają nam niewidomym orientację w terenie. Idąc, stukamy laską, żeby usłyszeć pogłos odbijany od otaczających nas przedmiotów.

Gdy moja słabowidząca koleżanka całkowicie straciła wzrok, i skarżyła się, że nie może znaleźć przystanku, ktoś poradził jej: Słuchaj, gdzie jest wiata przystankowa. Przez pół roku tego nie mogła się nauczyć, aż któregoś dnia usłyszała.

Wysłuchiwanie pustych przestrzeni między budynkami również jest bardzo proste. Jeżeli nie przeszkodzi nadmierny hałas, można wysłuchać zaparkowane samochody, drzewa, latarnie i inne przeszkody.

Nigdy nie myślałam o specjalnym trenowaniu posługiwania się echolokacją, ale pewnie jest to możliwe i przydatne.

Bardzo chciałabym umieć wykląskać sobie krawężnik chodnika; jednak jak na razie jest to dla mnie nie osiągalne, chociaż do dziś łapię się na tym, że wchodząc do jakiegoś pomieszczenia, zaczynam kląskać, żeby rozpoznać, jakie ono jest duże.

Gdy byłam młoda, wstydziłam się trochę cmokać i kląskać w miejscach publicznych. Krępowało mnie wydawanie tych odgłosów; teraz jednak z całą świadomością ich używam, więc może i z tym krawężnikiem mi się uda.

Ostatnio zrobiłam sobie taką próbę. Po wejściu do wagonu metra i zajęciu miejsca gdzieś pośrodku, zaczęłam zastanawiać się czy najbliższe drzwi to te, którymi wsiadłam, czy jestem już na końcu wagonu. Trochę pokląskałam i już wiedziałam, że dalej znajduje się ściana. Na najbliższej stacji moje przypuszczenie potwierdziło się.

Ludzie mają różne zdolności i wykorzystują je nie w tym samym stopniu. W jednym z międzynarodowych projektów poznałam trzech całkiem niewidomych Belgów, którzy chodzili bez przewodników, posługiwali się białymi laskami i ciągle kląskali. Bardzo dobrze sobie radzili nawet w obcym terenie.

Może trening echolokacji, wsparty odpowiednio przygotowaną aplikacją da lepsze efekty? Ciekawa jestem, czy instruktorzy orientacji przestrzennej stosują i rozwijają tę umiejętność u swoich uczniów.

<<<powrót do spisu treści

&&

Wyjechać, ale…

Genowefa Cagara

Po raz n-ty zamarzyło mi się popłynięcie na rejs, jednak w tamtym roku sposób dotarcia na statek był trochę inny niż poprzednio, no i wszystko, co musiałam wcześniej zrobić, było również inne (ta sama prawie procedura co w ubiegłym roku, obowiązuje zresztą i w tym...).

Zacznijmy od początku. Zapisałam się na listę, zapłaciłam, a potem musiałam jeszcze załatwić kopię orzeczenia o niepełnosprawności i zaświadczenie o stanie zdrowia. Z kopią orzeczenia problemów nie miałam, ale gdy przyszło do zdobycia upragnionego zaświadczenia, od lekarki pierwszego kontaktu usłyszałam, że owszem... dostanę od niej zaświadczenie... że nie popłynę... W pierwszym momencie po prostu się rozpłakałam... Bałam się, że moje miejsce na rejsie zajmie ktoś inny, a pieniądze, no cóż... Przepadną...

Na szczęście dane mi było popłynąć, chociaż kosztowało to nas dodatkowo ponad sto pięćdziesiąt złotych. Zapisałam się po prostu do lekarza specjalisty, do którego i tak miałam niestety pójść, i zaświadczenie dostałam od razu, z życzeniem pomyślnych wiatrów... Dla tego lekarza to, że nie widzę, i że będę mieć pewne problemy w czasie rejsu, nie stanowiło żadnej przeszkody.

Prawie wniebowzięta, poprosiłam syna o sfotografowanie tego bezcennego dokumentu i wysłałam zdjęcie do Fundacji.

Teraz już pozostało mi tylko czekać na wyjazd. Chociaż nie... Do Świnoujścia musiałyśmy przecież jakoś dotrzeć, więc trzeba było kupić bilety na pociąg. Zdecydowałyśmy we trzy: Kasia B., Ania i ja, że pojedziemy nocą, wagonem sypialnym. I muszę przyznać, że wspaniałym wyczuciem wykazała się Kasia, bo powiedziała, że musimy kupić bilety jak najwcześniej, najlepiej w pierwszych godzinach dostępnego czasu, bo potem może być różnie... I było. My, z synem no i z mężem oczywiście, trwaliśmy do wpół do pierwszej po północy i od razu, jak najszybciej kupiliśmy bilety. Chcieliśmy zająć dwa miejsca na dole, jednak nie było to już możliwe... A gdybyśmy poczekali do rana, chyba mielibyśmy spore kłopoty z kupieniem biletów w ogóle... Wiem, że niektórym współzałogantom nie udało się dostać miejsc sypialnych.

Niestety operację bilet musieliśmy powtórzyć jeszcze raz, za mniej więcej tydzień, przy kupowaniu biletów powrotnych znowu dla nas trzech. Tym razem po wpół do pierwszej od razu kupiliśmy po prostu cały przedział sypialny i całą sprawę załatwiliśmy z synem w ciągu kilku minut, ponieważ bilety miały różne zniżki. Gdyby ich nie było, albo zniżka byłaby dla wszystkich taka sama, kłopot byłby jeszcze mniejszy.

I w tym momencie mogłam tak naprawdę dopiero spokojnie czekać na wyjazd. Oczywiście zaczęłam już powoli zbierać do worka żeglarskiego to, o czym sobie przypomniałam, jednak dokładne ułożenie rzeczy zostawiłam na ostatni dzień, w końcu tego dnia miałam bardzo dużo czasu. Aż do wpół do dziewiątej wieczorem.

A kiedy już ten dzień nadszedł, musiałam, jak zwykle, zrobić wszystko w domu, łącznie z obiadem dla moich panów na kolejne dni - i przepakować szybko wszystko w worku, dokładając to, czego zapomniałam albo to, o czym przypomniał mi mój bardzo trzeźwy mąż. Wszystko spakowałam według mnie podobno logicznie, ale na przykład mój dyktafon znalazłam dopiero... w domu, po powrocie... I tak bywa...,/p>

Kiedy już wszystko zrobiłam, zamówiłam taksówkę, w końcu z Legionowa do Warszawy spory kawał drogi, a bagaż ciężki. Okazało się, że moje towarzyszki podróży prawie zaraz dotarły na umówione miejsce na Dworcu Centralnym. Pociąg i nasz wagon też dziewczyny szybko znalazły. Na dworzec przyszedł nas pożegnać jeden z oficerów rejsowych, Andrzej Gawlik - i to było według mnie bardzo miłe, że ktoś, kto nie płynie, chce być z płynącymi chociaż w taki sposób.

Ponieważ pierwszy raz w życiu miałam jechać wagonem sypialnym, starałam się wszystko dokładnie obejrzeć. Bardzo podobał mi się pomysł z łóżkami, które wyglądały prawie jak koje, trzy jedna nad drugą, pościel taka czysta i ładnie posłana, woda i po babeczce w szafce dla każdej osoby i jedna herbata albo kawa w trakcie podróży.

Wylądowałam na najwyższym łóżku, na które weszłam po dostawianej drabince. Świetna przymiarka do wchodzenia na górną koję na jachcie... Dziewczyny były zaskoczone, zwłaszcza Ania, że bardzo sprawnie poszło mi dostanie się na samą górę.

Spałoby się naprawdę dobrze, gdyby nie to, że przez uchylone okno słyszałam wszystkie komunikaty dworcowe, a od mniej więcej czwartej nad ranem czułam ciągle zapach ryb. Zapisałam wtedy w swoich notatkach: w końcu jadę nad morze....

W Świnoujściu całą grupą, chyba jedenastu osób, która, jak się okazało, jechała tym samym pociągiem co my, poszliśmy na prom i przepłynęliśmy na wyspę Uznam.

Do statku było jednak znacznie dalej niż z dworca, ale ja miałam wielkie szczęście, bo jeden z oficerów odwoził komuś rowerem białą laskę, a wracając, wziął mój spory i ciężki worek i dowiózł na pokład.

A potem była już głównie woda, woda - i wiatr...

<<<powrót do spisu treści

&&

Remont po omacku

Iwona Czarniak

Wszyscy bez wyjątku przynajmniej kilka razy w życiu przeprowadzamy remont naszego lokum. Ktoś może powiedzieć, co w tym niezwykłego, jeżeli chce się mieć ładne mieszkanie, to przecież jest to nieuniknione, i aby nie było cieknących rur, odpadających płytek czy ciągle psującej się instalacji elektrycznej, to bez remontu się nie obejdzie.

Wszystko to jest niby oczywiste i proste, jednak nie do końca, bo o ile osoby pełnosprawne pomimo narzekań na trudności ze znalezieniem elektryka, glazurnika czy hydraulika po niedługich poszukiwaniach go znajdują, to już osoba niewidoma ma z tym większy problem. Niewidzącemu trudniej samodzielnie wyjść w teren po to, aby poszukać interesującej go firmy, a brak wzroku bardzo ogranicza kontakty z ludźmi, którzy mogliby udzielić wsparcia w poszukiwaniu danego fachowca. Ten kto wśród znajomych bądź w rodzinie ma tak zwaną złotą rączkę, nawet nie wie, ile ma szczęścia. W naszych mieszkaniach ciągle coś ulega zepsuciu lub zużyciu, a napraw drobnych usterek lub wymiany, na przykład gniazdka elektrycznego, tak zwani fachowcy nie bardzo mają ochotę się podejmować.

Jeżeli bierzemy się za remont, to oczywiście konieczne stają się wizyty w sklepach oraz hurtowniach w celu zrobienia niezbędnych zakupów. Chcąc ocenić daną rzecz, osoba z dysfunkcją wzroku ogląda interesujące ją produkty dotykiem, a opisy i wskazówki udzielane przez sprzedawcę uzupełniają obraz całości. Niewielkie zasoby finansowe, jakimi dysponuje większość z nas, sprawiają, że podczas wyboru nieodzowna staje się pomoc kogoś, kto dobrze zna się na tym, jaki produkt i z jakiej firmy warto kupić. Nierzadko wysoka cena nie jest równoznaczna z dobrą jakością danego produktu. O ile osoby widzące mogą pozwolić sobie na zakup niezbędnych materiałów przez Internet, to w przypadku osób niewidzących jest to bardzo problematyczne. Oczywiście, dokonując wyboru, można zdać się na pomoc chociażby sąsiada, lecz jego gust niekoniecznie musi się pokrywać z naszym. Efektem takiej pomocy może być fakt, że nasza łazienka będzie tonąć w zieleni, która akurat nie jest dla nas ulubionym kolorem, a ściany w pokoju mogą zostać ozdobione tapetą w mocno kontrowersyjne wzory.

Ideałem byłoby, gdybyśmy przed remontem mieli możliwość spakowania wszystkich potrzebnych nam rzeczy i wraz z nimi przeprowadzili się do innego lokalu; jednak to zazwyczaj są tylko marzenia i po spakowaniu tego, co niezbędne upychamy wszystko gdzie tylko się da, przez co nierzadko potem przez długie tygodnie mamy problem z odnalezieniem czegokolwiek. Bezsilność, jaka wtedy nas dopada, sprawia, że w naszych niewidzących oczach pojawiają się łzy, a w umyśle wirują wspomnienia czasów, kiedy to widząc, nie mieliśmy problemu ze znalezieniem interesujących nas przedmiotów.

Z racji naszej dysfunkcji siłą rzeczy w wielu kwestiach musimy polegać na uczciwości innych, ich dobrej woli oraz uczynności. Jednak zdarza się, że podczas przeprowadzanego remontu możemy się mocno przeliczyć, a nasze niewidzenie dla nierzetelnych rzemieślników może być pokusą. Niektórzy z nich potrafią nieraz odstawić tak zwaną fuszerkę, bądź zostawić bałagan po skończonej pracy. Na zadawane pytania odpowiadają niechętnie lub wręcz nas ignorują.

Przygotowując się do gruntownego remontu własnego mieszkania, już na wstępie natknęłam się na przeszkodę pod postacią braku elektryka, który podjąłby się wymiany instalacji; gdyby nie znajomi - moje poszukiwania trwałyby bardzo długo. Miałam szczęście, bo kiedy pan przyjechał do mojego mieszkania, zainteresował się tym, jak wygląda codzienne życie osoby niewidomej, co jest dla niej utrudnieniem; wtedy po dość długiej rozmowie zostałam zapewniona, że pan nie tylko wymieni mi instalację, lecz również skontaktuje mnie z innymi fachowcami. Przy okazji dowiedziałam się, że dostępnych od zaraz jest ich niemało, lecz ze znalezieniem takich, którym nie trzeba patrzeć na ręce i nie zażądają od nas astronomicznej zapłaty, to jest już trudniej.

Innym rodzajem remontów, które bywają niemniej uciążliwe są te, na które nie mamy żadnego wpływu, a mowa tu o remontach zewnętrznych. Prace trwające na zewnątrz bloku czy kamienicy, na klatkach schodowych i korytarzach sprawiają, że nie zawsze mamy możliwość, aby samodzielnie i bezpiecznie wyjść z naszego mieszkania. Porozstawiane rusztowania, walające się przedmioty czy wszechobecny gruz to przeszkody, na które, idąc z laską, możemy się niespodziewanie natknąć, a które są dla nas dużym zagrożeniem. Większość z nich pojawia się z godziny na godzinę i dowiadujemy się o nich dopiero wtedy, kiedy na nie wejdziemy.

Podczas wymiany instalacji elektrycznej w bloku, w którym mieszkam, miałam okazję na własnej skórze odczuć wszystkie związane z tym niedogodności. W pierwszej kolejności natknęłam się na ludzką ciekawość, a dopiero później otrzymałam pomoc. Idąc do pracy, musiałam pokonać szereg przeszkód zarówno na korytarzu jak i na klatce schodowej, a gdy szłam po raz pierwszy, panowie przerwali pracę i najzwyczajniej w świecie mi się przyglądali, o czym poinformowali mnie następnego dnia w trakcie zainicjowanej prze ze mnie rozmowy. Potem już byłam uprzedzana, kiedy jakaś niespodziewana przeszkoda pojawiała się na trasie mojej marszruty.

Duży remont, duży kłopot, lecz nie mniej problemów osobom z niepełnosprawnością przysparzają drobne usterki, których szybkie usunięcie jest niezbędne.

Niewidomy czy niepełnosprawny ruchowo nie jest często w stanie samodzielnie wymienić uszczelkę w cieknącym kranie, oczyścić zapchaną rurę odpływową, wymienić zamek w drzwiach czy naprawić zepsutą spłuczkę.

Istną zmorą dla niewidomych są piece gazowe, które podgrzewają wodę zarówno do mycia jak i tę, która ogrzewa pomieszczenia.

Coś się porobiło z moim piecem, nie miałam ciepłej wody do mycia. Prosiłam sąsiadów i znajomych, aby zobaczyli, co się stało, lecz nikt nie chciał się tego podjąć. Wszyscy twierdzili, że się na tym nie znają. Gdyby nie pomoc, jaką uzyskałam od pracowników ZBM, to nie wiem, co bym zrobiła. Dobrze, że to się nie stało w święta, bo byłabym przez kilka dni pozbawiona ciepłej wody; lecz woda to najmniejszy z problemów, bo najbardziej boję się awarii związanej z gazem - to wypowiedź jednej z niewidomych mieszkanek Cieszyna.

Ktoś może powiedzieć, że jest przecież pogotowie energetyczne, gazowe czy hydrauliczne; jednak nie przy każdym rodzaju awarii możemy bezpłatnie skorzystać z tych usług. Przeważnie nie zajmują się tam drobiazgami, a jeżeli już, to słono za takie usługi trzeba zapłacić.

Tak jak powiedział mi wspomniany już tu elektryk, są firmy, którym można zlecić dany remont, określając zakres prac oraz czas ich trwania i wtedy odbywa się to bardzo szybko, lecz to nie jest usługa na każdą kieszeń. Większość z nas nie może sobie na taki luksus pozwolić. Powinniśmy więc uzbroić się w cierpliwość, a przy odrobinie szczęścia nasze mieszkania otrzymają nowe życie.

<<<powrót do spisu treści

&&

Z uśmiechem przez życie

&&

Spacery bez białej laski

Teresa Dederko

Gdy byłam młoda, nie organizowano jeszcze w Laskach kursów orientacji przestrzennej, a białej laski nie umiałam używać prawidłowo. Kiedy tylko mogłam korzystać z pomocy przewodnika, nawet słabowidzącego, laskę chowałam do torebki, narażając się na różne przygody.

***

Kiedyś podczas wakacji spędzanych na wsi szłam ze słabowidzącą koleżanką drogą między polami. Trwały żniwa i mogłam obejrzeć związane snopki zboża leżące przy ścieżce. Nagle koleżanka zobaczyła biegnącego z naprzeciwka psa i odruchowo puściła mnie, odskakując na bok. Ja też chciałam uniknąć spotkania z tym psem, więc skręciłam na pole. Kopnęłam coś miękkiego, weszłam na to i przeszłam wzdłuż, sądząc, że idę po snopku. Koleżanka chwyciła mnie za rękę, biegnąc ile sił. Krzyknęła tylko, że przespacerowałam się po robotniku rolnym, który odpoczywał przy drodze. Ona słyszała wiązankę jaką mi posłał, ale do mnie to już nie dotarło...

***

Innym razem z bardzo potężnym niewidomym kolegą szliśmy pociągiem za przewodnikiem, bo górska ścieżka była wąska. Oczywiście nie mieliśmy białych lasek. Obok drogi odpoczywali turyści i, mijając ich, usłyszałam: to niedemokratycznie, jeden ciągnie, a dwóch idzie; na to drugi: popchałbyś.

***

Przypadkowy przewodnik pomagał mi wsiąść do tramwaju jeszcze starego typu. Zostałam energicznie wepchnięta na schody, a myśląc, że wchodzę środkowymi drzwiami, skierowałam się w prawą stronę. Nagle ze zdziwieniem złapałam za ramię motorniczego, który w starych tramwajach nie miał swojej kabiny. Również zdziwiony motorniczy ze śmiechem powiedział: Ojej, to jest mój fotelik, a co panienka chciała tramwaj prowadzić?

<<<powrót do spisu treści

&&

Listy od Czytelników

&&

Nie dajmy się zwariować

Przeczytałam w Sześciopunkcie artykuł G. Cagary o cukrze i nie do końca się z nim zgadzam. Nie zgadzam się z tym, że ktoś specjalnie dodaje do produktów substancje, żeby zniszczyć mi zdrowie. Zresztą życie ze świadomością, że gdy wezmę coś do ust, to się rozchoruję zaraz lub za chwilę, i że producenci żywności dybią na moje zdrowie, jest nie do zniesienia. Wśród producentów oczywiście zdarzają się przestępcy, ale przestępcy funkcjonują we wszystkich dziedzinach ludzkiej działalności. Słyszy się czasem o aferach z zakażonym mięsem czy jajkami, ale robią to tylko niektórzy.

Cukier nie jest białą śmiercią. Staje się szkodliwy dopiero wtedy, gdy się go nadużywa. Cukier jest paliwem dla komórek organizmu nie tylko człowieka, ale wszystkich żywych stworzeń. Nic więc dziwnego, że jest obecny w konserwach rybnych, marynowanych śledziach i w kiełbasie. Do tych produktów nie trzeba dodawać cukru; on - w niewielkich ilościach po prostu tam jest! Jeśli do przygotowania frytek wykorzysta się przemarznięte ziemniaki, część zawartej w nich skrobi zamieni się na cukier, a frytki będą trochę słodkie. Przyprawy pozyskuje się z roślin, a w roślinach też jest cukier, a więc w przyprawach też znajdziemy niewielkie jego ilości.

Cukier jest wszechobecny w naszym życiu. Większość dzieci lubi słodycze. przypominam sobie, jak moja babcia zawijała cukier w szmatkę, nakładała na to smoczek i podawała niemowlaczkom do ssania, a one często się wtedy uspokajały. Od wieków gospodynie domowe dodawały do potraw trochę cukru dla poprawienia smaku. To nie cukier jest sprawcą zdrowotnych przypadłości, lecz nasza skłonność do jego nadmiernego spożywania.

Sama jestem nałogowo uzależniona od słodyczy, ale fakt, że będę kupować czekoladę tylko z najwyższej półki, nie napawa mnie nadzieją, że ustrzeże mnie to od chorób. Zresztą mój słodyczowy nałóg uważam za tak mało szkodliwy społecznie, że się tym nie przejmuję. Gdy częstujemy gości domowymi wypiekami, to przecież serwowane ciasta zawierają duże ilości cukru i tłuszczu, co według fachowców jest najgorszym, chorobotwórczym połączeniem.

Zamiast ciągle narzekać na producentów, którzy robią to samo, co my we własnych domach, czyli dodają cukier dla poprawienia smaku, korzystajmy z własnego rozumu, którego przecież wszyscy mamy pod dostatkiem. Kupujmy te produkty, które według fachowców i własnych przekonań najmniej nam szkodzą.

Bardzo dobrym sposobem jest dosypywanie ziół do potraw zamiast cukru, przydaje się to szczególnie osobom starszym. Z wiekiem kubki smakowe na języku tracą wrażliwość i przypadają nam do gustu potrawy o wyraźnym smaku, a więc mocno przyprawione.

Drugą substancją nazywaną niekiedy białą śmiercią jest sól. Soli w mięsie jest niewiele, a w roślinach - jeszcze mniej. Niewielka ilość soli jest niezbędna do życia, jednak jej nadmiar przyczynia się do nadciśnienia i innych chorób. Ale wiele potraw bez soli po prostu źle smakuje. Nie wyobrażam sobie nieposolonego rosołu - dla mnie nie do zjedzenia. Pamiętam, jak kiedyś moja babcia upiekła chleb, ale zapomniała go posolić. Chleb był niesmaczny, niewiele pomagało nawet solenie pojedynczych kromek.

Jeśli ktoś jest chory i jakieś potrawy mu szkodzą, to powinien bezwzględnie ich unikać. Jeśli nie ma takich przeciwwskazań, to nie powinniśmy rezygnować ze zjedzenia od czasu do czasu czegoś, co nam szczególnie smakuje. Odrobina przyjemności poprawia nastrój i dodaje smaku codziennemu życiu.

H.K.

&&

W nawiązaniu do tekstu Syzyfowe prace

W majowym Sześciopunkcie przeczytałam tekst pt. Syzyfowe prace, w którym autor oburzył się na zadane mu pytanie, czy potrafi się sam ubrać.

Mnie takie pytanie absolutnie nie dziwi ani nie oburza. Skąd ludzie mają wiedzieć, co osoba niewidoma potrafi. Sama, będąc nastolatką, chciałam pomagać rozbierać się koleżance niepełnosprawnej ruchowo, więc rozumiem takie reakcje. Koleżanka powiedziała, że poradzi sobie sama i był koniec tematu.

Kolega z pracy czasem cytuje powiedzenie, którego pochodzenia nie pamiętam - Kto na kim stawia znaki, ten sam taki. Może osoba pytająca zwyczajnie nie wyobraża sobie, jak sama by się ubrała, nie widząc. Podejrzewam jednak, że należy do mniejszości społeczeństwa. Dlaczego tak myślę?

Otóż w niedawno obejrzanym odcinku teleturnieju Familiada padło pytanie o czynność, którą można wykonać z zamkniętymi oczami. Uczestnicy nie trafili w odpowiedź, którą dało najwięcej osób - ubrać się.

Danuta Borowska

&&

Zbiorowa odpowiedzialność

Pani Iwona Czarniak w swoim artykule pt. Gdy rozum śpi pisze: - Kieliszek, dwa lub więcej, a może kilka wypitych piw, następnie białe laski w dłonie i z mocnym przekonaniem - damy radę - niewidzący oraz słabowidzący wyruszają w miasto, na dworzec autobusowy czy najzwyczajniej w świecie w kierunku domów. Nawet do głowy im nie przyjdzie to, jak są postrzegani przez otoczenie. No, bo co mogą sobie pomyśleć przechodzący obok nich ludzie, kiedy widzą idącego chwiejnym krokiem człowieka, od którego czuć alkohol, na dokładkę poruszającego się przy pomocy białej laski?.

Zapewne pomyślą sobie, że takie nieszczęście biedak zapija z żalu, albo też co mu pozostało w tym biednym życiu, albo też niczego nie pomyślą poza stwierdzeniem, że nieco przesadził z procentami.

Przez lata wmawiano nam, że jesteśmy ambasadorami marki niewidomy/niedowidzący i tę markę należy jak najbardziej korzystnie upowszechniać i sprzedawać; my niewidomi - jeden wieloosobowy organizm nieskazitelny i do naśladowania. Wreszcie pozwólmy sobie na dopuszczenie myśli, że jesteśmy tak bardzo różni. Dlaczego mam się utożsamiać z niewidomym alkoholikiem, pieniaczem czy zwykłym abnegatem. I dlaczego mam być przytłoczona zbiorową odpowiedzialnością i obawą, co o mnie jako niewidomej pomyślą ludzie, bo spotkali kogoś nieodpowiedzialnego z białą laską w dłoni. Po moim osiedlu chodzi wyłudzacz; nie wiem, czy jest niewidomy, ale żebrze na laskę. W dodatku, gdy nie otrzyma datku, potrafi zaprezentować stek nieparlamentarnych słów na najwyższych decybelach. Jedyne, co w takiej sytuacji można zrobić, to zameldować służbom porządkowym. Ale żeby być z tego powodu zażenowanym, że ktoś wyłudza datki? Rozumiem jedynie niepokój kierowcy busa, ponieważ niewidomy pijany przechodzień czy pasażer stanowi realne zagrożenie dla ruchu.

Narażenie na wstyd to tylko niewielka cena, jaką płacą za nieodpowiedzialnych niewidzących kolegów ci, którym takie naganne zachowanie nawet nie przychodzi do głowy. Po takich ekscesach całe środowisko traci w oczach otoczenia i może zdarzyć się tak, że z powodu wybryków jednostek potrzebujący pomocy od widzących najzwyczajniej w świecie jej nie otrzymają.

Trudno się zgodzić z takim wywodem. Trudno także zrozumieć argument nieudzielenia pomocy osobie niewidomej, ponieważ ktoś kiedyś chodząc z laską, był w stanie wskazującym na...

Wielu niedowidzących ma opory w wyjściu z laską między ludzi. Fałszywa duma, wstyd lub najzwyczajniej w świecie głupi upór mogą stać się przyczyną nieszczęścia.

I znowu dość błędny wniosek. Najczęściej rezygnacja z białej laski wynika z lęku o reakcję otoczenia. Osoba słabowidząca porusza się w inny sposób, ponieważ automatycznie korzysta z resztek widzenia i też bardzo często bywa posądzana o wyłudzanie przywilejów należnych niewidomym i podszywanie się pod medycznie niewidomych. Osoby słabowidzące bywają znieważane właśnie za to, że z laską w dłoni, przy pomocy lupki usiłują przeczytać komunikat czy rozkład jazdy na przystanku.

Miewam niemniej przykre doświadczenia ze sporą liczbą posiadaczy smartfonów, którzy, idąc po chodniku, (na przejściach dla pieszych także) mają skierowany wzrok na ekran urządzenia i odbierają telefony bądź wystukują teksty wiadomości. Wpadamy z impetem na siebie i to właśnie ja - posiadaczka białej laski - często bywam obsobaczana z repertuaru jak chodzisz...!. Czy w związku z tym faktem mam obarczać winą wszystkich uczestników ruchu drogowego za brak uwagi i nieprawidłowe zachowania? Reaguję na zasadzie tu i teraz, oznajmiając, że to nie moja wina. Czasem doczekam się słowa przepraszam, a najczęściej jakiegoś mruknięcia. Ale nie przyjdzie mi do głowy obarczać winą wszystkich i wszędzie.

Maria Marchwicka

Od Redakcji

Oczywiście nie można jednostki obarczać odpowiedzialnością za postępowanie innych niewidomych, ale niestety nadal w społeczeństwie funkcjonują stereotypy i generalizowanie. Często osoby widzące po pierwszym kontakcie z osobą niewidomą przenoszą swoje wrażenia na całe środowisko. Pisałam o tym w felietonie pt. Jesteśmy różni.

Teresa Dederko

&&

Wyróżnienie dla aktywnej rybniczanki

9 maja po raz kolejny przyznano nagrody i wyróżnienia w konkursie Lady D. Jego celem jest uhonorowanie aktywnych niepełnosprawnych kobiet. Inicjatorem konkursu jest europoseł Marek Plura. Tegoroczna uroczystość odbyła się w redakcji Dziennika Zachodniego w Sosnowcu.

Jedno z wyróżnień otrzymała Bożena Lampart z Rybnika. Pani Bożena była pracownikiem socjalnym. Pracowała w środowisku niepełnosprawnych dorosłych i dzieci, kwalifikowała też osoby do zasiłków finansowych. Mimo że z powodu postępującej choroby zrezygnowała z pracy, nadal jest aktywna. Od kilku lat pisze artykuły do Sześciopunktu i Pochodni. Udziela się w Internetowym Klubie Filmowym Osób Niewidomych Pociąg. Pomaga osobom niepełnosprawnym, służąc im radą i przekazując informacje o projektach, w ramach których mogą uzyskać wsparcie. Gratulujemy!

Hanna Pasterny

<<<powrót do spisu treści

&&

Ogłoszenia

&&

Do wszystkich Laskowiaków

W 2022 roku upłynie sto lat od założenia Zakładu dla Dzieci Niewidomych w Laskach. Chciałabym, żebyśmy uczcili tę rocznicę wydaniem książki pt. Moje Laski, na którą złożą się wspomnienia wychowanków.

Każdy, kto przebywał w Laskach, ma w pamięci różne wydarzenia, które jeżeli uda się zebrać w książce, stanowić będą spory fragment laskowskiej historii. My wychowankowie napiszmy tę książkę wspólnie. Wspomnienia mogą być przygotowane brajlem lub na komputerze, a należy wysłać je na adres: Teresa Dederko, ul. Zamiany 14 m. 7, 02-786 Warszawa, e-mail: terdederko@gmail.com.

Relacje z pobytu w Laskach można przesyłać do końca tego roku.

Teresa Dederko

&&

Zamówienia na bezpłatny egzemplarz atlasu Lwów - Plan Starego Miasta dla niewidomych i słabowidzących

Dla miłośników historii, kultury i turystyki mamy kolejną propozycję wydawniczą. Tym razem zapraszamy do pięknego Lwowa nasyconego polskością.

Atlas, który wkrótce wydamy stanowić będzie zestaw 13 barwnych plansz dotykowych w formacie A3, tj. mapa ogólna Lwowa oraz obszar Starego Miasta z siecią ulic i obiektami ważnymi dla wielokulturowej historii tego miasta, a w szczególności polskiego dziedzictwa kulturowego. Obiekty te zostaną opisane w publikacji w powiększonym druku oraz wersji HTML, którą udostępnimy na stronie fundacji. Broszura brajlowska zawierać będzie opis skrótów brajlowskich użytych na poszczególnych planszach. Nakład wydawnictwa to 250 kompletów. Każdy z nich znajdować się będzie w teczce.

Zamówienia na bezpłatny egzemplarz publikacji przyjmujemy na publikacje@trakt.org.pl.

W temacie prosimy wpisać Lwów, a w treści wiadomości swoje dane adresowe pisane w oddzielnych liniach. Wysyłka będzie realizowana sukcesywnie w późniejszym czasie, o czym zwyczajowo już będziemy informować mailowo.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Rzeczypospolitej Polskiej.

Fundacja Polskich Niewidomych i Słabowidzących TRAKT

&&

Poszukuję pracowników

Dzień dobry.

Poszukuję osób do pracy: w Lublinie 2. Najchętniej realizator dźwięku, ale może być osoba do przyuczenia. Do pracy zdalnej 1 lub więcej. Z wykształceniem w zawodzie. W Warszawie 1.

Pozdrawiam
Łukasz Powałka
Dyrektor nagrań
Heraclon Int./Storybox.pl
e-mail: dyrektor_studia_nagran@storybox.pl

<<<powrót do spisu treści