Sześciopunkt

Magazyn Polskich Niewidomych i Słabowidzących

ISSN 2449–6154

Nr 11/68/2021
listopad

Wydawca: Fundacja Świat według Ludwika Braille’a

Adres:
ul. Powstania Styczniowego 95D/2
20–706 Lublin
Tel.: 697–121–728

Strona internetowa:
http://swiatbrajla.org.pl
Adres e‑mail:
biuro@swiatbrajla.org.pl

Redaktor naczelny:
Teresa Dederko
Tel.: 608–096–099
Adres e‑mail:
redakcja@swiatbrajla.org.pl

Kolegium redakcyjne:
Przewodniczący: Patrycja Rokicka
Członkowie: Jan Dzwonkowski, Tomasz Sękowski

Na łamach Sześciopunktu są publikowane teksty różnych autorów. Prezentowane w nich opinie i poglądy nie zawsze są tożsame ze stanowiskiem Redakcji i Wydawcy.

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam, ogłoszeń, informacji oraz materiałów sponsorowanych.

Redakcja zastrzega sobie prawo do skracania, zmian stylistycznych oraz opatrywania nowymi tytułami materiałów nadesłanych do publikacji.

Materiałów niezamówionych nie zwracamy.

Publikacja dofinansowana ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.
Logo PFRON

Dofinansowano ze środków Fundacji ORLEN
Logo Fundacji ORLEN

Spis treści

Od redakcji

Śpieszmy się kochać ludzi – ks. Jan Twardowski

Nowinki tyfloinformatyczne i nie tylko

Z Orionem przez świat – Jolanta Kutyło

Sport

Od Olimpii do Tokio 2021 – pierwszy rok 700 olimpiady – Włodzimierz Bieroń

Co w prawie piszczy

W jakim zakresie wymiar sprawiedliwości dostępny jest dla osób niepełnosprawnych? – Prawnik

Zdrowie bardzo ważna rzecz

Na problemy skórne - mydło dziegciowe – Damian Szczepanik

Kuchnia po naszemu

Pasztety na każdą okazję – Radosław Nowicki

Z poradnika psychologa

Żyjemy i pamiętamy (cz. 1) – Małgorzata Gruszka

„Z polszczyzną za pan brat”

Koty i świnie w powiedzeniach – Tomasz Matczak

Rehabilitacja kulturalnie

Marszałek zdumiewa do dziś – Paweł Wrzesień

Przeznaczenie z wierszem w herbie – Halina Kuropatnicka‑Salamon

Zanim odejdziemy – Jolanta Kutyło

Recenzja filmu islandzkiego reżysera Hafsteinna Gunnara Sigurðssona „W cieniu drzewa” – Katarzyna Szczepanek

Marrakesz na weekend – Anna Dąbrowska

Warto posłuchać – Izabela Szcześniak

Galeria literacka z Homerem w tle

Dobre dni – Krystyna Włodarek

Nasze sprawy

Czy ta rehabilitacja jest naprawdę konieczna? – Bożena Lampart

Każdy ma swoje Kilimandżaro – Krystyna Synak

Tak, ale… Zmysły, których nie ma – Stary Kocur

Nowa organizacja działająca na rzecz osób niepełnosprawnych – Aneta Wawrzos

Listy od Czytelników

Ogłoszenia

&&

Od redakcji

Drodzy Czytelnicy!

W każdym numerze miesięcznika Sześciopunkt omawiamy różnorodne zagadnienia i problemy, tak aby każdy z Czytelników znalazł coś interesującego dla siebie.

W listopadzie w szczególny sposób pamiętamy o naszych bliskich zmarłych. Trudnemu tematowi umierania został poświęcony artykuł Zanim odejdziemy, opublikowany w dziale Rehabilitacja kulturalnie. W tym też dziale zamieściliśmy ważny tekst upamiętniający rocznicę odzyskania przez Polskę Niepodległości, ale przede wszystkim przybliżający skomplikowaną biografię marszałka Józefa Piłsudskiego.

W listopadowym Poradniku psychologa przeczytają Państwo o tym, czym jest pamięć, jakie są jej rodzaje, jakie może sprawiać kłopoty i co je powoduje.

W rubryce Nasze sprawy polecamy nieco kontrowersyjny artykuł pt. Czy ta rehabilitacja jest naprawdę konieczna oraz historię niewidomego ucznia, którą podzieliła się z nami nauczycielka niewidomych dzieci.

Życzymy ciekawej lektury i zapraszamy do kontaktu z redakcją.

Zespół redakcyjny

⇽ powrót do spisu treści

&&

Kilka słów o czytaniu Sześciopunktu w wersji elektronicznej

Od tego numeru wprowadziliśmy drobne zmiany w wersji elektronicznej Sześciopunktu, a ściślej w wersji HTML. Jedna ma charakter wizualny i dla osób niewidomych jest bez znaczenia. Mianowicie, nagłówki pierwszego poziomu, czyli tytuły działów, pisane są białą czcionką na szarym tle. W ten sposób wyraźnie widoczne są dla słabowidzących początki poszczególnych działów czasopisma. Przy czym nagłówki te spełniają wymogi minimalnego kontrastu, zarówno w wersji domyślnej, jak i trybie wysokiego kontrastu.

Druga zmiana dotyczy struktury dokumentu. Dodano nagłówki trzeciego poziomu wewnątrz artykułów, jeśli autor wyraźnie tytułuje poszczególne fragmenty tekstu. Nagłówki są bardzo ważnym elementem nawigacyjnym, który rzutuje na to czy mamy do czynienia z dokumentem dostępnym czy też nie, z punktu widzenia czytnika ekranu.

Schemat publikacji w wersji HTML jest następujący:

Zgodnie z zasadami tworzenia dokumentów dostępnych dla niepełnosprawnych (w tym dla niewidomych), nie powinno stosować się pseudo nagłówków, czyli tekstów wyglądających jak nagłówek, ale nimi nie będących. A niestety do tej pory tak było, aby zmniejszyć liczbę nagłówków. Jednak nagłówki pomagają nam w szybkim nawigowaniu po dokumencie.

Aby wygodnie poruszać się po nagłówkach Sześciopunktu stosujmy nie tylko literę H, która przenosi nas od nagłówka do nagłówka, ale też cyfry od 1 do 3. Cyfrą 1 przechodzimy między nagłówkami pierwszego poziomu, czyli tytułami działów i spisem treści. Kiedy już znajdziemy interesujący nas dział, cyfrą 2 przejdziemy do tytułów kolejnych artykułów. Kiedy zaś czytamy jakiś artykuł, cyfrą 3 szybko odszukamy zaznaczone przez autora bloki wewnątrz artykułu.

Poza tym zawsze możemy szybko powrócić na początek dokumentu skrótem Ctrl+Home lub przejść na koniec skrótem Ctrl+End. Wreszcie pod każdym artykułem mamy link przenoszący nas na początek spisu treści.

Ostatnia zmiana dotyczy otwierania linków. Do tej pory otwierały się one w nowych oknach lub nowych kartach. Mogło to być o tyle niewygodne, że nie zawsze przeglądarka internetowa przełączała się do nowej karty po jej otwarciu. To zależy od jej ustawień. Z drugiej strony kiedy jednak przenieśliśmy się do nowej karty, mylącym mogło być, że nie działał skrót Alt+strzałka w lewo , którym wracamy do poprzedniej strony. Kartę należało zamknąć skrótem Ctrl+W. Teraz, zgodnie z wytycznymi dostępności, linki będą otwierały się w tej samej karcie, więc aby powrócić do czytania Sześciopunktu, należy zastosować skrót Alt+strzałka w lewo. Jeśli jednak ktoś woli otworzyć link w tej nowym oknie czy nowej karcie, zawsze może to zrobić wybierając z menu kontekstowego tego linku stosowne polecenie.

⇽ powrót do spisu treści

&&

Śpieszmy się kochać ludzi

ks. Jan Twardowski

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego

Nie bądź pewny że czas masz bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej
tak szybko stąd odchodzą jak drozd milkną w lipcu
jak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłon
żeby widzieć naprawdę zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się niż umrzeć
kochamy wciąż za mało i stale za późno

Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze
a będziesz tak jak delfin łagodny i mocny

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą

⇽ powrót do spisu treści

&&

Nowinki tyfloinformatyczne i nie tylko

&&

Z Orionem przez świat

Jolanta Kutyło

Zakochałam się w nim od pierwszego dotyku. Urzekły mnie trzy zalety: radio, łączność z Internetem oraz niewielki rozmiar.

W wyposażeniu otrzymałam kabel USB, słuchawki, ładowarkę sieciową, zawieszkę, przejściówkę USB/OTG - do podłączenia pendrive’a.

Urządzenie jest małym, płaskim odtwarzaczem o zaokrąglonych rogach; służy do odsłuchiwania plików audio - w tym książek w formacie Daisy, audiobooków w formacie mp3, muzyki, dokumentów tekstowych odczytywanych mową syntetyczną w formatach: TXT, HTM, HTML, DOC, DOCX, EPUB, PDF, co ułatwia czytanie plików w dowolnym miejscu. Oferuje następujące głosy polskie: Agnieszka, Ewa, Maja, Jacek oraz Jan. Orion jest dwujęzyczny - czyta w języku polskim oraz angielskim. Posiada duże, wypukłe przyciski oznaczone kropkami i strzałkami.

W lewym rogu znajduje się włącznik główny, a w prawym włącznik dyktafonu. Podobnie jak w dyktafonach mamy tu układ czterech promieniście ułożonych klawiszy nazywanych strzałkami i większego środkowego okrągłego przycisku nazywanego OK. Są to: lewo, prawo, góra, dół i przycisk zatwierdzający plik, który służy również jako Pauza.

Pod przyciskiem lewym znajduje się Menu, pod prawym - Anuluj. Przyciski poniżej tworzą formę pochylonego w lewą stronę sześciopunktu. Pod Menu mamy ściszanie, pod Anuluj - zgłaśnianie urządzenia. Między nimi jest klawisz Info, który oznajmia datę i aktualny czas, tytuł odczytywanego pliku, zużycie energii. W rzędzie niżej po lewej stronie mamy przycisk Muzyka, obok niego Radio FM. Na prawo przycisk Zakładki, który służy do ich wstawiania. Po naciśnięciu tego przycisku urządzenie podaje także procenty pobieranych plików z Internetu. Pod klawiaturą znajduje się głośnik, nie ma wyświetlacza.

Strzałką w lewo przewijamy dany plik do tyłu, strzałką w prawo - do przodu. Strzałki góra-dół prowadzą nas do folderów, plików i dokumentów.

Po naciśnięciu głównego włącznika Orion wibracją rozpoczyna pracę. Przy naciśnięciu głównego włącznika i przycisku Muzyka blokują się lub odblokowują wszystkie klawisze.

Radia FM można słuchać tylko po podłączeniu słuchawek.

Na prawej ściance są trzy gniazda - najwyższe przeznaczone jest na słuchawki mini JACK, pod nim znajduje się wejście na mikrofon zewnętrzny lub źródło zewnętrznego nagrywania Line in z mini JACK, najniżej położone jest gniazdo mini USB służące do połączenia Oriona z komputerem i podłączenia źródła zasilania.

Po podłączeniu ładowarki Orion wibracją oznajmi początek ładowania; wtedy trzeba urządzenie wyłączyć, by zaoszczędzić energię. Czas ładowania wynosi około 3 godzin, czas ciągłego odtwarzania do 11 godzin.

Orion posiada pamięć wewnętrzną zawierającą pliki systemowe. Umożliwia również korzystanie z pamięci zewnętrznej. Kiedy chcemy z niej skorzystać, do szczeliny na górnej krawędzi wsuwamy kartę SD, po kliknięciu Orion oznajmia, iż karta SD jest właściwie włożona; po jej wyjęciu kliknięcie oznacza, że kartę SD wysunięto. Urządzenie obsługuje karty o pojemności do 32 GB.

Orion wyposażony jest w kalkulator, przypominacz, kompas, zarządzanie dyskiem, licznik czasu, notatkę głosową. Posiada dość mocny głośnik o 16 poziomach głośności, otworek na smycz do zawieszenia. Można w nim ustawić datę, czas, zegarynkę, mowę, język, sygnał rozpoczęcia pracy, czas po upływie którego sam się wyłączy - ostrzegając 15 sekund przed wyłączeniem, alarmy, czas bezczynności. Dzięki systemowi zapamiętywania można odsłuchiwać pliki od miejsca zatrzymania czytania.

Orion łączy się z Internetem za pośrednictwem Wi-Fi, dzięki czemu aktualizuje się (proces ten należy sprawdzać); służy także do słuchania radia internetowego, a interesujące nas audycje można rejestrować za pomocą wewnętrznego dyktafonu. Podcasty można pobierać w zależności od zainteresowań. Przechowywane pliki należy kopiować na dysk komputera, by nie zginęły w razie awarii.

Orion wyposażono w vTuner z dostępem do radia internetowego z całego świata. Dzięki temu słuchając obcojęzycznego radia, mogę doskonalić język angielski i niemiecki a także słuchać audycji w innych językach które znam: rosyjskim oraz serbskim - słuchając Radia Belgrad. Znajomość języków obcych pozwala mi na kontakty z restauratorami z Bałkanów, Gruzji czy Rosji, którzy odwdzięczają się dużymi promocjami.

Dzięki radiu internetowemu można słuchać ulubionych stacji i wyruszyć w świat bez wychodzenia z domu. Jest to ważne, gdy nie ma realnej możliwości podróżowania za granicę.

Więcej szczegółów o tym urządzeniu znajduje się w instrukcji obsługi.

Dzięki Orionowi mam osobliwe pamiątki - moje wiersze czytane przez redaktora artystycznego pana Macieja Szczawińskiego w Radiu Katowice, ciekawe reportaże, porady, przepisy kulinarne, słuchowiska i bajki.

Orion jest przyjaznym urządzeniem i nie pozwoli nikomu na nudę.

⇽ powrót do spisu treści

&&

Sport

&&

Od Olimpii do Tokio 2021 – pierwszy rok 700 olimpiady

Włodzimierz Bieroń

Zjechali się do Olimpii z całej Hellady. Wszyscy byli ciekawi tego nowego dla całej Grecji, dla całego cywilizowanego świata wydarzenia - zawodów, w których młodzi, wysportowani chłopcy będą współzawodniczyć w wielu konkurencjach sprawnościowych. Trochę czasu zajęły uzgodnienia, aby między zwaśnionymi polis zapanował na ten czas pokój boży - ekecheiria, bo wtedy również aktualnie wojujący mogli odłożyć broń, by móc pospieszyć na zawody. Nawet Ateńczycy ze Spartanami przyjaźnie poklepywali się po plecach, życząc sobie nawzajem sukcesów na arenach. Na drogach było bezpiecznie jak nigdy. Toteż na stadion w Olimpii tłumnie ściągali niecierpliwi zawodnicy, dystyngowani sędziowie, a przede wszystkim widzowie. Niektórzy z nich przeprawiali się na kontynent łodziami nawet z odległego Cypru i Krety, by móc podziwiać zmagania herosów.

Pierwszego dnia igrzysk zaplanowano obrzędy ku czci Zeusa z najważniejszą przysięgą uczciwej walki wśród zawodników oraz obiektywnego i rzetelnego przestrzegania zasad i ustalania wyników rywalizacji przez sędziów. Na drugi dzień przewidziano wyścigi rydwanów i zawody w pentatlonie - skok w dal, rzuty dyskiem i oszczepem, bieg oraz zapasy. Trzeci dzień to czas na złożenie ofiary Zeusowi oraz zawody biegaczy - krótkodystansowe, zatem - jakbyśmy dzisiaj powiedzieli - sprinterskie na jeden stadion (obwód tamtejszej bieżni wynosił 192 metry), średniodystansowe - na dwa okrążenia i dla długodystansowców - 20 okrążeń. Czwarty dzień przeznaczono na sporty walki - boks, zapasy i wyścigi w pełnym uzbrojeniu, czyli hoplites, w hełmie, nagolennikach i z bojową tarczą. A piątego dnia - uroczystość udekorowania zwycięzców poszczególnych konkurencji (olimpioników) wieńcami oliwnymi z gałęzi świętej oliwki.

Najbardziej fetowano zwycięzcę biegu krótkiego - na dystansie jednego stadionu. Każdą olimpiadę nazywano imieniem zawodnika, który w nim zwyciężył. Triumfatorem biegu sprinterskiego na pierwszych igrzyskach olimpijskich został sprinter Koroibos z Elidy. Była to więc olimpiada Koroibosa. W nowożytnych igrzyskach olimpijskich jest inaczej. Na ich królów nieodmiennie koronuje się zwycięzców maratonu - biegu na dystansie 42 kilometry i 195 metrów, rozgrywanego dla uczczenia posłańca Filippidesa, który w 490 roku p.n.e pokonał ten dystans, biegnąc z pola bitwy pod Maratonem do Aten, by tam przekazać wiadomość o zwycięstwie Greków nad Persami. Dobiegł, przekazał i padł bez życia. Zwycięzców maratonu po prostu się wielbi. Tak było od pierwszej nowożytnej olimpiady w 1896 roku w Atenach, na której w maratonie zwyciężył Grek Spyridion Louis, w 1960 i 1964 roku, gdy triumfował Etiopczyk Abebe Bikila, tak samo jest w Tokio 2020, gdzie w maratonie wygrał Kenijczyk Eliud Kipchoge. A więc są to igrzyska Kipchoge. Nie bez przyczyny maraton jest ostatnią, finałową konkurencją każdej olimpiady.

Jakie rezultaty osiągali starożytni sportowcy? Mówiąc półżartem, nie zachowały się do naszych czasów protokoły sędziowskie, więc nie jesteśmy w stanie podać rezultatów biegaczy startujących na jedno okrążenie. Wiemy jednak, że sportowcy rywalizowali zaciekle, różnice na mecie były minimalne. Biegacze startowali z dołków, czyli ówczesnych bloków startowych, żeby jak najmniej tracić na pierwszych metrach biegu. Nie zachowały się też wyniki skoku w dal. Wiadomo jednak, że technika skoku różniła się znacznie od tej stosowanej przez współczesnych nam zawodników. Starożytni olimpijczycy, stając na rozbiegu, trzymali w dłoniach uczepione na linkach dwa ciężarki, które zaraz po odbiciu wyrzucali do przodu, nie wypuszczając linek z rąk, aby w momencie lądowania szarpnąć je za siebie. Dzisiejsze próby skakania w dal w tym stylu nie potwierdziły, aby wykorzystanie ciężarków miało korzystny wpływ na długość skoku.

Więcej informacji mamy o rzucie dyskiem. Wiadomo, że antyczne dyski wykonywano z brązu, ołowiu i marmuru, a ważyły ok. 6-7 kg. Osiągano rezultaty w granicach 30 metrów i takiego zapewne rekordzistę Myron przedstawił w swej rzeźbie. Dzisiejsi dyskobole rzucają zdecydowanie dalej. Mistrz olimpijski z Tokio 2020 Daniel Stahl ze Szwecji wygrał konkurs wynikiem 68,90 m. No ale współczesny dysk seniorski waży 2 kilogramy. Inaczej jest też zbudowany niż ten antyczny - to drewniana tarcza okolona metalowym pierścieniem.

Co innego w rzucie oszczepem. Źródła podają, że antyczni rekordziści rzucali nim na odległość ponad 90 metrów. Oszczepy starożytnych sportowców wykonane były z lekkiego drewna. Oszczepy współczesne są metalowe, dla mężczyzn ważą 800 gramów. W Tokio 2020 Neeraj Chopra z Indii triumfował w tej konkurencji rezultatem 87,58 m. Warto dodać, że nasz legendarny oszczepnik, srebrny medalista olimpijski z Melbourne Janusz Sidło w 1956 roku na zawodach w Mediolanie pobił rekord świata wynikiem 83,66 m, zaś jego rekord życiowy ustanowiony w 1970 roku wynosi 86,22 m. Od 1996 roku do dziś rekord świata w tej konkurencji należy do Jana Żeleznego z Czech - 98,48 m.

Kiedy rozegrano pierwszą olimpiadę? Nie jest to sprawa prosta do ustalenia. Kalendarze słoneczno-księżycowe zaczęto tworzyć w starożytnej Grecji na początku pierwszego tysiąclecia p.n.e.; rok podzielono na 12 miesięcy, a miesiące były pełne - 30-dniowe i niepełne - 29 dniowe na przemian. Ale gdy kalendarz zaczynał nazbyt się rozjeżdżać z porami roku, dodawano trzynasty miesiąc dla wyrównania. Aby temu zapobiec, niektóre miasta greckie wprowadziły zasadę, że w cyklu ośmioletnim lata 2, 5 i 8 były latami przestępnymi. Więc w którym roku rozegrano pierwsze igrzyska? Posiłkując się starożytnymi źródłami greckimi i wspomagając współczesną wiedzą astronomiczną, przyjęto, że był to rok 776 p.n.e. Aby lepiej sobie uświadomić wagę tej daty, ówczesnego poziomu kultury i cywilizacji greckiej uzmysłowić sobie trzeba, że według Marcusa Terentiusa Varro miasto Rzym założone zostało 23 lata później, bo w roku 753 p.n.e. A że igrzyska rozpoczynano w Grecji z początkiem nowego roku greckiego przypadającego w dniu przesilenia letniego, przyjęto, że pierwszy w dziejach znak olimpijskiego startera padł w dniu 1 lipca.

1 lipca 776 roku p.n.e. to data ważna dla historii sportu i kalendarza. Ważna dla całej ludzkości.

Igrzyska organizowane raz na cztery lata w Olimpii szybko stały się wielkim wydarzeniem dla całego greckiego obszaru kulturowego tamtych czasów. Były nie tylko areną sportowych zmagań, ale stały się swoistym świętem narodowym. I do tego stopnia wrosły w grecki obyczaj, że, niezależnie od polis, miarą olimpijską zaczęto w całej Grecji odmierzać czas! Dzień rozpoczęcia pierwszych igrzysk - 776 p.n.e. - to zarazem początek greckiej nowej ery. Przyjęte wówczas określenie - olimpiada - oznaczało okres pomiędzy dwoma następującymi po sobie igrzyskami, czyli w zdecydowanej większości czteroletni. Olimpiada stała się terminem chronologii, a czas pierwszych igrzysk to pierwszy rok pierwszej olimpiady. Obecnie mamy rok 2021, a więc wedle starożytnej olimpijskiej miary jest to pierwszy rok siedemsetnej olimpiady.

Olimpiady w starożytności rozgrywano od roku 776 p.n.e. do roku 393 n.e., a więc na przestrzeni 1169 lat. Nadszedł jednak rok 393 - i koniec olimpiad tamtego czasu. Igrzysk w Olimpii po 1169 latach ich rozgrywania zakazano. Co się właściwie stało?

W roku 380 edyktem tessalońskim cesarz Teodozjusz ustanawia chrześcijaństwo religią państwową Cesarstwa Rzymskiego i tym zapewnia sobie w historii miano Teodozjusza I Wielkiego. W ślad za tym poszły tzw. dekrety teodozjańskie z lat 391-392 - czyli prawa antypogańskie, zabraniające m.in. odprawiania kultów i rytuałów pogańskich, także składania ofiar. I w tym momencie los olimpiad został przesądzony. Igrzyska bowiem były imprezą nie tylko sportową, ale też religijną. Każdy przybywający do Olimpii niósł ze sobą dar dla Zeusa lub jednego z pozostałych bogów. Jeśli dodamy do tego ofiarę ze 150 wołów, składaną trzeciego dnia igrzysk Zeusowi, staje się jasne, że była to sytuacja dla Teodozjusza nie do przyjęcia. Cesarz dodał do tego, także i dziś dobrze brzmiący, zarzut o nagminnym łamaniu regulaminu zawodów.

W XIX wieku organizowano w Europie różne zawody, które nazywano olimpiadami. Myślano o powrocie do starożytnego zwyczaju rozgrywania igrzysk o zasięgu światowym. W 1880 roku baron Pierre de Coubertin na łamach miesięcznika La Revue Athletic opublikował tekst o lokalnych zawodach na wzór olimpiady. W 1894 roku doprowadził do zorganizowania na Sorbonie kongresu olimpijskiego. Apelował na nim o odnowienie tradycji antycznych igrzysk olimpijskich. W tym samym roku powstał Międzynarodowy Komitet Olimpijski, a Ateny zgodziły się zorganizować pierwsze nowożytne igrzyska olimpijskie w 1896 roku. W ten sposób powstała nowoczesna idea współczesnego olimpizmu, która trwa do dziś.

Od 1960 roku rozgrywane są także igrzyska paraolimpijskie, w których uczestniczą osoby niepełnosprawne. Począwszy od letnich igrzysk w 1988 roku i zimowych w 1992 roku igrzyska paraolimpijskie odbywają się w tych samych miejscach co igrzyska olimpijskie, co dodatkowo podkreśla ich wagę. Obecnie stały się jednym z największych międzynarodowych wydarzeń sportowych, a paraolimpijczycy traktowani są na równi ze sportowcami olimpijskimi.

Nad wszystkimi tymi arenami płonie znicz olimpijski. Po raz pierwszy ogień z Olimpii, rozpalony z promieni słonecznych skupionych przez zwierciadło, sztafety sportowców przeniosły na stadion, na którym odbywała się inauguracja igrzysk w 1936 roku. Olimpijski płomień czystości, prawdy, światła i wiedzy płonie przez cały czas zawodów. Jego wygaszenie oznacza, że musimy znowu czekać cztery lata (tym razem wyjątkowo okres ten skrócono do trzech lat - przyp. red.) do następnych igrzysk.

⇽ powrót do spisu treści

&&

Co w prawie piszczy

&&

W jakim zakresie wymiar sprawiedliwości dostępny jest dla osób niepełnosprawnych?

Prawnik

Jak stanowi art. 45 ust. 1 i art. 77 ust. 2 Konstytucji - każdy obywatel ma prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd a także stanowi, że ustawa nie może zamknąć nikomu drogi sądowej dochodzenia naruszonych wolności lub praw.

Z powyższego wynika, że polskie prawodawstwo zapewnia osobom niepełnosprawnym niczym nieograniczony dostęp do wymiaru sprawiedliwości, ale czy aby na pewno?

Analizując różne niedogodności i bariery, takie jak: niedostępność architektoniczna budynków sądów i prokuratur, stereotypowe postrzeganie osób niepełnosprawnych przez pracowników wymiaru sprawiedliwości, ograniczenia w zakresie możliwości bycia świadkiem przez osoby z niepełnosprawnościami czy trudności, jakie napotykają osoby niewidome poruszające się wraz z psem przewodnikiem, bez trudu można wysnuć wniosek, że w polskim prawodawstwie jest wiele do zrobienia.

W polskich przepisach niewiele jest norm szczególnych odnoszących się do specyficznych potrzeb osób z niepełnosprawnościami. Poniżej wskazane zostały rozwiązania prawne o jakich pamiętać powinna każda osoba niepełnosprawna.

Widocznym postępem w zakresie dostępu osób z niepełnosprawnościami do wymiaru sprawiedliwości jest jego częściowa cyfryzacja, w tym wprowadzenie w ramach postępowania cywilnego tzw. sądów elektronicznych oraz rozwój systemu elektronicznych protokołów. W systemie elektronicznym prowadzone jest w chwili obecnej m.in. postępowanie upominawcze - tzw. uproszczone postępowanie sądowe, zmierzające do uzyskania tytułu wykonawczego przeciwko dłużnikowi, stosowane najczęściej w przypadku drobnych długów, które nie pozostają sporne.

Ponadto istnieje możliwość dokonania niektórych czynności w formie elektronicznej, np. w postępowaniu rejestrowym.

Warto również wspomnieć, że do ksiąg wieczystych oraz Krajowego Rejestru Sądowego dostęp jest także elektroniczny.

Bez wątpienia dużym ułatwieniem jest rozwijający się system elektronicznych protokołów, tj. możliwość skorzystania z nagrań z rozpraw, zamiast protokołów papierowych. Jednak czasami te nagrania generują pewne trudności dla osób niewidomych - program do odtwarzania nagrania z rozprawy nie zawsze jest w pełni dostępny.

Niewątpliwie świat cyfrowy będzie stanowił bardzo ważny aspekt w dostępności wymiaru sprawiedliwości dla osób z niepełnosprawnościami, ale na rewolucyjne zmiany przyjdzie nam jeszcze poczekać.

Zarówno regulacje postępowania cywilnego (art. 263 k.p.c.) jak i regulacje postępowania karnego (art. 177 § 2 k.p.k.) przewidują możliwość przesłuchania na odległość świadków, którzy nie mogą stawić się do sądu. W postępowaniu karnym istnieje dodatkowo obowiązek przesłuchania z tłumaczem osoby głuchej lub niemej, jeśli nie wystarcza porozumienie się z nią za pomocą pisma (art. 204 § 1 pkt 1 k.p.k.).

Procedury sądowe przewidują także możliwość przeprowadzenia dowodu na odległość z wykorzystaniem urządzeń technicznych (art. 177 § 1a k.p.k. i art. 235 § 2 k.p.c.).

Niestety, pomimo formalnych możliwości sądy rzadko i niechętnie stosują formułę przesłuchania świadka na odległość lub przeprowadzenia dowodu na odległość z wykorzystaniem urządzeń technicznych, co mogłoby w istotny sposób ułatwić udział w postępowaniu osób z niepełnosprawnościami. Zarówno w postępowaniu cywilnym jak i w postępowaniu karnym osoby te mogą spotykać się także z wyłączeniami lub ograniczeniami w zakresie możliwości bycia świadkiem.

Stosownie do postanowień Konwencji o Prawach Osób Niepełnosprawnych, Polska zobowiązana jest do zapewnienia osobom z niepełnosprawnościami skutecznego dostępu do wymiaru sprawiedliwości, w tym poprzez wprowadzenie dostosowań proceduralnych w celu ułatwienia im udziału, bezpośrednio lub pośrednio, zwłaszcza jako świadków, we wszelkich postępowaniach prawnych, w tym na etapie śledztwa i innych form postępowania przygotowawczego.

Niestety, polski wymiar sprawiedliwości dosyć opieszale podchodzi do zagadnień związanych z usuwaniem barier i zapewnianiem dostępności dla obywateli doświadczających problemów z szeroko rozumianą niesprawnością. Tylko zapewniając prawidłową komunikację i umożliwiając uczestnictwa w czynnościach, będziemy mogli mówić o równym dostępie do sądownictwa każdego obywatela.

Optymizmem napawa projekt Zapewnienie dostępu do wymiaru sprawiedliwości dla osób z niepełnosprawnościami w ramach Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój 2014–2020, którego celem jest adaptacja i doposażenie 35 sądów do potrzeb osób z niepełnosprawnościami. Dostrzeżenie problemu i podjęcie konkretnych działań pozwala mieć nadzieję, że w coraz mniejszej liczbie przypadków dostępność do wymiaru sprawiedliwości będzie się nam źle kojarzyć.

⇽ powrót do spisu treści

&&

Zdrowie bardzo ważna rzecz

&&

Na problemy skórne - mydło dziegciowe

Damian Szczepanik

Mydło z dziegciem charakteryzuje się zapachem smoły i dymu, co wiele osób do niego niestety zniechęca, ale nie mnie. Fajnie jest wejść do łazienki, gdzie pachnie lasem, mi właśnie taki zapach z lasem się kojarzy.

Mydełko ma kolor karmelowobrązowy, bardzo dobrze się pieni, ma ostry, wyrazisty zapach.

Zapach smoły i dymu pomoże nam zidentyfikować, czy mydło rzeczywiście ma w sobie dziegieć - najlepiej jeśli ma więcej niż 1%, to ważne, ponieważ skład tych mydeł może być różny. Ten rodzaj mydła nie nadaje się do skóry suchej. Ja mam akurat mieszaną i mydło to dobrze reguluje tłustość mojej cery.

Jakie właściwości ma mydło z dziegciem?

Ma ono działanie przeciwpasożytnicze, przeciwgrzybiczne, jest antyseptyczne oraz ogranicza nadmierne wydzielanie sebum.

Jeżeli mamy problemy trądzikowe, a nie jesteśmy nastolatkami, to dziegieć nam tę skórę wyleczy. Jeśli mamy łupież, to możemy go bardzo skutecznie zwalczać, myjąc głowę mydłem dziegciowym. Gdy mamy tendencję do siniaków, to takie mydło przyspiesza ich gojenie. Jeśli nie mamy wody utlenionej, albo nam akurat zabrakło, to mydło z dziegciu odkazi rany i zabezpieczy je przed zakażeniem. Wspomaga leczenie grzybicy, a jej początki lub pierwsze objawy chorób grzybiczych wręcz leczy.

Wzmacnia cebulki włosów, co powoduje że włosy nie wypadają, a rosną grube i lśniące.

Dla mnie najważniejszą rzeczą jest to, że mydło dziegciowe działa na różne insekty, komary czy kleszcze. Bardzo skutecznie je wszystkie odstrasza, a że wiele czasu spędzam w ogródku działkowym czy w lesie - mam dobrą ochronę. Siedząc wieczorami na ławce, nie muszę opędzać się od komarów, jak to robią osoby mi towarzyszące.

Już jakiś czas temu mydełko to stało się dość popularne wśród ludzi pracujących w lasach. Osobom wybrednym, które mają duży problem z zapachem, bo jest bardzo intensywny, pozostaje jedynie przyzwyczaić się do tej nuty zapachowej.

Na Syberii używają dziegciu w maści, ponieważ tam intensywność robactwa jest około 100 razy większa niż w Polsce. Mydło jest za słabe, dlatego wszyscy bezpośrednio na skórę stosują maść z dziegciu; z racji tego ludzie na Syberii są tacy śniadzi.

Nie trzeba się bać myć tym mydłem w okolicach intymnych, nic złego się nie stanie, a nawet jest to korzystne, bo dziegieć przywraca naturalne pH skóry.

Najwięcej właściwości prozdrowotnych zawiera dziegieć brzozowy, który pozyskiwany jest z kory brzozy. Możemy spotkać również dziegieć sosnowy i bukowy. Dziegieć jest przede wszystkim wykorzystywany do produkcji dermokosmetyków, które mają dobre działanie na problemy skórne. Mydło to możemy zakupić w kostce lub w płynie w aptekach bądź w naszych sklepach, bo jest to produkt polski. Można je również spotkać wśród produktów rosyjskich lub ukraińskich.

Dla kogo mydło dziegciowe nie jest przeznaczone?

Na pewno nie powinny go używać kobiety, które są w ciąży i w trakcie laktacji oraz osoby posiadające suchą, alergiczną skórę. Jeżeli ktoś nigdy wcześniej nie stosował na swoją skórę produktów dziegciowych, to polecam wykonanie próby: na niewielki obszar skóry nanieść troszkę tego produktu i zaobserwować, czy w ciągu 24 godzin nie pojawi się reakcja alergiczna, albo nie dojdzie do jakichś podrażnień.

Podsumowując, mydło dziegciowe najlepiej się sprawdzi przy problemach skórnych, takich jak łojotok, skóra zainfekowana i zanieczyszczona, zatkane pory skórne i łuszczyca. Warto zastosować miesięczną kurację dziegciową. Cena mydełka w aptekach waha się w granicach 10-20 zł.

⇽ powrót do spisu treści

&&

Kuchnia po naszemu

&&

Pasztety na każdą okazję

Radosław Nowicki

Żyjemy w czasach, w których przetworzona żywność jest codziennością. Często można w niej znaleźć mnóstwo konserwantów i szkodliwych dla ludzkiego organizmu związków. Dlatego najlepiej samodzielnie kupować podstawowe produkty i z nich komponować posiłki.

Niniejszy tekst chciałbym poświęcić samodzielnemu wykonywaniu pasztetów. Zyskują one na popularności.

W sklepach pasztetów jest mnóstwo, jednak ich jakość często jest wątpliwa, bo tak naprawdę można zmielić wszystko, odpowiednio doprawić, uformować i sprzedać.

Zacznę od klasyka, czyli pasztetu mięsnego. Do jego przygotowania potrzebne będą trzy udka z kurczaka i większy udziec z indyka. Mięso trzeba ugotować w wodzie wraz z zielem angielskim, liściem laurowym, pieprzem, marchewką i pietruszką oraz kilkoma suszonymi grzybami, wcześniej namoczonymi w wodzie. W międzyczasie na patelni musimy zeszklić na oleju dwie pokrojone cebule i dorzucić do tego 30-40 dag wątróbki drobiowej. Po usmażeniu przepuścić ją wraz z cebulą dwa razy przez maszynkę do mielenia mięsa. Podobnie uczynić z ugotowanymi jarzynami, grzybami oraz mięsem, które najpierw trzeba obrać z kości i chrząstek. Następnie do masy dolać ok. 150-200 ml oliwy lub oleju neutralnego w smaku (np. oliwa winogronowa), pół szklanki śmietany 30% oraz przyprawy, takie jak sól, pieprz, gałka muszkatołowa, majeranek, imbir, papryka ostra oraz czosnek. Masę dobrze wyrobić i ewentualnie jeszcze doprawić. Na koniec dodać cztery roztrzepane jajka oraz dwie, trzy garście suszonej żurawiny. Jeszcze raz wszystko wymieszać. Masę przełożyć do nasmarowanej smalcem i wyłożonej papierem do pieczenia keksówki. Pasztet piec w temperaturze 180 stopni C (przy włączonej funkcji grzanie góra-dół) przez około 80-90 minut.

Równie smaczne są pasztety warzywne. Moim faworytem jest pasztet z cukinii. Do jego przygotowania potrzebny jest kilogram tego warzywa. Cukinię należy obrać ze skórki. Jak jest starsza, to również wydrążyć ze środka pestki, a następnie zetrzeć ją na tarce o grubych oczkach. Przełożyć do miski, posolić łyżką soli, przemieszać i odstawić na pół godziny aż puści sok. W tym czasie szklankę kaszy jaglanej o pojemności 250 ml przelać gorącą wodą, a następnie ugotować w dwóch szklankach wody. Na patelni podsmażyć na oliwie dwie cebule oraz dwie, trzy starte na tarce marchewki. Gdy cukinia puści sok, należy przełożyć ją na gazę i porządnie odcisnąć z nadmiaru wody. Do miski przełożyć ugotowaną kaszę, marchewkę wraz z cebulą, przecisnąć przez praskę jeden, dwa ząbki czosnku, dolać kilka łyżek oliwy, łyżkę płatków drożdżowych, niepełną szklankę zmielonych ziaren słonecznika, dyni lub orzechów i wszystko zblendować na gładką masę. Na koniec dołożyć odciśniętą cukinię i wszystko dokładnie wymieszać. Doprawić do smaku solą, pieprzem, papryką, ziołami prowansalskimi i innymi ulubionymi przyprawami. Można także dodać drobno pokrojoną natkę pietruszki. Przełożyć masę do wysmarowanej tłuszczem i wyłożonej papierem do pieczenia keksówki. Piec przez około 50 minut w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni C.

Ciekawy w smaku jest również pasztet z kalafiora. Zachęcam do jego przygotowania. Sporego kalafiora trzeba podzielić na różyczki i wraz z kilkoma obranymi i pokrojonymi na mniejsze cząstki ziemniakami przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Wszystko polać oliwą i posypać solą. Wsunąć do piekarnika i piec przez około 30 minut. W międzyczasie ugotować pół szklanki kaszy jaglanej w szklance wody. Gdy warzywa będą już miękkie, przełożyć je wraz z kaszą do miski. Dodać niepełną szklankę zmielonych pestek dyni lub słonecznika, dołożyć kilka pokrojonych na mniejsze kawałki suszonych pomidorów, przeciśnięty przez praskę ząbek czosnku oraz pół pęczka pokrojonej kolendry. Wszystko zblendować i doprawić do smaku solą, pieprzem, papryką ostrą i innymi przyprawami. Przełożyć do keksówki wysmarowanej oliwą i wyłożonej papierem i piec przez około 45 minut. Taki pasztet najlepiej smakuje z kiszoną marchewką i surowymi warzywami: ogórkiem, papryką, rzodkiewką.

Bardzo dobry jest również pasztet z roślin strączkowych. Do jego przygotowania będzie potrzebne półtorej szklanki ugotowanej ciecierzycy (gotuje się ją w wodzie do miękkości, ale najpierw na noc trzeba namoczyć w zimnej wodzie). Dodatkowo w garnku na odrobinie oliwy zeszklić jedną, dwie cebule, dodać dwie pietruszki i cztery, pięć marchewek startych na tarce o grubych oczkach. Dorzucić szklankę czerwonej soczewicy i pół szklanki przepłukanej gorącą wodą kaszy jaglanej. Wszystko zalać bulionem lub wodą (ok. 700 ml) i gotować, aż cały płyn zostanie wchłonięty. W razie konieczności dodać jeszcze trochę wody lub bulionu. Po przestudzeniu wszystko przełożyć do miski, dodać ugotowaną wcześniej ciecierzycę, starty na tarce czosnek i imbir, dwie, trzy łyżki sosu sojowego i ulubione przyprawy, czyli kurkumę, curry, sól, pieprz, paprykę ostrą. Wszystko zblendować i doprawić jeszcze według własnego smaku. Na koniec dodać dwa roztrzepane jajka. Masę przełożyć do keksówki. Piec około godzinę w temperaturze 180 stopni C. Ten pasztet najlepiej smakuje z sosem czosnkowo-jogurtowym, świeżym ogórkiem i zieleniną: sałatą i kiełkami.

Na koniec chciałbym podać przepis na pasztet soczewicowy z suszonymi owocami. Do jego przygotowania potrzebne będą dwie szklanki ugotowanej soczewicy zielonej, szklanka ugotowanej kaszy jaglanej. Dwie cebule należy pokroić i podsmażyć na patelni ze startym na tarce o grubych oczkach niedużym batatem oraz liściem laurowym, ziarnami pieprzu, zielem angielskim i owocami jałowca. Po przestygnięciu wyjąć przyprawy. Warzywa wraz z kaszą i soczewicą przełożyć do miski, dodać pół szklanki oleju lub oliwy, sos sojowy, nieaktywne płatki drożdżowe, duży ząbek czosnku przeciśnięty przez praskę oraz przyprawy - sól, pieprz, majeranek, zioła prowansalskie, gałkę muszkatołową. Zblendować wszystko na gładką masę. Przełożyć jej część do formy. Następnie ułożyć suszone owoce (śliwki, morele, żurawinę) i przykryć je pozostałą częścią masy. Pasztet piec w piekarniku rozgrzanym do temp. 180 stopni C przez godzinę.

Przepisów na pasztety jest mnóstwo. Jeśli chodzi o mięsne, to można je robić również z kaczki, gęsi, a nawet z łopatki. Smaczne są także pasztety z fasoli, batatów czy pieczarek. Tak naprawdę kombinacji jest mnóstwo. Za każdym razem można zrobić inny pasztet. Należy tylko pamiętać, że przed włożeniem do piekarnika każdy z nich warto odpowietrzyć, aby zbyt mocno nie opadł po upieczeniu. Można więc przed włożeniem do keksówki porządnie masę wymieszać ręką albo przed włożeniem do piekarnika keksówkę upuścić z pewnej wysokości, aby masa się ubiła. Po upieczeniu trzeba dać pasztetowi spokojnie wystygnąć. Po ostygnięciu warto włożyć go przynajmniej na 12 godzin do lodówki, a dopiero później kroić. Część pasztetu można także zamrozić i wykorzystać w późniejszym czasie. Nie straci swoich walorów smakowych, chociaż będzie się bardziej kruszył po wyjęciu z zamrażalnika.

Warto od czasu do czasu samodzielnie przygotować pasztet. Wymaga to trochę pracy, ale zapach unoszący się w całym domu i smak wynagrodzą trud włożony w jego przygotowanie.

Zachęcam wszystkich do twórczego działania w kuchni.

⇽ powrót do spisu treści

&&

Z poradnika psychologa

&&

Żyjemy i pamiętamy (cz. 1)

Małgorzata Gruszka

Listopad to miesiąc poświęcony pamięci tych, których nie ma już wśród nas. Miesiąc, w którym w sposób szczególny wspominamy spędzony z nimi czas i wspólne przeżycia. Pamiętanie o zmarłych i wspominanie ich możliwe jest dzięki najważniejszej funkcji naszego umysłu, jaką jest pamięć.

W listopadowym Poradniku psychologa przeczytają Państwo o tym, czym jest pamięć, jakie są jej rodzaje, jakie może sprawiać kłopoty i co je powoduje.

Czym jest pamięć?

Pamięć to najważniejsza i centralna funkcja naszego umysłu. Praktycznie wszystko, co robimy, mówimy czy myślimy możliwe jest dzięki pamięci. Bez pamiętania słów nie moglibyśmy porozumiewać się językiem ani formułować myśli. Bez pamięci faktów i przechowywania wspomnień nie mielibyśmy kontaktu z przeszłością. Bez pamiętania jak robi się różne rzeczy, nie wykonalibyśmy żadnej czynności. Oto dlaczego poważniejsze kłopoty z pamięcią są tak dotkliwe i odczuwalne praktycznie na każdym kroku. Pamięć definiowana jest jako cecha istot żywych, będąca zdolnością układu nerwowego do rejestrowania, przechowywania, utrwalania i odtwarzania dostępnych informacji a także doznanych wrażeń i przeżyć. Informacje to wszelkiego rodzaju wiedza i wiadomości z różnych dziedzin i obszarów życia. Wrażenia to indywidualny odbiór wszelkiego typu bodźców: wzrokowych, słuchowych, smakowych, dotykowych czy zapachowych. Przeżycia to indywidualne doświadczenie każdego z nas, będące pochodną docierających do nas informacji i wrażeń. Rejestrowanie, przechowywanie i przywoływanie potrzebnych w danej chwili elementów naszej pamięci możliwe jest dzięki temu, że za jej działanie odpowiadają różne obszary naszego mózgu. Obszarom tym odpowiadają poszczególne rodzaje pamięci.

Rodzaje pamięci

Pamięć krótkotrwała – przypomina nieco komputerową pamięć operacyjną. Zawiera ograniczoną ilość informacji i może je przechowywać tylko przez jakiś czas. W zależności od wagi i znaczenia informacje te zostają przesłane do pamięci długotrwałej lub usunięte. Dzięki pamięci krótkotrwałej pamiętamy, co mamy kupić w sklepie, kiedy mamy następną wizytę u lekarza i co opowiadała nam spotkana po drodze sąsiadka. Pamiętamy krótko, dlatego ważne daty, nazwiska, terminy czy numery telefonów dość szybko musimy gdzieś zapisać.

Pamięć długotrwała – to nasz twardy dysk, podobny do tego w komputerze. Dysk ten to kilka rodzajów pamięci: autobiograficzna, fonologiczna, ruchowa, sensoryczna, semantyczna, proceduralna i epizodyczna. Pamięć autobiograficzna pozwala przechowywać i odtwarzać ważne wydarzenia i chwile z naszej osobistej przeszłości. Dzięki niej mamy wiedzę o sobie i wspomnienia. Pamięć fonologiczna odpowiada za przechowywanie i odtwarzanie słów; dzięki niej mówimy i rozumiemy mowę. Pamięć mięśniowa polega na pamiętaniu sekwencji ruchowych i późniejszym wykonywaniu ich automatycznie. Dzięki niej pianista nie musi patrzeć na ręce, gdy gra, a osoba niewidząca, wychodząc na zewnątrz, zaczyna odpowiednio posługiwać się białą laską. Pamięć sensoryczna rejestruje i przechowuje wrażenia zmysłowe. Dzięki niej pamiętamy co nam smakuje, co jest dla nas miłe w dotyku, czego lubimy słuchać i na co lubimy patrzeć. Osoby tracące wzrok na późniejszych etapach życia pamiętają kolory, krajobrazy czy twarze bliskich osób. Pamięć semantyczna obejmuje wiedzę nabytą w procesie edukacyjnym. Dzięki niej pamiętamy tabliczkę mnożenia, ważne daty z historii czy skład chemiczny wody. Pamięć proceduralna umożliwia nam wykonywanie złożonych czynności, takich jak czytanie, pisanie czy liczenie. Pamięć epizodyczna przechowuje i pozwala dotrzeć do różnych wydarzeń nie związanych bezpośrednio z nami. Dzięki niej jesteśmy w stanie określić, kiedy i gdzie miały miejsce.

Kłopoty z pamięcią

Zapominanie – jest najczęściej zgłaszanym kłopotem z pamięcią. Obecnie uważa się, że nie polega ono na wypadnięciu z pamięci jakichś informacji, ale na utracie ścieżek dostępu. Wszystkim nam zdarza się mieć coś na końcu języka, albo doświadczyć, że coś wyleciało nam z głowy. Po jakimś czasie coś z końca języka wraca na początek, a coś, co wyleciało z głowy, jakimś cudem się w niej odnajduje. W celu przypomnienia sobie czegoś mniej lub bardziej świadomie szukamy innej drogi do potrzebnych informacji. Sporadyczne zapominanie zdarza się każdemu i nie jest powodem do niepokoju. Naturalną rzeczą jest również nieco gorsze funkcjonowanie pamięci pojawiające się z wiekiem i będące skutkiem procesów starzenia się organizmu, w tym mózgu.

Łagodne zaburzenia poznawcze – to coś więcej niż sporadyczne zapominanie. W chorobie tej odczuwa się pogorszenie pamięci, ale jest ono nieznaczne i nie zaburza normalnej, codziennej aktywności życiowej. Niestety, w większości przypadków łagodne zaburzenia poznawcze z biegiem czasu postępują i przechodzą w otępienie pod postacią choroby Alzheimera.

Otępienie – to ogólna nazwa chorób, w przebiegu których dochodzi do uszkodzenia i zaniku komórek mózgowych zwanych neuronami. Neurony odpowiedzialne są za wytwarzanie substancji przekaźnikowych, od których zależy kondycja naszej pamięci. Uszkodzenie neuronów może być wynikiem działania różnych czynników. Najbardziej znaną, najczęściej występującą i najlepiej zbadaną postacią otępienia jest choroba Alzheimera. Choroba ta zaczyna się po 65 roku życia i częściej dotyka kobiet. W jej przebiegu dochodzi do zmian zwyrodnieniowych mózgu. Komórki mózgowe uszkadzane są przez dwa rodzaje patologicznych białek, które odkładają się w nich i niszczą je. Otępienie może być skutkiem nieprawidłowego funkcjonowania układu krążenia. Mówimy wówczas o otępieniu naczyniopochodnym, w którym uszkodzenie neuronów następuje na skutek dostarczania do mózgu zbyt małej ilości tlenu i substancji odżywczych. Najrzadziej występującą postacią otępienia są zaburzenia procesów poznawczych o podłożu genetycznym, czyli dziedziczone po przodkach i powtarzające się w rodzinie. Ryzyko wystąpienia wszystkich typów otępienia wzrasta wraz z wiekiem. Występowaniu otępienia sprzyjają takie schorzenia jak: niewydolność serca, cukrzyca typu 2, miażdżyca i nadciśnienie tętnicze. Otępieniu sprzyja też mała ilość kontaktów społecznych i mała aktywność fizyczna.

Niezależnie od rodzaju otępienie objawia się poważnymi i postępującymi kłopotami z pamięcią, uwagą, myśleniem, orientacją w rzeczywistości, nastrojem i zachowaniem. Na pierwszy plan wysuwają się kłopoty z pamięcią, z którymi z początku można sobie poradzić, ale dość szybko narastają, wywołując ogólną dezorientację, kłopoty z koncentracją i myśleniem, problemy z porozumiewaniem się, niepokój, apatię lub złość. Zapominanie zdarza się nam wszystkim. Jeśli jednak zaczyna być notoryczne, ktoś obok nas kilkakrotnie pyta o coś, co przed chwilą usłyszał, zaczyna kłaść rzeczy w dziwnych miejscach, chowa przedmioty codziennego użytku i nie może ich znaleźć, gubi się w czasie i często dopytuje jaki mamy dzień, miesiąc i rok, zapomina imiona bliskich osób, gubi się w znanym otoczeniu, ma kłopoty z wykonywaniem dobrze znanych czynności, zapomina słowa, wielokrotnie powtarza te same treści, częściej reaguje drażliwością i szybciej się denerwuje - czas pomyśleć o wizycie u specjalisty. Lekarzem, do którego warto się udać, jest lekarz rodzinny, neurolog lub psychiatra. Specjaliści ci są przygotowani do wstępnego rozpoznawania choroby i kierowania pacjentów do dalszej diagnostyki. Leczenie poszczególnych postaci otępienia polega na podawaniu leków spowalniających rozwój choroby i degenerację neuronów. Dodatkowo, gdy jeszcze jest to możliwe, w środowisku domowym osoby chore wspiera się, przystosowując otoczenie do ich potrzeb, oznaczając przedmioty i miejsca tak, by jak najdłużej mogły funkcjonować komfortowo i bezpiecznie.

Czy kłopotów z pamięcią można uniknąć?

Większość z nas prawdopodobnie nie uniknie związanych z wiekiem, naturalnych kłopotów z pamięcią, które trochę utrudniają życie, ale ich skutkom można zaradzić we własnym zakresie, posiłkując się różnymi metodami zapisu informacji i wskazówkami w otoczeniu. Niestety, nie ma też gwarancji, że unikniemy któregoś z opisanych wyżej, poważnych kłopotów z pamięcią. Gwarancji nie ma, ale są szanse na zmniejszenie ryzyka, że nas dotknie. Według aktualnej wiedzy szanse na to, że nasza pamięć będzie funkcjonować długo i w miarę dobrze, dają przede wszystkim trzy rzeczy: zdrowa dieta, ruch i aktywność umysłowa.

O związku pamięci z emocjami, o tym, jak pamięć pomaga w dokonywaniu wewnętrznych zmian, o tym, jak ćwiczyć pamięć, jak pomóc sobie, gdy szwankuje, co jeść, ile i jak najlepiej się ruszać, żeby możliwie długo cieszyć się dobrą pamięcią przeczytają Państwo w kolejnym Poradniku.

⇽ powrót do spisu treści

&&

„Z polszczyzną za pan brat”

&&

Koty i świnie w powiedzeniach

Tomasz Matczak

Powiedzenia i przysłowia w polszczyźnie są, moim zdaniem, mniej więcej tym, czym emotikony w języku pisanym. Można za ich pomocą łatwo coś wyrazić, a przy tym zaoszczędzić sporo czasu. Jednocześnie bogactwo ich treści pozwala na bardzo szerokie zastosowanie. Mnie osobiście frapuje etymologia przysłów, powiedzeń i związków frazeologicznych, gdyż bardzo często nie jest ona jednoznaczna i kryje sporo ciekawostek. Pisałem już w Sześciopunkcie o filipie z konopi czy nocnym marku, a dziś chciałbym się zająć dwoma sympatycznymi zwierzątkami, obecnymi w powiedzeniach. Chodzi o świnie i koty, choć tak naprawdę, jak się za chwilę okaże, tylko o koty. Tu mrugam do Sześciopunktowego Starego Kocura. Wierzę, że się nie obrazi i nie rzuci na mnie z pazurami!

Powiedzenie pierwsze koty za płoty słyszy się dosyć często. Trzeba jednak od razu powiedzieć, że obecnie straciło ono dawne znaczenie i stosuje się je nieadekwatnie do niego. Większość osób uważa, że należy przywoływać je w sytuacji, gdy coś zostało zrobione pierwszy raz, poczyniono jakieś kroki, próby i dalej będzie już łatwiej. Ma ono zatem współcześnie wydźwięk pozytywny. Tymczasem jest odwrotnie. Przysłowie wzięło się stąd, że dawniej pierwsze kocięta z miotu uważano za najsłabsze i po prostu wyrzucano za płot. Brutalne, ale niestety prawdziwe. Powiedzenie to informuje o tym, że zwykle pierwsza próba jest nieudana i nie ma pozytywnych konotacji w sensie ścisłym.

Pozostaniemy w tym niezbyt wesołym nastroju, przypatrując się drugiemu, często używanemu powiedzeniu: pijany jak świnia. Każdy wie, że to sympatyczne zwierzę nie ma raczej alkoholowych ciągot, więc skąd się wzięło w tym kontekście? Być może Czytelnicy Sześciopunktu pamiętają mój felieton o wspominanych już tu filipie z konopi oraz nocnym marku. W obu przypadkach, mimo zbieżności fonetycznej, nie chodzi o imiona męskie. Podobnie ma się rzecz ze świnią w powiedzeniu pijany jak świnia. Nie chodzi tu o zwierzę, choć większość posługujących się tym zwrotem ma na myśli fakt, że człowiek pijany poniżył się tak bardzo, że w ontycznym łańcuchu stoczył się do poziomu zwierzęcia, ale o zamieszkujący Dolny Śląsk szlachecki ród Świnków, znany w języku niemieckim jako von Schweinichen, zamieszkujący m.in. zamek w Świnach. To właśnie na tym zamku często organizowane były mocno zakrapiane libacje i pijackie turnieje. Było o nich swojego czasu na tyle głośno, że przeszły do języka w formie powiedzenia pijany jak świnia.

Mam nadzieję, że po lekturze mojego felietonu żaden Czytelnik nie będzie już kojarzył nadużywania alkoholu ze zwierzęciem o sympatycznym ryjku.

⇽ powrót do spisu treści

&&

Rehabilitacja kulturalnie

&&

Marszałek zdumiewa do dziś

Paweł Wrzesień

W roku 2021 obchodzimy 103. rocznicę odzyskania niepodległości. Większość z nas na prośbę o wybór postaci, która kojarzy się najbardziej z tym podniosłym faktem historycznym, wskaże Józefa Piłsudskiego jako patriotę, dowódcę legionów, a następnie Naczelnika Państwa. Jednak powiedzieć tylko tyle, to nie powiedzieć prawie nic. Józef Piłsudski był bowiem bohaterem niejednoznacznym, a jego życie mogłoby stanowić inspirację do co najmniej kilku dzieł biograficznych. Bogactwo zdobywanych doświadczeń sprawiało, że postawa i poglądy Piłsudskiego ewoluowały dość spektakularnie. Tylko nieliczni wiedzą, że znany nam jako państwowiec, marszałek za młodu był postacią, którą dzisiaj dałoby się określić mianem lewackiego terrorysty. Kiedy więc nastąpiła zmiana i co sprawiło, że w narodowej pamięci zachował się obraz Józefa Piłsudskiego z końcowego okresu jego życia, kiedy to powszechnie nazywano go dziadkiem, mimo iż w chwili śmierci nie ukończył jeszcze 68 lat?

Urodził się 5 grudnia 1867 r. w rodzinie o głęboko patriotycznych korzeniach, a najmłodsze lata życia mijały mu na litewskiej prowincji. Nieudana działalność gospodarcza ojca doprowadziła majątek rodzinny do ruiny i w wieku 7 lat Józef zamieszkał w Wilnie, cierpiąc nierzadko niedostatek. Prywatnych nauczycieli, w tym francuskiego i niemieckiego, zastąpiło wileńskie gimnazjum, gdzie uczniów poddawano intensywnej rusyfikacji. Jako 15-latek wraz ze starszym bratem Bronkiem i kolegami założyli kółko samokształceniowe Spójnia, by przeciwstawić się rusyfikacji i kulturowemu wynarodowieniu. Jesienią 1885 r. podjął studia medyczne w Charkowie i tu nawiązał kontakt ze studenckim ruchem rewolucyjnym Narodnaja Wola. Rosyjskich socjalistów łączył z Polakami wspólny cel w postaci obalenia znienawidzonego caratu. Piłsudski został zatrzymany przez Ochranę za udział w antyrządowej demonstracji, a opozycyjna karta nie pozwoliła potem przenieść się na upragnione studia w Dorpacie. Wraz z bratem Bronisławem zaangażowali się w działalność wywrotowców przygotowujących zamach na życie cara. Józef służył im pomocą jedynie jako przewodnik po Wilnie, został jednak skazany na 5 lat zesłania na Syberię. Poznał tam innych zesłańców z Polski, a w tym wielu socjalistów, których ideały porwały przyszłego marszałka. Do Wilna powrócił w roku 1902 jako jeden z nich, włączając się aktywnie w działalność Polskiej Partii Socjalistycznej. Starał się łączyć dążenia antyrusyfikacyjne z interesem polskiego i litewskiego proletariatu, co zdobywało mu popularność i pozwoliło awansować w strukturach organizacji. W 1904 roku został redaktorem naczelnym pisma Robotnik, gdzie poznał przyszłego Prezydenta Polski Stanisława Wojciechowskiego.

Początek XX wieku przynosi wojnę rosyjsko-japońską, a potem Rewolucję roku 1905, w których widzi szansę zachwiania potęgi reżimu rosyjskiego i tworzy konspiracyjne oddziały zbrojne PPS. Tu właśnie nastąpiło apogeum działań Piłsudskiego, które z dzisiejszego punktu widzenia można określić mianem terroryzmu. Bojowcy dokonywali zamachów na carskich dygnitarzy, ataki na kasy powiatowe oraz pociągi przewożące pieniądze. Do najsłynniejszych akcji należą: uwolnienie 10 więźniów z Pawiaka zagrożonych karą śmierci oraz skoordynowane zamachy na funkcjonariuszy carskich w 19. miastach Królestwa Polskiego, czyli tzw. krwawa środa. 26 września 1908 r. bojowcy pod wodzą Piłsudskiego przeprowadzili słynną Akcję pod Bezdanami, napadając na wagon pocztowy pociągu przejeżdżającego przez oddaloną o 25 km od Wilna stację. W akcji zginęła jedna osoba a raniono pięć. Bojowcy zdobyli ponad 200 tys. rubli, które przeznaczono potem na działalność partyjną i wsparcie dla rodzin robotników represjonowanych podczas demonstracji. Piłsudskiemu przypisywano także organizację tajnych składów broni w Krakowie na cele przyszłej rewolucji polskiej. Już wtedy niechętna PPS i Piłsudskiemu endecja tj. narodowcy, określali te działania mianem bandytyzmu.

Jako kolejny kamyk do socjalistycznego ogródka marszałka można dorzucić jego udział w konferencji partii socjalistycznych i rewolucyjnych Rosji w Genewie w kwietniu 1905 r. Jednym z delegatów na tę konferencję był Włodzimierz Lenin. W tym okresie Ziuk nawiązuje też kontakt z wywiadem austro-węgierskim i oddaje się na jego usługi w zamian za wsparcie Austrii na rzecz PPS i jej organizacji bojowych. Ta współpraca pomogła w utworzeniu na bazie bojówek PPS Związku Walki Czynnej i Drużyn Strzeleckich jako zalążka polskiej armii. Po wybuchu I wojny światowej opowiedział się za Austro-Węgrami jako naturalnym przeciwnikiem Rosji. ZWC i Strzelec stały się też pierwowzorem Kompanii Kadrowej i Legionów Polskich w armii austro-węgierskiej.

Sojusz z jednym z zaborców nie oznaczał jednak porzucenia myśli o niepodległości ojczyzny. Wręcz przeciwnie, w stosownym taktycznie momencie Józef Piłsudski zbuntował się przeciw austriackiemu dowództwu i wypowiedział posłuszeństwo. Wiedział wówczas, że Cesarstwo austro-węgierskie ani Prusy nie są już w stanie wygrać wojny, a skoro Rosję wyeliminowała z gry rewolucja bolszewicka, droga do niepodległości Polski stanęła otworem. Po czasowym uwięzieniu w twierdzy magdeburskiej Piłsudski wraca do Warszawy 11 listopada, a 3 dni później Rada Regencyjna przekazuje na jego ręce władzę. Wtedy też, jak sam to później określił, wysiadł z czerwonego tramwaju socjalizmu na przystanku niepodległość. Nie przyjął wręczanego mu przez PPS sztandaru Pogotowia Bojowego, argumentując, że od teraz ma obowiązek działać w interesie całego narodu, a nie tylko jednej partii.

11 listopada, w dniu oficjalnego zakończenia wojny, Rada Regencyjna przekazała Piłsudskiemu naczelne dowództwo nad podległym jej wojskiem polskim. Dzień później powierzyła mu misję tworzenia rządu narodowego. 14 listopada Rada rozwiązała się, przekazując Piłsudskiemu całość posiadanej władzy, z obowiązkiem jej oddania w ręce przyszłego rządu. Tego dnia Piłsudski wydał dekret, w którym nadał oficjalną nazwę państwu jako Republika Polska.

Od tej pory zaczyna się formowanie odrodzonej państwowości, tworzenie aparatu rządu na obszarach połączonych zaborów i walki o jego terytorium oraz charakter polityczny. Widać jednak wyraźnie, że dzień 11 listopada jest dla odzyskania niepodległości datą umowną, albowiem równie dobrze można by przyjąć datę 12 lub 14 listopada, które obfitowały w równie doniosłe wydarzenia.

W okresie międzywojennym istniał na ten temat spór, gdzie propozycji było znacznie więcej. Kwestią bezsporną pozostaje jednak splot losów życia Józefa Piłsudskiego z drogą do odzyskania przez Polskę suwerennego bytu państwowego. Droga ta prowadziła krętymi ścieżkami, a chcąc nie chcąc, trzeba przyznać, że nasza ojczyzna odrodziła się w dużej mierze dzięki poświęceniom socjalistów z pokolenia Marszałka. W odpowiednim momencie zrozumieli oni, że niezależnie od przynależności klasowej godny byt wolnego Polaka można zabezpieczyć wyłącznie wtedy, gdy będzie on dumnym gospodarzem na własnej ziemi, wyrwanej z obcych rąk po 123 latach niewoli.

⇽ powrót do spisu treści

&&

Przeznaczenie z wierszem w herbie

Halina Kuropatnicka‑Salamon

Poeci nie zjawiają się przypadkiem – śpiewa Edyta Geppert. Właśnie. Któż podejrzewał w Wierzchowsku, że chłopczyk urodzony 12 października r. 1927 przybył na świat z niebagatelną misją dostrzegania i krzewienia piękna. Nadano mu imię Czesław i jedynemu w rodzinie przypisano nazwisko Juźwik z u-otwartym, bo ktoś pomylił się w sporządzaniu dokumentacji. Rósł Czesław, wnikając ciekawie w rzeczywistość swoich czasów. Pełen podniosłych nadziei, walczył w kieleckim jako żołnierz Armii Ludowej. Któregoś dnia, idąc naprzeciw losowi, wszedł na minę. Stracił wzrok i częściowo słuch. Miał zaledwie 18 lat. Przyszło mu szukać nowych dróg do nowych sposobów życia. Pomogła siła młodości.

Szkoła dla niewidomych w Laskach koło Warszawy nauczyła go realizowania dostępnych możliwości. Skoro znów pisał samodzielnie, wrócił do wypowiadania się w poezji. Niech potwierdzą to linijki jego wiersza Zdarza się takie pragnienie:

Ucieknę we wszystkie barwy
blaski
kolory
od napiętej uwagą ciemności
od ciągle czujnego zasłuchania
i od głosów
zgrzytliwych jak szkło…

W szkole zawodowej kształcił się na szczotkarza. Wyposażony w konieczne umiejętności oraz w nieustępliwe marzenia, przeprowadził się do Wrocławia. Zamieszkał przy ulicy Jęczmiennej. Podjął pracę w fabryce cukierków. Poszukując bardziej interesującego zajęcia, trafił do spółdzielni niewidomych w Leśnicy.

Nie zatrzymał się przy ukontentowaniu; zaczął wnet zdobywać maturę w liceum zaocznym. Podręczniki ani praca zawodowa nie przyćmiły olśnienia miłością - poślubił poznaną w Leśnicy Leokadię. No i zaczęła ucieleśniać się każdego dnia poezja domu, rodziny, najpiękniejszych wydarzeń. Własne uszczęśliwienie nie pozbawiło Czesława wrażliwości na cudze problemy; nie odebrało mu skłonności do bezustannego pomagania ludziom. Szczególnie uwidoczniało się to w jego kierowaniu pracą nakładczą, w prowadzeniu turnusów nauczania brajla i we wszelkich relacjach koleżeńskich.

Bardzo szanował przyjaźń. Wielka serdeczność łączyła go np. z Krystyną i Zofią Krzemkowskimi, z Józefem Szczurkiem, Michałem Kaziowem, Melą Wójcik.

Wśród zwykłości realiów tworzył wiersze- mądre, dojrzałe, wysoce artystyczne. Zawierały fascynację wartością istnienia, potęgą ludzkich serc, urodą przyrody. Dużo w nich filozofizmu i refleksji. Jest i miejsce na wdzięczność.

Przyjrzyjmy się utworowi Laski – pamięci matki Czackiej:

Którzy
jak ptaki o skrzydłach zgruchotanych
odtrąceni
którzy
pogrążeni w bezradnej ciemności
bez nadziei
zmiażdżeni okrucieństwem losu
zbuntowani tutaj
jak rozbitkowie na wyspie
odzyskują
w cieple prawdy
o człowieczeństwie
nieuległym ciału
odwagę
tu stąd
już mocni
z podniesionymi czołami
życiu naprzeciw idą
wracają
aby pokornym milczeniem
najżarliwiej pulsującą podzięką
stanąć
u mogiły Matki
.

Zebrane wiersze ojca przechowuje z dumą i czułością córka, Joanna. Obdarowała ukochanego tatę wspaniałym zięciem i dwiema wnuczkami, Alicją i Justyną. Doczekał się pięciorga prawnuków i wszystkie miał na rękach.

Rzeczywistość byłaby lepsza, gdyby nie pogłębiający się wciąż niedosłuch.

W 2008 r. nastąpiła całkowita utrata słuchu. Przez 3 miesiące Czesław mówił do ludzi, sam nie słysząc ich absolutnie. Wreszcie znalazł się właściwy aparat słuchowy umożliwiający porozumiewanie się z otoczeniem. To był oczywisty powód do radości dla krewnych i przyjaciół.

Nadszedł jednak bolesny dzień lata, 10 lipca 2021 r. Czesław Juźwik odszedł spokojnie w obecności kochającej rodziny. Wierzmy, idąc za słowami piosenki Edyty Geppert, że Poeci … odchodzą stąd, lecz nie, nie umierają.

⇽ powrót do spisu treści

&&

Zanim odejdziemy

Jolanta Kutyło

Początkiem życia są narodziny, końcem śmierć. Należy się do niej solidnie przygotować już w wieku młodzieńczym, ponieważ śmierć będzie dotyczyć każdego z nas.

Pyszni, obwarowani dobrami materialnymi utwierdzamy się w przekonaniu, że nas to nie dotyczy i popełniamy mnóstwo nieodwracalnych błędów. A czasem wystarczy sekunda i koniec.

W starożytnej Grecji, każdy szanujący się Grek miał obowiązek nosić przy sobie obola, który po włożeniu mu w usta po śmierci stanowił opłatę dla Charona za przewóz na drugą stronę Styksu, by odjąć błąkającej się duszy wiecznych mąk.

W jaki sposób my - ludzie XXI wieku możemy przygotować siebie i naszych bliskich na kres naszego życia?

Przede wszystkim zadbajmy o życie tych, którzy pozostaną na ziemi po naszej śmierci. Piszmy testamenty, by nie narażać przyszłych spadkobierców na długie procesy sądowe i związane z nimi wysokie koszty. Jeśli tego nie zrobimy za życia, po naszej śmierci może dojść do poważnych konfliktów w rodzinie, a o tym, co komu i ile się należy zadecyduje sąd. Zdarza się, że gdy chodzi o majątek, sentymenty, uczucia rodzinne, a nawet Bóg idą w odstawkę.

Do testamentu należy dołączyć oświadczenie - naszą wolę dotyczącą miejsca, rodzaju pochówku i związanych z nim obrzędów. Każdy pełnoletni człowiek ma prawo decydować o swoim życiu oraz prawo do planowania własnego pochówku. Każdy ma prawo do stworzenia listy uczestników towarzyszących mu w jego ostatniej drodze. Ma to na celu zapobieżenie skandalowi, jaki może wywołać pojawienie się osoby nieakceptowanej przez część żałobników, np. byłego męża.

Wielkim nietaktem są komentarze typu nie kuś losu, gdy słyszymy kogoś bliskiego mówiącego o własnej śmierci. Zapiszmy jego wolę w notesie z ważnymi informacjami, a jak się uda, to nagrajmy, bo możemy nie zdążyć na czas. Unikniemy wtedy konfliktów w zakładzie pogrzebowym, gdzie zamiast myśleć o tragedii, zaczniemy walkę o rodzaj pochówku.

Przemysł funeralny jest bardzo rozbudowany. Prócz tradycyjnego pochówku można skorzystać także z kremacji, na którą decyduje się coraz więcej osób. Jest tańsza, a urny z prochami można umieścić w rodzinnym grobie, katakumbach albo w specjalnych niszach na urny w ścianach pamięci.

Jeśli nasz krewny czuje, że jego życie zbliża się do końca, podejmuje decyzję o kremacji i pragnie wybrać dla siebie urnę oraz stosowną odzież barwami odbiegającą od tradycji, nie przeszkadzajmy mu w tym. Ma do tego pełne prawo. Mojego kolegę pochowano w dżinsach i trampkach.

Gdy terminalnie chory mówi o bliskim spotkaniu z wiecznością, nie lekceważmy go, bo może chcieć przekazać nam ważną informację, być może rodzinną tajemnicę, o której dotąd nie wiedzieliśmy. Gdy zamkniemy mu usta, nie odezwie się nigdy. W obecności osoby konającej nie szepczmy, nie gestykulujmy porozumiewawczo, gdyż u osób, które zdawałoby się nie reagują już na zewnętrzne bodźce, wszystkie zmysły bardzo się wyostrzają. Wypowiedziane niestosowne słowo może bardzo zaszkodzić. Zachowajmy spokój, trzymanie za rękę zazwyczaj przynosi ulgę w cierpieniu. Nie odmawiajmy ulubionej potrawy czy zachcianki, jeśli ma ona choć na chwilę umierającemu poprawić nastrój i samopoczucie.

Uszanujmy wolę zmarłego, jeśli zmienił wyznanie lub stał się ateistą.

W sposób taktowny przygotowujmy do śmierci dzieci, by nie narażać je na szok.

Na swojej drodze spotkałam wielu ludzi, którzy doczekali późnej starości właśnie dlatego, że każdego dnia spodziewali się śmierci i zawsze byli gotowi na jej przyjście. Cieszyli się każdą chwilą, inwestowali w zdrowie własne i innych, dbając o ciało i ducha. Dorabiali się od igły, dokonywali cudów przetrwania, smagani tragizmem minionej epoki okazywali innym życzliwość. To, co w związkach się psuło, naprawiali.

Jeśli nasze istnienie traktujemy jak palącą się świecę, podtrzymujmy płomień jak najdłużej, by zbyt wcześnie nie zgasł. Nie żałujmy sobie niczego w miarę rozsądku, dobra materialne odstawmy na drugi plan. Niczego na świat nie przynieśliśmy i nic stąd nie zabierzemy.

Do miejsca, gdzie trafimy w wyznaczonym czasie, nie ma się co spieszyć, ale warto o nim myśleć.

⇽ powrót do spisu treści

&&

Recenzja filmu islandzkiego reżysera Hafsteinna Gunnara Sigurðssona „W cieniu drzewa”

Katarzyna Szczepanek

Akcja filmu dzieje się na przedmieściach Reykjaviku. Poznajemy ludzi mieszkających w dobrze urządzonych domach, w ładnej i spokojnej okolicy. Wydaje się, że takie osoby powinny być szczęśliwe. Szybko jednak dostrzegamy, że towarzyszy im raczej smutek i poczucie osamotnienia. Podobną atmosferę da się odczuć także na drugim planie filmu, w mieszkaniu małżeństwa z kilkuletnim dzieckiem. Od początku widać, że para przeżywa duży kryzys spotęgowany tym, iż mąż nie może emocjonalnie rozstać się z byłą kochanką. W końcu zostaje zmuszony do wyprowadzki.

Tymczasem jego rodzice ze spokojnych przedmieść wchodzą w konflikt z sąsiadami. Powodem jest rosnące na ich tarasie drzewo, które rzuca cień na taras sąsiadów. W cieniu tego drzewa ukazuje się ciemna strona ludzkich charakterów. Starsza kobieta - właścicielka tarasu z drzewem - która nie przyjęła do wiadomości samobójczej śmierci drugiego ukochanego syna, swoje rozgoryczenie i poczucie krzywdy przemienia w nienawiść do sąsiadów. Jest zawzięta i nieustępliwa. Nie podejmuje rozmowy, lecz oskarża i podejrzewa. Napięcie narasta, a jego efektem staje się kuriozalna śmierć trzech głównych bohaterów.

Film o sielskim tytule W cieniu drzewa pokazuje mi przede wszystkim cienie ludzkiej natury. Usłyszałam porównanie filmu do znanej komedii Sami swoi przez analogię do sąsiedzkiego konfliktu. Powiedziano również, że jest to czarna komedia. Moim zdaniem obu filmów nie da się porównać. Film W cieniu drzewa nie ma też w sobie nic z komedii, choć istotnie niektóre sytuacje wydają się groteskowe. Jest raczej smutną prezentacją tego, co dzieje się z człowiekiem, gdy nie potrafi zatrzymać się, zastanowić, lecz daje się ponieść zawiści, nienawiści i niepohamowanej rządzy zemsty.

Ta refleksja jest dla mnie okazją do zastanowienia się także nad sobą, do przemyślenia, co w konkretnych życiowych sytuacjach mogę zrobić, by - jak śpiewa w piosence Tylko najwięksi zespół Akurat - zatrzymać to, co burzy krew i podpowiada nigdy dobro, lecz zło. Przedstawiona widzom sytuacja pozwala dostrzec, że alternatywy nie ma. Jeżeli nie zatrzymam się, to wówczas - jak mówi ta sama piosenka - nie będzie we mnie dość siły, bym nie mówił głosem bestii. Te głosy bestii w filmie można usłyszeć.

W odbiorze filmu pomagała mi bardzo dobra audiodeskrypcja oraz fakt, że nie był on zbyt długi, co dawało wrażenie skondensowania wydarzeń.

Dodam na koniec, że był to film skandynawski. Oglądałam już filmy z krajów skandynawskich, takie jak Intruz czy Mężczyzna imieniem Ove. Pierwszy z wymienionych łączyły - według mnie - z filmem W cieniu drzewa, smutek i poczucie osamotnienia, które w filmie Intruz były widoczne od początku do końca. Z kolei Mężczyzna imieniem Ove to film, w którym smutek przeplata się z groteską, a fabuła wyciska łzy, które jednak nie są łzami rozpaczy. Film ten, podobnie jak W cieniu drzewa, dotyczy również m.in. relacji sąsiedzkich.

⇽ powrót do spisu treści

&&

Marrakesz na weekend

Anna Dąbrowska

Nostalgiczny listopad. Nie narzekam, bo go lubię. Jest powolny i senny. Ciemny, co nie znaczy smutny. Szare rozmyte kolory, ciężka mgła i wilgoć w powietrzu. Promienie słońca pojawiają się nieśmiało i bardzo rzadko, lecz wtedy, przez moment, otaczający nas świat staje się weselszy.

Listopadowe święta pasują do tej aury. Pierwsze to Wszystkich Świętych i następujące dzień po nim, Dzień Zaduszny. W Polsce szczególnie bogato i tłumnie obchodzi się pierwsze święto. Odwiedzamy cmentarze, aby ozdobić groby swoich bliskich kwiatami i zapalić znicze. Zaduszki, to dla katolików i innych chrześcijan dzień modlitw za zmarłych. Dzień Wszystkich Świętych był dniem wolnym od pracy także w czasach PRL-u. Komunistyczne władze kładły jednak nacisk na świecki charakter świąt i nazywano ten dzień Świętem Zmarłych.

Jeśli listopadowa mżawka i brak słońca doskwiera nam mocno, może warto wybrać się choćby na weekend do słonecznego Marrakeszu? Poczuć orientalny klimat i odrobinę promieni słonecznych na twarzy, a nieprzemakalne ciepłe kurtki i kalosze zostawić w domu?

Bilety lotnicze oferują tanie linie lotnicze a ceny w Maroko są porównywalne do polskich bądź niższe.

Właśnie pod koniec listopada wylądowałam w Marrakeszu. W tę podróż wybrałam się ze starym znajomym, reklamującym się jako podróżnik i znawca marokańskich zakamarków. W mieście wystarczy spędzić 3 dni, by poczuć prawdziwy marokański klimat. Noclegi mieliśmy zarezerwowane w Medinie - tradycyjnej starej arabskiej dzielnicy wpisanej na listę UNESCO. Jest to najstarsza część miasta, otoczona czerwonym murem, którą koniecznie trzeba zobaczyć. Po Medinie poruszać się można tylko pieszo. Uliczki są bardzo wąskie, a połączone ze sobą budynki - Riady, nie mają żadnych okien na ulice i stanowią jakby ściany z dwóch stron. Chodzi się więc takim labiryntem, w którym łatwo się zgubić. Ja nie zauważyłam żadnej nazwy ulicy, a mój GPS nie zawsze działał. Dotarcie do hotelu czy znalezienie swojego lokum jest nie lada wyczynem. Wieczorami bywa niebezpiecznie, bo ma się wrażenie, że labirynt nigdy się nie skończy bądź nie znajdziemy z niego wyjścia.

Rada jest taka, by trzymać się głównych, nieco szerszych ulic, wtedy w końcu trafia się do jednej z bram miejskich lub do jednego z charakterystycznych punktów w Medinie. Ten sposób odkryłam po jednym dniu i prawie całej nocy, gdy z moim znawcą miasta wracaliśmy z kolacji na placu Dżami al-Fana i nie mogliśmy znaleźć naszego lokum. Zaczepiali nas liczni mężczyźni ubrani w charakterystyczne galabije (sięgające do kostek ubranie z długimi rękawami, zazwyczaj z kapturem). Pomimo, że nie wyrażaliśmy chęci rozmowy, byli bardzo natrętni i nie opuszczali nas na krok. Szli za nami w tym labiryncie, mijaliśmy też takich, którzy przysypiali przy murach połączonych ze sobą budynków. Nasi towarzysze oferowali pomoc przy znalezieniu naszego hoteliku za odpowiednią cenę. Zresztą tam prawie za każdą rzecz trzeba płacić przypadkowym osobom. Pamiętam, że po zaparkowaniu auta od razu wypatrzył nas jakiś Marokańczyk i podszedł z pękiem ogromnych kluczy, niczym od jakiejś twierdzy. Klucze miały dodać mu powagi i animuszu. Powiedział, że to jego kawałek ulicy i trzeba mu płacić. Płacić trzeba naprawdę każdemu i za wszystko.

W Medinie w ciągu dnia jest chłodniej, do wąskich uliczek nie docierają promienie słoneczne. Jednak ten prawdziwy i ciut niebezpieczny klimat jest tak naprawdę nocą, kiedy plątanina uliczek zamienia się w prawdziwy targ różności. Gromadzą się tu sklepy, stoiska i małe targowiska oferujące ludowe wyroby tekstylne, garncarskie, wiklinowe, piękne kilimy, dywany, owcze skóry, srebrne i mosiężne zastawy. Popularne wśród turystów jest kupno marokańskich kapci o zakrzywionych do góry noskach, na końcu których znajduje się pomponik. Nabyłam właśnie takie, z dodatkowym złotym zdobieniem, jednak już następnego dnia pomponik odpadł, po tygodniu całe się rozkleiły. Jakość oferowanych wyrobów, tych w przystępnych cenach, jest bardzo niska. Przy zakupach trzeba się targować. Sprzedawca wręcz zaprasza do rozmowy, oferując darmową szklaneczkę słodkiej herbaty miętowej.

W sumie wszystkie stragany odwiedzałam sama. Towarzysz podróży zachowywał się tak, jakby ktoś nadepnął mu na odcisk. Słyszałam, że miewa takie humory i ciężko z nim wytrzymać dłużej niż 2 godziny, ale nie zdawałam sobie sprawy, że będzie to aż tak uciążliwe. Dwa dni milczał. Próbowałam kilkakrotnie go rozśmieszyć, zaczepiałam go, pytając o coś. Nie reagował. Po dwóch ciężkich wspólnie spędzonych marokańskich dobach wieczorową porą na straganie kupił mi drewnianą lalkę. Sprzedawca, gdy usłyszał, że mówię po polsku, powiedział, że lalka ma na imię Monika, jest zabytkowa i pochodzi z Mali. Do dziś nie wiem, czy to była forma przeprosin ze strony znajomego, czy właściwie co, bo dał mi ją i powoli, ostatniego dnia zaczął dochodzić do siebie, gdy już był koniec wyjazdu. Monika do dziś się nie rozsypała, jak większość marokańskich suwenirów, stoi u mnie w mieszkaniu w widocznym miejscu.

Turyści z Europy zaopatrują się w arabską biżuterię, perfumy, olejki oraz przyprawy, które są uformowane w duże, kolorowe stożki. Warto je kupić, bo wzbogacą smak naszych tradycyjnych potraw.

Marrakesz swój rozwój zawdzięcza w ostatnim stuleciu przede wszystkim Francuzom, którzy okupowali Maroko. Na każdym kroku można dostrzec ich wpływ.

Najbardziej popularnym miejscem w Marrakeszu jest plac Dżami al-Fana, na którym co wieczór pojawiają się tłumy turystów. Można tu zjeść marokańskie danie w jednej z setek jadłodajni na świeżym powietrzu. Standard jedzenia, sposób podania a przede wszystkim czystość znacznie odbiegają od standardów europejskich. Na zdjęciach i folderach turystycznych plac i stojący niedaleko Meczet Koutoubia wyglądają bajecznie. W rzeczywistości jest brudnawo. Pięknie podświetlone restauracje, jakie widnieją w reklamach miasta, to zwykłe garkuchnie, do których prawie wciągają nas naganiacze. Na placu można sobie zrobić zdjęcie z małpkami więzionymi na łańcuchach lub pooglądać zaklinaczy węży.

W jednym z barów zamówiłam jakiś tradycyjny posiłek. Warto pamiętać, że je się tu palcami, a przed jedzeniem może być problem z umyciem rąk. Do posiłku nie można kupić alkoholu. W większości miejsc jest zakaz jego spożywania. Drink Bary oferują alkohole w niektórych hotelach pięciogwiazdkowych, a w takich nie nocowałam.

Mój zachwyt i szczególną uwagę wzbudziły liczne riady (po arabsku - ogrody) znajdujące się w Medinie. Są to stare domy, często jeszcze z czasów kolonialnych. Nie mają okien na zewnątrz ani na ulicę. Okna wychodzą na dziedziniec - atrium, który jest osłonięty ścianami ze wszystkich stron. W samym atrium są często piękne ogrody, fontanny czy ozdobne baseny wyłożone bogato zdobioną marokańską ceramiką. W ten sposób dawniej budowany riad chronił prywatność, ukrywał bogactwo przed wścibskimi oczami sąsiadów, a pani domu pozwalał zdjąć hidżab (zasłonę okrywającą głowę i piersi). Dziś turyści wynajmujący pokoje mogą się w nim zrelaksować i odprężyć po całym dniu zwiedzania, a także odpocząć od głośnej marokańskiej ulicy. Na parterze riadu znajduje się kuchnia, jadalnia, pokój biurowy i pomieszczenie do relaksu. Na pierwszym piętrze są pokoje, do wszystkich prowadzi długi, wąski balkon i mają okno tylko na dziedziniec. Na dachu jest taras, gdzie serwowane są śniadania w stylu francuskim. Dostaniemy świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy, kawę, słodkie placuszki, wybór dżemów, bagietkę i masło. Warto zamówić u gospodyni tradycyjną kolację. Myślę, że będzie lepsza niż te oferowane w turystycznych miejscach.

Francuskim akcentem jest z pewnością także Ogród Majorelle, którego właścicielem jest dziś Fundacja Yves’a Saint Laurenta. To minimalistyczny ogród w nowej części miasta, gdzie nieżyjący już kreator mody zaprojektował go w bardzo nowoczesny sposób.

W drodze na lotnisko, zresztą bardzo czyste i ładne, widziałam pasmo ośnieżonych gór Atlas.

Polecam to miasto na krótką wyprawę w listopadzie czy grudniu, choć bywa tu czasem nieswojo. Gdy zgubimy się w labiryncie starych uliczek, to można odnaleźć tajemniczy arabski świat i tę nutę orientu, po którą przyjechaliśmy.

I koniecznie weźmy ze sobą dobrego kompana podróży. A jeśli go nie mamy, to jedźmy sami!

⇽ powrót do spisu treści

&&

Warto posłuchać

Izabela Szcześniak

Akcja książki Bonnie Kistler pt. Nasz dom płonie toczy się w 2015 roku w Stanach Zjednoczonych.

Christopher Conley uczestniczy w imprezie dla młodzieży z okazji ukończenia szkoły średniej, na której są dostępne narkotyki i alkohol. Chłopak się świetnie bawi. Niespodziewanie na imprezie pojawia się 14-letnia Christine. Dziewczyna przyjechała rowerem, by ostrzec przybranego brata przed rodzicami, którzy wcześniej wrócili z wycieczki z okazji piątej rocznicy ślubu. Gdy Christopher i Christine wracali do domu, doszło do wypadku samochodowego. Chłopak zeznał przesłuchującym go policjantom, że sam kierował. Miał we krwi 0,50 promila alkoholu.

Następnego dnia po wypadku Christine straciła przytomność. W szpitalu lekarze zdiagnozowali u niej pęknięcie tętniaka. Christine zmarła podczas operacji.

Zaczęło się śledztwo w sprawie wypadku. Obrońcą Christophera została przyjaciółka macochy chłopaka - Shelby. Wkrótce Christopher zmienia zeznania. Powiedział, że to Christine kierowała samochodem. Ojciec - Peter - uwierzył synowi i go bardzo wspiera. Jednak macocha Leigh twierdzi, że chłopak kłamie. Ma do niego żal, że zrzuca winę na nieżyjącą już córkę, by uciec od odpowiedzialności. Z tego powodu dochodzi do kryzysu w małżeństwie Petera i Leigh.

Jakie będą dalsze losy Christophera i jego rodziny? Czy Leigh przebaczy pasierbowi? Czy małżeństwo Petera i Leigh zostanie uratowane?

Przeczytajcie sami!

Polecam, Bonnie Kistler Nasz dom płonie, czyta Marietta Wiśniewska. Książka dostępna w formacie Czytak i Daisy.

⇽ powrót do spisu treści

&&

Galeria literacka z Homerem w tle

&&

Dobre dni

Krystyna Włodarek

1. Koncert

Chodziłam już wtedy do pierwszej klasy podstawówki na Placu Trzech Krzyży. Akurat wracaliśmy z rodzicami z prywatnej lekcji muzyki u pani Marii, gdy powiedzieli mi, że następnego dnia pójdę z mamą na koncert. Ojciec nie mógł nam towarzyszyć, bo akurat wyjeżdżał w podróż służbową. Szkoły też miało nie być z powodu rady pedagogicznej. Byłam zachwycona i nie mogłam doczekać się tego koncertu. Jak się później okazało, była to cykliczna comiesięczna impreza z cyklu Dla każdego coś miłego, retransmitowana w niedzielę przez program pierwszy Polskiego Radia. Nie pamiętam już, czy ten koncert odbywał się w Filharmonii Narodowej, czy w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki. Cały następny dzień przeszedł mi na gorączkowym oczekiwaniu. Mama zamiast do pracy poszła do fryzjera, gdyż zawsze bardzo dbała o swój wygląd. Mnie zaś ten dzień dłużył się w nieskończoność, gdyż koncert rozpoczynał się dopiero wieczorem. W końcu jednak ładnie mnie ubrała i pojechałyśmy. Przyjechałyśmy trochę za wcześnie, więc mama na miejscu kupiła mi wafelki, żebym się nie nudziła. Zabrzmiał pierwszy dzwonek, potem drugi i trzeci, przywołując publiczność na salę. Zajęłyśmy z mamą miejsca przed czasem, a ja tak zapamiętale w czasie koncertu chrupałam swoje wafelki, aż ktoś mi zwrócił uwagę. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że tak nie można. Publiczność na sali po to zakupiła drogie bilety, żeby posłuchać muzyki a nie mojego chrupania i mlaskania. Koncerty z tego cyklu służyły spopularyzowaniu nieco poważniejszej muzyki wśród mas. Orkiestrą, z udziałem popularnych artystów śpiewających arie operowe i operetkowe, dyrygował Stefan Rachoń. Pod koniec oczy mi się zamykały, bo było już bardzo późno. Jednak mimo wszystko i tak byłam szczęśliwa. Gdy później usłyszałam ten koncert w radiu, jakoś nie dotarło do moich uszu chrupanie wafelków. Byłam tym nawet zawiedziona.

2. Koncert Edwina Kowalika u ojca w pracy

Przez długi czas moi rodzice pracowali w jednej instytucji i bardzo często przyjeżdżali razem po mnie do szkoły. Pracowali wtedy w Dowództwie Wojsk Lotniczych na Wawelskiej. Tyle, że ojciec był oficerem a mama pracownikiem cywilnym. Którejś soboty jesienią zakomunikowali mi, że jedziemy do ich pracy na koncert niewidomego pianisty Edwina Kowalika. Słyszałam o nim już wcześniej. Był jednym z laureatów Konkursu Chopinowskiego. Bardzo mnie ucieszyła ta nowina. W domu było zwyczajnie i szaro, a tu raptem takie urozmaicenie. Na koncert miałam pojechać z ojcem, bo mama musiała zawieźć jakieś zakupy do domu. Obiecała dołączyć do nas później i rzeczywiście zjawiła się na drugiej części koncertu. Byłam bardzo ciekawa muzyki niewidomego pianisty na żywo, bo w radiu już pana Kowalika słyszałam. Tym razem absolutnie nie było mowy o chrupaniu słodyczy w czasie występu. Wiedziałam, że tak nie wolno i nigdy więcej to się nie powtórzyło. Pan Edwin Kowalik grał wspaniale. Nie pamiętam już dziś, czy wykonywał tylko utwory Chopina, czy również innych kompozytorów. W przerwie recitalu trochę rozmawialiśmy. Ojciec powiedział, że jestem niewidoma i też zaczęłam uczyć się muzyki. Pan Kowalik okazał się miłym, bezpośrednim człowiekiem i życzył mi postępów w nauce gry na pianinie. Nie było zbyt wiele czasu na dłuższe rozmowy. Zaraz pojawiła się mama i zajęliśmy nasze miejsca na specjalnie przygotowanej na ten koncert sali kinowej. Do domu wróciłam zadowolona z tak mile spędzonego wieczoru. Niestety następne spotkanie z Edwinem Kowalikiem nie odbyło się już w tak miłych okolicznościach i to tylko i wyłącznie z mojej winy. Uczyła mnie wtedy prywatnie muzyki pani Dorota Wiłkomirska, matka słynnej skrzypaczki Wandy. Ponieważ miałam lenia za skórą i notorycznie nie przykładałam się do pracy, postanowiła zaprosić do swojego domu Edwina Kowalika na moją lekcję, żeby posłuchał jak gram i wyraził swoją opinię. Lekcja miała się odbyć w obecności obojga rodziców, a ja obmyśliłam plan, jak to wszystko zepsuć. Specjalnie grałam niedbale i często się myliłam. Na koniec pan Kowalik powiedział, że zawód pianistki w przyszłości nie da mi chleba. Byłam z tego dumna, w przeciwieństwie do mocno zawiedzionych i rozzłoszczonych na mnie rodziców, którym przyniosłam wstyd. Tymczasem pani Dorota Wiłkomirska nauczyła innych niewidomych grać, a mnie nie, bo zwyczajnie mi się nie chciało systematycznie ćwiczyć. Zresztą wkrótce zrezygnowałam z lekcji muzyki, czego gorzko potem żałowałam.

3. Mój występ na szkolnej akademii

Uczyłam się od września na Placu Trzech Krzyży w Warszawie, a na początku listopada organizowano z wielkim rozmachem akademię z okazji rocznicy rewolucji październikowej. Mieliśmy tam ogromną salę zwaną teatralną, z dużą sceną i właśnie na tej sali miały odbyć się występy. Występowali przeważnie niedosłyszący, a z niewidomych wyznaczono tylko mnie. Miałam recytować wiersz Juliana Tuwima Ptasie radio i zagrać dwie melodie na organkach: Kukułeczkę z repertuaru zespołu Mazowsze i jakiegoś walczyka. Ponieważ Kukułeczka nie za dobrze wychodziła na moich organkach, pan Paliński przyniósł swoje z domu. Były wspaniałe, o niespotykanym brzmieniu. Miały głębokie niskie tony, co bardzo mi się podobało. Mama chciała je odkupić, lecz pan Paliński nie zamierzał pozbyć się rodzinnej pamiątki po dziadku. Ponieważ zawsze miałam przy sobie drugie śniadanie, nie chodziłam na ten posiłek z grupą do stołówki i każdą dużą przerwę wypełniały indywidualne ćwiczenia z moim nauczycielem. Wszystko szło dobrze aż do próby generalnej na sali w dniu akademii z udziałem innych szkolnych nauczycieli. Okazało się wówczas, że ze zdenerwowania zapomniałam tekstu wiersza. Czyżby to była trema? W tej sytuacji zmieniono nieco program i na akademii miałam tylko zagrać. Po południu zgromadzono nas wszystkich w sali, gdzie miała odbyć się uroczystość. Wykonawców usadzono wokół sceny. Wreszcie rozpoczęła się akademia, na którą zaproszeni zostali rodzice miejscowych uczniów. Moi też tam byli i życzyli mi udanego występu. Najpierw kilku niedosłyszących uczniów zaprezentowało przygotowany program. Gdy nadeszła moja kolej, wszystko poszło już gładko. Dostałam duże brawa za moją grę na organkach i zaraz po występie pojechałam z rodzicami do domu. Jeszcze przed wyjściem z sali dyrektorka gratulowała im mojego sukcesu. Obydwoje byli zachwyceni i nie szczędzili mi pochwał przez całą drogę do domu. A w domu poczułam się raptem taka zmęczona, że mama szybko położyła mnie do łóżka. Miałam dopiero 6 lat i byłam jeszcze dzieckiem. Nic więc dziwnego, że tak się to wszystko na mnie odbiło. Rodzice zamierzali też wcześniej położyć się spać. Akurat wyjątkowo nigdzie nie szli tego wieczoru i nikt do nas nie przychodził. Wysłała więc mama ojca do pobliskiej cukierni po ciastka i spędziliśmy bardzo miły wieczór. Młodsze rodzeństwo też dziwnym trafem wcześniej zasnęło i mieszkanie pogrążyło się wkrótce w tak rzadkiej u nas ciszy. Wszystko układało się tego jesiennego wieczora chyba specjalnie dla mnie na zamówienie. Nie wynikły żadne domowe problemy, którymi zwykle tak bardzo się przejmowałam. Warto więc było dobrze wypaść na szkolnej akademii, jeśli nagrodą za to miał być spokój.

4. Szkolna choinka

Zaraz po zimowych feriach świątecznych ogłoszono nam na apelu, że w szkole już niebawem urządzona będzie choinka z przedstawieniem, zabawą i paczką ze słodyczami dla każdego. Tym razem uczestniczyć w przedstawieniu miało kilkoro niewidomych, nie tylko ja. Musiałam tylko nauczyć się krótkiej zwrotki dziecinnego wierszyka, co zresztą wcale nie było trudne. O wiele trudniej było doczekać zapowiedzianych choinkowych atrakcji. I wreszcie nadeszły! Choinka w największej szkolnej sali była wspaniale przystrojona, wierszyk wypadł mi dobrze, muzyka z płyt przygrywała nam do tańca i dostałam swoją paczkę ze słodyczami. Do domu wróciłam śpiąca, ale szczęśliwa. Na tej choince byłam tylko z mamą, a ojciec zajął się po pracy młodszym rodzeństwem. Pech jednak chciał, że po tej uroczystości musiałam przerwać naukę w szkole z powodu szkarlatyny i 6 tygodni siedziałam w domu. Potem wszystko się ze szkołą pokręciło, ale to już była inna historia.

⇽ powrót do spisu treści

&&

Nasze sprawy

&&

Czy ta rehabilitacja jest naprawdę konieczna?

Bożena Lampart

Gdy ktoś marginalizuje fakt gorszego funkcjonowania organizmu, lękliwie przed tym tematem uciekając lub odkładając wizytę u lekarza na dalszy plan, może liczyć się z poważnymi konsekwencjami. Rządzi nami uczucie strachu, którego każdy się wstydzi, lecz niepotrzebnie, gdyż ma ono swój zalążek od momentu ewolucji człowieka. Każdy boi się niepomyślnej diagnozy, więc przed nią ucieka. Gdy niedomaganie kończy się rehabilitacją ambulatoryjną lub szpitalną, podczas której przywrócenie prawidłowego funkcjonowania organizmu uwieńczone jest udanym zabiegiem operacyjnym, to w zasadzie problem szybko się kończy, a przy dobrym układzie po jakimś czasie chory o nim może zapomnieć. Inaczej sprawy się mają, gdy choroba, wypadek powoduje przewlekłą niepełnosprawność lub człowiek z taką się już rodzi. Są wśród nas osoby niewidome, które uczyły się jak korzystać ze zmysłów pozawzrokowych od urodzenia. Ociemniałe natomiast musiały się przestawić na postrzeganie świata za pomocą innych zmysłów niż wzrok. O konieczności rehabilitacji społecznej, zawodowej, leczniczej sporo już mówiono, nie mniej się słyszało lub pisało. Efekty każdej zależą od silnej woli i chęci rehabilitowanego, a czym większe zaangażowanie, tym lepsza sprawność.

Rehabilitacja zbędna

Warto zwrócić uwagę, że są osoby, którym w ogóle nie zależy na samodzielnym funkcjonowaniu. Powodem może być brak wiary w siebie, niska samoocena lub depresja spowodowana dysfunkcją. Trzeba doprawdy dużo zaangażowania rehabilitanta lub opiekuna, aby przekonać chorego o sensie przeprowadzenia procesu integracji społecznej, a i to czasami nie daje pożądanego rezultatu.

Inną grupę stanowią ci, którzy stronią od rehabilitacji głównie po to, aby wzbudzić litość w opiekunie. Choć często stać ich na dużo więcej niż sprawiają wrażenie, celowo to ukrywają, a opiekun musi tańczyć jak oni zagrają. Maruderzy, osoby opieszałe lub pasywne a to książki nie czytają, gdyż są senni, a to nie korzystają z dostępnych aplikacji na urządzeniach mobilnych, bo za trudne lub za drogie. Są również osoby wręcz wymuszające na innych udzielenie pomocy, gdyż wychodzą z założenia, że ogranicza ich dysfunkcja i należy im się to jak psu buda. Lubią nawet wywoływać w opiekunie lub przypadkowym przechodniu konsternację z tego powodu. Jak takiej grupie zaproponować rehabilitację społeczną lub wzbudzić aktywność, skoro jej przedstawiciele nie chcą uwierzyć w siebie lub po prostu się im to nie opłaca.

Rehabilitacja zrównoważona

Dobrze jest, gdy wysiłek osoby z dysfunkcją włożony w osiągnięcie w miarę samodzielnej egzystencji oraz wskazówki opiekuna są zrównoważone. Pozwoli to na uniknięcie niepotrzebnych napięć. To może mieć jedynie miejsce wtedy, gdy opiekun obserwujący postępy osoby rehabilitowanej wycofa się w odpowiednim momencie. Może się zdarzyć, że ów moment zostanie z jakiejś przyczyny przegapiony, lecz po stronie osoby z dysfunkcją leży, aby delikatnie to zaakcentować. Okazanie wzajemnego szacunku sprzyja właściwej rehabilitacji.

Rehabilitacja zlekceważona

To chyba najbardziej żenujący przypadek współpracy pomiędzy osobą ze szczególnymi potrzebami a osobą wspomagającą. Z reguły większość osób z niepełnosprawnością narządu wzroku korzysta z dobrodziejstw nowych technologii i gdy do tego dokłada się zapał do osiągnięcia jak najwyższego stopnia sprawności, może to wówczas budzić zaskoczenie w oczach opiekuna. Bywa, że opiekun, chcąc poprawić swój wizerunek lub zaakcentować własne poświęcenie, zaczyna manipulować członkami rodziny podopiecznego lub znajomymi tak dalece, aby dostrzegli i docenili jego oddanie i heroizm. Co więcej, gdy ten ostatni ustanowił własną dominację, a jego rozum udał się na majówkę, często może lekceważyć i minimalizować potencjał podopiecznego. Jakie mamy w takim przypadku rozwiązanie? Wyrzucamy z siebie emocje, wytykając popisy opiekuna lub zatrzymujemy je w sobie z obawy przed wykluczeniem społecznym. Warto jednak nie zapominać, bez względu na okoliczność, że nie można zaniedbać rehabilitacji, ponieważ robimy to głównie dla siebie.

⇽ powrót do spisu treści

&&

Każdy ma swoje Kilimandżaro

Krystyna Synak

Każdego dnia ludzie zmierzają się ze swoimi słabościami i słabymi punktami, a osoby niewidome mają do pokonania wiele, wiele więcej. Chciałabym opowiedzieć o Radku, którego uczę od wielu lat.

Na zajęciach opowiadałam o górze Kilimandżaro, o trudnościach, by na nią wejść, o taternikach i znanych himalaistach, którzy zmagali się z tą górą.

Kilimandżaro pasuje do codziennej wspinaczki Radka na górę samodzielności i właśnie ją postanowiłam mu zadedykować.

Podczas zajęć przygotowywaliśmy spaghetti bolognese. Każdy uczeń otrzymał coś do pokrojenia. Radek dostał pieczarki. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nie potrafił kroić. Pierwszy kontakt z nożem skończył się drobnym skaleczeniem, wystarczyło zawinąć palec plastrem i po bólu, ale to przeżycie pozostało w jego głowie i kolejnego krojenia bał się rozpocząć. Powinnam dodać, że Radek ma nadwrażliwość czuciową i w dodatku jest niewidomy.

– Radek, dasz radę - zachęcałam. - Tylko przypomnij sobie jak wygląda twoje stanowisko pracy. Co potrzebujesz, aby dzisiaj pokroić pieczarki.

– Potrzebuję deseczki do krojenia i noża - odpowiedział.

– No właśnie. Sprawdź, czy wszystkie narzędzia są przed tobą.

– Mam drewnianą deseczkę - odrzekł.

– A po czym poznałeś, że jest drewniana - zapytałam.

– Jest ciepła w dotyku, trochę chropowata i twarda. Te plastikowe są wiotkie, a ze szkła zimne.

Nagle dotknął czegoś zimnego pod palcami i od razu dodał

– A to nóż.

– A którą częścią noża będziesz kroił - zapytałam.

– Tą z ząbkami.

– A co jeszcze powinniśmy zrobić przed krojeniem - kontynuowałam.

– Umyć ręce i założyć fartuszek kuchenny - odrzekł.

– Więc wstań i zrób to. Dzisiaj pokroisz 3 pieczarki. Zgoda?

Choć wiedziałam, że bardzo się boi, nie miał wyjścia.

No i teraz dopiero zaczęło się. Wstał z krzesła i zaczął przesuwać się w stronę umywalki. Myślał, że robi to szybko, ale mylił się. Pozostali uczniowie dość swobodnie posługiwali się nożem, więc słyszał jak kroili przygotowane produkty. A Radek cóż, wciąż szukał rękoma umywalki. Gdy ją znalazł, zaczął szukać mydła, później ręcznika. Gdy ręce były przygotowane do pracy, podszedł do szafki, w której mamy schowane fartuszki i choć znalazł swój fartuch, zaczęły się kolejne schody. Trzeba było go samodzielnie założyć. Szukał góry fartucha albo jakiegoś charakterystycznego punktu. Ale na darmo. Nie potrafił prosić o pomoc. Widząc jego wyczyny, powiedziałam:

– Radku, w takim tempie nie zdążysz pokroić tych pieczarek.

Pamela (koleżanka z klasy) obserwując jego przegraną walkę z fartuchem i bezradność, pomogła mu się ubrać.

Niepewnie zabrał się do pracy. Starał się tak bardzo nie dotknąć ostrej części noża, że podeszłam i zapytałam:

– Przypomnij sobie, jak uczyłam cię kroić pieczarki?

– Najpierw odkrawamy nóżkę, później przekrawamy kapelusz na dwie części, kładziemy tą płaską częścią na desce i znowu kroimy na pół. Tak, żeby były coraz mniejsze - słowa wyleciały mu jak amunicja z pistoletu.

– Świetnie zapamiętałeś czynności. A jakie ruchy twoja ręka musi wykonać?

– To jest ruch do przodu i do tyłu albo w poprzek i wzdłuż.

– Świetnie. Teorię już opanowałeś, to teraz praktyka. A którą częścią noża?

– Tą z ząbkami - odrzekł.

Z opresji wybawił go dźwięk dzwonka na przerwę, jednak doskonale wiedział, że po dzwonku od nowa zacznie się jego walka z nożem i pieczarkami…

Po dzwonku zabrał się do pracy. Wszyscy już skończyli krojenie i czekali na Radka. I choć też są osobami niewidomymi, to lepiej sobie radzą z tymi czynnościami. Postanowiłam głośno pochwalić mojego ucznia:

– Radku, świetnie pokroiłeś pieczarki, podaj je z deseczką, bo trzeba je wrzucić do pozostałych, aby zrobić sos do spaghetti.

Wrzuciliśmy jego pieczarki na patelnię. Słyszał jak skwierczą i smażą się ze wszystkimi produktami. Cieszył się i to bardzo. Zdjął błyskawicznie fartuch (z tym nigdy nie miał kłopotów) i czekał.

– Wiesz, że pokroiłeś znacznie lepiej od Zuzi. Jestem z ciebie bardzo dumna. A poza tym nigdy nie bój się prosić o pomoc. My nie wiemy, czy ty w ogóle od nas oczekujesz pomocy czy nie. A może chcesz być już całkowicie samodzielny? Rozumiesz - poinformowałam go na głos.

– Dobrze. Ale to nie jest łatwe. Ja boję się prosić.

– Najłatwiej jest poddać się, prawda - dodałam.

Większość niewidomych uczniów poddaje się, gdy nie ma pozytywnych bodźców i gdy nie ma wsparcia ze strony nauczyciela. A rodzice wolą sami za nich zrobić, bo tak jest szybciej, łatwiej i bezpieczniej.

– Dzisiaj pokonałeś swój opór i osiągnąłeś sukces, bo nie skaleczyłeś się. Zdobyłeś kolejną górkę. Podobnie było z dotykaniem gliny, pamiętasz? Jak będziesz nadal robił postępy, nawet takie malutkie, to może kiedyś uda ci się wspiąć na sam szczyt góry Kilimandżaro - podsumowałam. - Wiesz, zrobiłam zdjęcie jak kroisz i wysłałam twojej mamie, aby i ona była z ciebie dumna - dodałam.

I właśnie w tej chwili do dyskusji włączyła się Ewelinka.

– Radek, jak potrzebujesz pomocy, możesz na mnie liczyć, przecież wiesz, tylko musisz o to poprosić. Jak nic nie powiesz, to ja nie wiem, że mam ci pomóc.

– Tak, ale to jest trudne - cicho przytaknął chłopiec.

Spaghetti było pyszne i wyjątkowe. Wyjątkowe, bo wykonali je sami uczniowie pod moim czujnym okiem, a Radek był z siebie bardzo dumny, chociaż pokroił tylko trzy pieczarki. Dla jednych będą to tylko trzy pieczarki do pokrojenia, a dla innych aż trzy.

Od tego momentu każdego dnia krok po kroku Radek pokonuje swoje słabości i przekracza nowe granice, podążając na szczyt swojego Kilimandżaro. A ja nadal jestem jego wychowawczynią i bacznie obserwuję jego rozwój.

Od dwóch lat uczy się w Szkole Branżowej Pierwszego stopnia, kierunek - pomocnik hotelowy. A koniec tego roku był dla niego wyjątkowy, bo otrzymał świadectwo z wyróżnieniem.

Nie wiem, jak potoczy się dorosłe życie Radka. Wiem, że na pewno ma kochającą mamę, kochającego brata bliźniaka i kochających dziadków. To oni będą stali każdego dnia przy nim i cieszyli się jego osiągnięciami.

⇽ powrót do spisu treści

&&

Tak, ale… Zmysły, których nie ma

Stary Kocur

W felietonie Doskonalenie zmysłów pisałem, że zmysły są to anatomiczne części organizmów, składające się z receptorów, nerwów przekazujących bodźce do odpowiednich partii mózgu, czyli do pól mózgowych, w których następuje interpretacja uzyskanych informacji z otoczenia oraz z własnego organizmu. Przypominam tę definicję, gdyż zamierzam pisać o zmysłach, których nie ma, które nie istnieją, a o których ludziska, czyli człowieki, ciągle mówią. Cóż, taka ich uroda, że lubią wypowiadać się na tematy, o których pojęcia nie mają. A co się zaś tyczy zmysłów, które nie istnieją, to nie tylko dwa zmysły są takimi artefaktami, ale także inne twory człowieczych mózgów. No, bo czy ktoś widział żywego krasnoludka albo elfa, albo centaura? Przecie że nie, ale mnóstwo słów, zdań, opowiadań i inszych utworów literackich napisano. Ba, nawet rysunki, malunki i może zdjęcia tych postaci zobaczyć można. No i o tych dwóch zmysłach też sporo mitów krąży wśród ludzi widzących, a i wśród niewidomych nie jest lepiej. Też niekiedy powtarzają podobne bajeczki. Ale do rzeczy Stary Kocurze, bo coś kręcisz.

Ludziska uważają, że niektórzy z nich, a niewidomi wszyscy, posiadają szósty zmysł. Jak pisałem w poprzednim felietonie, człowiek ma aż 21 zmysłów. A więc już w tym określeniu szósty zmysł kryje się fałsz. Bo niby który z nich miałby być tym szóstym. To jednak drobna szczegóła. Jest i ważniejszy problem z tym nieistniejącym szóstym zmysłem.

Anatomicznie nie istnieje nic takiego, co potocznie nazywane jest szóstym zmysłem. Nikomu nie udało się znaleźć receptorów tego zmysłu ani jego drogi nerwowej, ani pola mózgowego, do którego ona prowadzi. Nie ma więc odbioru i przetwarzania bodźców, nie ma szóstego zmysłu.

W potocznym znaczeniu określenie szósty zmysł oznacza raczej intuicję niż postrzeganie zmysłowe. Można przyjąć, że to co ludzie określają szóstym zmysłem, jest nieświadomą pracą mózgu, podświadomym analizowaniem bodźców mało znaczących, może podprogowych, oraz wyciąganiem niezbyt sprecyzowanych wniosków, umożliwiających niekiedy prawidłowe reagowanie na sytuację, w której się człek znalazł.

Ludziska często przypisują niewidomym posiadanie szóstego zmysłu. Wynika to stąd, że nie wyobrażają sobie życia bez wzroku. Niewidomi jednak radzą sobie w różnych sytuacjach, a więc muszą posiadać coś, co zastępuje im wzrok. Tym czymś jest szósty zmysł. Chociaż termin ten wyjaśnia niezrozumiałe radzenie sobie z problemami życia codziennego bez posługiwania się wzrokiem, nie istnieje żaden dodatkowy zmysł, który posiadają niewidomi a inni ludzie nie. Niewidomi lepiej niż pozostali ludzie wykorzystują informacje pozyskiwane przy pomocy pozostałych im zmysłów, a nie informacje dostarczane przez szósty zmysł.

Tak to już jest, że jak się nie ma tego co się lubi, trzeba lubić to, co się ma. Niewidomi nie mają wielkiego bogactwa informacji dostarczanych przez wzrok, muszą więc jakoś uzupełniać ten ubytek. Oczywiście pozostałe zmysły nie mogą dostarczyć aż tylu informacji, których dostarcza wzrok, ale wszakże coś mogą. I oczywiście, to coś nie wystarczałoby, gdyby nie mózg człowieczy. Niewidomi są człowiekami i mają człowiecze mózgi, a te mają niemal nieograniczone możliwości.

Niewidomi uzyskują z otoczenia znacznie mniej informacji niż ludzie widzący, ale te, które uzyskują, umożliwiają im funkcjonowanie w środowisku społecznym i w środowisku fizycznym. A jak nie oszczędzają swojej mózgownicy, jeżeli korzystają ze słowa pisanego i dorobku myśli ludzkiej, jeżeli potrafią przetwarzać i wykorzystywać te informacje, mogą być wybitnymi artystami, twórcami, politykami i oszustami. I wcale nie muszą mieć żadnego szóstego zmysłu. Wystarczą im te zmysły, które posiadają plus mózg.

Drugim nieistniejącym zmysłem jest zmysł przeszkód. A to ci mi się udało - jest, chociaż go nie ma.

Zmysł przeszkód nie istnieje, bo nie ma specjalnych receptorów, drogi nerwowej ani specjalnego pola mózgowego. Jest to raczej zdolność do odbierania przy pomocy słuchu bardzo słabych bodźców akustycznych odbitych od różnych obiektów. Wynika z tego, że to słuch udaje zmysł, który nie istnieje. Jak on to robi?

A no, odbieranie bodźców przy pomocy tego zmysłu polega na odczuwaniu z niewielkiej odległości lekkiego ucisku na twarzy przy zbliżaniu się do większego przedmiotu. Nie jest możliwe rozpoznanie tego przedmiotu, a tylko stwierdzenie, że jakiś przedmiot znajduje się w pobliżu. Mimo niedokładności zmysł ten odgrywa pozytywną rolę w orientacji przestrzennej niewidomych, pozwala unikać zderzeń z niektórymi przeszkodami, iść prosto wzdłuż ciągu budynków czy żywopłotu.

Uczucie muśnięcia na twarzy powstaje w wyniku odbierania bardzo słabych bodźców dźwiękowych odbijanych od przeszkody. Niewidomi odbierają te słabe bodźce, uczą się kojarzyć je z niebezpieczeństwem, z bólem, chcą uniknąć zagrożenia i wykonują odpowiednie ruchy, unikają bólu, a to wszystko bez udziału świadomości.

A więc zjawisko to powstaje na skutek doświadczeń osoby niewidomej. Niewidomy musi więc zdobywać doświadczenie, które samo nie przyjdzie. Musi się uczyć, zwracać uwagę na bodźce odbierane zmysłem przeszkód, uczyć się wyodrębniania tych bodźców z tła dźwiękowego i wykorzystywania ich w celu unikania zderzeń z przeszkodami. Z czasem nabierze wprawy i będzie mógł korzystać z tego nieistniejącego zmysłu.

Zmysł przeszkód określany jest też jako dotyk na odległość, wrażenie przeszkody, percepcja twarzą i szósty zmysł.

Dodam, że zmysł ten badał niewidomy tyflolog dr Włodzimierz Dolański, który za to otrzymał w Warszawie ulicę. Jest to mała uliczka, ale jest, w przeciwieństwie do zmysłu, którego nie ma.

Jest i trzecie coś, co niewiadomo czy jest. Tym czymś jest dermooptyka, a mówiąc po polsku - widzenie skórne. No, temu czemuś to poświęcono już wiele badań, publikacji i wiele stanowisk zaprezentowano w tej sprawie. Jedni badacze udowadniają, że niektórzy niewidomi a nawet niektórzy widzący posiadają taką umiejętność. Mało tego, są i tacy badacze, którzy twierdzą, że zdolność tę można w sobie odkryć i rozwinąć. W literaturze jest sporo opisów osób, które posiadają lub posiadały tę zdolność.

Jeszcze inni badacze twierdzą, że nic takiego nie istnieje, a osoby, które publicznie prezentowały widzenie skórne, po prostu oszukiwały, albo korzystały z innych sposobów przekazywania informacji, np. telepatii.

Pokazy dermooptyki organizowane były m.in. w Warszawie w gmachu Zarządu Głównego PZN i w laskowskim Ośrodku Szkolno-Wychowawczym. Sprawa jednak jakoś rozeszła się po kościach. Jedni wierzą w widzenie skórne, a inni nie wierzą. Ja kwestii tej nie rozstrzygnę. Jestem tylko Starym Kocurem, nie mam możliwości prowadzenia badań, a i nie leży to w mojej kociej naturze, żeby zastanawiać się, ilu diabłów może tańczyć kozaka na czubku szpilki. Dla mnie albo jest myszka, albo jej nie ma, albo była i tylko zapach po niej pozostał, albo jej nie ma i nie było. Zawsze jednak wierzę, że myszki będą. A tymi diabłami tańczącymi na czubkach szpilek niechaj ludziska się zajmują. Mają większe głowy, niech trochę pogłówkują, a może coś z tego będzie, chociaż nie wydaje mi się, że niewidomi kiedykolwiek będą czytali książki pisane zwykłym drukiem, siadając na ich otwarte strony.

Jakby jednak nie było, człowieki, w przeciwieństwie do kotów, potrafią wymyślać niestworzone rzeczy i twierdzić, że są one stuprocentowo prawdziwe. Bzdurą taką jest na przykład pogląd, że niewidomi mają wspaniały słuch muzyczny. A tu mój protoplasta słyszy jeno, czy grają, czy nie grają. Ki czort - jest on niewidomy, czy nie jest? A może to bzdura, że niewidomi są tacy muzykalni? Ale to już sami rozstrzygnijcie. Ja dodam tylko, że jest wiele innych podobnych poglądów. No, chociażby ten, że niewidomi mogą być lepszymi pracownikami od pracowników widzących, bo skupiają się na pracy i nic ich nie rozprasza. To twierdzenie jest prawdziwe tylko wówczas, kiedy mamy niewidomego inteligentnego, sprawnego, sprytnego i widzącego ofermę. Wówczas niewidomy może być lepszy od widzącej ofermy.

Ale dosyć tego. Jeżeli uruchomicie swoje intelektualne możliwości, sami znajdziecie mnóstwo przykładów za a nawet przeciw.

⇽ powrót do spisu treści

&&

Nowa organizacja działająca na rzecz osób niepełnosprawnych

Aneta Wawrzos

Chciałabym polecić uwadze nowo powstałą Fundację Słońce dla słońca.

Fundacja stworzona została z inicjatywy grupy niewidomych przyjaciół, którzy postanowili nie czekać biernie aż ktoś zdecyduje się im pomóc. Czynieniem dobra zarazili innych, którym los osób potrzebujących nie jest obojętny i tak powstała Fundacja Słońce dla słońca.

Pomysł na powołanie organizacji narodził się w czasie epidemii. Czas ten pokazał, jak wielu ludzi jest samotnych i potrzebuje wsparcia innych.

Misją i celem Fundacji jest nie tylko zwrócenie uwagi, ale przede wszystkim szeroko rozumiana pomoc osobom niepełnosprawnym, niewidomym, słabowidzącym, starszym oraz ubogim potrzebującym pomocy.

Wśród nas jest wiele osób potrzebujących, często nie zauważanych przez ogół społeczeństwa i to właśnie im pragniemy z całego serca nieść bezinteresowną pomoc - mówi Mateusz Duchna, Prezes Fundacji.

Nikt lepiej nie zna problemów i trudności dnia codziennego osób niepełnosprawnych - dodaje Sebastian Michałowski, pełniący w Fundacji funkcję wiceprzewodniczącego.

Dlatego teraz działamy jako fundacja i jedna wielka rodzina osób pomagających i potrzebujących pomocy. Największą satysfakcję odczuwamy właśnie wtedy, gdy dajemy innym coś z siebie, gdy za cel stawiamy sobie poprawienie warunków życia innych ludzi, gdy przyłączamy się do jakiejś większej sprawy i staramy się wywrzeć pozytywny wpływ na otaczający świat - tłumaczą.

Swoim beneficjentom Fundacja oferuje możliwość uczestnictwa w kursach, szkoleniach, wydarzeniach sportowych, kulturalnych i integracyjnych, rehabilitację w formie masażu oraz pomoc finansową.

Fundacja w ramach swoich działań planuje stworzyć Sekcję Sportową Blind Football czyli piłkę nożną dla niewidomych, promując tą niezwykłą dyscyplinę sportu, a także umożliwiając osobom z dysfunkcją wzroku grę w piłkę. Dlatego poszukuje zawodników do drużyny i zaprasza do kontaktu osoby z Bielska i okolic oraz z całego Śląska.

Z Fundacją można skontaktować się wysyłając wiadomość na adres: sloncedlaslonca@gmail.com, dzwoniąc pod numery telefonów: 886 965 707 - Mateusz Duchna, 579-982-823 - Sebastian Michałowski lub za pośrednictwem Facebooka: https://www.facebook.com/Fundacja-s%C5%82o%C5%84ce-dla-s%C5%82o%C5%84ca-108207681574798.

⇽ powrót do spisu treści

&&

Listy od Czytelników

&&

Szanowna Pani Doroto!

Serdecznie dziękuję za słowa uznania pod adresem moich tekstów publikowanych w Sześciopunkcie. Współpracując z czasopismem, chciałam i nadal chcę dzielić się z Czytelnikami prawdziwą, praktyczną, zrozumiałą i przydatną wiedzą psychologiczną. Wygląda na to, że pomysł jest dobry i że warto go kontynuować...

Zaproponowany przez Panią temat relacje dorosłych dzieci z rodzicami na pewno będzie jednym z kolejnych tematów poradnika.

Dziękuję za inspirację i życzę dających siłę doświadczeń i przeżyć w kontakcie z muzyką i nie tylko.

Małgorzata Gruszka

⇽ powrót do spisu treści

&&

Szanowni Państwo!

Jesteśmy uczniami klasy VB Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Olsztynie. Jak sama nazwa wskazuje, jesteśmy sportowcami - trenujemy taekwondo olimpijskie i pływanie. Większość z nas nie zna osobiście osób niewidomych, ale ostatnio na lekcjach języka polskiego omawialiśmy Katarynkę Bolesława Prusa, która opowiada o niewidomej dziewczynce. Ta lektura zwróciła naszą uwagę na problem osób niewidomych. Wiemy, że dzisiaj życie takich osób wygląda inaczej niż w XIX wieku, między innymi dzięki takim organizacjom jak Państwa Fundacja. Książeczkę Zaprzyjaźnij się z osobą niewidomą przyniosła nam nasza Pani od języka polskiego. Przeczytaliśmy całą i dzięki niej już wiemy, że niewidomi są tacy sami jak my, chociaż czasami potrzebują naszej pomocy. Historia Janka i Krzyśka naprawdę nas wciągnęła. Dziękujemy za tę opowieść i możliwość wejścia w świat ludzi niewidomych. Podziwiamy osoby, które na co dzień posługują się alfabetem Braille’a, bo nam wydaje się on bardzo trudny. Postaramy się zwracać większą uwagę na ludzi wokół nas, aby nie przegapić chwili, kiedy ktoś będzie potrzebował naszej pomocy albo chociaż odrobiny życzliwości. Teraz mamy ku temu okazję, bo w październiku wszystkie szkoły w naszym mieście wspierają Pawła, który choruje na białaczkę. Więcej informacji można znaleźć na https://www.siepomaga.pl/pawel-parczewski.

Pozdrawiamy serdecznie

Paweł, Dominika, Marysia, Michał, Bartek, Iwo, Oliwier, Daniel, Sebastian, Staś, Justin, Amelia, Marysia z VB, Joanna Ulatowska-Letko - nauczyciel języka polskiego

***

Bardzo dziękujemy za ten piękny, wzruszający list. Cieszymy się, że uczniowie z takim zrozumieniem i wrażliwością przyjęli przesłanie opracowanej przez fundację broszurki Zaprzyjaźnij się z osobą niewidomą, że będą śpieszyli z pomocą, wtedy gdy ktoś będzie tego potrzebował.

Trochę nam przykro, że nie możemy opublikować zdjęcia uczniów trzymających w rękach broszurki i alfabety brajlowskie.

Serdecznie pozdrawiamy całą klasę i Panią nauczycielkę.

Zarząd Fundacji Świat według Ludwika Braille’a

⇽ powrót do spisu treści

&&

Ogłoszenia

&&

Wspomnienia - Moje Laski

W październiku z okazji 100-lecia Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, ukazała się publikacja pt. Wspomnienia - Moje Laski. Na książkę składają się wspomnienia laskowskich absolwentów, którzy w Laskach rozpoczęli drogę ku niezależności, zdobywając gruntowne wykształcenie, siłę do pokonywania barier i ograniczeń a niekiedy prawdziwy dom i przyjaciół na całe życie. Wspomnienia spisane zostały w różnorodnej formie, czasem jest to opowieść biograficzna lub tylko jakiś epizod, niekiedy wspomniane zostały konkretne osoby, które odegrały ważną rolę w życiu dziecka, co później, w życiu dorosłym, dało odwagę do pokonywania wszelkich przeciwności. Książka została wzbogacona twórczością autorów, którzy strofami wierszy wyrażają wdzięczność za Dzieło Błogosławionej Matki Czackiej.

Książka jest jeszcze dostępna w Dziale ds. Absolwentów Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach. Osoby zainteresowane zakupem publikacji, mogą złożyć zamówienie telefonicznie: 22 75-23-351 lub mailowo: dzialabsolwentow@laski.edu.pl.

Teresa Dederko

&&

Premiera przewodnika Doświadczanie przestrzeni w ramach projektu Wielozmysłowe Wycieczki Kulturalne

– Wielozmysłowe Wycieczki Kulturalne to projekt realizowany przez Fundację od 2019 roku. Jest to cykl wakacyjnych spotkań, w trakcie których osoby z niepełnosprawnością wzroku są włączone w odbiór i doświadczenie kultury wizualnej - mówią założycielki Fundacji, Adrianna Lau i Monika Matusiak.

Doświadczanie przestrzeni

Tematem tegorocznej, już trzeciej edycji, jest doświadczanie przestrzeni. Uczestnikami/czkami projektu byli członkowie/kinie Polskiego Związku Niewidomych w Kozienicach oraz Morągu. W trakcie spotkań dowiedzieli się jak słuchać, aby usłyszeć miasto i jego różnorodne dźwięki. Odkryli również na nowo olfaktoryczną warstwę miast i wspomnień związanych z zapachem. Na podstawie tych doświadczeń powstały współtworzone przez uczestników/czki audiodeskrypcje miejsc.

W ramach projektu organizatorki stworzyły również przewodnik Doświadczanie przestrzeni. Jest to zbiór praktyk zachęcający do wielozmysłowego poznawania miasta, jego architektury i przyrody. Odkrywanie krajobrazów dźwiękowych i zapachowych pozwoli na doświadczenie przestrzeni wokół nas z zupełnie innej perspektywy. Przewodnik w wersji do pobrania właśnie ukazał się na stronie Fundacji. Warto zapoznać się z jego treścią!

Projekt dofinansowano ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu w ramach programu Narodowego Centrum Kultury Kultura – Interwencje 2021.

Wielozmysły

Fundacja Dostępnej Kultury Wizualnej - Wielozmysły to inicjatywa włączająca osoby z niepełnosprawnościami w odbiór oraz tworzenie sztuki. Od 2018 roku jej twórczynie dążą do tego, żeby kultura stała się wrażliwa i otwarta na różnorodne potrzeby. Organizują spotkania, podczas których wypracowują nową, demokratyczną formę poznawania sztuki, łączącą świat osób niewidomych i widzących. Udostępniają dzieła kultury wizualnej, poprzez działania edukacyjne oraz materiały pomocnicze (audiodeskrypcję i tyflografiki). Tworzą przestrzeń, w której każdy - bez względu na niepełnosprawność - będzie mógł doświadczyć sztuki.

Więcej informacji o fundacji i jej działaniach można znaleźć na stronie internetowej https://wielozmysly.org/pl oraz YouTube.com.

Źródło: http://www.niepelnosprawni.pl/

⇽ powrót do spisu treści