Sześciopunkt Magazyn Polskich Niewidomych i Słabowidzących ISSN 2449–6154 Nr 1/106/2025 Styczeń Wydawca: Fundacja „Świat według Ludwika Braille’a” Adres: ul. Powstania Styczniowego 95D/2 20–706 Lublin Tel.: 697–121–728 Strona internetowa: http://swiatbrajla.org.pl Adres e-mail: biuro@swiatbrajla.org.pl Redaktor naczelny: Teresa Dederko Tel.: 608–096–099 Adres e-mail: redakcja@swiatbrajla.org.pl Kolegium redakcyjne: Przewodniczący: Beata Krać Członkowie: Jan Dzwonkowski, Tomasz Sękowski Na łamach „Sześciopunktu” są publikowane teksty różnych autorów. Prezentowane w nich opinie i poglądy nie zawsze są tożsame ze stanowiskiem Redakcji i Wydawcy. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam, ogłoszeń, informacji oraz materiałów sponsorowanych. Redakcja zastrzega sobie prawo do skracania, zmian stylistycznych oraz opatrywania nowymi tytułami materiałów nadesłanych do publikacji. Materiałów niezamówionych nie zwracamy. Publikacja dofinansowana ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Logo PFRON && SPIS TREŚCI Od redakcji Zimowe sny - Jolanta Maria Dzienis Nowinki tyfloinformatyczne i nie tylko Potrzeba matką wynalazku: jak powstał i jak działa projekt RHVoice (cz. I) - Dorota Krać i Zvonimir Stanecić Prawo na co dzień Nowy rok, nowe zmiany: Co czeka osoby niewidome i słabowidzące w 2025 Roku? - Prawnik Zdrowie bardzo ważna rzecz Jak budować odporność organizmu? - Agata Sierota Kuchnia po naszemu Styczniowe słodkości - N.G. Z poradnika psychologa Wstyd, czym jest i jak sobie z nim radzić - Małgorzata Gruszka Z polszczyzną za pan brat Nóż z widelcem - Tomasz Matczak Rehabilitacja kulturalnie Kto dziś o niej pamięta? - Ireneusz Kaczmarczyk Czas karnawału - Marta Warzecha Nie lubię wymiany poglądów, zawsze na tym tracę - Paweł Wrzesień Muzeum w Sanoku otwiera się na niewidomych - Radosław Nowicki Czar Podlasia w jeden dzień - Maria Dąbrowska Wydobyte z zapomnienia - Aleksandra Ochmańska Galeria literacka z Homerem w tle Fragment książki „Ten głos. Ksawery Jasieński” autorstwa Marty Kawalec Nasze sprawy Jak sobie radzę ze strachem przed ciemnością i ludźmi - Agata Sierota Noworoczne postanowienia - Tomasz Matczak Nie jestem białą laską - Teresa Dederko Listy od Czytelników && Od redakcji Drodzy czytelnicy! Rozpoczął się nowy rok, który z pewnością przyniesie wiele zmian i niespodzianek, oby tylko pozytywnych. Niezawodny „Sześciopunkt” nadal co miesiąc będzie gościł w Państwa domach, a w nim, jak zawsze, przedstawiamy wiele ciekawych informacji i tematów, opisywanych przez „Sześciopunktowych” autorów. Czytając numer styczniowy, warto zapoznać się z naszymi poradnikami, z których można dowiedzieć się, jakie nastąpią zmiany w prawie, jak powstał i jak działa projekt RHVoice lub czym jest wstyd i jak sobie z nim radzić. W „Kuchni po naszemu” znajdziemy proste przepisy na karnawałowe słodkości. W dziale „Rehabilitacja kulturalnie” publikujemy biograficzne teksty o życiu i twórczości pisarzy, o ciekawym muzeum w Sanoku otwartym na potrzeby niewidomych, a także recenzję książki „Służące do wszystkiego”. Zapraszamy do „Galerii literackiej”, w której przedstawiamy fragment książki o znanym i lubianym lektorze, Ksawerym Jasieńskim. W rubryce „Nasze sprawy”, jak zwykle poruszamy różne tematy ważne dla osób niewidomych. Dziękujemy wszystkim Czytelnikom, którzy dzielą się z redakcją swoimi uwagami i opiniami dotyczącymi tekstów zamieszczanych w „Sześciopunkcie”. Życzymy ciekawej lektury Zespół redakcyjny && Zimowe sny Jolanta Maria Dzienis Zaczarowana, zimowa polana śniegiem zasypana, Śpi głęboko pośród sosen srebrnie oblodzonych, Na jej skraju chatka z piernika wichrami owiana, Błyska szybą pełną kwiatów mrozem malowanych. Cisza wokół, słychać tylko kropelek kaskady, W cieple zimowego słońca z dachu spadających, Czasami coś zaszeleści, dźwięk wyda chropawy, Pod skokami mknącego przez polanę zająca. Drżąc w podmuchach wiatru, jaśmin w okno puka, Lodowymi gałązkami jak dzwoneczki dzwoni, Kusi, by z lata okruchami puzderko odszukać, I zapach w nim uwięziony wypuścić z dłoni. Zamykam oczy, w wonnych zatopiona marzeniach, Śni mi się wiosna, zielony krzak kwieciem obsypany, Lśniący śmietankową bielą w słonecznych promieniach, Przy chatce z piernika, na skraju zaklętej polany… && Nowinki tyfloinformatyczne i nie tylko Potrzeba matką wynalazku: jak powstał i jak działa projekt RHVoice (cz. I) Dorota Krać i Zvonimir Stanecić Osoby niewidome żyją na całym świecie, na każdym kontynencie i w każdym państwie. Pierwsze potwierdzone wzmianki na ich temat pojawiały się już w starożytności, czyli dość dawno temu. Można je spotkać praktycznie wszędzie, od wibrującego mnóstwem wszelkich doznań bogatego Nowego Jorku, po ciche nepalskie wioski ukryte przed światem wysoko w Himalajach. Niewidomi różnią się statusem w lokalnych społecznościach, sposobem życia, religią, poglądami czy wykonywanymi na co dzień zajęciami. Mówią chyba wszystkimi językami, jakie istnieją na świecie. Takich osób jest na Ziemi naprawdę wiele, ale spokojnie, w tym artykule jałowe statystyki na pewno się nie pojawią. W powyższych informacjach nie ma nic nowego i odkrywczego, prawda? Po co więc poświęcać dużą część pierwszego akapitu na przypomnienie tak fundamentalnego stanu rzeczy? Odpowiedź jest równie oczywista, jak powyższe informacje. Skoro sytuacja osób niewidomych zamieszkujących odmienne części świata jest tak bardzo zróżnicowana, to znaczy, że różnią się też ich szanse na rozwój, a zwłaszcza szanse na dostęp do technologii asystujących. Pozornie znowu nic nowego, ale może jednak warto jeszcze raz przeanalizować tę absolutną oczywistość z perspektywy kilku dziedzin nauki? Gdyby tematem różnic dostępu do technologii asystujących i wyrównywania szans na rozwój znów zajęli się socjologowie, powstałaby na przykład nowa dokładna mapa obszarów świata, które koniecznie należy wspomóc. Z kolei efektem nowych prac historyków mogłaby być inspirująca publikacja przybliżająca sylwetki pionierów, którzy tworzyli i wprowadzali czołowe technologie wspomagające na przestrzeni dziejów. A co by się działo, gdyby do zgłębiania tego tematu podeszli programiści i informatycy? Oj, co to by się działo! Właściwie od dawna się dzieje i nabiera rozpędu. Opowiemy zatem o jednym z pomysłów na takie właśnie wyrównywanie szans w dostępie do technologii asystujących, ale przede wszystkim o tym, jak kilkoro niewidomych, niby zwyczajnie siedząc przed komputerami, niesie innym niewidomym na całym świecie bardzo realną pomoc. Trzy, dwa, jeden, Enter! Pierwszym zaawansowanym urządzeniem elektronicznym, w jakie zwykle zaopatrzony zostaje niewidomy na samym początku długiej drogi do samodzielności, jest bez wątpienia komputer wyposażony w czytnik ekranu. Z reguły po niedługim czasie, do udźwiękowionego komputera dołącza smartfon, który również posiada czytnik ekranu. W takiej sytuacji, pomysł na wyrównanie dysproporcji w dostępie do udźwiękowionych komputerów i smartfonów nasuwa się sam. Wystarczyłoby zaangażować bogatsze państwa oraz międzynarodowe organizacje niosące pomoc, zakupić potrzebne urządzenia w odpowiednio dużej liczbie i dostarczyć je potrzebującym niewidomym. Okazuje się jednak, że wielu niewidomych nie jest w stanie w pełni korzystać z udźwiękowionych urządzeń, chociaż bez trudu ich na nie stać. Ogromny kłopot stanowi brak syntezatorów mowy, które obsługują ich ojczysty język. Jak powszechnie wiadomo, czytnik ekranu nie mógłby niczego odczytać bez dostępu do syntezatora lub wielu syntezatorów mowy, które wspierają jeden lub więcej języków używanych przez daną osobę. Rolę syntezatora mowy można porównać do tej, jaką w komputerze osoby widzącej spełnia ekran. Odpowiedniej jakości synteza mowy w kombinacji z dobrym czytnikiem ekranu informuje użytkownika o wszystkim, cokolwiek dzieje się na ekranie. Bez tej technologii osoba niewidoma nie może realizować się zawodowo ani społecznie, co z kolei utrudnia jej rehabilitację i integrację z innymi. Wysokiej jakości syntezator mowy to produkt, który pozwoli osobie niewidomej rozumieć tekst pisany tak, jak rozumieją go osoby widzące, nie tylko na poziomie treści, ale też układu. Dobry syntezator mowy powinien być w stanie przekazać treść tekstu oraz wszystkie jego elementy składowe, czyli akapity, zdania, a nawet pojedyncze wyrazy. Za syntezator dobrej jakości można uważać dopiero taki, który potrafi nie tylko dobrze przeczytać poprawnie napisany tekst, ale także, za pomocą drobnych przerw, wiernego fonetycznego odzwierciedlania zapisu i odpowiedniej intonacji, umie przekazać użytkownikowi informacje o błędach ortograficznych czy interpunkcyjnych, bez konieczności włączania dodatkowych narzędzi do sprawdzania pisowni i korekty tekstu. Warto zauważyć, że dla niektórych języków narzędzia do sprawdzania pisowni w ogóle nie istnieją. Poza tym, bezkrytyczne poleganie przez osobę niewidomą na narzędziach do sprawdzania pisowni podczas edycji tekstu może okazać się chybionym pomysłem w sytuacjach, kiedy prawidłowy zapis danego słowa zależy od kontekstu, w jakim ono występuje. W języku polskim takimi wyrazami są na przykład „może” oraz „morze”. Użytkownik korzystający z syntezatora mowy powinien być w stanie rozróżnić takie słowa, używając funkcji czytania po znakach. Dzięki swoim możliwościom interpretowania oraz przekazywania ortografii i interpunkcji, syntezator mowy może zastąpić monitor brajlowski lub uzupełnić jego działanie, co wydajnie przyspiesza edycję tekstu. Syntezatory mowy to technologia znana od dawna i wykorzystywana nie tylko przez osoby niewidome. Dzięki swoim komercyjnym zastosowaniom, mowa syntetyczna rozwija się prężnie, a do jej tworzenia wykorzystuje się coraz nowsze i bardziej zaawansowane technologie. W przeszłości dominowały syntezatory sprzętowe. Były to specjalne urządzenia, które po podłączeniu do komputera, generowały syntetyczną mowę, bardzo zniekształconą w porównaniu do ludzkiej. Mowa ta była jednak zrozumiała i wystarczająca do płynnej obsługi komputera. Obecnie syntezatory sprzętowe zostały zastąpione przez programowe, czyli instalowane w komputerze bez potrzeby podłączania zewnętrznego urządzenia. Mimo że syntezatory sprzętowe nie są już produkowane, niewielka grupa użytkowników nadal z upodobaniem z nich korzysta. Przydają się na przykład osobom pracującym w rozgłośniach radiowych, ponieważ są niezależne od głównej karty dźwiękowej i dzięki temu nie mogą przez przypadek pojawić się w eterze. Syntezatory mowy najczęściej były i są rozwijane przez duże firmy, które inwestują wyłącznie w języki o potencjalnie jak największym rynku zbytu. Niestety, inne języki zostają pozbawione dostatecznego wsparcia, ponieważ ich rozwijanie nie opłaca się gigantom branży syntez mowy. Takie niedostatecznie wspierane języki podzielimy umownie na małe i rzadkie. Języki małe to te, które w przeszłości były chętnie rozwijane przez firmy zajmujące się produkcją syntezatorów mowy, ale z czasem zostały porzucone. Języki rzadkie, to takie, które w ogóle nie posiadają żadnego syntezatora mowy. W przypadku języków małych, zapotrzebowanie na rozwój syntezatorów mowy jest duże. Społeczności mówiące tymi językami zgłaszają to zapotrzebowanie do firm produkujących syntezatory mowy, a także poszukują lokalnych organizacji, które mogłyby im pomóc w pozyskaniu grantu na rozwój takich syntezatorów. Z kolei języki rzadkie stanowią przysłowiową białą plamę na mapie. Jeśli jacyś programiści, mimo wszystko, zdecydują się je wesprzeć, sami muszą poszukiwać mówiących nimi społeczności i skontaktować się z ich przedstawicielami. Jest to wolontarystyczna praca u podstaw, w dodatku wymagająca wielu zasobów, takich jak komputery i serwery o dużej mocy obliczeniowej, wiedza lingwistyczna oraz duże pokłady czasu i cierpliwości. Syntezator mowy RHVoice został stworzony przez niewidomą rosyjską programistkę Olgę Jakowlewą. Jest to pierwszy na świecie syntezator, który zachowuje balans między naturalnością brzmienia głosów a umowną robotycznością mowy. Dzięki temu udaje się zachować brzmienie mowy bardzo zbliżone do prawdziwego ludzkiego głosu, jak również responsywność i stabilność syntezatora, bez obciążania procesora udźwiękawianego nim urządzenia. Kolejną ważną zaletą syntezatora mowy RHVoice jest wsparcie wielu systemów operacyjnych. Są to Windows, Linux i Android. Pierwsze wersje RHVoice ukazały się w latach 2010-2014. W tamtym czasie wsparciem objęte były następujące języki: angielski w odmianie amerykańskiej i brytyjskiej ze szkockim akcentem, brazylijski portugalski, esperanto, gruziński, kirgiski, rosyjski, tatarski i ukraiński. Duża ilość niezbyt popularnych języków na powyższej liście oznacza, że celem syntezatora mowy RHVoice jest wspieranie właśnie języków małych i rzadkich. Wyjątkiem od tej reguły jest angielski, ponieważ służy on do automatycznego przełączania języków, o czym więcej opowiemy innym razem. Warto dodać, że RHVoice jest syntezatorem o otwartym kodzie źródłowym, udostępnianym na licencji Gpl v 2.1 lub nowszej. Dzięki takiemu właśnie licencjonowaniu, RHVoice jest oddany do bezpłatnego użytku niekomercyjnego. Mówiąc prościej, za jego pomocą można udźwiękowić swoje urządzenie całkowicie bezpłatnie. Z biegiem lat rozwój projektu RHVoice zaczął przybierać na sile. Okazało się, że potrzeba znacznie więcej rąk do pracy niż pierwotnie przypuszczano. Na szczęście pojawili się też programiści, realizatorzy dźwięku, lektorzy i inni specjaliści chętni uczestniczyć w tej inicjatywie. Wśród tych osób zdecydowanie przeważają niewidomi i słabowidzący, którzy posiadają gruntowne wykształcenie oraz wysokie kompetencje. Przede wszystkim jednak, chcą sprawić, żeby dzięki ich wiedzy inni też mogli się rozwijać. Tak więc, praca nad poszczególnymi językami została rozdzielona pomiędzy różne zespoły ludzi. Oprócz głównego zespołu, który dzisiaj zajmuje się rozwojem aplikacji RHVoice do różnych systemów operacyjnych, a także rozwojem małych języków, istnieją również zespoły zajmujące się rozwojem poszczególnych głosów do jednego konkretnego języka, na przykład „Tiflo RHVoice Lab”, lub „zespół zajmujący się rozwojem języka polskiego”. Niektóre języki, takie jak macedoński, albański i uzbecki, zostały opracowane przez amerykańską firmę Nonroutine LLC. Obecnie firma ta, wraz z twórczynią RHVoice Olgą Jakowlewą i pozostałymi programistami, zajmuje się wsparciem głównej funkcjonalności aplikacji RHVoice dla różnych platform. Informacje o zapotrzebowaniu na kolejne języki małe lub rzadkie są kierowane do programistów odpowiedzialnych za rozwój języków. Następnie szczegóły wsparcia omawiane są między konkretnym programistą a członkami społeczności danego języka. W późniejszym okresie rozwoju RHVoice pojawiły się kolejne języki: indyjski angielski, nepalski, macedoński, albański, czeski, polski, słowacki, serbski, uzbecki, chorwacki, setswana i wietnamski z akcentem południowym. Kolejna część artykułu w następnym numerze. && Prawo na co dzień Nowy rok, nowe zmiany: Co czeka osoby niewidome i słabowidzące w 2025 Roku? Prawnik (Materiał powstał pod koniec listopada 2024 r.) Rok 2025 przynosi istotne zmiany w przepisach, które mogą znacząco wpłynąć na sytuację osób niewidomych, słabowidzących oraz szerokiego grona osób z niepełnosprawnościami. Nowe regulacje mają na celu poprawę jakości życia, uproszczenie procedur, a także zapewnienie większego wsparcia finansowego. W artykule przedstawiamy najważniejsze zmiany prawne, które wejdą w życie, a także analizujemy prognozy na nadchodzący rok. Szczególną uwagę poświęcamy dodatkowi dopełniającemu dla osób z niepełnosprawnościami, który już teraz budzi wiele nadziei i emocji. Dodatek dopełniający do renty socjalnej Jedną z kluczowych zmian w 2025 roku będzie wprowadzenie dodatku dopełniającego dla osób uprawnionych do renty socjalnej, które są całkowicie niezdolne do samodzielnej egzystencji. Nowe świadczenie ma na celu poprawę sytuacji finansowej najbardziej potrzebujących osób z niepełnosprawnościami. Dodatek ten przysługiwać będzie osobom z orzeczoną niezdolnością do samodzielnej egzystencji, które jednocześnie pobierają rentę socjalną. Świadczenie to ma wynosić 2520 zł miesięcznie i będzie corocznie waloryzowane. Pierwsze wypłaty zaplanowano na maj 2025 roku, jednak z wyrównaniem od stycznia tego samego roku. Oznacza to, że osoby uprawnione otrzymają jednorazową wypłatę wyrównawczą za pierwsze cztery miesiące roku. Dodatek będzie przyznawany automatycznie osobom, które już posiadają orzeczenie o niezdolności do samodzielnej egzystencji. Osoby, które uzyskają takie orzeczenie po 1 stycznia 2025 roku, będą musiały złożyć wniosek w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych. Dodatkową zaletą tego świadczenia jest fakt, że nie będzie ono objęte podatkiem dochodowym. W listopadzie 2024 roku, akta wykonawcze dotyczące dodatku dopełniającego do renty socjalnej dla osób niezdolnych do samodzielnej egzystencji, który wchodzi w życie od 1 stycznia 2025 roku, nie zostały jeszcze opublikowane. Przepisy wykonawcze zwykle są opracowywane po uchwaleniu głównej ustawy i szczegółowo określają m.in. konkretne progi dochodowe, procedury aplikacyjne czy inne szczegóły wykonania ustawy. Dodatek dopełniający jest odpowiedzią na rosnące potrzeby finansowe osób z niepełnosprawnościami. W obliczu wysokiej inflacji i rosnących kosztów życia, świadczenie to może okazać się nieocenionym wsparciem. Wiceminister rodziny i pełnomocnik rządu ds. osób niepełnosprawnych, Łukasz Krasoń zapowiedział, że w przyszłości planowane jest rozszerzenie uprawnień do dodatku na osoby niezdolne do samodzielnej egzystencji, które pobierają rentę z tytułu niezdolności do pracy. Na chwilę obecną nie ma jednak szczegółowych informacji ani konkretnych terminów dotyczących wprowadzenia tych zmian. Rozszerzenie dostępu do świadczenia wspierającego Świadczenie wspierające wprowadzone w 2024 roku, od 1 stycznia 2025 roku będzie dostępne dla szerszej grupy osób z niepełnosprawnościami. W drugim etapie wdrażania programu uprawnione do świadczenia będą osoby, u których poziom potrzeby wsparcia został oceniony na 78-86 punktów. Wysokość świadczenia zależy od indywidualnej oceny potrzeb i może wynosić nawet 4183 zł miesięcznie. Dostępność przestrzeni publicznej Europejski Akt o Dostępności (EAA), który w Polsce zacznie obowiązywać od 28 czerwca 2025 roku, wprowadza kluczowe zmiany w zakresie dostępności produktów i usług dla osób z niepełnosprawnościami oraz o szczególnych potrzebach. Zgodnie z nową ustawą, przedsiębiorcy będą musieli dostosować swoje oferty do wymogów dostępności, takich jak zapewnienie łatwego dostępu do informacji, usług cyfrowych czy urządzeń technicznych. Przepisy obejmą m.in. bankomaty, terminale płatnicze, transport publiczny oraz strony internetowe. Wszelkie nowe budynki użyteczności publicznej, a także remontowane obiekty, będą musiały być dostosowane do potrzeb osób z niepełnosprawnościami, w tym niewidomych i słabowidzących. Niedostosowanie się do wymogów będzie skutkować karami finansowymi. Celem regulacji jest eliminacja barier i wspieranie równego udziału wszystkich osób w życiu społecznym i gospodarczym. Przesunięcia w kwestii dofinansowania do wynagrodzeń Planowane podwyżki dofinansowań do wynagrodzeń pracowników niepełnosprawnych, które miały obowiązywać od lipca 2024 roku, zostały przesunięte na styczeń 2025 roku. Oznacza to, że wyższe kwoty dofinansowań będą stosowane dopiero do wynagrodzeń za styczeń 2025 roku i później, bez wyrównań za drugą połowę 2024 roku. Decyzja ta budzi rozczarowanie wśród pracodawców i pracowników, którzy liczyli na wcześniejsze wsparcie finansowe. Planowane podwyżki dofinansowania mają wynosić od 10% do 20%, w zależności od stopnia niepełnosprawności pracownika. Dla osób niewidomych zaliczonych do umiarkowanego stopnia niepełnosprawności, dofinansowanie ma wynosić 2 585 zł, co stanowi sumę podstawowej kwoty 1 550 zł oraz dodatku 1 035 zł przysługującego za schorzenia szczególne. Natomiast dla niewidomych o znacznym stopniu niepełnosprawności przewidziano 4 140 zł, czyli 2 760 zł podstawy plus 1 380 zł dodatku. W przypadku lekkiego stopnia niepełnosprawności dofinansowanie wyniesie 1 265 zł (575 zł podstawy i 690 zł dodatku). Rok 2025 zapowiada się jako czas istotnych zmian dla osób niewidomych, słabowidzących oraz całego środowiska osób z niepełnosprawnościami. Wprowadzenie dodatku uzupełniającego czy zmiany w kwestii dostępności to kroki, które mogą znacząco poprawić sytuację wielu osób. Jednocześnie ciągłe opóźnienia w kwestii dofinansowania do wynagrodzeń pokazują, że wciąż pozostaje wiele do zrobienia. Nowe regulacje i wsparcie finansowe, jeśli będą wprowadzone zgodnie z zapowiedziami, mogą okazać się istotnym wsparciem w codziennym życiu osób z niepełnosprawnościami. Oby rok 2025 przyniósł nie tylko zmiany w przepisach, ale także realne korzyści odczuwalne na co dzień. && Zdrowie bardzo ważna rzecz Jak budować odporność organizmu? Agata Sierota (w konsultacji z lek. POZ K. Sitarz) Okres zimowy niestety sprzyja przeziębieniom. Wiele osób przyjmuje szczepienia przeciwko grypie, ale warto też cały rok dbać o wrodzoną odporność naszego organizmu. Specjaliści podkreślają, że nawet krótki okres czasu, podczas którego bagatelizujemy zalecenie systematycznego wzmacniania odporności, może doprowadzić do zakażenia. Co w takim razie mamy robić, by skutecznie uniknąć infekcji? Wzmacnianie odporności Jest wiele sposobów wzmacniania odporności. Przypomnijmy podstawowe z nich i zadajmy sobie pytanie, w jakim stopniu i czy systematycznie stosujemy się do poniższych zaleceń? 1. Dbaj o nawodnienie Wysuszenie skóry i śluzówek prowadzi do podrażnień i świądu. Drapiemy się i powstają uszkodzenia skóry. Zadrapania, pękające kąciki ust i suche śluzówki stanowią wrota do zakażenia drobnoustrojami. Jeśli nie ma odpowiedniego nawodnienia, nie działa mechanizm samoistnego oczyszczania dróg oddechowych, który odbywa się poprzez ruch rzęsek i transport śluzu, w którym utknęły patogeny. Pij duże ilości wody, najlepiej niegazowanej, by zapobiec odwodnieniu, a w konsekwencji - infekcjom. Trzeba też pamiętać, że niektóre zalecenia dotyczące zapobiegania zakażeniom musimy stosować w rozsądnych proporcjach. Przykładowo, gdy nadmiernie dezynfekujemy ręce, doprowadzamy do przesuszenia skóry dłoni, robią się w niej ubytki i tworzy się brama dla drobnoustrojów. 2. Nie przyjmuj zbyt wiele leków na żołądek Nie wszyscy wiedzą, że stałe przyjmowanie leków obniżających wydzielanie kwasu solnego z powodu refluksu czy choroby wrzodowej, może osłabić mechanizm obronny neutralizowania drobnoustrojów i pasożytów, które dostały się do przewodu pokarmowego. Pamiętajmy, by przyjmować takie leki tylko wtedy, kiedy są niezbędne, i nie stosować zawyżonych dawek, „żeby szybko podziałały”. 3. Przyjmuj probiotyki Większość z nas wie, że należy stosować probiotyki, zwłaszcza podczas i po kuracji antybiotykowej, która wyniszcza florę bakteryjną. Prawidłowa flora pokrywa całe jelito, stanowiąc szczelną barierę biologiczną. Trzeba pamiętać o obecności w diecie fermentowanych napojów mlecznych, naturalnych kiszonek oraz warzyw i owoców bogatych w błonnik dobrze fermentujący, np. rośliny strączkowe, ziemniaki, jabłka, ziarna jęczmienia, żyta i owsa. Kobietom polecane są również probiotyki w formie globulek dopochwowych i stosowanie płynów do higieny intymnej, co również ma znaczenie dla dbałości o barierę ochronną przed drobnoustrojami. 4. Suplementacja witaminą D Witamina D jest głównie znana jako czynnik sprzyjający prawidłowej mineralizacji kości. Współcześnie jest zalecana także dla podniesienia odporności, gdyż jest prohormonem biorącym udział w regulowaniu wielu mechanizmów organizmu, w tym - procesów odpornościowych. W okresie jesienno-zimowym, gdy mamy mniejszą możliwość nasłonecznienia i pobierania naturalnej witaminy D, zalecane jest dodatkowe 1000-2000 j.m. dziennie, a osobom otyłym - nawet 4000 j.m. 5. Pamiętaj o kwasach omega-3 Kwasy omega-3 są niezbędne dla wzmacniania nieswoistej odporności organizmu. Zalecane jest przyjmowanie ich w ilości co najmniej 1000 mg dziennie. Można zastosować suplementację, ale najkorzystniej jest zjadać minimum trzy razy w tygodniu tłuste morskie ryby oraz oleje roślinne, szczególnie olej lniany i rzepakowy, tłoczone na zimno. Dobrym źródłem kwasów omega-3 są również orzechy i migdały. 6. „Jedz owoce i warzywa” - to wie każdy, ale czy stosuje? Warzywa i owoce, oprócz korzystnego dla odporności błonnika, posiadają antyoksydanty. Antyoksydanty kojarzą się najczęściej z zapobieganiem procesom nowotworowym. Są to roślinne odpowiedniki naszych przeciwciał. Stanowią formy obrony roślin przed grzybami i innymi pasożytami. Każda roślina ma specyficzny arsenał obronny, dlatego poleca się spożywanie różnorodnych warzyw i owoców. Dbałość o kolorystykę potraw na talerzach to nie tylko ważny czynnik estetyczny pobudzający wydzielanie soków żołądkowych; warzywa i owoce o różnych kolorach mają też inne właściwości. Im bardziej nasz posiłek jest kolorowy, tym więcej korzystnych dla naszej odporności substancji nam dostarcza. 7. Hartuj się! Już nasze babcie podkreślały wagę hartowania się dla zdrowia. Co to właściwie znaczy? Ruch na świeżym powietrzu niezależnie od warunków atmosferycznych, kąpiele, także w zimnej wodzie czy popularne, także w Polsce, korzystanie z sauny uczą nasz układ immunologiczny termoregulacji adaptacji do różnych sytuacji, co pomaga w walce z infekcjami. Gdy nasz organizm nie jest nadmiernie chroniony przed zmianami temperatury, powoduje to m.in., że układ odpornościowy nie osłabia swoich działań przy pierwszym lepszym ochłodzeniu, narażając nas na atak drobnoustrojów. 8. Dbaj o zdrowy sen Dla wielu osób nie jest to łatwe. Dolegliwości bólowe, które przychodzą wraz z wiekiem, nawyki późnego kładzenia się spać sprawiają, że często rano budzimy się zmęczeni i przez to mniej odporni na infekcje. Organizm potrzebuje około 7 godzin na regenerację sił witalnych i naprawę drobnych uszkodzeń powstałych w ciągu dnia. Jeśli uszkodzenia, np. błon śluzowych nie zostaną naprawione, patogenom będzie łatwiej wnikać do naszego organizmu. Jeśli rzeczywiście wypróbowałeś już wszelkie znane ci sposoby pomagające wyregulować sen i nadal źle sypiasz, skonsultuj się ze specjalistą, który zajmuje się takimi problemami. Czasami może być konieczne czasowe przyjmowanie leków, ale często okazuje się, że bezsenność wynika z nieprawidłowego stylu życia: objadanie się na noc, brak aktywności fizycznej lub nierozwiązane problemy. Kłopoty tłumione za dnia zajmują nasze myśli nocą i nie pozwalają zasnąć. Problemy ze snem mogą być też objawem nerwicy lub depresji, które trzeba leczyć u specjalistów. Warto zapytać specjalisty W wielu źródłach naukowych znajdujemy podkreślenie, że dla utrzymania nieswoistej (wrodzonej) odporności organizmu wystarczy zdrowa dieta stosowana regularnie, wraz z przestrzeganiem innych zaleceń związanych z trybem życia (ruch, sen itp.). Jednak, gdy nasz organizm jest szczególnie narażony na patogeny, np. w okresie epidemii grypy, a cierpimy na choroby przewlekłe, warto skonsultować się z dietetykiem, by ustalić czym wzmacniać naszą odporność. Trzeba wziąć pod uwagę choroby, jak np. cukrzyca, nadciśnienie, choroby układu pokarmowego. Ważne jest, by wprowadzając do diety dodatkowe produkty wzmacniające odporność, nie zaszkodzić na inne nasze schorzenia. Np. polecane przy infekcjach miód i czosnek, nie będą zalecane dla osób z cukrzycą czy chorą wątrobą. Na rynku istnieje obecnie ogromna liczba preparatów wzmacniających odporność, także ziołowych, zawierających np. czarny bez czy olej lniany. Jeśli chcemy je przyjmować, warto skonsultować swój wybór z lekarzem rodzinnym, by składniki preparatu nie kolidowały z innymi naszymi problemami zdrowotnymi i stosowanymi lekami. Nie zapominajmy też, że przyjmowanie suplementów nie zastąpi racjonalnej diety. Zakończenie Jeżeli chcesz podnieść odporność swojego organizmu w okresie zimowym, nie poprzestawaj na przyjęciu jesienią szczepionki, która podnosi odporność nabytą. By podnieść odporność wrodzoną, cały rok dbaj o naturalne nawodnienie i wzmocnienie barier ochronnych, takich jak skóra, śluzówki, a także stosuj odpowiednią dietę dobraną indywidualnie do twojego organizmu. Bądź aktywny fizycznie, ale pamiętaj też o konieczności odpoczynku i snu. Zamiast stresować się zimowymi zachorowaniami, weź sprawy w swoje ręce, postaw na budowanie odporności i zachęć do tego swoich najbliższych. && Kuchnia po naszemu Styczniowe słodkości N.G. Na tegoroczny długi karnawał proponuję kilka łatwych pomysłów na słodkości. Po wytrawne sałatki i przekąski można sięgnąć do wcześniejszych numerów "Sześciopunktu", w których zamieściłam sporo propozycji dla każdego. Można je wykorzystać na spotkaniach zamiast chipsów i paluszków. Ciasto mieszane Składniki * 5 średnich jabłek: antonówki lub szare renety, * 1 szklanka cukru, * 2 szklanki mąki, * 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia, * 2 łyżki kakao, * 4 jajka, * 0,75 szklanki oleju, * aromat migdałowy, * płatki migdałowe do posypania ciasta. Składniki na polewę * 1 gorzka czekolada, * 1-2 łyżki masła, * w miarę potrzeby trochę wody. Wykonanie Obrane jabłka kroimy w niedużą kostkę i wsypujemy do miski. Na jabłka sypiemy cukier, na cukier sypiemy mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i kakao, następnie wylewamy rozkłócone jajka, na koniec dodajemy aromat i olej. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy na pół godziny. Po tym czasie mieszamy dokładnie łyżką lub przy pomocy robota kuchennego (na niedużych obrotach). Dokładnie wymieszane ciasto wylewamy do średniej formy wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy w nagrzanym piekarniku do 180” C z włączoną funkcją góra-dół przez 45 min. Letnie ciasto posypujemy cukrem pudrem lub polewamy polewą i posypujemy płatkami migdałowymi. Zamiast płatków możemy użyć pokruszonych orzechów i aromatu rumowego do ciasta. Polewę przygotowujemy z rozdrobnionej czekolady i masła. W rondelku umieszczonym na ciepłym palniku mieszamy tylko do momentu rozpuszczenia i połączenia czekolady z masłem. Najpierw dajemy jedną łyżkę masła, a gdy polewa jest za gęsta, dodajemy drugą łyżkę i ewentualnie łyżkę przegotowanej wody. Polewa musi być letnia i niezbyt gęsta, żeby można było rozsmarować ją łopatką. Wafle czekoladowe Aby ułatwić sobie pracę, należy zaopatrzyć się w opakowania małych, suchych wafli, okrągłych lub kwadratowych, ok. 10 cm średnicy. Możemy wtedy nie kroić ich na mniejsze kawałki albo przekroić na pół lub na 4 małe wafelki - ja podałam właśnie takie, były smaczne, ładnie wyglądały kwadraciki, trójkąciki i ćwierć-kółeczka. Przed pokrojeniem smarujemy i sklejamy po 2, 3 lub 4 wafelki. Do każdej z poniższych propozycji mas, wafle bierzemy takie same. Składniki * 1 szklanka cukru, * 0,5 szkl. mleka tłustego, * 25 dag masła, * 3 łyżeczki kakao, * 2 szkl. mleka w proszku. Wykonanie Do garnka wlewamy mleko, dodajemy masło, cukier, kakao, podgrzewamy do rozpuszczenia i połączenia składników. Do lekko przestudzonego roztworu dodajemy mleko w proszku i dokładnie mieszamy, a gdy wszystko połączy się równomiernie, masa jest gotowa do przekładania wafli. Jeżeli jest zbyt rzadka, na chwilę wstawiamy do lodówki. Wafelki arabeska Dla moich biesiadników właśnie te okazały się najsmaczniejsze. Składniki * Suche wafle, * 0,5 szkl. cukru, * 1 szkl. śmietanki 30% - mały kartonik, * 1 paczka masła, * 1 torebka galaretki, np. truskawkowej, * 0,5 szkl. mleka w proszku. Wykonanie W rondelku zagotowujemy cukier, śmietankę i masło. Zestawiamy z palnika i ciągle mieszając, wsypujemy galaretkę i mieszamy do całkowitego rozpuszczenia. Gdy mieszanina trochę przestygnie, dodajemy mleko w proszku i dokładnie mieszamy. Gdy masa zgęstnieje, ale jest jeszcze letnia, przekładamy wafle. Sklejamy po 3 i układamy na pergaminie. Gdy całą masę rozsmarujemy, obciążamy wafle deseczką, na której można jeszcze coś postawić. Ja mam deskę ciężką i nic nie stawiałam. Po ok. godzinie włożyłam wafle do szczelnie zamykanego pudełka i wstawiłam do lodówki. Następnego dnia pokroiłam każdy wafel na 4 części. Wafle migdałowe Składniki * Suche wafle, * 15 dag masła, * 15 dag cukru, * 15 dag zmielonych migdałów, * 3 surowe żółtka, * 50 ml rumu. Wykonanie W misce ucieramy masło z cukrem do całkowitego rozpuszczenia, dodajemy po jednym żółtku. Gdy się wszystko idealnie połączy, wsypujemy zmielone migdały i wlewamy rum. Mieszamy i masa jest gotowa do smarowania. Jeżeli każda z powyższych mas jest zbyt rzadka, musimy na chwilę wstawić ją do lodówki, aby nieco stężała. Przygotowane wafelki wkładamy do szczelnie zamykanego pojemnika i przechowujemy w lodówce. Są bez konserwantów, więc nie nadają się do dłuższego przechowywania, ale przez kilka dni są pyszne i niezwykle wciągające. && Z poradnika psychologa Wstyd, czym jest i jak sobie z nim radzić Małgorzata Gruszka „Tak mi wstyd”, „powinienem się wstydzić”, „to wstyd, że…” - to kolejny wewnętrzny głos, który częściej lub rzadziej odzywa się w naszej głowie. W kolejnym „Poradniku psychologa” wyjaśniam, czym jest zdrowy i niezdrowy wstyd i jak radzić sobie z tym ostatnim. Czym jest wstyd? Wstyd jest emocją, którą odczuwamy, gdy postąpimy wbrew jakiejś normie lub zasadzie uznawanej przez nas i przez grupę, do której należymy. Podobnie, jak omawiane poprzednio poczucie winy, wstyd należy do tzw. emocji społecznych, czyli pojawiających się dopiero wówczas, gdy poznamy i przyswoimy zasady i normy obowiązujące w danej społeczności. Poczucie winy i wstyd to często współwystępujące i bardzo podobne emocje. To pierwsze odnosi się bardziej do zasad i norm jako takich i objawia się głównie krytycznymi myślami na swój temat, potocznie nazywanymi wyrzutami sumienia. Ten drugi ma postać dyskomfortu określanego jako zażenowanie, skrępowanie lub zmieszanie, odczuwanego najczęściej w zetknięciu z ludźmi, wobec których zawiniliśmy lub tych, którzy dowiedzieli się o jakiejś naszej niechlubnej postawie lub czynie. Przykład Spóźniając się do pracy, możemy poczuć się winni, że za późno wstaliśmy, a poczuć wstyd, gdy na korytarzu spotkamy szefa, który spojrzy na nas wymownie lub zwróci nam uwagę. O tym, jak bardzo nasilony i odczuwalny może być wstyd, świadczą określenia „spalić się ze wstydu” lub „zapaść się ze wstydu pod ziemię”. Emocja, o której mówimy, wyrażana jest przez ciało uczuciem gorąca na twarzy, zarumienionymi policzkami, unikaniem kontaktu wzrokowego, spuszczoną głową i kuleniem się w sobie. Zdrowy wstyd Zdrowy wstyd jest naturalną i użyteczną emocją, która sygnalizuje, że postąpiliśmy niezgodnie z jakąś ważną dla nas zasadą lub normą. Ponadto, informuje innych o tym, że mamy tego świadomość i że jest to dla nas ważne. Podobnie jak zdrowe poczucie winy, pojawia się on wówczas, gdy przypisujemy sobie właściwy, tj. adekwatny do rzeczywistości stopień odpowiedzialności za przebieg różnych sytuacji. Pod wpływem zdrowego wstydu najczęściej uznajemy, że jakieś nasze zachowanie było niewłaściwe, przepraszamy i postanawiamy zmianę. Adaptacyjną funkcją zdrowego wstydu jest chronienie nas przed powtarzaniem zachowań mogących skutkować wykluczeniem z grupy. Niezdrowy wstyd Wstyd za innych - Niezdrowy wstyd ma wiele twarzy. Pierwszą z nich jest poczucie wstydu w obliczu tego, na co nie mamy wpływu lub bardzo ograniczony wpływ, czyli za postępowanie innych ludzi. Przykład Rodzice wychowali dziecko w wierze katolickiej, a ono zdecydowało o zawarciu związku małżeńskiego w urzędzie. Rodzice czują się winni, że źle wychowali dziecko i odczuwają wstyd, będąc w kościele i podczas przedświątecznych wizyt duszpasterskich w domu. Wstyd za bycie innym Odmianą niezdrowego wstydu jest odczuwanie go z powodu różnienia się od innych pod jakimś względem i posiadania w związku z tym specyficznych potrzeb. Przykład Osoba słabowidząca odczuwa wstyd, gdy nie może przeczytać czegoś w sklepie; osoba niewidząca wstydzi się poprosić o pomoc na ulicy. Wstyd za niekompetencję Bywa też tak, że nadmiernie i niezdrowo wstydzimy się za brak umiejętności, wiedzy lub kompetencji. Przykład Jesteśmy na urlopie za granicą, chcemy o coś zapytać lub nawiązać rozmowę przy stole, ale wstydzimy się, że słabo mówimy w obcym języku. Wstyd za doznaną krzywdę Niezdrowe poczucie wstydu może pojawić się w następstwie doznania poważnej krzywdy. Przykład Ofiary gwałtu odczuwają silny wstyd i z tego powodu często nie decydują się na zgłoszenie przestępstwa. Wstyd za odczuwane emocje Dla wielu osób źródłem niezdrowego wstydu jest odczuwanie i okazywanie emocji, zwłaszcza smutku czy złości. Przykład Kobieta wstydzi się, że odczuwa złość na dziecko; mężczyzna wstydzi się łez. Wstyd za upominanie się o swoje prawa Niezdrową odmianą wstydu jest odczuwanie go za każdym razem, gdy mamy prawo upomnieć się o coś dla siebie. Przykład ktoś nie oddaje długu i wstydzimy się zapytać, kiedy to zrobi. Wstyd za popełnione gafy Gafy i niezręczności zdarzają się nam wszystkim, ale część z nas odczuwa w związku z nimi niezdrowy/nadmierny wstyd. Przykład Długo i mocno odczuwamy wstyd po tym, jak zapomnieliśmy o czyichś imieninach lub urodzinach. Jak radzić sobie z niezdrowym wstydem? Źródłem niezdrowego wstydu jest najczęściej niezgodne z prawdą przekonanie, że zrobiliśmy, robimy lub zamierzamy zrobić coś niewłaściwego, co słusznie spotka się z negatywnym odbiorem i oceną. W radzeniu sobie z niezdrowym wstydem pomogą umiejętności omówione w artykule dotyczącym poczucia winy. Zaliczamy do nich: umiejętność rozróżniania myśli i uczuć, dystansowania się do swoich myśli, a także zgodnego z faktami określania swojej odpowiedzialności za zaistniałe sytuacje. Oto pytania, które warto sobie zadać, gdy chcemy poradzić sobie z poszczególnymi odmianami niezdrowego wstydu Wstyd za innych - Jaki był lub jest mój wpływ na zachowanie danej osoby? Czy mogłem(am) zapobiec temu zachowaniu? Czy odczuwany wstyd jest w czymkolwiek pomocny? Wstyd za bycie innym - Co niewłaściwego jest w tym, że zapytam o cenę? Co niewłaściwego jest w tym, że poproszę o pomoc na ulicy? Co pomyślałem(am) ostatnio, gdy ktoś poprosił mnie o pomoc? Czy uważam, że inni powinni wstydzić się swojej odmienności i związanych z nią potrzeb? Czy odczuwany wstyd w czymkolwiek mi pomaga? Wstyd za niekompetencje - Skąd pomysł, że powinienem(am) umieć coś lub wiedzieć? Co pomyślałbym/pomyślałabym o osobie, która nie wie lub nie umie tego samego co ja? Czym skutkuje mój wstyd i czy to jest dla mnie dobre? Wstyd za doznaną krzywdę - Po czyjej stronie jest zło? Czy uważam, że inna osoba w takiej samej sytuacji powinna się wstydzić? Jeśli nie, to dlaczego? Czy mogę zastosować to do siebie? Z kim mogę bezpiecznie porozmawiać o tym, co się stało? Czy odczuwany wstyd jest dla mnie użyteczny? Wstyd za odczuwane emocje - Co wywołało moje emocje? Czy byłyby one zrozumiałe, gdyby w tej samej sytuacji poczuła je inna osoba? Jeśli tak, co to mówi o moich emocjach? Jak się czuję, gdy wstydzę się za swoje emocje? Czy to pomaga radzić sobie z nimi? Wstyd za upominanie się o swoje prawa - Dlaczego mam takie prawo? Co wstydliwego jest w dochodzeniu swoich praw? Czym skutkuje mój wstyd? Czy jestem z tego zadowolony(a)? Wstyd za popełnione gafy - Czy przez moją gafę stało się coś złego? co jest większe, popełniona gafa czy odczuwany wstyd? Co moim zdaniem mogła pomyśleć o mnie osoba, przy której popełniłem(am) gafę? Skąd wiem, że tak pomyślała? Czy odczuwany wstyd jest w czymkolwiek pomocny? Podsumowanie Wstyd jest nieprzyjemną, ale zdrową i użyteczną emocją informującą nas o niezgodności naszego zachowania z normami lub wartościami ważnymi dla nas i / lub dla grupy, w której funkcjonujemy. Pomaga w zmianie zachowań, a jego odczuwanie jest ograniczone w czasie. Niezdrowy wstyd jest nadmierny w stosunku do niezgodności zachowania z obowiązującymi normami, bywa przewlekły, nie pomaga w zmianie i może obniżać jakość naszego życia. Z niezdrowym poczuciem wstydu nie trzeba zmagać się przez całe życie. Można zacząć sobie lepiej z nim radzić, nabywając wymienione tu umiejętności i zadając sobie pytania poddające w wątpliwość treść zawstydzających myśli. && Z polszczyzną za pan brat Nóż z widelcem Tomasz Matczak Polszczyzna pełna jest słów, które fonetycznie brzmią tak samo, a są inaczej zapisywane i znaczą coś innego. Bazują na tym zjawisku popularne ostatnio tzw. suchary. Jednym z przykładów, któremu postanowiłem poświęcić niniejszy felieton, jest partykuła nuż, mająca także nieco dłuższą formę nuże. W „Słowniku języka polskiego” ma ona co prawda status formy przestarzałej, ale nadal jej używamy, przynajmniej w jednym znaczeniu. Osoby czytające brajlowską wersję „Sześciopunktu” z pewnością zauważyły, że to krótkie słówko zapisuje się przez u zwykłe oraz zet z kropką, a tych, którzy używają czytników z mową syntetyczną, właśnie o tym informuję. Nim dojdę do najbardziej rozpowszechnionej obecnie formy użycia, najpierw wyjaśnienie znaczenia. Jako wykrzyknik „nuż” jest dziś stosowane niezwykle rzadko, a w przeszłości używano go, aby zakomunikować, że coś zaczęło się nagle, niespodziewanie i z gwałtownością, np. gosposia nuż / nuże pyskować sprzedawczyni. Partykułą tą wyrażano także ponaglenie do szybszego działania, wykonywania czegoś, np. Nuż, nuże wstawać, bo kur pieje! Trzecie znaczenie ma związek z nadzieją, że coś się wydarzy, np. a nuż uda mi się wygrać? To ostatnie nabrało współcześnie żartobliwego charakteru przez dodanie widelca. Ta właśnie fonetyczna zbieżność partykuły „nuż” z innym sztućcem skłoniła Polaków do zabawnego, zupełnie nielogicznego, ale fonetycznie humorystycznego a nuż, widelec… Wspominam o partykule nuż, bo zdarzają się błędy w pisowni będące wynikiem sztućcowych skojarzeń. Co prawda wielu pisarzy posługiwało się konstrukcją „a nóż, a widelec”, zachowując pisownię kuchennych utensyliów i choć miała ona to samo znaczenie, co „a nuż, widelec”, to jednak nie należy ich ze sobą utożsamiać ortograficznie. Kończę, bo pisanie o kuchni rozbudziło mój apetyt! Zerknę do lodówki, a nuż, widelec znajdę tam coś smakowitego? && Rehabilitacja kulturalnie Kto dziś o niej pamięta? Ireneusz Kaczmarczyk „Długa choroba (nawracające depresje) sprawiła, że moje „świecenie nieobecnością” uczyniło miejsce dla innych. Takie prawo natury...” Mieczysława Buczkówna-Jastrun Była polską poetką, pisarką i tłumaczką. Urodziła się 12 grudnia 1924 roku w Białej Krakowskiej. Ojciec Wilhelm Buczek był zawodowym oficerem i kawalerem orderu Virtuti Militari. Matka Helena z domu Mojżyszek zajmowała się rodziną. Po urodzeniu razem z rodzicami zamieszkała w Zambrowie, a od 1938 roku w Warszawie. Otrzymała staranne wykształcenie. „Moja szkoła na Żoliborzu to były siostry Zmartwychwstanki, dość ekskluzywna szkoła prywatna. (…) Na początku okupacji poszłam do szkoły Aleksandry Piłsudskiej na Żoliborzu, a potem szybko przeniosłam się do szkoły sióstr Urszulanek - tajne trzyletnie liceum pedagogiczne. (…)”. Mieczysława Buczkówna należała do Związku Harcerstwa Polskiego i w ramach Szarych Szeregów jako sanitariuszka walczyła z okupantem. Po upadku powstania warszawskiego udało jej się zbiec z przejściowego obozu w Pruszkowie, a następnie zamieszkała w Lipnicy Murowanej pod Bochnią. Po zakończeniu II wojny światowej przeprowadziła się do Łodzi, gdzie w 1945 roku zdała egzamin maturalny. Studiowała filologię polską na Uniwersytecie Łódzkim. Jeszcze na studiach poznała przyszłego męża. „Rodzice poznali się bliżej w 1946 r. na wieczorze autorskim Mieczysława Jastruna. Była na tym spotkaniu z pięknymi koleżankami, ale poeta tylko w nią wbijał wzrok, a oczy miał piękne.” (Tomasz Jastrun). Ówczesne środowisko literackie Łodzi koncentrowało się wokół redakcji tygodnika „Kuźnica”. Tu spotykała się z Tadeuszem Borowskim i innymi twórcami, którzy wrócili z obozów Auschwitz i Dachau. Po ukończeniu studiów wróciła do Warszawy. Zamieszkała w „Domu Czytelnika” - jedynym domu na Dolnym Mokotowie, który ocalał po wojnie. Tu poznała Bogdana Czeszko, Mariana Brandysa, Kazimierza Brandysa, Juliusza Żuławskiego, Artura Sandauera. W 1950 roku Buczkówna wyszła za mąż za Mieczysława Jastruna. Zamieszkali w Warszawie. Owocem związku był syn Tomasz. „Wychowałem się w domu poetów. Zarówno mama, jak i ojciec pisali wiersze. Skrzyp wiecznego pióra i stukot maszyn do pisania stały się muzyką mojego dzieciństwa.” (Tomasz Jastrun). Po latach jedynak kontynuował tradycje rodzinne. Czynnie interesował się poezją i prozą. Uprawiał eseistykę i dziennikarstwo radiowe. Współpracował także z paryską „Kulturą” Jerzego Giedroycia. Mieczysława Buczkówna debiutowała tomem wierszy „Rozstania”, który ukazał się nakładem wydawnictwa „Książka i Wiedza”. W kolejnych latach wydała następujące tomiki wierszy: „Chleb i obłok”, „W podwójnym słońcu”, „Wigilie” i „Dalekie z pobliża”. Artykuły i inne teksty drukowała m.in. w "Kuźnicy", "Nowej Kulturze", "Przeglądzie Kulturalnym", "Życiu Literackim". W miesięczniku „Poezja” prowadziła specjalny dział poświęcony polskiej poezji. Współpracowała wówczas ze Zbigniewem Herbertem, Arturem Międzyrzeckim, Tymoteuszem Karpowiczem. Osobnym działem jej dorobku literackiego jest twórczość dla najmłodszych. Utwory dla dzieci i młodzieży początkowo ukazywały się w „Świerszczyku”, „Płomyczku” i „Płomyku”. Do tej grupy czytelników adresowała książki, takie jak „Topsi astronauta”, „Osiołek Joko”, „Tajemnica białego kamienia”, „Azor za kierownicą”, „Drugi Wojtuś” i „Piotruś pierwszak”. Za twórczość artystyczną dla dzieci i młodzieży w 1987 roku otrzymała nagrodę Prezesa Rady Ministrów. Zajmowała ją także proza artystyczna. Do najważniejszych zbiorów opowiadań autorki należą: „Wszystko zasypie śnieg” oraz „Nie będzie raju”. Regularnie publikowała wiersze dla dorosłych. Do najbardziej znanych tomów liryki należą „Wstęp do miłości”, „Światła ziemi”, „Jutrzejsze śniegi”, „Dwie przestrzenie”, „Planeta miłości”. Tłumaczyła na język polski wiersze z języków: francuskiego, szwedzkiego i rosyjskiego. Były to utwory m.in. Anny Achmatowej i Osipa Mandelsztama. Książki autorki zamieszczały najpopularniejsze ówczesne polskie wydawnictwa: Czytelnik, PIW i Wydawnictwo Literackie. Podobnie, jak Zbigniew Herbert przez długie lata chorowała na chorobę dwubiegunową. Zapadała na depresję, której towarzyszyły skrajne emocje, od smutku do euforii. Jeszcze przed śmiercią rozpoczęła pisanie książki o tej tematyce. „Mama napisała niezwykłą powieść o depresji. Niestety, nie była w stanie jej scalić i ukończyć właśnie z powodu choroby. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się, w imieniu autorki, nadać jej pełny kształt.” (Tomasz Jastrun). Mieczysława Buczkówna-Jastrun zmarła 3 maja 2015 roku w Warszawie. Została pochowana na cmentarzu na Starych Powązkach. W ostatniej drodze towarzyszyli jej pogrążeni w żałobie syn wraz z wnukami i rodziną. W zasobach serwisu wypożyczeń online GBPiZS znajdziemy zarówno poezję, jak i prozę autorki. W stulecie urodzin Mieczysławy Buczkówny-Jastrun warto wspomnieć o jej dorobku literackim i sięgnąć po jedną z książek, którą napisała. Gorąco polecam. && Czas karnawału Marta Warzecha Po suto okraszanych i zakrapianych oraz bogatych w rozmaite obrzędy i zwyczaje świętach Bożego Narodzenia następował czas karnawału. Okres ten, obchodzony na wsi przed kilkudziesięcioma laty, nazywam okresem beztroski, zabawy i wszelkich uciech. Z bezpośredniego przekazu pani etnolożki, badaczki regionu wiśnickiego na południu Polski wiem, że chłopi odwiedzali się w domach. W każdym domu gospodarze podejmowali sąsiadów jedzeniem i napitkami. Gospodyni podawała kiełbasę, słoninę, uszczuplając zawartość swojej spiżarni. Śmiano się przy tym i śpiewano, a jeśli w którymś domu chciano potańczyć, posyłano po muzykę. Karnawał to czas miłosnych zabiegów oraz uciech cielesnych. Warunki ku temu były sprzyjające, bowiem kwitło życie towarzyskie. W niektórych regionach, do obowiązku panny i kawalera należało znaleźć sobie drugą połówkę, a wiązało się to z silnym kultem małżeństwa i rodziny jako najważniejszej komórki społecznej. Kto się nie wywiąże z tego zadania, ten jeszcze w środę popielcową stanie się przedmiotem okrutnych i upokarzających zabaw. Karnawał, to czas wyprawiania wesel. Powodem organizowania uroczystości weselnych zimą była przerwa w pracach polowych mogąca opóźnić żniwa. Jak istotna dla chłopa była rola, nie trzeba nikomu tłumaczyć, bowiem realia te poznaliśmy choćby w powieści „Chłopi” Władysława Reymonta. Wesela więc najczęściej odbywały się w karnawale, by nie odrywać się od robót w polu. Z domu pana młodego do domu rodziców pani młodej, do kościoła i z powrotem udawano się głównie saniami. Jak zapusty, to zapusty, a brzuch nie mógł być pusty, bo wręcz wypadało objeść się do syta i napić do woli, gdyż za progiem czaiła się wstępna środa. Zapusty, to punkt kulminacyjny karnawału. Okres ten trwał od niedzieli do środy popielcowej. Po wsi chodzili tak zwani cygani, czyli przebierańcy, którzy odwiedzali wszystkie domy, zabawiając gospodarzy i wypraszając datki w naturze. Młodzież płatała sobie figle, obsypując się wzajemnie popiołem z worków lub rzucając pełnym popiołu garnkiem na drogę, pod nogi przypadkowego przechodnia. W zapusty nie stroniono również od karczmy, gdzie głównie bawili się mężczyźni. W ostatni dzień, z wtorku na wstępną środę, do karczmy przychodziły kobiety. Wtedy odbywały się rytualne tańce, przepowiadające urodzaj. Mężczyźni wykonywali pełen podskoków taniec na urodzaj żyta lub pszenicy, kobiety natomiast tańczyły na len i konopie. Jeśli w którejś chałupie nie udał się len lub nie obrodziły konopie, cała odpowiedzialność spadała na gospodynię, która w zapusty słabo hulała. O północy, z wtorku na środę, cichła muzyka, ustawały tańce, a tłuste potrawy zastąpione zostawały postnym posiłkiem. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, kiedy nastała elektryfikacja wsi, tradycyjny karnawał nie miał już tyle uroku. Co prawda, w dalszym ciągu bogate było życie towarzyskie, lecz żywą muzykę zaczął zastępować gramofon. && Nie lubię wymiany poglądów, zawsze na tym tracę Paweł Wrzesień O cieszących się długim życiem osobach urodzonych na przełomie XIX i XX wieku mówi się, że były świadkami historii. Termin ten kryje w sobie grozę wojen, totalitaryzmów, masowych zbrodni usprawiedliwianych wielką polityką, migracji czy życia w duchowej niewoli, które w darze Europejczykom przyniósł XX wiek. Tej grozy nie mogło być jeszcze świadome niemowlę, które 15 listopada 1895 roku przyszło na świat w warszawskiej kamienicy przy ul. Niecałej 6, w rodzinie Marii Eugenii Goldman i Stanisława Słonimskiego. Od najmłodszych lat Antoś wykazywał talent plastyczny i literacki, dlatego po ukończeniu gimnazjum im. Jana Kreczmara wstąpił w szeregi studentów Szkoły Sztuk Pięknych, gdzie obronił dyplom w 1917 roku. Już rok później został współzałożycielem kawiarni literackiej „Pod Picadorem”, a w 1919 roku wraz z przyjaciółmi: Julianem Tuwimem, Janem Lechoniem, Kazimierzem Wierzyńskim i Jarosławem Iwaszkiewiczem powołał do życia grupę literacką Skamander. Miał już wówczas za sobą debiut literacki w postaci tomiku „Sonety”, który wywołał spore zamieszanie w poetyckim życiu stolicy, budząc podziw nie tylko kunsztem doboru rymów, ale także ekspresją i plastycznością opisywanych obrazów. Jego wczesne wiersze były proste, dynamiczne, nieunikające codziennych tematów. Z czasem pojawiało się w nich coraz więcej refleksji egzystencjalnych, nierzadko przesiąkniętych sarkazmem i ironią. Pisał choćby: „Gdybym był aniołem, byłbym niemiłosierny - biczowałbym ludzką głupotę”. Jego głośne tomiki tego okresu to m.in. „Czarna Wiosna”, „Z dalekiej podróży”, „Droga na wschód” czy „Oko w oko”. Antoni Słonimski zajmował się także twórczością publicystyczną, współpracował przede wszystkim z „Kurierem Polskim” i „Wiadomościami Literackimi”. W międzywojennych felietonach krytykował zmiany polityczne w kraju, wzrost znaczenia Narodowej Demokracji, skręt w stronę autorytaryzmu po przewrocie majowym i utworzeniu obozu w Berezie Kartuskiej, w którym więziono głównie przeciwników władzy. Jego teksty wywoływały silne emocje, a przeciwnicy, z braku innych argumentów, często przywoływali żydowskie pochodzenie Słonimskiego jako argument za tym, że nie ma on prawa do krytyki polskiego rządu. O ironicznym charakterze felietonów świadczą nawet tytuły ich zbiorów książkowych jak np. „Moje walki nad bzdurą” czy „W oparach absurdu”. Wrogów przysparzała mu jednoczesna niezgoda na poglądy skrajnej prawicy, jak i komunizującej lewicy. Jego teksty satyryczne wykorzystywały w swych programach słynne w latach 20. i 30. Kabarety, jak „Czarny Kot”, „Cyrulik Warszawski” czy „Qui Pro Quo”. Tworzył także scenariusze teatralne, m.in. „Lekarz bezdomny”, „Rodzina” czy „Murzyn warszawski”. Wybuch wojny zmusił Słonimskiego wraz z żoną Janiną Konarską do emigracji. Przekroczyli granicę w Zaleszczykach tuż przed ich zajęciem przez Armię Czerwoną i udali się do Francji, a po jej kapitulacji, do Wielkiej Brytanii. Mimo rozczarowania postawą aliantów, którzy nie przyszli Polsce z pomocą, starał się budzić sumienia i przypominać o dramacie wojny. Warto wspomnieć słynny wiersz „Alarm” i słowa: „Uwaga! Uwaga! Przeszedł! Koma trzy! (…) I płynie miasto na skrzydłach sławy, I spada kamieniem na serce. Do dna. Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy. Niech trwa!”. W 1942 roku założył pismo „Nowa Polska”, w którym apelował o budowę wielokulturowego, sprawiedliwego i tolerancyjnego systemu państwowego po wojnie. Wyrazem uznania jego działań na arenie międzynarodowej było powierzenie Słonimskiemu kierownictwa sekcji literatury UNESCO od samego powołania organizacji do roku 1948. Następnie szefował Instytutowi Literatury Polskiej w Londynie. Głęboko związany z Polską i jej kulturą postanowił wrócić do kraju w 1951 roku. Jako intelektualista o liberalnych poglądach stał w opozycji do polityki władz PRL. Był świadomy, że nie może publicznie wyrażać swoich poglądów wprost, aby cenzura nie nałożyła nań zakazu publikacji. Mimo to w 1954 roku, po krytyce skażonych ideologią stalinizmu podręczników do historii literatury, wycofano czasowo z publicznego obiegu wszystkie jego publikacje. Szczęściem Słonimskiego, był to okres po śmierci Stalina, zbliżała się tzw. „odwilż” w polityce i kulturze, więc w niedługim czasie powrócił do oficjalnego życia literackiego. W 1955 roku stał się współzałożycielem „Klubu Krzywego Koła”, stanowiącego miejsce spotkań i dyskusji reformatorsko nastawionych intelektualistów, starających się nadać „ludzką twarz” panującemu w PRL ustrojowi. W roku 1956 wybrano go na prezesa Związku Literatów Polskich. Często sięgał po aluzje i ironiczny humor, by przekazać odbiorcom swoje myśli. Przypisuje mu się słynne zdanie: „Sytuacja jest dobra, ale nie beznadziejna”, czy „Optymista uważa, że świat stoi przed nim otworem. Pesymista wie, który to otwór”. Całkiem na poważnie głosił zaś: „Człowiek wolny to ten, który potrafi powiedzieć „nie” w odpowiednim momencie”, co wraz z sentencją: „Nie sztuką jest żyć, sztuką jest przeżyć” tworzy swoistą dewizę życiową człowieka walczącego, mimo przeciwności, o prawdę i sprawiedliwość za pomocą dostępnych środków, a nie ginącego za ideały na barykadach. Jego poezja powojenna jest bardziej filozoficzna i melancholijna od wczesnych dokonań. Zebrano ją m.in. w tomikach: „Wiek klęski”, „Rozmowa z gwiazdą” czy „Wiem, o co ci chodziło. Przeszłość jest moją ojczyzną”. Niezgoda na zaostrzający się kurs polityczny władz sprawiła, że już w 1959 roku za sprawą Gomułki utracił fotel szefa ZLP, a następnie był konsekwentnie odsuwany od wszelkich funkcji publicznych. Skierował wówczas swą aktywność w stronę inicjatyw opozycyjnych. W roku 1964 wraz z Janem Józefem Lipskim zainicjował „List 34” będący protestem intelektualistów przeciwko polityce kulturalnej partii. Promowała ona posłuszne systemowi miernoty ponad jednostki uzdolnione, lecz niepokorne. Sprzeciwiał się antysemickiej nagonce rozpętanej przez PZPR po zajściach studenckich z marca 1968 roku. Od początku lat 70. publikował głównie w krakowskim „Tygodniku Powszechnym”. Mimo podeszłego wieku, był równie aktywny także w epoce Gierka. W 1975 roku podpisał „Memoriał 59” i „List 14” sprzeciwiający się planowanym przez rząd zmianom w Konstytucji PRL i umieszczeniu zapisu o przewodniej roli PZPR i wiecznej przyjaźni ze Związkiem Radzieckim. Z tego powodu został kolejny raz objęty zapisem cenzury. Zmarł 4 lipca 1976 roku i wraz z żoną został pochowany na cmentarzu w Zakładzie dla Niewidomych w Laskach. W okresie PRL laskowski ośrodek stanowił miejsce azylu dla wielu wybitnych intelektualistów opozycyjnych. Dając wyraz swej wdzięczności, Słonimski zapisał w testamencie Laskom prawa majątkowe do swej twórczości. Życie Antoniego Słonimskiego stanowi piękny przykład niełatwych zmagań polskiego inteligenta doświadczonego wszystkimi plagami historii XX wieku. Dzięki błyskotliwej inteligencji i ponadczasowemu poczuciu humoru twórczość pana Antoniego stanowi do dziś pasjonującą lekturę, po którą sięgają osoby w różnym wieku. W uznaniu dokonań poety i pisarza Sejm RP swą uchwałą objął rok 2025 jego patronatem. && Muzeum w Sanoku otwiera się na niewidomych Radosław Nowicki Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku, znane powszechnie jako sanocki skansen, jest jednym z najważniejszych muzeów tego typu w Polsce i jednym z największych w Europie Środkowo-Wschodniej. Zostało założone w 1958 roku. Zajmuje się gromadzeniem, ochroną i udostępnianiem zabytków związanych z kulturą ludową i tradycyjnym budownictwem regionów południowo-wschodniej Polski, zwłaszcza regionu Bieszczadów oraz Beskidu Niskiego. Na powierzchni ponad 38 hektarów zgromadzono niemal 200 obiektów architektury ludowej, które stanowią świadectwo bogatej i zróżnicowanej historii regionu. W Sanoku postanowiono przedstawić życie czterech grup etnicznych, które zamieszkiwały te tereny przed II wojną światową. Każda z tych społeczności posiadała własny język, religię, tradycje, stroje oraz architekturę, co znalazło wyraz w różnorodności eksponowanych obiektów. Muzeum składa się z kilku sektorów. Wśród nich warto wymienić: - sektor bojkowski: obejmuje zabytkowe drewniane chaty z dwuspadowymi dachami i oryginalnymi dekoracjami, stodoły, cerkwie oraz inne obiekty, charakterystyczne dla Bojków, czyli grupy etnicznej zamieszkującej Bieszczady; - sektor łemkowski: składa się z domostw i obiektów sakralnych typowych dla Łemków, grupy osiadłej na pograniczu Bieszczadów i Beskidu Niskiego. Byli oni przeważnie rolnikami i pasterzami, a ich budownictwo łączyło w sobie funkcjonalność i estetykę; - sektor doliniański i pogórzański: obejmuje budynki mieszkalne oraz gospodarcze, typowe dla rolniczych wiosek położonych na niższych terenach - w dolinach i na pogórzach; w tych sektorach znajdują się chałupy kryte słomą, budynki gospodarcze, a także wyposażone warsztaty rzemieślnicze, które pokazują codzienne życie i pracę mieszkańców tych terenów; - sektor małomiasteczkowy: to obszar, który odtwarza wygląd typowego galicyjskiego miasteczka z przełomu XIX i XX wieku; na „rynku” znajdują się sklepy, apteka, karczma, poczta, a także warsztaty rzemieślników. W ramach projektu „Ponad Podziałami” kilka tygodni temu sanockie muzeum część swoich obiektów, a dokładniej galicyjski rynek, otworzyło na potrzeby osób z dysfunkcją narządu wzroku. Mają one możliwość zwiedzania go przy pomocy audiodeskrypcji, tyflomap oraz znaczników TOTUPOINT - o czym opowiada dyrektor muzeum, Marcin Krowiak. Skąd wziął się pomysł, aby przystosować przynajmniej część muzeum do potrzeb osób z dysfunkcją narządu wzroku? Marcin Krowiak: Już kilka lat temu z podkarpackim oddziałem PZN realizowaliśmy pierwszy projekt, w którym powstały mapy tyflograficzne pokazujące najważniejsze ciągi komunikacyjne w naszym skansenie. Teraz Fundacja SOS na ratunek działająca przy bieszczadzkiej grupie GOPR wystąpiła do nas z propozycją związaną z przygotowaniem szlaku na terenie skansenu. Wybraliśmy największą ekspozycję, czyli galicyjski rynek, który jest odwzorowaniem dawnego małego miasteczka. Na tym terenie powstało 18 TOTUPOINTÓW. Pierwszy jest już tuż przy wejściu, gdzie znajduje się również mapa w alfabecie Braille'a. Lektor prowadzi osoby od momentu wejścia na teren muzeum do pierwszego budynku, a następnie do rynku galicyjskiego, przy którym również znajduje się mapa tyflograficzna z usytuowaniem obiektów. Każdy jej element składowy jest odpowiednio dobrany i oznaczony, np. inną strukturę ma budynek szalowany, a inną dach gontowy. To był pomysł osób niewidomych, które z nami współpracowały w tym projekcie. My ze swojej strony przygotowaliśmy merytoryczne elementy do audiodeskrypcji, a osoby niewidome dopracowały opis przydatny dla siebie z komentarzem lektora, gdzie szukać wejścia, gdzie jest próg, czyli z informacjami, na które osoba widząca nie zwraca uwagi. - Jaki mają państwo odbiór tych udogodnień? - Odzew jest bardzo pozytywny. Osoby niewidome zwróciły uwagę na to, że na mapach bardzo czytelne są napisy w alfabecie Braille'a. Chwaliły też struktury obiektu. Wciąż jeszcze jesteśmy na etapie testowania i docierania wszystkiego. Musimy jeszcze wyregulować pole działania znaczników, aby nie włączały się 2 jednocześnie. Jednak już teraz osoby z dysfunkcją wzroku widzą, że zrobiliśmy ogromny krok do przodu, udostępniając przynajmniej jedną część muzeum do ich potrzeb. Zaobserwowaliśmy też, że jest to element edukacyjny dla osób pełnosprawnych. Nie dość, że one również korzystają z tej aplikacji, to także z tyflomap. Sam byłem świadkiem sytuacji, w której ojciec proponował dziecku, aby zamknęło oczy i poczuło, jak można odbierać świat innymi zmysłami. - A czy w poszczególnych obiektach osoby niewidome mają możliwość dotknięcia wyposażenia? - Nie wszędzie. Takie miejsca są na przykład w sieni. Jednak planujemy już przygotowanie jednego obiektu w części wiejskiej, w którym będzie wykonana rekonstrukcja wyposażenia i wszystko będzie można tam dotykać i ruszać. Widzimy, że jest taka potrzeba, więc staramy się na nią odpowiedzieć. Trochę to potrwa, ale mamy już wytypowany obiekt. Wiemy, jak chcemy go przygotować i powoli będziemy przygotowywać się do jego rekonstrukcji. - A czy w przyszłości kolejne części muzeum planują Państwo również wyposażyć w znaczniki TOTUPOINT? - Potrzebne są nam do tego tylko trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Zastosowane rozwiązanie już sprawdza nam się w obrębie rynku galicyjskiego. Nie byłoby więc problemu, aby rozszerzyć je na kolejne sektory muzeum. Obecnie nie ma lepszego rozwiązania, które można byłoby zastosować na otwartej przestrzeni. Dalsza rozbudowa jest możliwa. Gdyby udało nam się pozyskać pieniądze z jakichś projektów, to będzie nam już łatwiej, bo wiemy już, jak w miarę szybko to zorganizować. Ogólnie, teraz jest moda na to, aby poszczególne instytucje były dostępne dla osób z różnymi niepełnosprawnościami… Jest to jeden z wymogów związanych z dostępnością. Widać, że przestrzeń staje się coraz bardziej dostępna. Niestety, czasami robi się pewne udogodnienia, które są projektowane i realizowane przez osoby pełnosprawne. W zderzeniu z potrzebami osób, które mają z tego korzystać, okazuje się, że uchwyt jest nie z tej strony, że ścieżki prowadzą do ściany. Nam się tego udało uniknąć, bo daliśmy pole do popisu przy przygotowaniu całości osobom niewidomym, bo to one wiedzą najlepiej, jak do swoich potrzeb przystosować całą przestrzeń. - Teraz w zimie chyba też całkiem ciekawe może być zwiedzanie takiego muzeum? - Muzeum udostępnione jest zwiedzającym przez cały rok, choć w każdej porze roku wygląda trochę inaczej. Urok chodzenia po śniegu i w mrozie jest zupełnie inny niż w upalne lato. Ekspozycja jest stała, ale jest urozmaicana w zależności od czasu. W okresie świąt Bożego Narodzenia były dostawione elementy związane ze świętami, np. choinka czy stoły. Na Wielkanoc ekspozycja znowu będzie trochę inna, ale to już fizyczny przewodnik na miejscu opowie, co zmieniło się w danym okresie. Skansen w Sanoku to nie tylko muzeum na świeżym powietrzu - to również podróż w czasie i przestrzeni, która pozwala odwiedzającym poczuć unikalną atmosferę dawnych wsi i miasteczek, doświadczyć życia codziennego, rzemiosła, a także obrzędów, które kiedyś kształtowały tożsamość lokalnych społeczności. Dzięki przystosowaniu części muzeum do potrzeb osób z dysfunkcją wzroku także i one mogą zanurzyć się w otchłań historii i przenieść się w czasie. Oby takich inicjatyw w Polsce było coraz więcej. && Czar Podlasia w jeden dzień Maria Dąbrowska Na początek nowego roku proponuję krótką wycieczkę na Podlasie, w nieturystyczne rejony opisywane w przewodnikach czy na podróżniczych blogach, gdzie nie znajdziemy sklepów z pamiątkami i grupek turystów słuchających przewodnika. Będzie to wyjazd dla osób chcących dostrzec magiczną atmosferę Podlasia z jej perełkami, czym z pewnością jest sanktuarium Matki Bożej Pojednania w Hodyszewie. Pierwsza wzmianka o wsi Hodysz (od białoruskiego imienia Hodislaw) pochodzi z roku 1505. W 1558 roku istniała tu już cerkiew prawosławna. Hodyszewo było uprzywilejowaną osadą włościańską należącą do tzw. wybraniectwa. miało prawo warzyć piwo, palić gorzałkę na swoją potrzebę, wręb wolny w lasach, zwolnieni byli od tzw. podwód, hyberny, noclegów i chlebów żołnierskich. W 1596 zawarto Unię brzeską, na mocy której miejscowa społeczność uznała zwierzchność papieża rzymskiego i dogmaty katolickie, zachowując obrządek wschodni. Cerkiew prawosławna stała się odtąd świątynią unicką. Przed I wojną światową zaczęto budowę kościoła, do którego sprowadzono wywieziony w 1915 roku w głąb Rosji cudowny obraz Matki Boskiej Hodyszewskiej. Słynący łaskami wizerunek Matki Boskiej Hodyszewskiej został namalowany techniką olejną na trzech sklejonych deskach. Przedstawiona została na nim Maryja, której postać jest lekko zwrócona w prawo. Na jej lewym ręku spoczywa Jezus nieco zwrócony ku Matce, który w lewej dłoni trzyma zamkniętą księgę, podczas gdy prawą unosi w geście błogosławieństwa. Spojrzenie Maryi kieruje się wprost na patrzących na nią wiernych. Owalne oblicze Chrystusa okalają ciemne włosy zakrywające uszy. Jezus na obrazie ma wysokie czoło, długi, prosty nos, ciemne oczy, których spojrzenie skierowane jest wprost przed siebie i niewielkie usta. To wszystko nadaje Jego twarzy wyrazu szlachetności i łagodnego smutku. Dzieło jest datowane na ok. 1630 r. Jak głosi tradycja, ta cudowna ikona ukazała się w miejscu zwanym Krynicą, gdzie po dzień dzisiejszy bije cudowne źródełko. Po objawieniach Matki Bożej na drzewie w Krynicy, zbudowano tam na Jej cześć drewnianą kaplicę, a woda ze studni znajdującej się na środku kaplicy ma do dziś właściwości lecznicze. Cudowny obraz zaś został przeniesiony do nowo wybudowanej świątyni w 1949 roku. Od tej pory Hodyszewo zaczęto nazywać Jasną Górą Podlasia. W 1976 roku opiekę nad sanktuarium powierzono pallotynom. W 1980 roku cudowny obraz został koronowany koronami papieskimi. Tuż za Sanktuarium, wśród pól i łąk znajdują się stacje drogi krzyżowej i to ona zrobiła na mnie największe wrażenie. Kolejne stacje męki Chrystusa są dość dużych rozmiarów i łączą je jedynie polne ścieżki. Gdzieś w oddali dostrzeżemy pasące się konie, a zimową porą łąki i daszki kapliczek, pod którymi rozgrywają się sceny drogi krzyżowej, będą pokryte śniegiem. Warto zatem pójść pieszo z sanktuarium do Krynicy, by móc doświadczyć uroku i magicznej mocy tego miejsca. Kilka kilometrów dalej znajduje się miasto Brańsk, dawniej królewskie miasto Korony Królestwa Polskiego. Dziś jakby przez wszystkich zapomniane. Zatrzymaliśmy się tam, szukając kawiarni, by napić się kawy i porozmawiać o wrażeniach, jakie z pewnością dał nam pobyt w pobliskim Hodyszewie. Kawiarni jednak nie było. Napotkana młoda kobieta wskazała nam na budkę z lodami, gdzie można było również kupić kawę w papierowym kubku. Usiedliśmy na dużym betonowym rynku. W oddali widać było pomnik - grób i pamiątkę po żołnierzach niezłomnych. Również przy rynku znajduje się drewniany budynek ze słynnym szyldem Znachor. To w nim nakręcono wiele scen do filmu Jerzego Hoffmana. Tu filmowa Marysia sprzedawała nici i tytoń, a zakupy robił wiejski znachor Antoni Kosiba vel Rafał Wilczur. Na drugą część dnia wybraliśmy tętniący życiem Bielsk Podlaski. Miasto żywe i kolorowe. Z licznymi kościołami katolickimi i przepięknymi starymi cerkwiami, z zabytkowymi uliczkami wokół tzw. Gory Zamkowej, która jest jedynie wzniesieniem, pamiątką po dawnym grodzie zniszczonym przez Krzyżaków w 1373 roku. Po odbudowaniu grodu ponownie został on zniszczony od uderzenia pioruna i całkowicie spłonął. Wtedy to w mieście przebywał król Zygmunt August. Dawniej wokół grodu znajdowały się stajnie królewskie, dziś jedynie płynie tu niewielka rzeczka, a wokół rozciąga się zadbany i romantyczny park z licznymi wierzbami, których gałązki kąpią się w rzece. Kilka minut od parku znajduje się najstarsza, bo prawdopodobnie datowana na XII w., cerkiew Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy; całkowicie zniszczona podczas najazdu tatarskiego, ale powtórnie odbudowana w XV w. To najstarsza cerkiew w mieście, otwarta dla zwiedzających popołudniami. Świątynią zaś, przy której wszyscy się fotografują, jest stojąca cerkiew tuż przy wjeździe do miasta. To cerkiew św. Michała Archanioła, w mocnym turkusowym kolorze ze srebrnymi błyszczącymi kopułami. Ogrodzona ozdobnym murkiem z licznymi zdobieniami. Wzniesiona w 1789 roku jako unicka w konstrukcji zrębowej, z nawą na planie ośmioboku. Na tyłach cerkwi znajduje się baptysterium, przeznaczone do wykonywania obrządku chrztu, zaprojektowane przez Jerzego Nowosielskiego. Zajrzałam do znajdującego się obok domu parafialnego, gdzie na drzwiach widniał numer telefonu do ojca Marka. Zadzwoniłam pod wskazany numer. Drzwi otworzył mi młody pop prawosławny i zaprosił do środka. W pięknym pokoju wśród książek siedziałam i słuchałam jego opowieści o parafii i o Bielsku Podlaskim. Późnym popołudniem otwierał cerkiew dla wiernych. Zaczekaliśmy kilkanaście minut, by wejść do środka. Od mieszkańca Bielska otwierającego świątynię dowiedzieliśmy się o życiu miasta, o zniszczonych zabytkach, których nie remontuje się, by w ich miejscach stawiać nowe osiedla czy wszechobecne centra handlowe, o stosunkach pomiędzy społecznością prawosławną i katolicką, która tu jest w równej proporcji. Wychodząc z cerkwi, widzieliśmy ludzi pozdrawiających się podczas mijania znakiem krzyża, ale w sposób prawosławny. Wsiedliśmy do auta i dalszą część zwiedzania odbyliśmy już z okien naszego samochodu. Minęliśmy późno barokowy ratusz, zespół kościoła Najświętszej Maryi Panny z Góry Kamel z 1641 r. i klasztoru karmelitów, bazylikę Narodzenia Najświętszej Maryi Panny i św. Mikołaja z 1783 roku. Mijaliśmy wiele zabytkowych budowli, jednak byliśmy już zbyt zmęczeni, by wysiadać z auta. Na zakończenie kupiliśmy jedynie trochę podlaskich smakołyków w sklepie po drodze: miód, wędliny (coś w rodzaju grubo mielonego i aromatycznie przyprawionego pasztetu, ale w formie kiszki), tradycyjny chleb oraz kawałek tutejszego ciasta. Nawet podczas tego jednego dnia zwiedzania poczułam wielokulturową atmosferę regionu. Tu od wieków współistniały różne religie i to czuje się po dziś dzień praktycznie na każdym kroku. && Wydobyte z zapomnienia Aleksandra Ochmańska Ludzka pamięć bywa ułomna. Gubi zdarzenia, miejsca, daty i ludzi. Czasami zapominanie, wydaje się, wynika jednak z mentalności ogółu. Przykro to stwierdzić, ale osoby zajmujące najniższe szczeble w hierarchii społecznej, choć są niezbędne w życiu innych, stają się niewidzialne. Można je przecież wymienić, jak wadliwy towar. Do takich gorzkich wniosków skłoniła mnie lektura "Służących do wszystkiego" Joanny Kuciel-Frydryszak. Autorka jest dziennikarką i pisarką. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim. Za swoją pracę twórczą była wielokrotnie nagradzana. Obecnie posłuchać można jej dwóch biografii: Kazimiery Iłłakowiczówny i Antoniego Słonimskiego oraz książki "Służące do wszystkiego". Świetny styl pisarki, bogaty research i obiektywne spojrzenie na przedstawiane zagadnienia sprawiają, że jej utwory są chętnie czytane. Skrupulatna faktografia zachęca do powtórnego przeczytania dzieła. Nie inaczej jest w przypadku "Służących". To frapująca, wielowymiarowa opowieść, od której trudno się oderwać. Dotyczy ona końca XIX wieku poprzez I i II wojnę światową i po niej. Pewne novum stanowi wprowadzenie bohatera zbiorowego. Ta, dzisiaj zapomniana, grupa zawodowa na kartach tej książki została doskonale upamiętniona. Kuciel- Frydryszak uzmysławia nam, że chociaż w XIX wieku zniesiono pańszczyznę, jej duch długo unosił się jeszcze w relacjach między ludźmi dobrze urodzonymi a służbą. O ile jednak do czasów odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 r. zatrudniano do pracy w domu kilka osób, tak po I wojnie światowej klasę średnią najczęściej stać było na utrzymanie tylko jednej sługi. Autorka konsekwentnie wprowadza nas do codzienności tych biednych kobiet. Razem z nią bywamy na targach służących, później też w agencjach służących, a nawet w dedykowanych im szkołach. Wchodzimy kuchennymi schodami do domów ich państwa. Pisarka wiernie odzwierciedla zakres obowiązków i ich najczęściej trudne warunki bytowe. Nieumiejące czytać i pisać pochodziły zwykle ze wsi i bycie służącą do wszystkiego traktowały jako awans społeczny. To, w jaki sposób układały się ich losy, związane było z miejscem, czasem i ludźmi, u których służyły. Często samotne, bez rodziny i znajomych, zgodnie z literą ówczesnego prawa, stawały się własnością pana. Książka odsłania najgorsze zachowania ludzkie i niebezpieczeństwa, na które były narażone. Przytoczona rada dla kucharki: "Student to jak scyzoryk, którym chleba nie ukroisz, ale tak jest ostry, że się nim okaleczyć możesz", nie pozostawia wątpliwości, co działo się w kuchni lub służbówce. Reporterka nie boi się obnażać trudnych tematów. Bardzo poruszają nas przykłady przemocy fizycznej, psychicznej i seksualnej. J. Kuciel- Frydryszak wykazała się dużą empatią wobec swoich bohaterek. Nie oceniała ich, pokazując rzeczywistość taką, jaką była. Jej mistrzowski warsztat literacki potwierdza też to, że problematyka dotyczy wielu aspektów i nie została ukazana jednostronnie. Poznajemy ją również z punktu widzenia pracodawcy - "Pani dobra, to i służba dobra". Tak twierdziła jedna z kobiet, ale czy sprawa jest taka prosta? Oczywiście, były różne domy, różne służące i sytuacje pełne kontrastów. Obok skrzywdzonych były też te szczęśliwe, ambitne, oddane swoim chlebodawcom, traktowane jak członek rodziny. Tę opowieść trzeba po prostu przeczytać, by odkryć wszystkie odcienie pracy służącej do wszystkiego. Za atut należy uznać fakt, że pisarka naświetliła prawdziwe historie służących. Wykorzystała wspomnienia, listy, cytaty z dzieł literackich, kopie dokumentów, wskazówki z podręczników dla sług, ówczesne notatki prasowe, opowieści rodzinne oraz fotografie, co przybliża temat. Także wskazywanie adresów i autentycznych miejsc rozbudza wyobraźnię czytelnika. Postacie stają się wyrazistsze. Wartości tej pozycji dodają sylwetki służących, które znalazły swoje miejsce w życiu znanych pisarzy, poetów, malarzy, aktorów. Autorka wie, jak zaskoczyć czytelników i czym przyciągnąć ich uwagę. Przytacza historię małżeństwa Stanisława Wyspiańskiego z wieśniaczką, opisuje losy zaufanej służącej Henryka Sienkiewicza czy niezastąpionej, ukochanej "kucharci" córek Wojciecha Kossaka. Zaskakuje między innymi perypetiami Kazimiery Iłłakowiczówny, Zofii Nałkowskiej, Marii Dąbrowskiej i Anny Kowalskiej z ich służącymi. Nie zapomniała też o tej, która jest autorką zakończenia „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza. Kobiety te zwykle żyły w cieniu swoich wybitnych pracodawców. Wysunięcie ich na plan pierwszy należy uznać za trafną decyzję. Obszerne opisy zdecydowanie rozwijają naszą wiedzę. Opowieść naszpikowana jest anegdotami. Niejednego mola książkowego zainteresuje chociażby ta związana z prababką Angeli Merkel. "Służące do wszystkiego" to książka napisana pięknym i przystępnym językiem. Warstwę językową wzbogaciły cytaty z piosenek śpiewanych wtedy na wsiach oraz charakterystyczne dla danego miejsca nazewnictwo. Np. słowo "rajfurka" w Warszawie miało inne znaczenie niż gdzieś w kraju. Zaczerpnięte z rozmów państwa z służącymi krótkie dialogi pomagają odczuć atmosferę tamtych czasów. Duża dbałość o chronologię wydarzeń pozytywnie wpływa na odbiór książki. Podane informacje nie przypominają suchych faktów z badań statystycznych. Wszelkie dane są wspaniale uporządkowane. Widać, że praca Joanny Kuciel- Frydryszak została przemyślana. Nikt wcześniej nie zebrał i nie usystematyzował informacji o tej grupie zawodowej kobiet w Polsce. Podział na rozdziały według tematów jest uzasadniony, bo jak inaczej pokazać tak złożone zjawisko i problemy, z którymi mierzyły się na co dzień? Reporterka umiejętnie postawiła naprzeciw siebie codzienne obowiązki, losy kobiet i zewnętrzne uwarunkowania społeczne, a więc prawo, ówczesną mentalność, rolę Kościoła oraz organizacji lewicowych. Przywołuje nauki udzielane katolickim sługom: "Bóg, nie patrzy na jakość zajęć jakich się podejmujemy, ale patrzy wyłącznie na to jak dane choćby najgorsze obowiązki i zajęcia spełniamy". Ponadto, autorka pokazuje obrady Sejmu, gdy walczono o prawa tej grupy. Jej wnikliwość pozwala nam poczuć się tak, jakbyśmy sami byli obecni w centrum wydarzeń. Utwór, choć czyta się dobrze, nie należy do łatwych. Ma cechy wielu gatunków. Na pewno jest to literatura faktu, reportaż, ale też książka obyczajowa z wątkami kryminalnymi. Niesie ze sobą wiele emocji. Szokuje nas, jak łatwo traciło się tożsamość, gdy na wstępie zmieniano dziewczynie imię, a Pani nie zadawała sobie trudu, by zapamiętać nowe. "U nas w domu zawsze była Marysia". Tak wspominała babcia spytana przez wnuka o służące w rodzinie. Nie raz zakręci się łza w oku. Pewne sytuacje nas rozgniewają, inne zdziwią. Przytoczony wiersz z pisma satyrycznego "Amorek" wywoła śmiech i zadumę. Przeplatanie opowieści zróżnicowanymi treściami sprawia, że ładunek emocjonalny staje się lżejszy. Dzieło J. Kuciel-Frydryszak jest znakomitym uzupełnieniem lekcji historii. Część poświęcona katoliczkom będącym na służbie w rodzinach żydowskich ciekawie ukazuje zderzenie dwóch kultur, religii i odmiennych światopoglądów. Na stronach książki również holokaust ma konkretne twarze. "Służące do wszystkiego" to książka refleksyjna, obok której nie można przejść obojętnie. Skłania do przemyśleń i rodzinnych reminiscencji. && Galeria literacka z Homerem w tle Fragment książki „Ten głos. Ksawery Jasieński” autorstwa Marty Kawalec Rozdział pt. Książki mówione, niewidomi i wino marki wino Był rok 1964. Ksawery był już całkiem dobrze znany swoim słuchaczom z radia i telewizji. Pewnego dnia otrzymał bardzo miły list z podziękowaniami za jego wspaniały głos i ciekawe audycje. Na radiowej antenie pozdrowił więc nadawczynię listu, po czym pożegnał się z słuchaczami. Miał jeszcze kwadrans przerwy przed rozpoczęciem kolejnej audycji w Programie Pierwszym. Postanowił, że tym razem od razu zajmie swoje stanowisko w drugim studiu, żeby zdążyć jeszcze przeczytać poranne wiadomości. Otworzył więc drzwi i o mało nie zderzył się z Bohdanem Zalewskim, który zmierzał właśnie na swoją audycję ze starannie uporządkowanymi kartkami porannego szpigla. - O, słuchaj, Ksawery, mam do ciebie sprawę. Ty jesteś szczeniak, dopiero przyszedłeś do radia, ale musisz poznać inne środowisko. Zostałem zaproszony, żeby przeczytać książki. Przyjedź, to zobaczysz, może i tobie się spodoba. - A gdzie ta impreza się odbywa? - zapytał Ksawery. - Widok 10. Trafisz. Wpadnij wieczorem! - zawołał Bohdan już z korytarza. Tego dnia w świetlicy Polskiego Związku Niewidomych przygotowywano się akurat do cotygodniowego spotkania literackiego. Tym razem jednak sala, podobnie jak dziesiątki innych miejsc, na wieść o przybyciu ulubionego lektora wypełniała się po brzegi na długo przed wyznaczoną godziną. Nie mogąc dojrzeć radiowego kolegi, Ksawery zagadnął o niego młodego człowieka stojącego przy wejściu. - Pewnie jest w kadrach. Prosto korytarzem. To będzie dziesięć kroków. Potem w lewo i czwarte drzwi po prawej, tylko uważaj, bracie, na próg. Dopiero po tym Ksawery zorientował się, że tutaj to niewidomi prowadzą widzących, i nagle zafascynował go ich świat. Postanowił poznać go z ich perspektywy. Usiadł więc w ostatnim rzędzie i już po chwili wsłuchiwał się w głos kolegi czytającego fragmenty „Lalki” Bolesława Prusa. Bardzo spodobał mu się ten wieczór literacki i obiecał sobie, że weźmie w nim udział także następnym razem. Zgłosił się z tą myślą do Jerzego Bokiewicza, znanego spikera, który pracę w radiu rozpoczynał jeszcze przed wojną, a teraz udzielał swojego głosu także niewidomym. Ten polecił Ksawerego i już w kolejnym tygodniu to Jasieński siedział na wprost kilkudziesięciu niewidomych, którzy chcieli posłuchać fragmentów powieści Jane Austen. Siedząc tak pośrodku świetlicy Polskiego Związku Niewidomych, zdał sobie sprawę, jak podobne doświadczenia towarzyszą jego pracy w radiu. Tam przecież jego słuchacze też go nie widzieli. Kiedy odłożył książkę i spojrzał na zasłuchanych obecnych, zastanawiał się przez chwilę, czy spodobała im się jego interpretacja. Po chwili jednak rozległy się brawa i podziękowania, dzięki czemu zupełnie zapomniał o swoich obawach i szybko wdał się w dyskusję na temat czytanych fragmentów. Po pewnym czasie spodobało mu się nie tylko to środowisko, tak otwarte, wdzięczne i chętne do słuchania kolejnych książek, ale także atmosfera panująca w świetlicach PZN. Wkrótce potem zaproponowano Ksaweremu, aby przeczytał na próbę „Egipcjanina Sinuhe” fińskiego autora Miki Waltariego. Książka, która cieszyła się wówczas wielką popularnością, była piękną i melancholijną, a jednocześnie wciągającą historią człowieka wykonującego zawód królewskiego trepanatora czaszek. Powrót do głośnego czytania przypomniał Jasieńskiemu, jak wielką satysfakcję czerpał z tego dawniej. W pamięci wróciły twarze zasłuchanych salowych i pacjentów ze szpitala. Tym razem nie miał na sobie gipsowego gorsetu, ale garnitur, szpitalna sala zamieniła się w wyłożoną boazerią świetlicę, a grono słuchaczy znacznie się powiększyło. Szalenie spodobało mu się to zajęcie i powiedział, że chętnie uczestniczyłby w takich akcjach regularnie. Zapotrzebowanie rosło zaś w miarę czytania. Im częściej ustalano spotkania, tym więcej książek niewidomi proponowali. Wkrótce mury budynku przy ul. Widok 10 przestały już mieścić zainteresowanych, a koła PZN w innych miastach również chciały organizować spotkania u siebie. Ówczesny przewodniczący Prezydium Zarządu Głównego PZN, Mieczysław Michalak, wołał wtedy rozgoryczony do inicjatorów takich spotkań: „Przecież się nie rozdwoimy”, wiedział jednak, że takie tłumaczenia nie na wiele się zdadzą. Niewidomi złapali bakcyla i chcieli słuchać jeszcze więcej książek. Jakiś czas wcześniej podjął już pewne kroki, jednak wciąż szukał ludzi i odpowiednich rozwiązań, które usprawnią to przedsięwzięcie. Pełna napięcia atmosfera sprawiała, że praca w jego towarzystwie stawała się momentami nie do wytrzymania. Właśnie w tym czasie zgłosiła swoją chęć do pracy w redakcji Wydawnictw Nieperiodycznych Polskiego Związku Niewidomych Danuta Tomerska. Była tuż po studiach polonistycznych na Uniwersytecie Warszawskim ze specjalizacją z literatury, pełna zapału i wzniosłych ideałów. W ciągu pierwszych tygodni pracy tylko raz udało jej się zobaczyć swojego nowego szefa i już wiedziała, że był bezpośredni i wymagający. Starała się więc nie wchodzić mu w drogę i skupić na swoich nowych obowiązkach. Ucieszyła się, kiedy usłyszała przypadkiem, że wybiera się właśnie w delegację do Szwecji i nie będzie wymyślał kolejnych zadań dla jej działu. Nie spodziewała się tylko, jak bardzo ta podróż zmieni nie tylko losy polskich niewidomych, ale i jej samej. Kiedy rozemocjonowany Mieczysław Michalak wrócił po kilku dniach do pracy, szybko wezwał do gabinetu ją i kilka innych osób z zespołu i niczym objawienie przedstawił zgromadzonym to, co tam zobaczył. - …i teraz my też będziemy te książki czytać na głos i nagrywać, a potem wypożyczać - zakończył. Jego entuzjazm ostudziła jednak cisza, która wówczas zapanowała. Po chwili Tomerska wykrztusiła: - Panie przewodniczący, ale jak my to mamy zrobić? Tego przewodniczący Michalak jeszcze nie wiedział. Wiedział jednak, co ma: znakomitych lektorów, inżyniera Biernackiego, który jeszcze przed wojną skończył politechnikę i niezbędne kursy oraz dysponującego rozległymi kontaktami redaktora Grochowskiego. Do zespołu dołączyła wkrótce również Tomerska oraz kilku entuzjastów nagrywania literatury na taśmy. Był wśród nich Kazimierz Chudek, który wraz z uruchomieniem studia odszedł z pracy w Ministerstwie Kultury i Sztuki, by zamienić ją na etat realizatora dźwięku. Zgłosił się także inżynier Adolf Rode, który przed wojną pracował w radiu i jako jeden z nielicznych dobrze wiedział, co trzeba robić, aby z technicznego punktu widzenia wszystko działało jak trzeba. Mówił, że przyszedł z ciekawości, bo lubił takie wyzwania, ale wsiąkł w to środowisko i został na długie lata. Tak jak pozostali. Powstał więc prężny zespół, ciągle zresztą rozbudowywany. Wszyscy zachwycili się możliwością zrobienia czegoś, czego nikt wcześniej w Polsce jeszcze nie dokonał. Niewidomi potrzebowali książek. Tymczasem nie było sprzętu, miejsca i oczywiście pieniędzy. Wszystko trzeba było wymyślić i zorganizować od początku. - Kiedy zaczynamy, pani Danuto? - niecierpliwił się Michalak. - Wybrała już pani tytuł pierwszej książki? - Jeszcze chwilę, jeszcze chwilę, panie dyrektorze - uspokajała, chociaż sama nie wiedziała, ile ta chwila może potrwać. Rzuciła więc na odchodne swoją propozycję pierwszego tytułu: - Może „Popiół i diament” Andrzejewskiego? Wajda ładny film nakręcił, to może i nam się uda? - Świetnie, świetnie, to dajcie tu tego Jasieńskiego. On dobrze czyta i ludzie go lubią - pospieszał Michalak. - Ale gdzie my go zaprosimy, kiedy jeszcze studia nie mamy, panie dyrektorze - załamywała ręce Tomerska. W końcu nastąpił jednak przełom. Kilka dni później Ksawery szedł tym samym ciągiem korytarzy, którym wcześniej poprowadził go niewidomy mężczyzna. Zastanawiał się, gdzie mogło znajdować się studio, o którym tyle się mówiło. Nagle tuż przed jego nosem z impetem otworzyły się drzwi i stanęła w nich Danuta Tomerska. - Dzień dobry, panie Ksawery, zapraszamy w nasze skromne progi! - zaśpiewała. Szumnie nazywane studiem dwa pokoje biurowe mieściły stanowisko lektora i reżyserkę. Wyposażone były w magnetofony firmy EMI, magnetofony kontrolne i aparaturę wzmacniającą, wszystko sprzężone metodą dość chałupniczą. Ksawery rozejrzał się po pomieszczeniu oddzielonym od studia nagraniowego dźwiękoszczelnym oknem. Dla wytłumienia dźwięku ściany obwieszono grubymi, brązowymi zasłonami przyniesionymi prawdopodobnie z czyjegoś domu. Na stoliku realizatora dźwięku stały zaś dumnie polskie magnetofony Melodia oraz KB-100, do tej pory używane jedynie do nagrań amatorskich. Jak wyjaśniono Jasieńskiemu, komunikacja ze studiem będzie się odbywać za pomocą sygnalizacji świetlnej lub, jeśli ta zawiedzie, tradycyjnie, przez uchylone drzwi. Wbrew wrażeniom Ksawerego, że wszystko to wyglądało dość dyletancko, pierwsze nagrania ruszyły całkiem sprawnie. Na początku jednak zapisane dźwięki nie nadawały się do słuchania. Metodą prób i błędów szukano sposobów na polepszenie jakości. Zanim jednak biblioteki mieszczące się w oddziałach Polskiego Związku Niewidomych przygotowały regulamin wypożyczeń Książki Mówionej, jak ją wówczas ochrzczono, inżynierowie Rode i Biernacki wyciszyli w końcu utrudniający słuchanie szum. Pierwsze egzemplarze nagrywane były jeszcze na taśmy szpulowe wielkości talerza, których można było słuchać tylko na specjalnych, wielkich i ciężkich magnetofonach, ale i tak przedsięwzięcie to sprawiło słuchaczom wielką radość, a dyrektorowi Michalakowi przyniosło ulgę, bo literatura mogła być w końcu bardziej dostępna dla niewidomych. Sygnaturę z numerem jeden w nowo powstałym Katalogu Książek Mówionych Biblioteki Centralnej PZN nadano więc symbolicznie książce „Popiół i diament” czytanej przez Ksawerego Jasieńskiego. Od tej pory Ksawery z wielkim przejęciem czytał kolejne książki, przesiane przez Danutę Tomerską. Ta z kolei miała wyjątkowe wyczucie co do kolejnych tytułów. Nie były to nigdy popularne romanse, ale klasyka różnych gatunków i największe dzieła literackie. Z czasem przyszedł też czas na nowości, jednak tylko sprawdzone i godne polecenia. Te zaś z coraz większym zapałem były odkrywane przez środowisko niewidomych. && Nasze sprawy Jak sobie radzę ze strachem przed ciemnością i ludźmi Agata Sierota Nigdy nie bałam się ciemności, którą znam jeszcze z czasów w miarę dobrego widzenia. Nie lękałam się jako dziecko zasypiać przy zgaszonym świetle, czy wchodzić do ciemnych pomieszczeń. Zabawa w chowanego była moją ulubioną, bo potrafiłam się ukryć w takim kąciku, gdzie nikt nie mógł mnie znaleźć. Miałam, jak większość dzieci, swoje demony, ale moje pojawiały się za dnia. Były one związane z lękiem przed ludźmi, więc nocą, samotna byłam bezpieczna. Dopiero kiedy zaczęłam studiować psychologię, zrozumiałam, że od dawna towarzyszy mi lęk społeczny. Sama byłam tym odkryciem zaskoczona. Co prawda, od najmłodszych lat odczuwałam nieprzyjemne napięcie w kontaktach z innymi, ale dawniej jakoś nie myślałam o tym w kategoriach lęku. Rzeczywiście, w obecności innych, a nawet myśląc o spotkaniu z nimi, czułam się jakby sparaliżowana; tak się jednak do tego przyzwyczaiłam, że wydawało mi się to naturalne. Wcale nie musiały to być nieznane mi osoby, dotyczyło to także tych z rodziny i bliskich znajomych. Uświadomiłam sobie problem i nazwałam (można żartować, że sama sobie postawiłam diagnozę), gdy już będąc na studiach psychologicznych, szłam na spotkanie z bliską koleżanką. Nie było to spotkanie w żadnej trudnej sprawie, po prostu - zaproszenie na kawę i plotki. Czułam drżenie, szumiało mi w skroniach, kręciło mi się w głowie, miałam uczucie, że ciśnienie mi się podnosi. Po drodze układałam scenariusz, którym powitam znajomą: Cześć, Aniu! Jak tam było na wyjeździe? Nie, może inaczej: Hej, fajnie, że mnie zaprosiłaś, dzięki… Co ja właściwie robię? - prawie krzyknęłam w myślach. Czuję się jak przed ważnym egzaminem albo rozmową klasyfikacyjną do pracy, a mam się spotkać z kimś bliskim, kto w dodatku chyba mnie lubi…?! Skąd więc taki stres? Czego się boję? Lęk społeczny może mieć różne przyczyny: neurobiologiczne, kulturowe, społeczne. Badania pokazują, że Polacy częściej go doświadczają niż mieszkańcy krajów bardziej otwartych w relacjach z innymi, jak Włochy, Hiszpania czy Grecja. W wielu przypadkach lęk społeczny jest nabyty drogą uczenia się, np. mieliśmy w dzieciństwie czy wczesnej młodości nieprzyjemne, trudne zdarzenia w kontaktach z innymi i tamten, towarzyszący im wstyd i lęk przenosimy na dalsze kontakty. Dzieje się tak nawet w sytuacjach, gdy nie ma do tego racjonalnych podstaw. Nieraz myślę o tym, że dorośli często nie zdają sobie sprawy, iż zawstydzanie dziecka przed innymi, mówienie np. „zobacz, co narobiłeś”, może w niektórych przypadkach dać efekt ciągnącej się latami obawy przed kompromitacją. Jeśli rodzice nie potrafią wesprzeć dziecka, np. po nieudanym wystąpieniu w szkolnym teatrzyku, efekt może być podobny. Czasem wystarczy jedna sytuacja, która zachwieje niepewnym poczuciem wartości małego człowieka. Niestety, w niektórych rodzinach dzieci są latami wyśmiewane i poniżane, wtedy odwrócić ten efekt może jedynie długi proces terapeutyczny. Jakie były przyczyny mojego lęku? Trochę takich nieprzyjemnych doświadczeń faktycznie miałam… Pamiętam, jak dzieci śmiały się ze mnie pierwszego dnia w przedszkolu, bo w tzw. wyprawce miałam wszystkiego dwa razy więcej niż zalecała pani przedszkolanka. Mama chciała dobrze, a ja nic jej nie powiedziałam, jak bardzo było mi przykro z powodu złośliwych komentarzy innych dzieci. Podobnych sytuacji, o których nie mówiłam nikomu, było więcej… Zostaje jednak nadzieja, że jeśli w wielu sytuacjach lęk jest wyuczony, można się go także oduczyć. Lęk społeczny nie jest, jak wiele osób myśli, powiązany z nieśmiałością, która jest cechą wrodzoną i trudną do diametralnej zmiany. Znajomość psychologii pomogła mi nieco okiełznać moje lęki przed innymi. Skończyłam i prowadziłam kursy asertywności, a nawet publicznych wystąpień. Powiecie, że to niemożliwe w takim razie, bym miała fobię społeczną? Uwierzcie, tylko ja wiem, ile mnie to kosztowało. Przyznam, że czasem, przed szczególnie trudnymi dla mnie wyzwaniami, stosowałam najrozmaitsze techniki relaksacyjne, a nawet brałam ziołowe leki uspokajające. Może to szczęście w nieszczęściu, ale przez te stresy i coraz bardziej pogarszający się wzrok przestałam pracować na uczelni i prowadzić kursy. Udawało mi się znajdować zlecenia, które wymagały minimalnego kontaktu z ludźmi, pracy przy komputerze i okazało się, że dzięki tej zmianie, jak to się mówi, psychicznie odżyłam. Czułam, jakbym zrzuciła ogromny ciężar, do którego przez lata się zmuszałam. Trzeba więc, jak widać, szukać złotego środka, nie poddawać się lękom, ale też przełamywać je stopniowo, nie - na siłę, bo to też daje swoje konsekwencje. W moim przypadku, zbytnie obciążenie zniechęciło mnie wręcz do bezpośredniej pracy z ludźmi. Pozostało więc być psychologiem online i pisanie artykułów. Wróćmy do lęków przed moją ciemnością, w znaczeniu utraty widzenia. Staram się z nimi mierzyć każdego dnia, ale nie jest to łatwe… Duże wsparcie dają mi kontakty z osobami niewidomymi, które dobrze funkcjonują, realizują swoje cele i nie narzekają. „Może jest łatwiej, gdy od początku się nie widzi” - wspominałam już o tych słowach pani redaktor Teresy. Może łatwiej, Pani Tereso, a na pewno - inaczej. Po raz kolejny, w grudniu idę na wizytę kwalifikacyjną do zabiegu usunięcia zaćmy na tym moim jedynym widzącym oku. Ciągle zabieg jest przez lekarzy przesuwany, bo ryzyko duże. Ale jak tłumaczył specjalista, nie można odwlekać tego w nieskończoność. Jeśli badanie wykaże, że jest już duży stopień zaawansowania, nawet gdy można w miarę dobrze funkcjonować - konieczna jest operacja. Z czasem katarakta twardnieje i łatwiej wówczas o powikłania. Co prawda, jakiś miesiąc temu inny specjalista twierdził, że jeszcze raczej po tak krótkim okresie zaćma nie będzie operacyjna, no, ale cóż, zobaczymy… W tym pooperacyjnym okresie, gdy nie będę nic widziała, chyba najbardziej boję się, nie - ciemności, a zależności od innych. Mam bliskie osoby obok siebie, ale mimo to, wiadomo, jak chyba każdy, wolę być samodzielna. Mam nadzieję, że dość szybko nauczę się funkcjonować, nie widząc, dopóki resztki wzroku nie wrócą. Już myślę, czego będę słuchać, pocieszam się, że nie przeszkodzi to w dużym stopniu mojej pasji perfumowej. Obecnie mam w swojej kolekcji kilkadziesiąt arabskich zapachów, które testuję, porównuję, łączę ze sobą. Może przez ten zabieg i przerwę w pracy, wreszcie będę miała na to czas. Czy jestem optymistką? Myślę, że robię wszystko, by nie popaść w pesymizm, a technik poprawiania nastroju już trochę znam. To prawda, że od teorii do praktyki nie zawsze jest blisko. Nauczenie się optymizmu i szukanie małych rzeczy jako powodów do radości poszło mi dość łatwo, trudniej jest z okiełznaniem lęków. Jednak coraz częściej, gdy ogarnia mnie niepokój, potrafię powiedzieć sobie stop, zastanowić się, czy to czego się obawiam, rzeczywiście jest realne. Boję się utraty wzroku, bo boję się zmian, ale wiem, że nawet w tej ciemności nie będę samotna, poradzę sobie, znajdę siłę. Może nawet pomogę komuś, kto zmaga się z podobnymi lękami. Wybrany zawód psychologa poniekąd zobowiązuje. && Noworoczne postanowienia Tomasz Matczak Nawet się człowiek dobrze nie obejrzał, a tu już nowy rok! Strząsamy z siebie balast minionych 366 dni, tak, tak, mamy za sobą o jeden dzień więcej niż zwykle, bo 2024 rok był przestępny i patrzymy w przyszłość z nowymi nadziejami. Może uda się odwołać od niekorzystnej punktacji przy wniosku o świadczenie wspierające? Może ktoś pójdzie po rozum do głowy, czytaj: urzędnicy i tak, jak w Paryżu z ulic polskich miast znikną elektryczne hulajnogi? Może politycy przestaną dzielić niepełnosprawnych na tych, co dostaną wyrównanie, bo mają rentę socjalną i tych, co ją sobie wypracowali? Nowy rok to nowe wizje, nowe pomysły, nowe nadzieje i wreszcie nowe noworoczne postanowienia! W listopadzie ubiegłego roku na facebookowej grupie, zrzeszającej niewidomych i niedowidzących, pojawił się post nawołujący do pisania w komentarzach postulatów do przyszłego prezydenta. Inwencji z pewnością nam nie brakuje. Zmienić to, usunąć tamto, poprawić siamto, uchwalić owamto i będzie naprawdę wspaniale! Od czasu do czasu na tym samym Facebooku publikuję post, w którym powtarzam jak mantrę zdanie: i niech mi ktoś powie, że życie nie jest piękne! Dla mnie jest i kropka. Że niby jestem bogaty, świetnie zarabiam, opływam w materialne dobra i niczego mi nie brakuje? Nie, bez przesady! Dostaję najniższą krajową pensję i najniższą z możliwych rentę chorobową z dodatkiem, więc uzbiera się z tego parę tysięcy, a żona pracuje w prywatnej firmie, a nie w spółce skarbu państwa na stanowisku prezesa. Mam z czego żyć, ale nie jestem bogaty. To znaczy mam nadzieję, że jestem, ale inaczej. Życie jest piękne, bo rano wstaje słońce, bo mam do kogo się uśmiechnąć, bo inni uśmiechają się do mnie, bo śpiewam piosenki, bo żyję. Nie szukam tego, co mogą mi dać inni, nie piszę postulatów, co powinni w sobie poprawić, aby było mi lepiej, nie gonię za kolejnymi dodatkami, wyrównaniami czy świadczeniami, a politykę śledzę raczej biernie. I tak nie mam wpływu na rząd i całą resztę. Przełom lat to czas, gdy zwykło się podejmować jakieś noworoczne postanowienia. Tak, wiem, że to taka tradycja, która w założeniu ma to, iż postanowienia te z zasady są niedotrzymywane, ale to już inna bajka. Myślę, że można spojrzeć na nowy rok nie przez pryzmat tego, czego znowu nie dostanę, ale tego, co mogę dać od siebie. Dobra materialne są ważne, ba, czasem wręcz nieodzowne, ale czy obok nich nie istnieją też inne wartości? Ktoś powie: uśmiechu, życzliwości, empatii czy altruizmu do garnka nie włożę. To prawda, ale czy nie działa to w drugą stronę? Jeśli zamiast serca masz w sobie kawałek mięsa i nic więcej, to jakie w tym korzyści? W sumie to tak do końca nie wiem, czy gdyby wszyscy ludzie byli bogaci, to świat byłby piękniejszy. Nie wiem też na pewno, czy gdyby wszyscy ludzie myśleli nie tylko o sobie, uśmiechali się, byli życzliwi i serdeczni, to byłby lepszy. Mimo wszystko bardziej skłaniam się ku drugiej niż pierwszej tezie. Wystarczy zerknąć za naszą wschodnią granicę. Gdyby tu i ówdzie żyli ludzie obdarzeni empatią, to czy nie byłoby lepiej? A bogaci przecież są, prawda? Przynajmniej ci, którzy siedzą na szczytach. Nie chcę nikogo do niczego nakłaniać, bo to nie moja rola. Ja tylko podsuwam myśli. Może głupie? Nie wiem, ale może zamiast zastanawiać się nad postulatami do przyszłego prezydenta, nad tym czy i ile dostanę, nad tym komu dano i dlaczego nie mnie, warto podjąć noworoczne postanowienie o częstszym uśmiechu, o serdeczności, empatii lub o tym, aby mniej narzekać? Człowiek, który ma w sobie pogodę, potrafi się uśmiechać nawet w deszczu. Czy jestem niepoprawnym optymistą? A może naiwnym dyletantem? Może dla niektórych ludzi tak, ale jakie ma to dla mnie znaczenie? Już dawno przekonałem się, że w życiu nie chodzi o to, ile się ma, ale ile daje się innym. Można pozornie nie mieć prawie nic, bo podświadomie czasownik „mieć” kojarzy się z dobrami materialnymi, ale przecież człowiek to nie tylko istota fizyczna. Światu potrzeba o wiele więcej dobra, piękna, życzliwości i uśmiechu niż milionów dolarów. Na nowy rok życzę wszystkim samych słonecznych ludzi dookoła! && Nie jestem białą laską Teresa Dederko Wiele razy pisałam o tym, że niewidomi, tak jak inni ludzie, różnią się od siebie pod wieloma względami. Poza większymi lub mniejszymi problemami z widzeniem każdy z nas posiada swoje indywidualne cechy zarówno pozytywne, jak i negatywne. Niestety, w społeczeństwie ciągle jeszcze funkcjonują pewne stereotypy, na podstawie których jesteśmy postrzegani jako jednolita grupa i oczywiście najbardziej zauważalna jest nasza niepełnosprawność, najczęściej utożsamiana z posługiwaniem się białą laską. Spotykam się też z przekonaniem, że wszyscy niewidomi się znają. Zdarza się, że ktoś podprowadzający mnie na ulicy zaczyna opowiadać: „pewnie pani zna, bo tu często przechodzi pan też z białą laską i ja mu nieraz pomagam”. Taka opowieść może dotyczyć np. programu telewizyjnego pokazującego jakieś sukcesy niewidomych. Podobnie z pewnością bywa w przypadku innych grup zawodowych czy społecznych. Gdy w towarzystwie znajdzie się lekarz, przeważnie opowiadamy mu o swoich chorobach, a nie o przeczytanych książkach. Czasami denerwuje mnie, a nieraz śmieszy, ta identyfikacja poprzez białą laskę. Niedawno byłam na turnusie rehabilitacyjnym, gdzie wśród uczestników znalazła się jeszcze jedna osoba niewidoma. Od razu, na początku zajęć pani prowadząca powiedziała mi: „tu jest też taka pani bardzo podobna” i zawiesiła głos. Spytałam, czy podobna do mnie? „No tak - ma białą laskę”. Gdy kończył się turnus i schodziłam na ostatnie śniadanie, kierowniczka podała mi paczkę. Wiedziałam, że niektórzy zamawiali zioła, suplementy diety, jakieś herbatki dobre na wszystko. Mocno się zdziwiłam, bo niczego nie zamawiałam, więc nie spodziewałam się żadnej przesyłki. Kierowniczka na to: „ach, to ta druga pani zamawiała”, no i wszystko stało się jasne, po prostu zamawiała biała laska. Zaczęłam zastanawiać się, jakby sobie poradzono, gdyby na turnusie było dwoje niewidomych, pan i pani. Czy wtedy też by nas mylono? Kiedyś do mojej koleżanki blisko mnie mieszkającej podeszła pani i powiedziała: „my się znamy z przedszkola, bo razem odprowadzałyśmy dzieci”. Koleżanka na to: „ale ja nie mam dzieci” i jaką odpowiedź usłyszała: „ale tamta pani też miała białą laskę”, no i wszystko stało się jasne. Ja bardzo doceniam to wspaniałe narzędzie, jakim jest biała laska i rzadko z nią się rozstaję, nawet gdy idę z przewodnikiem, bo wtedy inni przechodnie mnie omijają, a nawet jak potrącą, to przeproszą. Dopiero w zeszłym roku jakoś do mnie dotarło, że 13 listopada obchodzimy Międzynarodowy Dzień Niewidomych. Sprawdzałam w Internecie, dlaczego ustalono tę datę i najpierw przeczytałam błędną informację, że to jest rocznica urodzin Braille'a. Napisałam sprostowanie do Google'a, a potem doszukałam się wyjaśnienia, że 13 listopada 1745 r. urodził się Valentin Haüy, filantrop, a co najważniejsze - założyciel pierwszej szkoły dla niewidomych, w której kilka dekad później kształcił się Ludwik Braille i tu dokonał swojego wynalazku. Nie wiem, dlaczego w Polsce obchodzimy hucznie Dzień Białej Laski, a nasze święto jest mniej uroczyste. Ja uważam, że ważniejszy jest Dzień Niewidomych niż najwspanialszej laski. Oczywiście rozumiem, że im częściej mówi się o naszych sprawach, tym społeczeństwo będzie miało większą wiedzę, a nam będzie żyło się łatwiej, więc mogę często świętować, ale niekoniecznie chcę być utożsamiana z moją laską. Młodsze pokolenia, co prawda, właśnie tak nazywają atrakcyjne dziewczyny, więc może w tym kontekście pogodzić się z byciem laską i to nawet białą, chociaż czasem już nieco skrzypiącą? && Listy od Czytelników Na prośbę osób zainteresowanych życiem i działalnością pani Krystyny Krzemkowskiej, zmarłej w listopadzie zeszłego roku, zamieszczam jej list przysłany do mnie w 2016 r. Myślę, że pani Krystyna sama chciała opowiedzieć swoją historię. Redaktor Moja społeczna działalność w Polskim Związku Niewidomych Krystyna Krzemkowska Był rok 1955, wkraczałam w dorosłe życie. Kierownik biura bydgoskiego okręgu PZN, pan Klemens Graja zatrudnił mnie na stanowisku referenta organizacyjnego. W swoich zbiorach posiadam jeszcze legitymację PZN, która ma numer 199. Dlatego w ubiegłym roku obchodziłam jubileusz sześćdziesięciolecia w PZN. W tym samym roku w dniach 1-3 lipca obradował II Krajowy Zjazd PZN. Delegatem na ten zjazd był pan Klemens Graja, który w tym terminie miał własny ślub i na zjazd wysłał mnie. W ten sposób uczestniczyłam w obradach II Krajowego Zjazdu PZN. W moich pamiątkach zachowała się teczka z tego zjazdu. Potem uczestniczyłam, już jako delegat, w kolejnych krajowych zjazdach do XIII w roku 1999, reprezentując okręg poznański, a potem bydgoski. To świadczy o poparciu i uznaniu środowiska. Później była szkoła średnia w Kurniku i studia w Poznaniu na Uniwersytecie Adama Mickiewicza; zawsze przy ścisłej współpracy z organami PZN. Świadczy o tym fakt, że przedstawiciele PZN uczestniczyli w naszych uroczystościach maturalnych i magisterskich. Poznańscy działacze, tacy jak: Aleksander Król - prezes okręgu i prezes spółdzielni „Simpo”, Henryk Zaganiaczyk - kierownik biura, Czesław Kryjom - członek prezydium, bibliotekarz - wszyscy nieżyjący, serdecznie nas przyjęli i udzielali wszechstronnej pomocy. Wciągnięto mnie do władz okręgu, byłam członkiem prezydium, delegatem na zjazd krajowy, członkiem Zarządu Głównego PZN i przewodniczącą Krajowej Sekcji Młodzieży Uczącej się. Warto o tych działaczach pamiętać. Potrafili oni przyciągnąć młodzież i tworzyli miłą atmosferę, sprzyjającą wspólnej działalności. Uczestniczyłam w obozach studenckich organizowanych przez ZG PZN z udziałem władz centralnych. Miały one duży wpływ na rozwój mojej osobowości. Po studiach wróciłam do Bydgoszczy. Pan Henoch Drat - długoletni członek władz centralnych ZG PZN, prezes okręgu, założyciel i prezes spółdzielni niewidomych „Gryf” - zatrudnił mnie w spółdzielni. Pełniłam tu funkcje: asystenta socjalnego, kierownika działu rehabilitacji i zastępcy prezesa ds. rehabilitacji, członka zarządu spółdzielni. Przepracowałam tu 28 lat. Spółdzielnia była mi znana, bo w czasie szkolnych wakacji pracowałam w niej przy naciąganiu szczotek, by zarobić na swoje potrzeby. Zajmowałam się głównie sprawami zatrudnienia, rehabilitacji i działalnością socjalną. Najbardziej lubiłam wyjeżdżać w teren do chałupników, których zatrudniono 170 z terenu województw: bydgoskiego, toruńskiego i włocławskiego. Starałam się pomóc w miarę możliwości tym najbiedniejszym, oddalonym od spółdzielni. Pomoc dotyczyła przydziału różnorodnych świadczeń. Umożliwiono mi uzupełnienie kwalifikacji przez skierowanie na dwuletnie studium asystentów socjalnych, organizowane przez CZSI w Warszawie, a potem dla członków zarządu spółdzielni do spraw rehabilitacji. Pracowałam w radzie CZSN i w radzie Regionalnego Związku Spółdzielni Inwalidów w Bydgoszczy. Już od roku 1966 łączyłam pracę zawodową z działalnością społeczną w okręgu PZN. W latach 1966-1999, tj. przez 33 lata, zasiadałam w prezydium zarządu okręgu, pełniąc funkcję zastępcy lub sekretarza. Byłam członkiem ZG PZN, przewodniczącą komisji ds. rehabilitacji i delegatem na kolejne zjazdy krajowe. Jest to udokumentowane w książce pani Janiny Śledzikowskiej „Historia niewidomych na Kujawach i Pomorzu”, wydanej przez okręg kujawsko-pomorski. W tej książce prezentowane są sylwetki niektórych działaczy, takich jak: Henoch Drat, Władysław Winnicki, Józef Buczkowski, Henryk Mikołajczak, Szczepan Jankowski. Warto byłoby, aby redakcja „Pochodni” w roku jubileuszu wykorzystała te materiały. W roku 1991 objęłam stanowisko dyrektora okręgu bydgoskiego, a potem kujawsko-pomorskiego i pracowałam na tym stanowisku prawie 10 lat. Współpracowałam z panem Zbigniewem Terpiłowskim, który był moim zwierzchnikiem w spółdzielni „Gryf”, a potem okręgu PZN. Od 2000 roku przebywam na emeryturze. Staram się być użyteczna. Pomagam trochę w sprawach organizacyjnych duszpasterstwa, ale na ogół jestem konsumentem imprez organizowanych przez innych. Moja wiedza i doświadczenie nie są nikomu potrzebne. Moją pasją są zagraniczne wyjazdy. Byłam na 10 pielgrzymkach zagranicznych organizowanych przez Krajowe Duszpasterstwo Niewidomych. Były to: Ziemia Święta, Rzym, Włochy, Hiszpania, Portugalia, Ukraina i inne. Ostatni mój wyjazd zagraniczny to wycieczka „Śladami Ludwika Braille'a” Paryż, Cuvrey, organizowana przez ZG PZN. Teraz już nie jeżdżę, brak środków i kondycji, ale zostały wspomnienia. Mam poczucie wartościowo przeżytych lat, z pożytkiem dla innych i wdzięczna jestem środowisku, że tak długo mogłam realizować swoje społecznikowskie pasje, przejęte w genach po ojcu.