Sześciopunkt
Magazyn Polskich Niewidomych i Słabowidzących
ISSN 2449–6154
Nr 2/107/2025
Luty
Wydawca: Fundacja „Świat według Ludwika Braille’a”
Adres:
ul. Powstania Styczniowego 95D/2
20–706 Lublin
Tel.: 697–121–728
Strona internetowa:
http://swiatbrajla.org.pl
Adres e‑mail:
biuro@swiatbrajla.org.pl
Redaktor naczelny:
Teresa Dederko
Tel.: 608–096–099
Adres e‑mail:
redakcja@swiatbrajla.org.pl
Kolegium redakcyjne:
Przewodniczący: Beata Krać
Członkowie: Jan Dzwonkowski, Tomasz Sękowski
Na łamach „Sześciopunktu” są publikowane teksty różnych autorów. Prezentowane w nich opinie i poglądy nie zawsze są tożsame ze stanowiskiem Redakcji i Wydawcy.
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam, ogłoszeń, informacji oraz materiałów sponsorowanych.
Redakcja zastrzega sobie prawo do skracania, zmian stylistycznych oraz opatrywania nowymi tytułami materiałów nadesłanych do publikacji.
Materiałów niezamówionych nie zwracamy.
Publikacja dofinansowana ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.

&&
Nowinki tyfloinformatyczne i nie tylko
Fundusz alimentacyjny i obowiązki alimentacyjne dzieci wobec rodziców - Prawnik
Adaptogeny - wsparcie dla równowagi organizmu - Radosław Nowicki
Jason Smyth - najszybszy parasprinter świata - Radosław Nowicki
Przekąski na stół karnawałowy - N.G.
Przygnębienie, depresja - jak pomóc rozmową? - Agata Sierota
Filozof nadziei i góralskiej mądrości - Paweł Wrzesień
Marynista i wizjoner - Ireneusz Kaczmarczyk
Inny portret K. K. Baczyńskiego - Aleksandra Ochmańska
Wystawa „World unseen” - Henryka Kwiatkowska
Dary w kulturze - Marta Warzecha
Galeria literacka z Homerem w tle
Wiśnie z likierem - Andrzej Liczmonik
Moje oblicze depresji - Krystian Cholewa
Świadczenie wspierające czy wielka loteria - Paweł Wrzesień
Zofia Morawska - całe życie oddała niewidomym
Z nadzieją, że brajlowskie nuty nie zaginą - Helena Jakubowska
&&
Drodzy Czytelnicy!
W lutowym numerze „Sześciopunktu” nie zapominamy o trwającym jeszcze karnawale i święcie zakochanych, ale poruszamy też kilka ważnych tematów. W naszych poradnikach znajdą Czytelnicy informacje, m.in. jak zainstalować syntezator RHVoice, komu i w jakich okolicznościach przysługują alimenty, czym są adaptogeny, a także jak ważna jest rozmowa w depresji.
W dziale „Rehabilitacja kulturalnie” publikujemy dwa artykuły biograficzne poświęcone księdzu Tischnerowi i Józefowi Conradowi oraz literacką recenzję książki o Krzysztofie Baczyńskim.
W rubryce „Nasze sprawy” zamieszczamy osobistą relację z radzenia sobie z depresją, artykuł dotyczący świadczenia wspierającego oraz krótkie sprawozdanie z uroczystości upamiętniającej Panią Zofię Morawską.
Zapraszamy do „Galerii literackiej”, w której prezentujemy humorystyczne, choć nieco refleksyjne opowiadanie o oczekiwaniu na miłość.
Dziękujemy wszystkim Czytelnikom, którzy dzielą się z redakcją swoimi uwagami i opiniami dotyczącymi tekstów zamieszczanych w „Sześciopunkcie”.
Życzymy ciekawej lektury.
Zespół redakcyjny
&&
Jest miłość trudna
jak sól czy po prostu kamień do zjedzenia
jest przewidująca
taka co grób zamawia wciąż na dwie osoby
niedokładna jak uczeń co czyta po łebkach
jest cienka jak opłatek bo wewnątrz wzruszenie
jest miłość wariatka egoistka gapa
jak jesień lekko chora z księżycem kłamczuchem
jest miłość co była ciałem a stała się duchem
i ta co nie odejdzie - bo znów niemożliwa
&&
Aby zacząć przygodę z syntezatorem RHVoice, trzeba pobrać i zainstalować odpowiednie pliki. Dla każdego wspieranego systemu operacyjnego instalacja przebiega nieco inaczej. Dlatego postaramy się jak najdokładniej opisać cały proces krok po kroku, na poszczególnych platformach.
Instalacja dla systemu operacyjnego Linux to temat wymagający szczególnego skupienia, ponieważ występuje on w różnych odmianach, tzw. dystrybucjach, zoptymalizowanych pod kątem stabilności, aktualności programów, a nawet stopnia obeznania użytkownika z systemem. Z tego powodu opisana zostanie procedura instalacji syntezatora RHVoice w najbardziej znanych i niewymagających szczególnego doświadczenia dystrybucjach, takich jak Debian, UBUNTU i dystrybucje pochodne. Proces ten przeprowadza się w terminalu, czyli mówiąc terminologią zapożyczoną z systemu Windows, wierszu poleceń. Systemy operacyjne UBUNTU oraz DEBIAN domyślnie zawierają w sobie syntezator mowy E-SPEAK i czytnik ekranu Orca, można więc rozpocząć instalację RHVoice z pełnym udźwiękowieniem systemu.
W pierwszym kroku należy otworzyć terminal. Aby to zrobić, wystarczy z poziomu dowolnego miejsca w systemie nacisnąć skrót CTRL+ALT+T. Ważne! Podczas instalacji najlepiej używać polecenia sudo, które nadaje użytkownikowi prawa administratora. Prawa te są niezbędne do poprawnego przeprowadzenia instalacji.
Przed rozpoczęciem instalacji należy przygotować do niej system. Najpierw trzeba się upewnić, że system i wszystkie programy są aktualne. W tym celu wprowadzamy do terminala następujące polecenia:
Sudo apt update,
Sudo apt upgrade.
Uwaga! System po każdym poleceniu poprosi o podanie hasła.
Jeśli wszystko jest aktualne, trzeba pobrać pakiety potrzebne do instalacji RHVoice. W tym celu wpisujemy następujące polecenie:
„sudo apt-get -q -y install scons libpulse-dev libao-dev portaudio19-dev libspeechd-dev git” bez cudzysłowów - i naciskamy Enter.
Po ostatnim naciśnięciu Entera rozpocznie się proces pobierania i instalacji pakietów potrzebnych do kompilacji i instalacji RHVoice. Są to kompilatory, czyli programy przekształcające kod źródłowy na maszynowy, a także różne biblioteki rozwojowe, służące do kompilacji wsparcia poszczególnych serwerów podsystemu dźwięku. Po instalacji wyżej wymienionych pakietów jesteśmy gotowi do instalacji syntezatora.
Następnym krokiem będzie pobranie syntezatora RHVoice. Do tego celu służy następujące polecenie, które zatwierdzamy klawiszem Enter:
git clone -recurse https://github.com/RHVoice/RHVoice.git.
Ten proces może zająć kilka minut, w zależności od szybkości łącza internetowego. Po udanym pobieraniu należy skompilować RHVoice, wykonując następujące kroki:
1. Wchodzimy do katalogu, w którym znajduje się kod, używając następnego polecenia:
Cd RHVoice,
2. Naciskamy klawisz Enter,
3. Inicjujemy proces kompilacji poleceniem „scons” i naciskamy Enter,
4. Jeśli kompilator nie zwrócił żadnego kodu błędu, można kontynuować proces instalacji,
5. Zatem wprowadzamy polecenie „sudo scons install” i naciskamy Enter. Komputer poprosi o hasło. Po wprowadzeniu hasła należy jeszcze raz nacisnąć klawisz Enter, po czym rozpocznie się instalacja.
Po zakończeniu procesu instalacji należy ponownie uruchomić komputer z poziomu terminala, wypełniając polecenie „sudo systemctl reboot” i naciskając klawisz Enter. Ponieważ w poprzednim kroku podawane było hasło, istnieje możliwość, że system tym razem o nie nie poprosi.
Po ponownym uruchomieniu komputera i automatycznym włączeniu czytnika ekranu, możemy ustawić RHVoice jako nasz domyślny syntezator mowy. Służy do tego okno dialogowe ustawień czytnika ekranu Orca. Aby je wywołać, należy nacisnąć skrót klawiszowy Insert+Spacja. Po otwarciu tego okna, skrótem klawiszowym Shift+Tab szukamy listy kart właściwości, czyli dostępnych kategorii ustawień. Po usłyszeniu komunikatu „ogólne Tab” naciskamy strzałkę w prawo, aż usłyszymy kolejny komunikat „głosy tab”. W następnym kroku naciskamy Tab, dopóki nie znajdziemy opcji „syntezator”. Jest to pole kombi, które w systemie operacyjnym Linux otwieramy klawiszem Spacja. Strzałką w dół wybieramy RHVoice i naciskamy Enter, po czym klawiszem Tab szukamy opcji głos. Ta opcja zachowuje się jak poprzednia. Strzałką w dół wybieramy głos, którego chcemy używać i naciskamy Enter. Po wybraniu głosu możemy ustawić prędkość, wysokość i głośność, według naszych preferencji, używając klawisza Tab do poruszania się między opcjami i strzałek w lewo lub w prawo, do zmiany parametrów poszczególnych opcji. Po ustawieniu wszystkich parametrów, jakich potrzebujemy, należy naciskać klawisz Tab, dopóki nie usłyszymy komunikatu „ok przycisk”. Przycisk ten wystarczy uaktywnić, naciskając klawisz Enter. Jeżeli RHVoice się odezwie, to znaczy, że jego konfiguracja w czytniku ekranu Orca przebiegła poprawnie i syntezator działa prawidłowo. Niestety, nie istnieje możliwość sprawdzenia poprawnego działania syntezatora mowy przed jego konfiguracją w systemach Gnu/Linux.
Instalacja syntezatora mowy RHVoice w systemie operacyjnym Android jest prosta i wymaga tylko wykonania kilku czynności. RHVoice jest dostępny w dwóch źródłach: w sklepie Google Play lub w sklepie Fdroid. Fdroid to alternatywny sklep, zawierający tylko aplikacje bezpłatne z otwartym kodem źródłowym. Ponieważ sklep Fdroid wymaga dodatkowej instalacji, na początek przygody z aplikacją RHVoice na Android, omówione zostaną wszystkie etapy instalowania jej ze sklepu Google Play, który domyślnie można znaleźć na prawie każdym urządzeniu z systemem operacyjnym Android. Do udźwiękowienia instalacji można użyć Google tts, lub innego mechanizmu zamiany tekstu na mowę z czytnikiem ekranu Talkback. Proces obejmuje następujące kroki:
1. Otwieramy sklep Play.
2. W sklepie Play przełączamy zakładkę na „aplikacje”, a potem znajdujemy opcję szukaj.
3. W polu wyszukiwania wpisujemy „RHVoice”, a potem zatwierdzamy przyciskiem gotowe.
4. Na następnym ekranie, który się pojawi, szukamy RHVoice na liście dostępnych aplikacji. Producent aplikacji to RHVoice.com. Obok aplikacji trzeba znaleźć przycisk „zainstaluj”. Należy go nacisnąć, a potem poczekać na zakończenie instalacji.
Uwaga! Po instalacji aplikacji najpierw należy pobrać głos. Wybranie syntezatora mowy RHVoice w ustawieniach zamiany tekstu na mowę bez uprzedniej instalacji głosu, spowoduje utratę mowy.
Aby pobrać głos dla języka polskiego, należy otworzyć aplikację RHVoice z poziomu ekranu głównego, na liście języków znaleźć język polski, a potem nacisnąć przycisk „zainstaluj”. Warto dodać, że przed zainstalowaniem głosu można odtworzyć próbkę zawierającą krótki fragment brzmienia danego głosu. Próbki dostępne w aplikacji pomagają wybrać głos, który najbardziej się nam podoba, bez konieczności instalowania wszystkich głosów dla danego języka do testów. Do odtwarzania próbek służy przycisk „odtwórz”, obok każdego głosu w aplikacji RHVoice. Po udanej instalacji głosu można przełączyć syntezator mowy na RHVoice, wykonując następujące kroki:
1. Na ekranie głównym najpierw trzeba wykonać gest w kształcie łacińskiej litery l, a potem w menu Talkback znaleźć opcję „ustawienia zamiany tekstu na mowę”.
2. W ustawieniach zamiany tekstu na mowę, jako domyślny moduł zamiany tekstu na mowę należy wybrać RHVoice.
3. W tym oknie możemy ustawić podstawową prędkość i wysokość, według naszych preferencji. Jeżeli wybrany przez użytkownika głos się odezwie, oznacza to, że konfiguracja przebiegła poprawnie.
Sposoby instalacji RHVoice w systemie Windows nieco różnią się od siebie, w zależności od posiadanego czytnika ekranu. Czytnik ekranu NVDA korzysta najczęściej ze specjalnie stworzonych dodatków, zaś do współpracy z programem Jaws potrzebna jest wersja wspierająca protokół Sapi5. Warto też dodać, że tej wersji można używać także z innymi programami współpracującymi z Sapi5, takimi jak Balabolka do tworzenia plików mp3 z książek tekstowych.
Na początku skupimy się na konfiguracji RHVoice dla NVDA. Aby go zainstalować, należy wykonać następujące czynności:
1. Ze strony
https://zlotowicz.pl/synteza należy pobrać sterownik, inaczej nazywany silnikiem, a także co najmniej jeden z pięciu głosów dostępnych dla języka polskiego: Alicję, Magdę, Cezarego, Natana lub Michała.
2. Po pobraniu obu składników, czyli głosu i silnika, należy je zainstalować, naciskając na każdym z nich klawisz Enter i odpowiadając twierdząco na zadane w oknie dialogowym pytania.
Po instalacji RHVoice należy ponownie uruchomić NVDA i wybrać RHVoice z poziomu okna dialogowego „wybór syntezatora”, naciskając kombinację klawiszy Insert+Ctrl+S, a potem literę R, wybierając RHVoice i naciskając klawisz Enter.
Wersję wspierającą protokół Sapi5 dla innych programów instaluje się jeszcze łatwiej. Ze strony:
należy pobrać plik instalacyjny, zawierający konkretny głos.
Uwaga! Programy antywirusowe mogą zgłaszać pliki instalacyjne do wersji Sapi jako potencjalnie niebezpieczne! W takim wypadku, koniecznie trzeba dodać plik instalacyjny do wykluczeń antywirusa. Niezbędne informacje o dodawaniu plików do wykluczeń antywirusa, znajdują się w dokumentacji konkretnego produktu antywirusowego. Procedura dodawania wykluczeń różni się nieco w zależności od posiadanego programu. Po pobraniu pliku instalacyjnego należy tylko kliknąć na niego, a RHVoice zainstaluje się automatycznie, bez zadawania pytań. Na koniec trzeba jedynie nacisnąć przycisk „zamknij”, aby wyjść z okna instalacji.
Po zakończeniu instalacji wersja dla Sapi5 jest gotowa do pracy i można jej używać z każdym programem, który wspiera protokół Sapi5. RHVoice dla Sapi5 może chociażby czytać napisy do filmów w naszym ulubionym odtwarzaczu multimedialnym, na przykład w programie Pot player. RHVoice w tej konfiguracji można używać także z NVDA, ale wadą tego rozwiązania jest zmniejszona responsywność syntezatora. Dlatego zaleca się używanie syntezatora mowy RHVoice w postaci dodatków dla NVDA.
W przyszłości planowana jest aplikacja kliencka RHVoice dla systemu Windows. Ułatwi ona pobieranie, instalowanie oraz aktualizowanie języków i głosów, jak również zarządzanie nimi. W ramach aplikacji mają się też pojawić głosy i języki płatne, z których dochód będzie przeznaczony na rozwój projektu. Na chwilę obecną, projekt RHVoice wymaga na tyle dużo zasobów, że jego bezkosztowe utrzymanie nie jest już możliwe. Nie oznacza to jednak, że wszystkie głosy staną się płatne, ani że spadnie jakość tych bezpłatnych. Finalnie, każdy język ma zawierać zarówno głosy premium, jak i bezpłatne. Obecnie w aplikacji dla systemu Android wprowadzono następujące języki premium: fiński, hiszpański (Hiszpania), hiszpański (Meksyk) i dwa głosy portugalskie w odmianie brazylijskiej (Leticia+ i Henrique). Co do nowych języków rzadkich, planowane jest wsparcie języka białoruskiego.
Od najnowszej stabilnej wersji aplikacji RHVoice na Android, możliwe jest sponsorowanie głosów i języków bezpłatnych. Jest to możliwość wspierania ulubionych głosów dowolnymi kwotami przez dowolny czas. Środki otrzymane poprzez sponsorowanie, zostaną przeznaczone na utrzymanie infrastruktury i rozwój aplikacji.
W kolejnych artykułach opiszemy wiele innych zalet i zastosowań syntezatora mowy RHVoice. Jako członkowie zespołu RHVoice, życzymy naszemu ulubionemu projektowi dalszego tak prężnego rozwoju, druhom programistom ze wszystkich zespołów samych innowacyjnych pomysłów, a szanownych Czytelników prosimy o mocne trzymanie kciuków za sprawę. Wszystkim obecnym i przyszłym użytkownikom RHVoice życzymy przyjemnej współpracy z naszym syntezatorem. Do zobaczenia!
&&
Alimenty w powszechnym odbiorze kojarzą się przede wszystkim z obowiązkiem finansowego wspierania małoletnich dzieci przez rodziców, którzy nie sprawują nad nimi bieżącej opieki. W rzeczywistości jednak, zgodnie z polskim prawem, obowiązek alimentacyjny może również dotyczyć innych relacji rodzinnych, w tym świadczeń dzieci na rzecz rodziców. Warto szczegółowo omówić, w jakich okolicznościach takie zobowiązanie powstaje, jakie przepisy regulują tę kwestię, oraz jak zmieniają się zasady wsparcia finansowego w ramach funduszu alimentacyjnego w 2025 roku.
Podstawą prawną regulującą obowiązki alimentacyjne w Polsce jest Kodeks rodzinny i opiekuńczy (ustawa z dnia 25 lutego 1964 r., Dz.U. z 2023 r., poz. 2809 z późn. zm.).
Artykuł 128 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego stanowi:
„Obowiązek alimentacyjny polega na dostarczaniu środków utrzymania, a w miarę potrzeby także środków wychowania, i obciąża krewnych w linii prostej oraz rodzeństwo.”
Natomiast w artykule 133 § 2 czytamy:
„Poza powyższym wypadkiem uprawniony do świadczeń alimentacyjnych jest tylko ten, kto znajduje się w niedostatku.”
Obowiązek alimentacyjny wobec rodziców ciąży na dzieciach, jeśli rodzice znajdują się w niedostatku, a dzieci mają możliwości finansowe, by udzielić wsparcia. Kodeks przewiduje jednak, że trudna sytuacja materialna, np. spowodowana chorobą lub bezrobociem, może w praktyce wpływać na ocenę zdolności do realizacji tego obowiązku. Niemniej przepisy nie przewidują formalnego zwolnienia z obowiązku alimentacyjnego z powodu trudności materialnych - ocena sytuacji następuje indywidualnie w procesie sądowym.
Obowiązek alimentacyjny wobec rodziców wynika przede wszystkim z zasady wzajemnej pomocy rodzinnej, która leży u podstaw regulacji prawnych dotyczących alimentacji. Przepis artykułu 87 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego wskazuje, że rodzice i dzieci są zobowiązani do wzajemnego wspierania się w ramach posiadanych możliwości.
Niepełnosprawność, wiek czy trudna sytuacja materialna rodziców mogą stanowić podstawę do żądania od dzieci świadczeń finansowych lub rzeczowych. Sąd rodzinny ocenia zasadność żądania alimentów na podstawie:
stanu zdrowia rodziców,
kosztów ich utrzymania,
sytuacji materialnej i możliwości zarobkowych dzieci.
Warto podkreślić, że obowiązek alimentacyjny może być realizowany nie tylko w formie pieniężnej. W przypadku rodziców w podeszłym wieku lub z ograniczoną sprawnością, często pomoc ta obejmuje wsparcie rzeczowe, organizowanie opieki medycznej, a także codzienną pomoc w gospodarstwie domowym.
W przypadkach, gdy rodzice są osobami niepełnosprawnymi, ich dzieci mogą być zobowiązane do dodatkowej opieki i wsparcia. Poza Kodeksem rodzinnym i opiekuńczym kwestie te reguluje ustawa z dnia 27 sierpnia 1997 r. o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych (Dz.U. z 2023 r., poz. 1005).
Zgodnie z artykułem 5. tej ustawy, osoby niepełnosprawne mają prawo do wsparcia w ramach zasiłków pielęgnacyjnych, świadczeń rodzinnych oraz innych form pomocy finansowej. Dzieci, które wypełniają obowiązek alimentacyjny wobec niepełnosprawnego rodzica, mogą korzystać z ulg podatkowych oraz wnioskować o dodatkowe środki wsparcia.
W 2025 roku w Polsce wchodzą w życie istotne zmiany dotyczące Funduszu alimentacyjnego. Najważniejszą z nich jest podniesienie maksymalnej kwoty świadczenia z 500 zł do 1000 zł miesięcznie. Nowe przepisy będą miały zastosowanie do świadczeń przysługujących od 1 października 2024 roku, co oznacza, że uprawnieni otrzymają wyrównanie od tej daty.
Fundusz alimentacyjny wspiera osoby uprawnione do alimentów, które nie otrzymują ich z powodu bezskutecznej egzekucji. Świadczenie przysługuje:
do ukończenia 18. roku życia,
do ukończenia 25. roku życia w przypadku kontynuowania nauki,
bezterminowo w przypadku orzeczenia o znacznym stopniu niepełnosprawności.
Kryterium dochodowe pozostaje bez zmian; świadczenie przysługuje, jeśli dochód na osobę w rodzinie nie przekracza 1209 zł netto miesięcznie.
Jeśli dzieci uchylają się od obowiązku alimentacyjnego wobec rodziców, rodzice mogą skierować sprawę do sądu rodzinnego. Sąd może wydać wyrok zobowiązujący dzieci do świadczenia określonych kwot pieniężnych. Egzekucją alimentów zajmuje się komornik sądowy, a w przypadkach szczególnych możliwe jest zastosowanie zabezpieczenia na majątku zobowiązanego.
Warto dodać, że osoby wspierające rodziców mogą korzystać z porad prawnych oferowanych przez miejskie i powiatowe centra pomocy rodzinie. W niektórych przypadkach przysługuje również pomoc prawna z urzędu.
Obowiązek alimentacyjny dzieci wobec rodziców jest jednym z kluczowych elementów wzajemnej solidarności rodzinnej. Regulacje te uwzględniają nie tylko potrzeby materialne, ale także szczególną sytuację osób niepełnosprawnych.
Dla rodzin borykających się z trudną sytuacją materialną lub zdrowotną, znajomość praw i procedur może stanowić klucz do uzyskania niezbędnego wsparcia. Dlatego warto korzystać z dostępnych narzędzi prawnych i finansowych, by skutecznie realizować obowiązki wynikające z przepisów prawa.
Oprócz alimentów, rodzice mogą korzystać z innych form pomocy społecznej, takich jak świadczenia opiekuńcze czy programy aktywizacji zawodowej. Jednym z przykładów jest program "Opieka wytchnieniowa", który umożliwia opiekunom osób starszych lub niepełnosprawnych czasowe wsparcie w codziennych obowiązkach.
Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON) oferuje z kolei programy dofinansowania zakupu sprzętu rehabilitacyjnego czy dostosowania mieszkań do potrzeb osób z ograniczoną mobilnością. Dzieci realizujące obowiązek alimentacyjny wobec niepełnosprawnych rodziców powinny być świadome możliwości korzystania z tych programów.
&&
Życie w obecnych czasach często wiąże się z nieustannym stresem, szybkim tempem funkcjonowania oraz wieloma wymaganiami, które stawia przed nami rzeczywistość. W odpowiedzi na te wyzwania coraz większą popularność zdobywają adaptogeny, czyli naturalne substancje, które pomagają organizmowi dostosować się do różnych rodzajów stresu. Ale czym tak naprawdę są adaptogeny, jak działają i dlaczego warto je stosować?
Adaptogeny to grupa substancji, najczęściej pochodzenia roślinnego, które wspierają organizm w procesie adaptacji do stresu, niezależnie od jego przyczyny. Działają one w sposób normalizujący, pomagając utrzymać homeostazę organizmu, czyli jego wewnętrzną równowagę. Jednak nie tylko zmniejszają negatywny wpływ stresu, ale także wzmacniają odporność, poprawiają koncentrację oraz wspierają procesy regeneracyjne organizmu.
Historia adaptogenów sięga tysięcy lat. Ich właściwości dostrzegano już w indyjskiej ajurwedzie, medycynie chińskiej, a także w chłodnym klimacie syberyjskim. Jednak po raz pierwszy termin „adaptogen” został wprowadzony dopiero w latach 50. XX wieku przez radzieckiego naukowca, Nikołaja Lazarewa, który badał substancje wspierające funkcjonowanie organizmu w trudnych warunkach. Jego uczeń, Israel Brekhman kontynuował badania nad roślinami, które pomagają organizmowi przystosować się do stresu, poprawiają odporność i wydolność. W latach 70. oraz 80. adaptogeny zaczęły zyskiwać popularność w krajach zachodnich wśród zwolenników medycyny naturalnej, ale tak naprawdę ich popularność eksplodowała dopiero w XXI wieku, kiedy wzrosło zainteresowanie radzeniem sobie ze stresem naturalnymi metodami.
Adaptogeny wyróżniają się trzema kluczowymi cechami:
1. Nietoksyczność - aby substancja mogła być uznana za adaptogen, musi być bezpieczna i nietoksyczna nawet przy długotrwałym stosowaniu. Oznacza to, że nie wywołuje ona poważnych skutków ubocznych ani uzależnienia.
2. Normalizujące działanie - adaptogeny nie działają pobudzająco ani uspokajająco w klasycznym sensie. Zamiast tego wspierają organizm w przywracaniu równowagi, dostosowując swoje działanie do jego potrzeb.
3. Wsparcie w adaptacji do stresu - adaptogeny pomagają organizmowi radzić sobie z różnego rodzaju stresem: fizycznym, chemicznym, biologicznym czy emocjonalnym.
Mechanizmy działania adaptogenów są skomplikowane i wciąż intensywnie badane. Wiadomo jednak, że ich główne efekty wynikają z wpływu na układ nerwowy, hormonalny oraz odpornościowy. Oto kilka kluczowych mechanizmów:
1. Regulacja osi HPA (podwzgórze-przysadka-nadnercza) - adaptogeny pomagają kontrolować odpowiedź organizmu na stres poprzez wpływ na wydzielanie kortyzolu, czyli głównego hormonu stresu. Dzięki temu zapobiegają nadmiernemu wyczerpaniu nadnerczy.
2. Wpływ na neuroprzekaźniki - niektóre adaptogeny wspierają funkcje poznawcze poprzez modulowanie poziomu dopaminy, serotoniny i GABA, co przekłada się na lepsze samopoczucie i redukcję lęku.
3. Wsparcie układu odpornościowego - adaptogeny wzmacniają reakcję immunologiczną organizmu, czyniąc go bardziej odpornym na infekcje i stany zapalne.
4. Poprawa metabolizmu energetycznego - adaptogeny wspierają funkcje mitochondriów, czyli „elektrowni” komórkowych, co przekłada się na większą wydajność fizyczną i umysłową.
Przykłady adaptogenów:
Ashwagandha znana też jako koński korzeń (withania somnifera) - to adaptogen o długiej historii stosowania w ajurwedzie. Jej nazwa oznacza zapach konia, co odnosi się do siły, którą ma zapewniać. Redukuje poziom kortyzolu, zmniejszając stres i napięcie, poprawia jakość snu i regenerację organizmu, stanowi wsparcie dla układu odpornościowego oraz hormonalnego, wpływa na wzrost energii i poprawę kondycji psychicznej, a także działa neuroprotekcyjnie, chroniąc układ nerwowy.
Różeniec górski znany jako złoty korzeń (rhodiola rosea) - adaptogen, który rośnie w trudnych warunkach klimatycznych i dlatego ma unikalne właściwości adaptogenne. Poprawia wytrzymałość fizyczną i psychiczną, redukuje zmęczenie, wspiera regenerację organizmu, poprawia koncentrację oraz pamięć, a także stabilizuje nastrój i redukuje objawy depresji.
Żeń-szeń zwany także korzeniem życia (panax ginseng) - to jeden z najbardziej znanych adaptogenów, używany od tysięcy lat w medycynie chińskiej. Zwiększa energię i wydolność organizmu, wspiera układ odpornościowy, a także funkcje seksualne, poprawia koncentrację i funkcje poznawcze, działa przeciwzapalnie i przeciwutleniająco.
Tulsi zwana też świętą bazylią (ocimum sanctum) - jest jedną z najważniejszych roślin w ajurwedzie. Jest uważana za eliksir życia, który wpływa na zdrowie i długowieczność. Działa przeciwutleniająco, chroniąc komórki przed stresem oksydacyjnym, redukuje stany zapalne serca i układu oddechowego, łagodzi stres i poprawia nastrój.
Reishi znany jako grzyb nieśmiertelności (ganoderma lucidum) - to grzyb o wszechstronnym działaniu wzmacniającym organizm. Wpływa na wzmocnienie układu odpornościowego, działa przeciwzapalnie i przeciwnowotworowo, redukuje stres i wspiera równowagę emocjonalną, poprawia jakość snu i regenerację organizmu.
Lukrecja (glycyrrhiza glabra) - to roślina znana z właściwości łagodzących stres oraz wspierających układ odpornościowy. Poza tym reguluje poziom kortyzolu w organizmie, wspiera układ oddechowy, działa przeciwzapalnie i przeciwwirusowo, a także wzmacnia odporność.
Schizandra (schisandra chinensis) - to jagoda używana w medycynie chińskiej jako środek wzmacniający zdrowie i mający wpływ na długowieczność. Dodatkowo poprawia funkcjonowanie wątroby, chroni ją przed toksynami, zwiększa wytrzymałość fizyczną i psychiczną, wspiera koncentrację i jasność umysłu oraz reguluje poziom cukru we krwi.
Gotu kola znana jako zioło długowieczności (centella asiatica) - była rozpowszechniona już w medycynie chińskiej i ajurwedyjskiej. Poprawia krążenie i zdrowie naczyń krwionośnych, wspiera pamięć i funkcje poznawcze, przyspiesza gojenie ran i regenerację skóry, zmniejsza poziom stresu i napięcia nerwowego.
Bacopa monnieri zwany też ziołem mądrości (brahmi) - to zioło używane w ajurwedzie jako środek poprawiający funkcje mózgu i wspierający zdrowie psychiczne. Poprawia pamięć i koncentrację, chroni układ nerwowy przed stresem oksydacyjnym, zmniejsza lęk i poprawia jakość snu, wspiera regenerację neuronów.
Adaptogeny mogą być stosowane przez szerokie grono osób, w tym: osoby zmagające się ze stresem w pracy lub życiu codziennym, przez sportowców i osoby aktywne fizycznie w celu poprawy wydolności i regeneracji, osoby cierpiące na zmęczenie czy wyczerpanie psychiczne, a także osoby, które chcą wzmocnić układ odpornościowy. Adaptogeny są niezwykle wszechstronnymi środkami wspierającymi ludzki organizm. Stanowią naturalne wsparcie, które może pomóc w radzeniu sobie ze stresem, poprawić zdrowie, jakość życia oraz snu. Ich wszechstronne działanie obejmuje redukcję napięcia, poprawę funkcji poznawczych, wzmacnianie odporności i wspieranie procesów regeneracyjnych. Choć adaptogeny mają już długą historię stosowania, to dopiero współczesne badania zaczynają potwierdzać ich potencjał jako cennego narzędzia w zarządzaniu stresem i wspieraniu organizmu. Jednak sięgając po adaptogeny, pamiętaj o świadomym wyborze odpowiednich preparatów oraz konsultacji z lekarzem, farmaceutą lub innym specjalistą (szczególnie w przypadku przyjmowania leków, a także w okresie ciąży lub karmienia piersią), by ich stosowanie było zarówno skuteczne, jak i bezpieczne.
&&
Jason Smyth to irlandzki sprinter, który uważany jest za najszybszego człowieka w historii sportu paralimpijskiego. Podczas swojej trwającej kilkanaście lat kariery zdobył aż 21 złotych medali najważniejszych zmagań paralekkoatletycznych w Europie i na świecie. Przez lata dominował na bieżni na krótkich dystansach i nie miał sobie równych w konfrontacji z osobami z dysfunkcją narządu wzroku. Próbował swoich sił również w rywalizacji z pełnosprawnymi sprinterami, a jego kariera pokazała, że kłopoty ze wzrokiem nie muszą stanowić przeszkody w realizowaniu się w sporcie, dążeniu do swoich marzeń i przesuwaniu kolejnych barier. - Mogłem zdobyć złote medale i pobić rekordy świata. Gdybym miał zdrowy narząd wzroku, nigdy nie miałbym możliwości przeżyć takich doświadczeń. Czuję, że dzięki problemowi ze wzrokiem stałem się o wiele silniejszym człowiekiem, co zaowocowało tym, że zostałem najszybszym paralimpijczykiem. To było moim marzeniem, o jakim nigdy bym nie pomyślał, gdy byłem młodszy - powiedział na łamach irlandzkich mediów Jason Smyth.
Jason Smyth urodził się 4 lipca 1987 roku w Derry w Irlandii Północnej. W wieku ośmiu lat zdiagnozowano u niego chorobę Stargardta, genetyczną formę zwyrodnienia plamki żółtej, która prowadzi do stopniowej utraty wzroku. Smyth musiał zmierzyć się z trudną rzeczywistością, jednak już jako dziecko wyróżniał się determinacją i pozytywnym podejściem do życia. Mimo postępującej choroby, która znacząco ograniczyła jego zdolność widzenia, Jason szybko odkrył swoją pasję do sportu. Wtedy jednak jeszcze nie spodziewał się, że za kilkanaście lat stanie się jedną z legend sportu paralimpijskiego.
Pierwszym krokiem w kierunku kariery sportowej była lekkoatletyka, którą Jason zaczął trenować w młodym wieku. Jego naturalne zdolności szybko zwróciły uwagę trenerów. Wkrótce okazało się, że Smyth nie tylko jest szybki, ale także niezwykle zdyscyplinowany. Trenował z pełnym zaangażowaniem, wierząc, że może osiągnąć wielkie rzeczy pomimo swojej niepełnosprawności.
Przełom w jego karierze nastąpił w 2005 roku, kiedy po raz pierwszy wziął udział w międzynarodowych zawodach. Były to mistrzostwa Europy w fińskim Espoo, w których wygrał rywalizację zarówno na 100, jak i na 200 metrów w kategorii T13, czyli osób z dysfunkcją narządu wzroku, pokazując, że jest nieprzeciętnym zawodnikiem o ogromnym potencjale. To był dopiero początek jego kariery, a w kolejnych latach jego gwiazda rozbłysła na dobre.
W 2006 roku Jason Smyth zadebiutował w mistrzostwach świata. W Assen okazał się bezkonkurencyjny zarówno na 100, jak i na 200 metrów. Za ciosem poszedł na igrzyskach paralimpijskich w Pekinie w 2008 roku, w których zdobył dwa złote medale w biegach na 100 i 200 metrów. Co więcej, ustanowił wówczas rekordy świata w obu tych konkurencjach, co umocniło jego pozycję jako hegemona w biegach na krótkich dystansach wśród sportowców z dysfunkcją wzroku. Jego wyniki były na tyle imponujące, że zaczęto go porównywać do Usaina Bolta (jamajskiego sprintera, który wygrał biegi na 100 i 200 metrów na igrzyskach olimpijskich w Pekinie), co przyniosło mu przydomek "najszybszego człowieka paralimpijskiego".
Igrzyska paralimpijskie, które odbyły się w Londynie w 2012 roku, były kolejnym popisem Smytha. Irlandzki sprinter ponownie zdobył dwa złote medale w tych samych konkurencjach, znów bijąc rekordy świata. Dwukrotnie na najwyższym stopniu podium stawał też w mistrzostwach świata w Lyonie w 2013 roku i w mistrzostwach Europy w Swansea w 2014 roku. Na kolejnym czempionacie globu w Doha wygrał rywalizację na 100 metrów, a na dłuższym dystansie nie wystartował, bo spieszył się na narodziny córki. Swoją dominację potwierdził na igrzyskach paralimpijskich w Rio de Janeiro w 2016 roku, wygrywając rywalizację na 100 metrów. Nie miał szans powtórzyć sukcesu na dłuższym dystansie, bo wypadł on z paralimpijskiej rywalizacji. Kolejne triumfy Smyth święcił w mistrzostwach świata w Londynie w 2017 roku, mistrzostwach Europy w Berlinie w 2018 roku, w mistrzostwach świata w Dubaju w 2019 roku, a swoją owocną karierę spiął klamrą w postaci szóstego złota paralimpijskiego, które wywalczył w Tokio w 2021 roku, pokonując sprintera z Algierii o zaledwie 0,01 sekundy. - Miałem za sobą trudny okres: rok kontuzji, wątpliwości i niepewności, ale pozbierałem się w najbardziej właściwym momencie. Dla mnie to był mój najlepszy wyścig, mimo że nie był najszybszy, ale po prostu pokonywałem przeciwności, których nikt tak naprawdę nie widział - opowiadał na łamach paralimpic.org multimedalista paralimpijski.
Obserwując jego karierę, można odnieść wrażenie, że zdobywanie kolejnych złotych medali przychodziło mu z łatwością. Tymczasem było zupełnie inaczej. Każdy sukces kosztował go wiele pracy i wyrzeczeń. - Ludzie obserwują ten jeden moment, te 10 sekund biegu, to co dzieje się na stadionie i mówią: „Och, chciałbym to robić”. Ale nie wszyscy wiedzą, co trzeba zrobić, żeby dojść do tego punktu, a rzeczywistość jest taka, że większość ludzi nie byłaby skłonna do takich poświęceń i dyscypliny. Dzień w dzień przez cztery lata - to tysiące godzin treningu. To także sposób, w jaki się żyje, je, śpi, to każdy wybór, którego trzeba dokonać każdego dnia, aby zrobić mały krok w kierunku ostatecznego wyniku - podkreślił Smyth.
Co ciekawe, próbował on także swoich sił w rywalizacji z pełnosprawnymi sportowcami. Został kilkukrotnym mistrzem Irlandii. Startował również w lekkoatletycznych mistrzostwach Europy w Barcelonie w 2010 roku oraz w mistrzostwach świata w Daegu w 2011 roku. W tych pierwszych zawodach awansował nawet do półfinału w biegu na 100 metrów, ale czas 10:47 nie pozwolił mu znaleźć się w finale. Jego ambicją był również start w igrzyskach olimpijskich. Najbliżej osiągnięcia tego celu był w 2012 roku, bowiem uzyskał czas 10:22 sekundy, a do osiągnięcia minimum na zmagania w Londynie zabrakło mu 0,04 sekundy. Skupił się więc na rywalizacji wśród paralekkoatletów z dysfunkcją narządu wzroku.
Po igrzyskach w Tokio Smyth zdecydował się zakończyć sportową karierę. Nie oznacza to jednak, że zrobiło się o nim cicho. W 2023 roku wygrał irlandzką wersję znanego reality show „Dancing with the Stars”. Obecnie skupia się na promowaniu sportu wśród osób z niepełnosprawnością oraz na ich pozytywnym odbiorze w społeczeństwie. - Chcę zmienić postrzeganie osób z dysfunkcją wzroku i z innymi niepełnosprawnościami. Mam teraz więcej czasu, aby zrobić trochę więcej w tym zakresie i w inny sposób niż na bieżni - wyznał Irlandczyk.
Jason Smyth to prawdziwy fenomen lekkoatletyki i inspiracja dla milionów ludzi na całym świecie. To więcej niż tylko parasportowiec - to żywa legenda. Jego historia to dowód na to, że ciężka praca, determinacja i pasja mogą pokonać nawet największe przeciwności. Z sześcioma złotymi medalami paralimpijskimi i niezliczonymi rekordami Smyth przez długie lata pozostanie symbolem doskonałości w sporcie, nieustającej walki o marzenia oraz wzorem do naśladowania dla kolejnych pokoleń sportowców z niepełnosprawnościami.
&&
Jadłam w podłódzkiej restauracji. Wprawdzie kucharz nie zdradził przepisu, ale ten, który podaję poniżej, nie różni się od tamtego. Najważniejszy jest bardzo świeży łosoś. Nie podaję dokładnych ilości poszczególnych składników, bo o tym decyduje liczba wielbicieli tej przekąski.
Składniki:
Wykonanie:
Łososia siekamy najdrobniej jak się da. Dodajemy kapary, drobno posiekaną zieleninę, doprawiamy pieprzem. Dokładnie mieszamy - i jeśli jest zbyt suchy, mieszamy z oliwą, którą dodajemy po łyżce. Dekorujemy zielonymi listkami ulubionych ziół. Podajemy na kanapeczkach, w babeczkach lub uformowane małe kuleczki na niedużych półmiseczkach.
Składniki na ciasto:
Z powyższych składników wyrabiamy ciasto i wyklejamy dużą blachę uprzednio wyłożoną pergaminem do pieczenia.
Masa serowa:
Wykonanie:
Do dużej miski robota wlewamy 9 białek ze szczyptą soli i ubijamy. Gdy zaczynają bieleć i gęstnieć, dosypujemy (po łyżce) cukier i ubijamy do zgęstnienia i rozpuszczenia całego cukru. W drugiej misce mieszamy żółtka, cukier waniliowy, dodajemy zmielony ser, budyń, mleko i olej. Powstałą masę serową, delikatnie mieszając, dodajemy do piany. Następnie wykładamy na blachę i pieczemy w 180) C ok. 60 min. Po wystygnięciu sernik można polać polewą czekoladową i posypać pokruszonymi orzechami lub płatkami migdałowymi.
&&
U naszych znajomych czy sąsiadów, pytając przy spotkaniu: „Jak tam?”, czasami słyszymy w ich głosie przygnębienie, smutek. Wiele osób lubi narzekać, więc nierzadko odpowiedź brzmi: „Oj, nie bardzo u mnie…”. Czasem chcemy wracać do swoich spraw i pospiesznie kończymy rozmowę, rzucając na odchodne: „Będzie lepiej”. Niekiedy czujemy, że sprawa jest poważna i chcielibyśmy pomóc, ale nie wiemy jak.
Czy rozmowa może pomóc w depresji? Czasem zdarza się, że słysząc powiedziane wprost: „Nie daję już rady…” mamy ochotę uciec. Wydaje się, że nie zawsze brak pomocy, gdy widzimy kogoś przygnębionego czy załamanego, wynika z obojętności. Często pod brakiem reakcji kryją się nasze własne obawy, lęki, poczucie, że nie będziemy umieli pomóc. Życzliwa rozmowa w przygnębieniu i smutku wywołanym trudną życiową sytuacją może sprawić, że nasz rozmówca nabiera siły i motywacji do życia. Warto jest pamiętać, że:
Przy rozmowie z osobą przygnębioną czy zrozpaczoną:
Wbrew pozorom, nie jest oczywiste, kto w naszym otoczeniu naprawdę potrzebuje wsparcia i pomocy. Czasem osoba jawnie mówiąca o swoich problemach tak naprawdę świetnie sobie radzi i nie potrzebuje pomocy. Zdarza się, że ktoś mający poważne kłopoty opowiada o nich dużej liczbie osób i jest przez to uważany za osobę, która po prostu lubi się pożalić. Osoba zagrożona stanem depresyjnym może być smutna, przygnębiona, wycofująca, ale także rozdrażniona i głośna, a nawet roześmiana i pobudzona. Warto o tym wiedzieć.
Gdy chcemy pomóc, warto:
Jeśli przygnębiony rozmówca chce się przed nami otworzyć, dobrze jest pamiętać, że:
W rozmowie staraj się zachować poniższe zasady:
Okazanie zainteresowania i życzliwości osobie przygnębionej to bardzo istotna pomoc. Pamiętajmy, że ważniejsze jest wysłuchanie niż pocieszanie i dawanie rad. Bardzo często zdarza się tak, że naprawdę dobry słuchacz, który we właściwym momencie potrafi zadać odpowiednie pytania, sprawia, że rozmówca sam już wie, co ma dalej robić. Nieraz wystarczy tylko nasza uwaga, poświęcony czas i życzliwość, by zmotywować drugą osobę do działania poprawiającego obecną sytuację.
&&
Ksiądz Józef Tischner to postać niezwykła w polskiej kulturze i myśli filozoficznej. Jego życie i twórczość odzwierciedlają poszukiwanie prawdy, otwartość na drugiego człowieka i głęboką miłość do rodzimej ziemi - Podhala. Tischner stał się jednym z najważniejszych intelektualistów XX wieku w Polsce, a jego dorobek, obejmujący zarówno dzieła filozoficzne, teologiczne, jak i literackie, do dziś inspiruje kolejne pokolenia.
Urodził się 12 marca 1931 roku w Starym Sączu, w rodzinie nauczycielskiej. Dzieciństwo spędził wraz z rodzicami - Weroniką i Józefem oraz dwoma braćmi w Łopusznej, gdzie ojciec rodziny otrzymał stanowisko kierownika szkoły. Już wtedy ukształtowały się dwie kluczowe cechy jego osobowości: wrażliwość na ludzkie sprawy i silna więź z góralską tradycją. Dorastanie w niewielkiej wsi na Podhalu miało ogromny wpływ na jego późniejszą twórczość. Góry były dla niego nie tylko miejscem dziecięcych zabaw, ale także przestrzenią głębokich duchowych doświadczeń, które znalazły wyraz w jego myśli filozoficznej.
W 1950 roku rozpoczął studia filozoficzne na Uniwersytecie Jagiellońskim, a wkrótce potem wstąpił do seminarium duchownego. Kapłaństwo i filozofia od samego początku były u Tischnera nierozerwalnie związane, co nadawało jego życiu głęboki wymiar duchowy i intelektualny. Ukończył studia w roku 1955 i przyjął święcenia prezbiteratu w bazylice katedralnej na Wawelu. Niestety, niedługo potem władze państwowe odmówiły zatwierdzenia jego kandydatury na wikariusza parafii w Jeleśni. Postanowił więc kontynuować studia filozoficzne i teologiczne, najpierw w warszawskiej Akademii Teologii Katolickiej, a potem na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.
Kluczowym momentem w życiu Tischnera było spotkanie z myślą fenomenologiczną, zwłaszcza dziełami Edmunda Husserla i Maxa Schelera. Tischner wprowadził ich idee na grunt polski, tworząc własną, unikalną koncepcję filozofii dialogu. Centralnym punktem jego myśli był człowiek jako istota relacyjna, która odnajduje siebie w spotkaniu z drugim człowiekiem. Na temat myśli Husserla obronił pracę doktorską w roku 1963. Dekadę później uzyskał habilitację. W książce „Filozofia dramatu” Tischner pisał o ludzkim życiu jako dramacie rozgrywającym się pomiędzy dobrem a złem, prawdą a fałszem, wolnością a zniewoleniem. Człowiek, według niego, staje się sobą w akcie wyboru i odpowiedzialności. Przekładając myśl filozoficzną na życie powszednie, można ująć to krótkim, potocznym stwierdzeniem, że tyle o sobie wiemy na ile nas sprawdzono. Tischner nie unikał trudnych pytań o cierpienie, zdradę czy kruchość ludzkiej natury, ale zawsze akcentował nadzieję jako fundament istnienia. Ukoronowaniem jego pracy naukowej były dwie kadencje na stanowisku dziekana Wydziału Filozofii Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, które piastował niemal do samej śmierci.
Kapłaństwo Tischnera nie ograniczało się do posługi sakramentalnej. Był zaangażowany w dialog społeczny, szczególnie w latach 80., kiedy stał się duchowym przewodnikiem „Solidarności”. W październiku 1980 wygłaszał na Wawelu słynne do dziś kazania dla przywódców związku. Wypowiedział wówczas słowa: „Solidarność to jeden drugiego ciężary noście”. W swoich kazaniach i esejach, m.in. w zbiorze tekstów publikowanych w „Tygodniku Powszechnym” w roku 1981 wydanych pod tytułem „Etyka solidarności”, Tischner podkreślał znaczenie wolności, godności ludzkiej i odpowiedzialności za drugiego człowieka. Jego filozofia solidarności opierała się na przekonaniu, że autentyczna wspólnota rodzi się z szacunku dla odmienności i zdolności do dialogu. Wsparcie udzielone „Solidarności” sprawiło, że od początku lat 80. był rozpracowywany przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa.
Tischner nie unikał kontrowersji, często krytykował zarówno władzę komunistyczną, jak i skostniałe struktury kościelne. Po roku 1989 był zwolennikiem polityki Centrum, sympatyzował z obozem Unii Wolności. W wywiadzie udzielonym w 1996 roku dla TVP Katowice ostrzegał, że o ile w latach 70. niebezpieczny dla świata był terroryzm lewicowy, to obecnie równie groźny jest fundamentalizm prawicowy, tym bardziej podstępny, że ma gębę pełną wartości religijnych.
Jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów twórczości Tischnera jest jego fascynacja kulturą góralską. W książce „Historia filozofii po góralsku” z 1997 roku w mistrzowski sposób łączył filozofię z humorem i mądrością ludową. Teksty te, napisane w gwarze podhalańskiej, ukazują głęboką refleksję nad kondycją człowieka w sposób przystępny i pełen dowcipu. Przybliżają ją w ten prosty sposób zwykłemu odbiorcy, a jednocześnie trafiają w sedno problemu, nie spłaszczając i nie trywializując skomplikowanych zagadnień filozoficznych. Tischner traktował góralską tradycję jako skarbnicę wartości, takich jak wolność, wspólnota i szacunek dla natury. Był przekonany, że filozofia nie musi być hermetyczna, a prawdziwa mądrość może wypływać z prostych, codziennych doświadczeń.
Jako człowiek potrafił dostrzegać dobro w bliźnich, nie koncentrował się na tym co dzieli, lecz szukał punktów wspólnych. Ci, którzy znali Tischnera osobiście, podkreślali jego niezwykłą otwartość i życzliwość. Był człowiekiem, który potrafił słuchać, a jego rozmowy często zmieniały życie ludzi. Jako duszpasterz cenił szczerość i autentyczność, unikał moralizatorstwa i stawiał na dialog.
Nie był wolny od trudnych doświadczeń. W ostatnich latach życia zmagał się z ciężką postacią raka krtani, która powoli odbierała mu siły. Mimo to do końca zachował pogodę ducha i głęboką wiarę. Zmarł 28 czerwca 2000 roku w Krakowie, pozostawiając po sobie bogaty dorobek i rzesze ludzi, którzy czuli się jego duchowymi uczniami. Jan Paweł II na wieść o śmierci kapłana napisał: „Był człowiekiem Kościoła, zawsze zatroskanym o to, by w obronie prawdy nie stracić z oczu człowieka”. Został pochowany na cmentarzu w rodzinnej Łopusznej.
Dziś dzieła księdza Tischnera są nadal szeroko czytane i dyskutowane. Jego filozofia, oparta na personalizmie i dialogu, wydaje się szczególnie aktualna w czasach podziałów i kryzysu wartości. Instytut Myśli Józefa Tischnera oraz coroczne Dni Tischnerowskie w Krakowie przyczyniają się do popularyzacji jego dorobku. Sejm Rzeczypospolitej Polskiej w swej uchwale objął rok 2025 jego patronatem, co może być świetnym pretekstem do przypomnienia sobie dorobku filozofa nadziei. Jego przesłanie jest szczególnie istotne w czasach, kiedy zamykamy się w osobnych „bańkach” i nie wchodzimy w polemikę z odmiennymi poglądami, skreślając je z gruntu jako błędne lub podszyte złą wolą.
Józef Tischner pozostaje symbolem kapłana, który nie bał się myśleć; filozofa, który potrafił wierzyć; i człowieka, który zawsze stawiał na miłość i nadzieję. W jego słowach wielu odnajduje inspirację do budowania lepszego świata opartego na szacunku i zrozumieniu. „Miłość jest najwyższym wymiarem wolności” - te Słowa Tischnera wciąż brzmią jak wezwanie do przekraczania własnych ograniczeń i otwierania się na drugiego człowieka, bez względu na różnice czy trudności, jakie nas dzielą.
&&
Pisarzem został mając 38 lat. Napisał piętnaście powieści i osiem tomów opowiadań. Najważniejsze znajdziemy w zbiorach Głównej Biblioteki Pracy i Zabezpieczenia Społecznego. Należą do nich między innymi: "Jądro ciemności", "Korsarz", "Lord Jim", "Opowieść morska", "Smuga cienia", "Szaleństwo Almayera", "W oczach Zachodu".
Twierdził, że "Z naprawdę wielkich, posiadamy tylko jednego wroga - czas".
Józef Teodor Konrad Korzeniowski przyszedł na świat 3 grudnia 1857 roku w Berdyczowie. Był synem Apollona Korzeniowskiego herbu Nałęcz i Ewy z domu Bobrowskiej. Ojciec poeta, tłumacz i działacz niepodległościowy. Aresztowany w 1861 roku przez władze rosyjskie i osadzony w X pawilonie Cytadeli Warszawskiej. Oboje rodzice zostali zesłani do Wołogdy, a następnie do Czernihowa.
Matka zmarła, kiedy miał osiem lat. Wkrótce po jej śmierci osierocił go ojciec. Jego prawnym opiekunem została babka Teofila Bobrowska. Zamieszkał w Krakowie przy ul. Szpitalnej 9. Początkowo, Józef Korzeniowski naukę pobierał na pensji przy ul. Floriańskiej, następnie uczył się w domu babki. W maju 1873 roku pod opieką korepetytora Adama Pulmana udał się do Szwajcarii. Po powrocie uczył się na pensji prowadzonej przez wuja Antoniego Syroczyńskiego we Lwowie.
Dzięki wsparciu finansowemu wuja, Tadeusza Bobrowskiego, w 1874 roku wyjechał do Marsylii. Portowe miasto otworzyło przed młodym Korzeniowskim nową perspektywę. Od tej chwili, pod nazwiskiem Joseph Conrad, pływał po morzach całego globu. Jako pasażer barki „Mont Blanc” wyruszył na Martynikę. W charakterze praktykanta na tym samym statku popłynął na Haiti. Następnie jako steward wyruszył do Wenezueli i Kolumbii. Zaciągnął się jako marynarz na angielski statek „Mavis” i wyruszył do Konstantynopola oraz Jejska. 28 maja 1880 roku uzyskał tytuł drugiego oficera brytyjskiej marynarki handlowej. 4 lata później zdał egzamin na pierwszego oficera, a w 1886 roku uzyskał tytuł kapitana. Statek stał się mu domem, miejscem pracy, a morze miłością jego życia. Pływał parowcami, barkami i żaglowcami. W sierpniu 1886 roku otrzymał obywatelstwo brytyjskie.
Obcując na co dzień z morzem i marynarzami, tęsknił za rodziną. W lutym 1890 roku odwiedził kuzyna Aleksandra Poradowskiego w Brukseli. Po jego śmierci jeszcze przez długie lata korespondował z wdową Marguerite Poradowską. Jadąc na Ukrainę, odwiedził Warszawę i zatrzymał się w Kazimierówce - majątku ziemskim wuja Tadeusza Bobrowskiego. Wracając do Brukseli, gościł w Lublinie u Zagórskich i w Radomiu u wdowy po Kazimierzu Bobrowskim.
Częste podróże wpłynęły negatywnie na jego zdrowie. W wieku 34 lat chorował m.in. na febrę, dyzenterię i reumatyzm. W rezultacie w 1894 roku zrezygnował z pracy na morzu. Następnym traumatycznym przeżyciem była śmierć Tadeusza Bobrowskiego. Właśnie wujowi zadedykował swoją pierwszą powieść „Szaleństwo Almayera”.
W celu ratowania zdrowia udał się do Champel. Podczas kuracji rozpoczął pisanie powieści „Wyrzutek”. Tu poznał Emilie Briquel, która przetłumaczyła „Szaleństwa Almayera” na francuski. Przez lata korespondowali ze sobą, a w jednym z ostatnich listów Conrad zwierzył się przyjaciółce, że planuje związek małżeński z Jessie George. Właśnie jej zlecił przepisywanie na maszynie swojej pierwszej powieści. Wkrótce poprosił ją o rękę: „Słuchaj, powiedział, długo już nie pożyję i nie zamierzam mieć dzieci. Ale tak sobie myślę, dodał, wzruszając ramionami, że może warto, abyśmy spędzili razem kilka szczęśliwych lat?”. Pobrali się w urzędzie stanu cywilnego 24 marca 1896 roku. Zamieszkali na wsi niedaleko Londynu. W 1898 roku przyszedł na świat ich pierwszy syn - Borys Alfred Leo. Osiem lat później urodził się drugi syn John Alexander.
Życie rodzinne inspirowało Conrada do pisania. W tym okresie powstały m.in. powieści takie jak: „Tajny agent”, „Gra losu”, „Zwycięstwo”, „Złota strzała”, „Ocalenie”.
Zmarł 3 sierpnia 1924 roku na atak serca w Oswalds. Został pochowany na cmentarzu w Canterbury według obrządku rzymskokatolickiego. W uroczystościach pogrzebowych uczestniczył m.in. Edward Raczyński, późniejszy ambasador II RP w Londynie. Na nagrobku Conrada wykuto słowa, które wybrał na epigraf dla „Korsarza”:
Sen po trudzie, port po wzburzonych morzach,
Spokój po wojnie, śmierć po życiu cieszą wielce.
Problematyka, którą poruszał w swojej twórczości, nie ograniczała się jedynie do morza. W debiutanckiej powieści „Szaleństwo Almayera” krytykował rasizm. Tytułowy bohater uważał się za lepszego człowieka tylko dlatego, że był biały. W swojej twórczości Korzeniowski koncentrował się na zdradzie i szpiegostwie. Dowodzą tego powieści z wątkami politycznymi: „Tajny agent” i „W oczach Zachodu”. W powieści „Jądro ciemności” pisał o skutkach kolonializmu i okrucieństwie człowieka.
Obcował w obszarze trzech kultur: polskiej, francuskiej i angielskiej. Z Polski wyniósł zamiłowanie do romantyków. Najbardziej cenił Słowackiego. Z literatury francuskiej wyróżniał przedstawicieli realizmu: Flauberta i Maupassanta. Pisał i mówił głównie po angielsku. Toteż uważany był za klasyka prozy angielskiej.
W szkicu "Autokracja i wojna” z 1905 roku przedstawił swoje poglądy na temat jedności Europy. Conradowska wizja spotyka się z ideą dzisiejszej Unii Europejskiej.
Chcąc uhonorować wielkiego pisarza polskiego pochodzenia, 19 czerwca 1976 r. w Gdyni odsłonięto pomnik Josepha Conrada, a w następnym roku w Warszawie jednej z ulic nadano imię Josepha Conrada; od 2009 r. w Krakowie organizowany jest Międzynarodowy Festiwal Literatury im. Josepha Conrada; począwszy od 2015 roku przyznawana jest Nagroda Conrada za najlepszy debiut literacki; decyzją Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej rok 2017 został ustanowiony Rokiem Josepha Conrada Korzeniowskiego.
W ubiegłym roku obchodziliśmy setną rocznicę śmierci Josepha Conrada. By uczcić to wydarzenie, warto sięgnąć choćby po jedną z wybitnych powieści jego autorstwa. Osobiście polecam „Lorda Jima” - powieść, która w Polsce zyskała największą popularność.
&&
Kiedy zaglądamy do katalogu nowości, głównymi przesłankami determinującymi wybór lektury są autor i tytuł. One też zadecydowały, że kolejny raz zagłębiłam się w twórczość Katarzyny Zyskowskiej. Moim pierwszym literackim spotkaniem z nią był utwór "Ty jesteś moje imię" - o pięknej miłości Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i jego żony Barbary. Życie tego młodego poety, przypadające na lata 1921-1944, było krótkie. Podzielam więc zdanie Zyskowskiej, że wciąż wiemy o nim za mało. Nie mogłam zatem przejść obojętnie obok jej dzieła "Szklane ptaki. Opowieść o miłościach Krzysztofa Kamila Baczyńskiego". Zaintrygował mnie tytuł, gdyż wyraźnie nawiązuje do poematu - baśni poety, zatytułowanego "Szklany ptak". Autorka pisze w liczbie mnogiej. Kim są szklane ptaki? Ptak symbolizuje słońce, powietrze, bóstwo. Przywołuje asocjacje z nieśmiertelnością, duszą i wolnością. Szklany kojarzy się jednak z wrażliwością i kruchością.
Pisarka urodziła się w 1979 roku. Ukończyła Dziennikarstwo i Nauki Polityczne na Uniwersytecie Warszawskim. Do chwili obecnej opublikowano siedemnaście jej książek. Pisze oparte na faktach powieści, również te biograficzne, psychologiczne oraz obyczajowe. Wiele z nich gości na listach bestsellerów. Posłuchać możemy jednak tylko trzech pozycji.
Piękny, poetycki styl autorki i umiejętne posługiwanie się słowem powodują, że jej utwory są chętnie czytane. Doskonały warsztat literacki oraz poruszane tematy wywołują ciekawość. Nie inaczej jest w przypadku "Szklanych ptaków". Utwór pierwotnie miał być wznowieniem książki "Ty jesteś moje imię". W rezultacie dostaliśmy wspaniałą powieść biograficzną, od której trudno się oderwać.
Opisywane dzieje dotyczą okresu od grudnia 1941 roku, poprzez czas powstania warszawskiego aż do stycznia 1947 roku. Od pierwszej po ostatnią stronę mamy pewność, że idea stworzenia tego dzieła została gruntownie przemyślana. Treść dotyczy różnych obrazów miłości, które ukształtowały poetę. Autorka w mistrzowski sposób wprowadza nas w rzeczywistość Baczyńskiego i bliskich mu osób. Potrafi przy tym rozbudzić wyobraźnię czytających. Pomaga w tym niewątpliwie budowa utworu składającego się z trzech fikcyjnych dzienników - Baśki, Krzysztofa i jego matki Stefanii. Każdy zaczyna się datą i imieniem jego autora. Są spójne i dopełniają obraz rzeczywistości. Dużą zaletę stanowi zróżnicowanie stylów jakimi są pisane. Wszak innymi językami posługują się wybitny poeta, zakochana dziewczyna i zaborcza matka. W efekcie stajemy się świadkami ich codzienności. Wchodzimy do ciasnego mieszkania Krzysztofa i Stefanii. Obserwujemy toksyczną miłość matki do syna oraz estymę i przywiązanie, jakim ją darzył. Towarzyszymy mu w pracy twórczej. Widzimy, jak w cieniu wojny, między poetą a Barbarą rodzą się fascynacja, oddanie i namiętność.
Powstanie powieści z pewnością poprzedził świetny research. Wykorzystanie listów, dziennika Jerzego Andrzejewskiego, publikacji dotyczących poety, wspomnień i licznych dokumentów z czasu wojny umożliwia lepsze zrozumienie okoliczności. Fascynująca fabuła powstała ze skrawków informacji. Warstwy językowa i psychologiczna splatają się ze sobą, czyniąc powieść wyjątkową. Autorka znakomicie ukazuje mentalność ówczesnych młodych ludzi:
"Musimy życie przeżyć, jakby jutra miało nie być, więc czerpiemy z niego garściami, łapczywie, na zapas".
Te słowa brzmią bardzo realistycznie i w konfrontacji z wiedzą historyczną można uznać za pewnik, że były motywem przewodnim podejmowanych przez nich decyzji. Oczywistym stają się więc błyskawiczne zaręczyny i ślub.
Pisarka odsłania ówczesne życie literackie. Słyszalny jest głos "Pokolenia Kolumbów". Wspominani są, np. Wacław Bojarski, Zdzisław Stroiński, Tadeusz Gajcy. Zyskowska demaskuje pracę krytyków i animozje między literatami. W ciekawy sposób ukazuje spotkanie Czesława Miłosza z Krzysztofem. Bywamy na wieczorach autorskich. Niejednego zaciekawią zagmatwane relacje Baczyńskiego z Jerzym Andrzejewskim i Jarosławem Iwaszkiewiczem. Czy łączyło ich coś więcej prócz przyjaźni i miłości do literatury?
Wielkim atutem utworu osadzonego w realiach II wojny światowej są malowane słowem obrazy Warszawy tego czasu. Przywoływanie konkretnych adresów, zniszczonych ulic, miejsc i wydarzeń historycznych wpływa na pozytywny odbiór lektury. Podążając za bohaterami, łatwo nam wyobrazić sobie naloty, łapanki, kamienice z pustymi oczodołami okien, brud, smród, ciała zabitych czy martwego psa. Wstrząsają nami wizje pożogi, bezużytecznych wózków dziecięcych, codzienności i perspektyw odebranych przez okupanta. Razem z Basią i jej bliskimi wchodzimy do piwnicy, która była schronieniem w czasie powstania warszawskiego. W te mroczne lata rówieśnicy Baczyńskiego starali się jednak realizować plany i marzenia. Młodość ma swoje prawa: "Będziemy całą noc wirować w rytmie shimmy. Będę tańczyć, a potem się z nią kochać. Będę żyć, żeby umrzeć".
Naprzeciw chwil normalności i młodzieńczego buntu autorka stawia patriotyzm oraz dojrzewanie do decyzji o walce o wolną Polskę. Z Krzysztofem i Barbarą uczestniczymy w przygotowaniach do powstania. Działania w konspiracji są bardzo sugestywne. Niemal czujemy niedogodności przebywania w okopach. Z ogromną dbałością o detale Zyskowska odsłania proces przeistaczania się poety w żołnierza. Łatwo uwierzyć w refleksje Baczyńskiego wywołane śmiercią Niemca, do której się przyczynił: "Już nie jestem poetą".
Wrażliwemu, delikatnemu chłopakowi trudno postawić znak równości między poezją a wojaczką. Autorka wspaniale nakreśliła mit ojca - cenionego pisarza, krytyka literackiego, wojskowego, bohatera I wojny światowej. Jego postać w świadomości Krzysztofa jest wzorem, któremu syn chciałby dorównać.
Niezwykły talent pisarki potwierdza fakt, że chociaż znamy smutny koniec ukazywanej historii, to wciąż chcemy wiedzieć, co będzie dalej. Niewątpliwie sprzyja temu brak chronologii. Bliższe i dalsze retrospekcje zmniejszają ładunek emocjonalny, jaki niesie ze sobą powieść. W trakcie czytania przeżywamy różne emocje. Przeraża nas okrucieństwo wojny. Uśmiechamy się na wspomnienia z dzieciństwa i młodzieńczych miłości poety. Bawią nas dowcipne dialogi. Niemal namacalny jest ówczesny strach.
K. Zyskowska nie boi się pokazywać trudnych tematów. W każdych czasach mówi się o skomplikowanych relacjach synowych z teściowymi. Te między Barbarą i Stefanią potwierdzają stereotyp.
"Krzych i tamta składają przysięgę i wymieniają się obrączkami - a zatem koniec. Nie mam już syna. Wszystko przepadło".
Takie refleksje zrodziły się w głowie matki podczas ślubu syna. Jak wyglądało więc życie tej trójki w trzydziestometrowym mieszkaniu? Jak syn, poeta, mąż reagował na "wojnę domową" wywołaną przez Stefę?
Sposób wykreowania wielowymiarowych i wyrazistych postaci budzi zachwyt. Zarówno opis ich wyglądu, jak i sposób wyrażania swoich myśli wiele o nich mówi. Dzięki tym wypowiedziom odkrywamy tajemnice z przeszłości i pragnienia. Autorka nie ocenia nikogo, czym prowokuje do przemyśleń.
Utwór jest bardzo poetycki. Każdą z czterech jego części rozpoczyna wiersz K. Baczyńskiego. Doskonale wpisują się w treść. Tworząc dziennik Krzysztofa, Zyskowska zaciera granice między autentyczną poezją a swoją prozą. Umie posługiwać się symbolami i metaforą. Nie dziwi więc, że chcemy wierzyć we wszystko o czym napisała. Uwagę zwracają bliźniaczo podobne sformułowania zakochanej pary. Wzrusza wyimaginowany przepływ myśli między umierającą Basią a martwym już Krzysiem: „Co teraz? - pytam.
- Teraz nasz zegar się zatrzyma, Baś, a czas będzie biegł bez końca".
Wartość dodaną stanowią prolog i epilog będące klamrą spinającą całość, żaden z zabiegów literackich nie jest przypadkowy. Także słownictwo z czasów wojny przybliża ówczesną atmosferę. Powieść na długo pozostawi ślad w naszej pamięci.
&&
W grudniu, na terenie warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, firma Canon zorganizowała wystawę fotografii pt. „World unseen”. Wybrałam się na nią z koleżanką i jej synem, Jędrkiem. Z naszej trójki tylko Jędrek był widzący. Z założenia wystawa pozwala niewidomym poznać świat wizualny, a widzącym - spojrzeć na zdjęcia z perspektywy osób niewidzących.
Wystawa składa się ze zbioru fotografii wydrukowanych w technologii druku wypukłego. Chciałam się przekonać, jak bardzo wypukłe obrazy będą przemawiać do mojej wyobraźni. Ponieważ nasz towarzysz mógł objaśniać obraz tylko jednej osobie, więc stawałam przy jakiejś fotografii, próbowałam dotykiem zorientować się, co na niej jest. Ale bez osoby widzącej nie byłam w stanie zrozumieć obrazu. Jednak dla niewidomych najwięcej cennych informacji o fotografiach można było znaleźć w broszurze, w której każde zdjęcie zostało opatrzone kodem kreskowym. Po jego zeskanowaniu można wysłuchać ciekawych opowieści samych autorów. Przy każdym zdjęciu był brajlowski opis: tytuł zdjęcia, imię i nazwisko autora oraz bardzo krótki opis fotografii. Oto kilka zdjęć i ich opisów znajdujących się na wystawie:
Więź między białuchą arktyczną a jej wybawcą - Rybak w swetrze i wełnianej czapce wychyla się z łodzi i dotyka głową pyska białuchy. Spojrzenia walenia i rybaka spotykają się. Blade ciało białuchy jest zanurzone, z wody wystaje tylko głowa. Rybak i waleń uśmiechają się do siebie. Pod palcami wynurzona głowa białuchy jest gładka, woda szorstka, a rybak ma niezbyt wyraźnie zaznaczoną sylwetkę. Ręką nie mogę stwierdzić, czy rybak uśmiecha się do walenia i czy spojrzenia zwierzęcia i człowieka spotykają się. Naprawdę ciekawą historię tej przyjaźni można usłyszeć po zeskanowaniu kodu kreskowego. Na tle szumu morza i krzyków morskich ptaków autor opowiada, jak doszło do zrobienia tego zdjęcia, jak wyglądało życie białuchy i jak rozwinęła się ta niezwykła przyjaźń między zwierzęciem a człowiekiem.
Zamarznięta ziemia płonie - W środku obrazu jest pień bez korzeni i gałęzi, a na pniu są płomienie. U góry obrazu jest las (nieco szorstka, jakby zmierzwiona powierzchnia), u dołu - linia torfu. Na obrazie snuje się dym, który jest nierozpoznawalny dotykiem, jeśli ktoś nie widzi koloru. Znacznie ciekawsza od fotografii jest, moim zdaniem, historia powstania zdjęcia i jego ekologiczne przesłanie.
Śmiech pośród gruzów - Tak zatytułowana jest fotografia przedstawiająca dzieci bawiące się na osiedlu dla uchodźców. W środku obrazu jest dziewczynka stojąca na trzykołowym wózku, która unosi rękę w kierunku balonika. Balonik wisi nad dziewczynką, a dziecko uśmiecha się do niego. Na zdjęciu są też inne dzieci, pasą się dwie krowy i kozy. Dzieci bawią się przy ruinach budynku. W lewym górnym rogu jest niebo zasnute dymem. Ten dym pod palcami jest niewyczuwalny. Mój przewodnik objaśnia mi, co jest na obrazie i w którym miejscu znajdują się jego poszczególne elementy. Sama dobrze wyczuwam koła z wyraźnie zaznaczonymi szprychami. Po zeskanowaniu kodu kreskowego narrator opowiada historię powstania fotografii, a towarzyszą mu śmiechy dzieci, odległy gwar ludzi, meczenie kóz i ryczenie krowy.
Przyszłość - To zdjęcie Oliwii, modelki z niepełnosprawnością, zrobione przez niewidomego fotografa. Według słów autora, obraz jest symfonią światła i cienia, czego dotykiem w żaden sposób nie da się stwierdzić. Na zdjęciu jest portret młodej kobiety z włosami do ramion i w ciemnym topie. Modelka straciła prawe oko z powodu siatkówczaka. Tego oka na obrazie nie widać. Tytuł zdjęcia nawiązuje do rozmowy autora z Oliwią. Oliwia nie chce poprzestawać na tym, kim jest, ale na tym, co w przyszłości chce osiągnąć. Tego dokładnie można się dowiedzieć po zeskanowaniu kodu kreskowego. Autor jest głuchy od urodzenia, a w wieku 15 lat zaczął tracić wzrok. Mówi o sobie, że jest daltonistą, ale fotografia czarno-biała pociągałaby go nawet wtedy, gdyby nie miał tej wady. Taka fotografia pozwala mu wyciąć szum koloru i skupić się na kontraście o odcieniach pośrednich i jasnych partiach obrazu, które tworzą kształty i koncepcję samego obrazu. Sądzę, że człowiek niewidomy nie ma kontroli nad fotografią, ponieważ jej nie widzi, nie może więc np. wycinać szumu koloru.
Wizja przyszłości - W centrum fotografii jest kobieta, ma dziwne nakrycie głowy, na którym znajdują się jak gdyby pąki kwiatów lub grzyby. Po bokach są okrągłe twory podobne do aparatów fotograficznych, które są połączone przewodami podobnymi do łodyg roślin. Fotografia jest połączeniem technologii i natury. Zdjęcie jest wygenerowane przez sztuczną inteligencję. Po zeskanowaniu kodu kreskowego możemy się dowiedzieć, jak autorka wygenerowała ten obraz w odpowiednim programie. W tle słychać efekty dźwiękowe powstałe w studiu eksperymentalnym.
Rozmnażanie się koralowców - W dolnej części zdjęcia są gałęzie i polipy koralowców. Wyżej unoszą się w wodzie komórki jajowe i plemniki uwolnione przez polipy na jednej z gałązek. Mają one formę kropek w dwóch kolorach. Dotykiem nie dało się stwierdzić, które kropki są plemnikami, a które komórkami jajowymi, ponieważ palcami nie rozpoznaję kolorów. Natomiast same kropki są doskonale wyczuwalne. Fotografia nie została zrobiona w morzu, ale w laboratorium, w którym rozmnaża się wodne gatunki. O tym, jak doszło do zrobienia tej fotografii oraz o samych koralowcach można się dowiedzieć po zeskanowaniu kodu kreskowego.
Walka o nosorożca - W centrum zdjęcia stoi nosorożec północny, samiec o imieniu Sudan. Jego przednie nogi są zanurzone w trawie kenijskiej sawanny, głowa jest lekko pochylona. Przy nosorożcu kuca człowiek w mundurze, który trzyma w jednej ręce karabin, drugą drapie klatkę piersiową Sudana. Na zdjęciu jest jeszcze dwóch ludzi z karabinami. Ludzie w mundurach to strażnicy sawanny, obrońcy przyrody przed kłusownikami, a Sudan jest ostatnim samcem tego gatunku na Ziemi. Nosorożec pokryty jest bardzo szorstką skórą, co można wyczuć dotykiem, natomiast strażnicy są słabo rozpoznawalni. Po zeskanowaniu kodu kreskowego można dowiedzieć się o historii powstania zdjęcia i o losie Sudana. Tropikalną atmosferę przekazu podkreśla brzęczenie owadów, być może cykad, śpiew nielicznych ptaków, a z rzadka rozbrzmiewają pomruki, prawdopodobnie fotografowanego nosorożca.
Podwodny obraz siły Darko Đurića - Jest to najbardziej rozpoznawalny dotykiem obraz. Na fotografii jest sylwetka pływaka, która wyraźnie odcina się od wzburzonej wody. Słoweński paralimpijczyk o imieniu Darko właśnie wskoczył do basenu i zagarnia wodę jedyną ręką. Jego druga ręka i nogi są kikutami. Po zeskanowaniu kodu kreskowego można poznać historię tego człowieka. Darko zdobywa medale i bije rekordy. Podziw wzbudza jego wola, hart ducha i wytrwałe dążenie do wytyczonego celu. Fotografia powstała w ten sposób, że autor zdjęcia stał na dnie basenu, a Darko przepływał nad nim.
Dotykanie obrazu, badanie szorstkości i wypukłości powierzchni nie działa na moją wyobraźnię. Znacznie lepiej zrobiłabym, siadając w jakimś spokojnym miejscu, żeby wysłuchać tych wszystkich ciekawych historii. Ale rzeczywiście, wystawa World unseen jest dla wszystkich: dla ludzi posługujących się wzrokiem są obrazy z grą światła i cienia, a dla niewidomych - ciekawe historie do posłuchania.
&&
Dobrze ten dzień pamiętam, bo to były moje pierwsze zajęcia etnograficzne w Ośrodku Kultury w Nowym Wiśniczu, a właściwie w jego filii, czyli w ośrodku regionalnym, pełniącym również rolę skansenu. Były to zajęcia dla nauczycieli, a także dla innych osób zainteresowanych.
Warsztaty odbyły się pod hasłem „Kultura darów”. Składały się one z dwóch części: wykładowej i części warsztatowej, która obejmowała prace ręczne. W trakcie zajęć manualnych wykonaliśmy prezenty oraz ozdoby choinkowe z naturalnych materiałów, jak szyszki, orzechy, drewienka. Podczas wykładu uczestnicy warsztatów mogli poznać znaczenie pojęć, takich jak kultura darów, ekonomia darów, symbolika oraz tradycja obdarowywania w szczodre wieczory, z nawiązaniem do zbliżających się w owym czasie świąt Bożego Narodzenia.
Co znaczy pojęcie „Kultura darów”?
Prostym językiem mówiąc, tradycja obdarowywania jest stara jak świat, a więc wpisała się w naszą kulturę. Lubimy otrzymywać prezenty, lecz bardziej cieszy nas dawanie. Czujemy wtedy moc sprawczą, a nagrodą jest uśmiech obdarowanego i wdzięczność. Dając podarunki, zapomogi lub darowizny itp., przede wszystkim zacieśniamy więzi rodzinne i społeczne. Przenieśmy się do czasów ludów plemiennych, gdyż od nich wywodzi się kultura darów. Dla mieszkańców poszczególnych wiosek istotne było niesienie pomocy najbiedniejszym. Największą możliwość obdarowywania miał wódz, który ponosił odpowiedzialność za wszystkich mieszkańców oraz był ich opiekunem.
Ile jest ludzi na świecie, tyle zapewne jest zdań o tym, kto jest w stanie obdarowywać. Na wykładzie, którego wysłuchałam, wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że osoby o mniejszym statusie majątkowym nie mają dużych możliwości, aby dawać. Owszem, biedny ma ogromne serce, lecz niestety, w wielu przypadkach samo serce nie wystarczy. O wiele większą możliwość dawania ma osoba bogata. Przecież to właśnie wodzowie wiosek plemiennych posiadali wielkie zasoby materialne i w ich gestii było obdarowywanie zwłaszcza najbiedniejszych mieszkańców.
W związku z pojęciem „ekonomia darów” pojawia się kwestia zależności. Dając, mamy oczekiwania i to nie jest nic niewłaściwego. Czyż nie lojalności, wydajnej pracy, gotowości do walki zbrojnej oczekiwali wodzowie wiosek plemiennych oraz przywódcy państw? Czy kupując synowi samochód, nie oczekujemy, że on nas kiedyś gdzieś zawiezie?
Czy można odmówić przyjęcia prezentu? Myślę, że na to pytanie odpowiedź jest bardzo prosta, gdyż nie wypada. Dozwolone jest jednak zapytanie, czy mogę wymienić dany przedmiot, na przykład na inny kolor, który będzie pasował do wystroju wnętrza. Z nastaniem chrześcijaństwa obdarowywanie przyjęło znaczenie symboliczne i nie tylko w wymiarze religijnym, lecz i świeckim. Jest to na przykład laurka zrobiona przez dziecko na Dzień Matki. Mile widziane są własnoręcznie wykonane prezenty. Nie znam nikogo, kto nie przyjąłby takiego podarku. Równie pięknym podarunkiem są okolicznościowe wierszyki recytowane przez dziecko lub zaśpiewana piosenka, życzenia wypowiadane przez kolędników odwiedzających gospodarzy, wzbogacone śpiewem, muzyką lub przygotowaną inscenizacją. Do symbolicznych darów zaliczamy przecież, opłatki czy śniadania wielkanocne dla bezdomnych i najuboższych lub błogosławieństwo domu udzielone przez księdza podczas wizyty duszpasterskiej.
&&
Wioletta, czterdziestoletnia kobieta o kasztanowych włosach, ubrana w granatową sukienkę kończącą się mniej więcej dwa centymetry nad kolanami, jasnoniebieski płaszcz i granatowe czółenka na wysokim obcasie, wolno przechadza się tam i z powrotem po jednej z głównych ulic w samym centrum miasta. Na pierwszy rzut oka wygląda na taką, która do swojego wyglądu przywiązuje wyjątkowo dużą wagę.
Jest późno. Na niebie panuje ciemność, ale latarnie uliczne, witryny sklepów i setki okien na wyższych piętrach budynków pozwalają zapomnieć o rzeczywistej porze dnia. Na chodnikach i jezdni ruch też jest tylko niewiele mniejszy niż w środku dnia. Ludzie piechotą albo samochodami, na rowerach, albo hulajnogach tłumnie przemieszczają się w sobie tylko wiadomych celach. Zazwyczaj pośpiesznie, jakby w obawie, że zatrzymując się albo przynajmniej zwalniając kroku, stracą coś szczególnie ważnego.
Jej donikąd się nie śpieszy. Nie zmierza do żadnego konkretnego celu. Cel? Przestała wierzyć, że kiedykolwiek go osiągnie. Skoro przez tych kilkanaście lat, odkąd poczuła, że przestaje być dziewczynką, a staje się kobietą, nie przybliżyła się do niego ani na jotę, to dlaczego akurat dziś miałoby się pod tym względem cokolwiek zmienić.
Od czasu do czasu spogląda na zegarek. Jak długo powinna jeszcze spacerować, żeby Lidce, jej starszej o trzy lata siostrze, nie wydało się to podejrzane? Lidka, kiedy wychodzi wieczorami z domu, to wraca zwykle nie wcześniej niż około północy. Nieraz dopiero nad ranem. Wtedy z entuzjazmem opowiada, jak cudowne było Jego towarzystwo, jak świetnie się bawili. Sprawdza przy tym uważnie, czy wzbudziła w młodszej siostrze wystarczającą dawkę zazdrości. Swoją opowieść kończy zwykle słowami: „Ty też mogłabyś sobie wreszcie kogoś znaleźć. Na co czekasz? Życie przecieknie ci przez palce, nawet się nie zorientujesz kiedy”.
Wioletta należy do osób o łagodnym usposobieniu. Tylko w wyjątkowych sytuacjach podnosi głos. Tym bardziej obcy jest jej wszelki pociąg do przemocy. W duchu przyznaje jednak, że po takim pouczeniu rodzi się w niej przemożna ochota zamordowania Lidki gołymi rękami i to w sposób, który przysporzyłby ofierze jak największych cierpień. Powstrzymuje ją od tego wyłącznie lęk, że prawdopodobnie i tak skutecznie nie potrafiłaby tego zrobić, a jak już ma coś spartaczyć, to lepiej wcale się za to nie zabierać.
Ulica coraz bardziej się wyludnia. Większość sklepów, a także miejsc, gdzie można usiąść i coś zjeść lub czegoś się napić, jest już pozamykana. Wioletta dostrzega na rogu Pawiej i Skowroniej czynną jeszcze kwiaciarnię. Podbiega w jej stronę i kupuje bukiet złożony z siedmiu róż w rozmaitych kolorach. ON z pewnością na pierwszej randce sprawiłby jej taki prezent. Lidka często wraca do domu z wieczornych eskapad z kwiatami w ręku. Czasem przynosi czekoladę, bombonierę albo jakieś perfumy w eleganckim opakowaniu. Siostry nie mają wzajemnie wglądu w swoje konta bankowe, więc Wioletta nie ma możliwości sprawdzić, kto płaci za te wszystkie prezenty. Lidka też jej nie sprawdzi.
Jeszcze raz spogląda na zegarek. Piętnaście po jedenastej. Może warto już wrócić? Wieczór jest ciepły jak na tę porę roku, ale jednak od wyjścia z domu temperatura obniżyła się o tych kilka stopni i przez cienki płaszczyk zaczyna przenikać coraz dotkliwszy chłód. Do tego nogi mocno już dają o sobie znać. Do tej pory nigdy nie chodziła tak długo w tak niewygodnym obuwiu. No, ale wybierając się na randkę, nie mogła przecież założyć trampek. Co by Lidka na to powiedziała?
Powoli, uważając na nierówności chodnika, idzie w kierunku ulicy Żabiej, gdzie od pięciu lat obie siostry wynajmują ciasne mieszkanie w betonowym bloku wzniesionym w czasach, kiedy budownictwo stawiało wyłącznie na ilość, jakością zupełnie się nie przejmując. Najwidoczniej ówczesnym decydentom tej branży ludzie pomylili się z pszczołami, które, zgodnie ze swą naturą, gnieżdżą się w ciasnych woskowych komórkach jedna nad drugą. Właściciel tego lokum parę lat wcześniej wybudował sobie nowy dom, ale starego M nie sprzedał. Przeznaczył je na wynajem osobom, których nie stać było, przynajmniej chwilowo, na tak kosztowny zakup. Wioletta i Lidka należą właśnie do tej grupy. Na warunki jednak nie narzekają. Te trzydzieści pięć metrów kwadratowych na ósmym piętrze betonowego bloku wydaje im się idealnym schronieniem dla dwóch niezamężnych kobiet zatrudnionych w sferze budżetowej, którym czas na układanie sobie życia osobistego nieubłaganie zbliża się do końca.
Będąc już na swojej ulicy, Wioletta przygląda się oknom dziesięciopiętrowego bloku o numerze 35g. Światło w ich pokoju się świeci, a więc Lidka jest na miejscu. Ciekawe, dlaczego nigdzie dziś wieczorem nie wyszła. Czyżby jej adorator był o tej porze zajęty? Przecież pracują podobno w tym samym biurze, a tam praca kończy się, podobnie jak w miejscu zatrudnienia Wioletty, o piętnastej trzydzieści. Z opowiadań siostry wynikało też, że Arek nie ma żadnych rodzinnych zobowiązań. Co go mogło odwieść od randki z ukochaną?
- Wcześnie wróciłaś. - Lidka wita ją od progu wyraźnie zaskoczona. Na jej twarzy maluje się cień z trudem skrywanego niepokoju.
- Przecież to nasza pierwsza randka - odpowiada Wioletta nerwowo. - Mieliśmy zasiedzieć się gdzieś do późnej nocy? Ty, o ile pamiętam, ze swojej pierwszej wróciłaś nawet wcześniej.
- Mniejsza z tym. Jak było? Sensowny jakiś gość? Widzę, że niezłym bukietem cię uszczęśliwił. Nadziany jest, czy raczej średnio?
- Tego nie wiem, ale na biednego nie wygląda. Zabrał mnie do „Tęczowej”, postawił wino i dwa ciastka z kremem, a wiesz, że to nie najtańsza knajpa w mieście.
Wioletta mówi płynnie. Jest przygotowana na takie pytania. Powtarzała sobie wielokrotnie tę kwestię, spacerując tam i z powrotem po ulicy Skowroniej i kilku poprzecznych. Jednak przy ostatnich słowach głos jej się trochę łamie. Tak bardzo by chciała, żeby wszystko, co mówi, było prawdą. Czuje, że jeśli natychmiast nie odbije siostrze piłeczki, załamie się.
- A ty w ogóle nie byłaś dziś na randce? Coś wypadło twojemu Arkowi? - pyta zaczepnie Lidkę. Ta wyraźnie markotnieje.
- No wiesz, życie płata różne niespodzianki. Nie zawsze wszystko toczy się tak, jakbyśmy chcieli. - Lidka cedzi słowa, jakby pytanie o przyczynę odwołania dzisiejszego spotkania z narzeczonym nastręczało nie lada trudność. - Zadzwonił zaraz po twoim wyjściu i powiedział, że… że musi pojechać do brata, żeby pomóc mu w remoncie łazienki i nie da rady się ze mną spotkać.
- Do tej pory nigdy nie wspominałaś, że on ma brata. Przecież podobno jest jedynakiem. Nie przyszło ci do głowy, że on coś kręci?
Lidka zarumieniła się i spuściła wzrok.
- To chyba jakiś kuzyn - odpowiedziała po chwili, cały czas unikając spojrzenia Wioletcie w oczy. A co do kręcenia, to nie, nie przyszło mi do głowy. Nie chcę być podejrzliwa ani zazdrosna. Przypuszczam, że jak będzie chciał mnie rzucić, to powie to otwarcie. Przecież nie jesteśmy po ślubie. A ty co, umówiłaś się na jutro z tym swoim… No właśnie, jak on ma na imię?
- Tomek. Tak, spotkamy się o tej samej godzinie w tym samym miejscu. Już się zastanawiam, którą sukienkę założę na tę okazję.
- No to gratuluję. Nareszcie coś się w twoim życiu zaczęło dziać. Mam nadzieję, że to rozwojowa sprawa i niedługo będziesz wracała sporo po północy albo nawet nad ranem.
* * *
Następnego dnia Wioletta znów spaceruje samotnie po tej samej ulicy co wczoraj. Zastanawia się, co kupić tym razem w charakterze prezentu od adoratora. Drugi bukiet róż mógłby wzbudzić podejrzenia. Może jakąś bombonierę albo butelkę drogiego wina? Decyduje się na coś słodkiego. Wchodzi do jednego ze sklepów słynącego z bogatej oferty luksusowych wyrobów cukierniczych. Rozgląda się po regałach. Na szczęście sklep jest długo otwarty, więc nie będzie musiała paradować z zakupionym towarem przez kilka godzin po ulicach. Tym razem zamierza wrócić do domu znacznie później niż wczoraj. Jest już gotowa sięgnąć po wiśnie z likierem w czekoladzie, opakowane w eleganckie pudełko w kształcie serca, gdy nagle kątem oka dostrzega Lidkę. Jest sama i też myszkuje między półkami.
- Co tu robisz? Nie ma z tobą Arka? - pyta zdumiona, podchodząc do siostry od tyłu.
Lidka odwraca się, czerwienieje. W jej oczach pojawia się panika.
- A gdzie twój Tomek? - wykrztusza, kiedy wreszcie udaje się jej dojść do siebie.
Teraz na twarzy Wioletty pojawia się zakłopotanie. Przez chwilę wpatruje się w czubki swoich butów i milczy. W końcu obie siostry padają sobie w objęcia i wybuchają płaczem.
&&
23 lutego obchodzimy Światowy Dzień Walki z Depresją. Jest to choroba cywilizacyjna XXI wieku związana z szybkim pędem życia i silnymi przeżyciami, np. zawiedziona miłość, niepełnosprawność, problemy finansowe, zwolnienie z pracy czy śmierć kogoś bliskiego. Może ona dotknąć każdego z nas, niezależnie od wieku, płci, stanu posiadania, w najmniej nieoczekiwanym momencie. Bardzo często jednak ludzie wstydzą się sami przed sobą przyznać, że potrzebują pomocy psychiatry, sądzą, że rodzina i społeczeństwo, w którym na co dzień żyją, mieszkają i pracują tego nie zaakceptują, a przez to oni zostaną wyśmiani i odrzuceni.
Już w trakcie moich studiów ekonomicznych na początku 2008 roku (byłem wtedy na trzecim roku), po kilku wizytach u psychologa związanych z nagłą śmiercią dziadka, terapią mowy i jąkania oraz problemów z akceptacją swojej niepełnosprawności w życiu dorosłym, otrzymałem skierowanie na trzymiesięczny pobyt na oddziale dziennym szpitala psychiatrycznego w Opolu. Od poniedziałku do piątku w godzinach od ósmej do czternastej uczestniczyłem w zajęciach grupowych, np. malowanie na szkle, terapia indywidualna z psychologiem szpitalnym oraz różnego rodzaju wycieczki krajoznawcze. Na oddziale dziennym przebywałem przez okres dwóch tygodni, ponieważ musiałem z niego zrezygnować na rzecz kontynuowania i ukończenia studiów licencjackich. Nie chciałem brać urlopu dziekańskiego. Po jakimś czasie i pewnych perturbacjach moje zdrowie psychiczne uległo znaczącej poprawie, co sprawiło, że mogłem kontynuować studia drugiego stopnia na kierunku ekonomia, a następnie rozpocząłem swoją aktywność zawodową.
Minęło kilka dobrych lat, gdy nastąpił nawrót choroby jesienią 2016 roku, w trakcie odbywania jednego ze stażów zawodowych. Po dwóch tygodniach pracy na stanowisku pracownik administracyjno-biurowy zacząłem źle się czuć, byłem przez cały czas rozbity, nie potrafiłem skupić się na powierzonych mi czynnościach, byłem ciągle zmęczony, przestraszony. Początkowo nie wiedziałem, co się ze mną dzieje? Dodatkowo jeszcze, prowadzenie samochodu w tym czasie sprawiało mi ogromną trudność, chociaż przedtem bardzo lubiłem kierować autem, a prawo jazdy kategorii B posiadałem już od jedenastu lat.
Najpierw myślałem, że są to przejściowe problemy zdrowotne spowodowane zmieniającą się aurą lub nową pracą, którą rozpocząłem po okresie zasiłku dla bezrobotnych. Jednak po kilku tygodniach utrzymującego się wciąż niekorzystnego stanu zdrowia postanowiłem udać się do lekarza specjalisty w celu uzyskania pomocy. Najpierw wstydziłem się pójść do psychiatry, jednak przełamałem swoje wewnętrzne opory, stereotypy i udałem się po pomoc do poradni. Lekarz, po przeprowadzeniu dłuższego wywiadu ze mną, zadał mi jedno z kluczowych pytań, które brzmiało następująco: „Jakie są pana relacje z rodziną”? Odpowiedziałem, że bardzo dobre, zresztą wiele im zawdzięczam, całą moją rehabilitację, edukację i z każdym problemem zawsze mogę się do nich zwrócić. Nigdy nie zostawili mnie bez wsparcia, zawsze mi pomagali i motywowali do działania. Wówczas lekarz postawił diagnozę, która brzmiała następująco: „depresja” i przepisał mi lekarstwa. W tym czasie przebywałem w domu na zwolnieniu lekarskim, jednak podejmowałem się dodatkowo różnych aktywności sportowych, jak też wspierałem moich bliskich w pracach domowych, a nawet już wtedy pierwszy raz w życiu postanowiłem napisać swoją biografię o zmaganiu się z niepełnosprawnością od dnia narodzin aż po dzień dzisiejszy; jednak nie miałem jeszcze pojęcia, jak się do tego zabrać.
Przez cały czas czułem wsparcie mojej rodziny, która mnie nie krytykowała ani nie oceniała. Po kilku tygodniach zażywania lekarstw, przebywania na zwolnieniu lekarskim, mój stan zdrowia uległ znacznej poprawie, co sprawiło, że mogłem wrócić do pracy i kontynuować staż zawodowy.
Kolejny epizod depresyjny nastąpił jesienią 2017 roku. Pojawił się, gdy mój ojciec bardzo poważnie zachorował; jednak wtedy wiedziałem, że nie mogę się załamać, ale muszę wesprzeć moich bliskich w walce z chorobą. Dlatego niezwłocznie udałem się do lekarza specjalisty po pomoc. Po kilku tygodniach regularnego zażywania lekarstw mój stan zdrowia się poprawił, a ja miałem siłę i moc wrócić do swoich obowiązków zawodowych i rodzinnych.
Od tamtego czasu już regularnie zażywam lekarstwa, szczególnie w okresie jesienno-zimowym, kiedy nasze samopoczucie ulega pogorszeniu przez brak słońca i szybko zapadający zmierzch. Najważniejsze, że mam chęć do życia, wstawania każdego ranka, systematycznej i ciągłej rehabilitacji, rozwoju intelektualnego, osobistego w postaci pisania artykułów i wsparcia moich bliskich, w tym mojej mamy i siostry. Dlatego, Czytelniku tego tekstu, gdy kiedykolwiek zauważysz niepokojące symptomy u siebie lub u kogoś bliskiego, utrzymujące się przez dłuższy czas, reaguj, zgłoś się jak najszybciej po pomoc do lekarza specjalisty. Depresja to groźna choroba, nieleczona może prowadzić do śmierci, ale gdy regularnie zażywamy lekarstwa, mając jeszcze przy tym wsparcie bliskich, możemy z nią normalnie żyć.
&&
Od 1 stycznia 2024 roku obserwujemy, jak w praktyce działają przepisy wprowadzające w życie nowy typ wsparcia dla osób z niepełnosprawnością. Miniony rok pozwolił na zdobycie pokaźnej liczby doświadczeń w skali ogólnopolskiej, co uprawnia do analiz, wyciągnięcia wniosków i oceny, czy spełniło ono swe założenia.
W marcu 2023 roku przedstawiono zasady przyznawania świadczenia wspierającego. Ówczesny pełnomocnik Rządu ds. Osób Niepełnosprawnych zachwalał, że dzięki skali opartej na Międzynarodowej Klasyfikacji Funkcjonowania (ICF) uda się obiektywnie i sprawiedliwie ocenić, kto naprawdę potrzebuje wsparcia, zamiast kierować się wyłącznie somatycznymi kryteriami stanu zdrowia. Wiadomo bowiem, że dwie osoby z taką samą niepełnosprawnością mogą funkcjonować na zupełnie innym szczeblu zrehabilitowania i wymagać innego rodzaju pomocy. Opracowano 100-punktową skalę oceny poziomu potrzeby wsparcia, gdzie punkty przyznaje się na podstawie formularza samooceny, wypełnianego przez samego zainteresowanego oraz wywiadu sporządzanego przez komisje działające w ramach Wojewódzkich Zespołów ds. Orzekania o Niepełnosprawności. Rolę ma odgrywać także obserwacja osoby z niepełnosprawnością przeprowadzana podczas posiedzenia komisji. Same posiedzenia natomiast, zależnie od potrzeb i możliwości, mogą odbywać się w siedzibach WZON lub w miejscu zamieszkania wnioskujących. Wnioski można składać tradycyjnie w formie papierowej do WZON lub za pośrednictwem platformy elektronicznej Empatia.
Kwestionariusz oceny poziomu potrzeby wsparcia podzielono na obszary odpowiadające różnym sferom codziennego funkcjonowania, m.in. zmiana pozycji ciała, poruszanie się w znanym lub nieznanym środowisku, sięganie, chwytanie i manipulowanie przedmiotami, prowadzenie rozmowy, mycie i osuszanie części ciała, kontrolowanie własnych zachowań i emocji i wiele innych. Do jednego worka wrzucono tu czynności odnoszące się do różnych typów niepełnosprawności, od braku wzroku czy słuchu, przez ograniczenia mobilności aż do niepełnosprawności psychicznej lub intelektualnej. Z tego powodu np. osoba poruszająca się na wózku, nawet jeśli jest nisko funkcjonująca, prawdopodobnie otrzyma 0 punktów w obszarach dotyczących choćby umiejętności prowadzenia rozmowy czy utrzymywania kontaktów z rodziną. Analogicznie, człowiek całkowicie niewidomy, o ile nie posiada sprzężonych dysfunkcji, nie zbierze wielu punktów w obszarach odnoszących się do zmiany pozycji ciała, korzystania z toalety, utrzymywania bliskich relacji z innymi i kilku innych. Każdy punkt jest na wagę złota, ponieważ uprawnione do złożenia wniosku o wypłatę świadczenia do ZUS są osoby, które otrzymały decyzję ustalającą poziom potrzeby wsparcia w liczbie minimum 70 punktów. W przedziale od 70 do 74 jego wysokość odpowiada 40% wysokości renty socjalnej, między 75 a 79 to 60%, od 80 do 84 punktów to 80%, 85 do 89 punktów daje 120%, 90 do 94 punktów odpowiada 180%, a wartość między 95 a 100 punktów przekłada się na świadczenie równe 220% renty socjalnej.
Zróżnicowano także terminy, od których rozpocznie się wypłata świadczenia. W przypadku osób między 87 a 100 punktów jest to data złożenia wniosku, zatem najwcześniej 1 stycznia 2024 roku. Osoby, które zgromadziły między 78 a 86 punktów mogą liczyć na wsparcie od 1 stycznia 2025, natomiast decyzje przyznające 77 punktów lub mniej skutkują wypłatą od 1 stycznia 2026 roku. Świadczenie jest przyznawane na okres obowiązywania aktualnie posiadanego orzeczenia o niepełnosprawności, nie dłużej jednak niż 7 lat. Osobom niezadowolonym z decyzji komisji przysługuje odwołanie w terminie 14 dni od daty jej otrzymania, a w dalszej kolejności prawo skierowania sprawy do Wydziału Pracy i Ubezpieczeń Społecznych właściwego sądu okręgowego.
W praktyce, według danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej do dnia 29 sierpnia 2024 roku wydano ponad 102 tys. Decyzji ustalających poziom potrzeby wsparcia, z czego aż 31% kwalifikowało się do najwyższego progu świadczenia. Ocenę poniżej 70 punktów otrzymało zaś niespełna 26% wnioskujących. Same liczby nie odzwierciedlają niestety efektywności działania nowych rozwiązań. Wiele do powiedzenia mają tu osoby, które przeszły całą procedurę, a potem podzieliły się zdobytymi doświadczeniami.
WZON-y w poszczególnych województwach bardzo różnie poradziły sobie z dużą ilością spływających wniosków, co skutkowało oczekiwaniem na termin komisji wahający się od miesiąca do ponad pół roku. Wśród osób z niepełnosprawnością krąży wiele relacji odnośnie kompetencji i zachowania samych członków komisji. Obok tych, którzy rzetelnie i wnikliwie starali się zbadać sytuację, mówi się też o zespołach, które nie pozwalały badanym na swobodną wypowiedź, próbowały wyręczać ich w udzielaniu odpowiedzi lub wywierały presję na jak najszybsze zakończenie posiedzenia. Często można było odnieść wrażenie, że członkowie komisji sterują odpowiedziami, tak aby były one zgodne z opinią, którą wyrobili sobie o badanym w trakcie trwającej 20-30 minut rozmowy, w oczywisty sposób obarczonej powierzchownością i subiektywizmem.
Wątpliwości budzi również obiektywizm i skuteczność zastosowanej 100-punktowej skali oceny poziomu potrzeby wsparcia. Przede wszystkim brak jej narzędzia weryfikującego prawdziwość udzielanych odpowiedzi, co w oczywisty sposób promuje osoby potrafiące w bardziej wiarygodny sposób dokonać autoprezentacji skrojonej pod potrzeby badania. Oparta na ICF skala zakłada, że najwyższą ilość punktów może otrzymać jedynie osoba obarczona deficytami we wszystkich obszarach funkcjonowania, od umiejętności poruszania się, przez proste domowe czynności, aż do kompetencji intelektualnych i społecznych. Z tego powodu decyzje WZON stawiają w gorszej pozycji osoby z jednym typem dysfunkcji, np. niewidome, głuche czy niedostosowane społecznie, które mogą przecież potrzebować szerokiego wsparcia w codziennym funkcjonowaniu, mimo że istnieją dziedziny, w których są samodzielne.
Zasady przyznawania świadczenia skutkują kuriozalnymi decyzjami, w których osoby o zbliżonych deficytach i życiowym położeniu uzyskują diametralnie różną punktację. Zdarza się, że najwyższy próg świadczenia jest przyznawany osobom świetnie funkcjonującym i stabilnym finansowo, a środki są przeznaczane np. na egzotyczne podróże lub dobra luksusowe, a osoby potrzebujące pomocy, a nie mogące pozwolić sobie choćby na niezbędną prywatną rehabilitację lub specjalistyczną, kosztowną dietę, są odprawiane z kwitkiem. W środowisku osób z niepełnosprawnością aż huczy od oburzenia, narasta też poczucie niesprawiedliwości i nierównego traktowania, z którymi świadczenie wspierające miało wszak walczyć. Występujące w starym orzecznictwie kryteria medyczne zastąpiono tu subiektywnymi, pośpiesznie sporządzanymi ocenami. Ponieważ prawo nie działa wstecz, trudno jest liczyć na weryfikację wydanych już decyzji. Osobom, które czują się pokrzywdzone, można radzić tylko, aby się nie poddawały i składały odwołania. Poza tym warto dzielić się doświadczeniami, pisząc listy do pełnomocnika Rządu ds. Osób Niepełnosprawnych i Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Nie ulega bowiem wątpliwości, że nowe rozwiązania wymagają reformy, która pozwoli na unikanie marnotrawstwa i podział funduszy publicznych zgodny z zasadami współżycia społecznego.
&&
W 2023 r. z inicjatywy Kazimierza Lemańczyka, wychowanka Zakładu dla Dzieci Niewidomych w Laskach, powstał Komitet Upamiętnienia Henryka Ruszczyca, wspaniałego wychowawcy i twórcy szkoły rehabilitacji zawodowej niewidomych. Ogłoszono zbiórkę pieniędzy na wykonanie Jego popiersia. Zebrane środki pozwoliły także na ufundowanie popiersia wieloletniego kierownika laskowskiej szkoły, Zygmunta Serafinowicza, serdecznego przyjaciela Henryka Ruszczyca. Oba popiersia, stojąc w holu Domu Przyjaciół Niewidomych, witają wchodzących gości. Po przeprowadzeniu z sukcesem tych planów, Komitet postanowił upamiętnić jeszcze Panią Zofię Morawską, która przez całe zawodowe życie pracowała dla dobra niewidomych. Padały różne pomysły uczczenia tak znakomitej osoby, ostatecznie wszyscy członkowie Komitetu zgodzili się na projekt Elżbiety Morawskiej-Sawy, która zaproponowała ufundowanie ławeczki upamiętniającej Zofię Morawską.
Ogłoszono zbiórkę środków na ten cel, gdyż to przedsięwzięcie wymagało sporych funduszy. Wśród ofiarodawców znalazło się wielu dawnych wychowanków Lasek, znaczną sumę zebrała też rodzina Morawskich i sporą kwotę przekazał Nowojorski Komitet Pomocy Niewidomym w Polsce. Wykonania rzeźby przedstawiającej Zofię Morawską, podjął się znakomity artysta Łukasz Krupski, który jest autorem m.in. Drogi Krzyżowej w katedrze warszawskiej. Na każdym etapie powstawania ławeczki można było liczyć na radę i konkretną pomoc prezesa Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi Pawła Kacprzyka.
30 listopada ubiegłego roku w Laskach nastąpiło uroczyste poświęcenie i odsłonięcie ławeczki Pani Zofii Morawskiej. Uroczystość rozpoczęła msza św., podczas której homilię wygłosił znany wszystkim Laskowiakom ks. Kazimierz Olszewski. Ksiądz podkreślił, że Pani Zofia Morawska zawsze była otwarta na ludzi, dostrzegała ich potrzeby i cechowała ją głęboka wiara. Po mszy uczestnicy uroczystości przeszli do ogrodu zmysłów, gdzie jest usytuowana ławeczka. Poświęcenia dokonał ks. Olszewski, a okolicznościowe przemówienia wygłosili: prezes Kazimierz Lemańczyk, Matka Generalna i prezes Towarzystwa Paweł Kacprzyk.
Po oficjalnym odsłonięciu goście przeszli do jadalni w internacie dziewcząt. po posiłku wyświetlono film o życiu i dokonaniach Pani Morawskiej, po czym nastąpiły wspomnienia rodziny, współpracowników i wychowanków. Okolicznościowy wiersz własnego autorstwa zaprezentował Bogdan Włodarczyk, wieloletni pracownik Lasek:
Szanowni Państwo, Goście, drodzy Laskowiacy,
z Panią Morawską łączyły mnie długie lata pracy!
Kochana Pani Zofio, Pani Zofio droga,
byłaś nam jak matka, szefowa, czasem nawet sroga!
Miejsce, w którym stoimy, zwane dawniej warzywniakiem,
jest dla doglądania Dzieła Lasek, dobrym znakiem.
W tym, co teraz powiem, będzie trochę racji;
Nasza Droga Pani Zofia wróciła do administracji.
Zasłużony odpoczynek na skromnej ławeczce,
pozwoli witać ludzi, przyjrzeć się wycieczce.
Niechaj ciepłym spojrzeniem darzą Cię przybysze,
niech wiatr szepcze pieśni, niech przynosi ciszę.
Niech przechodnie zerkają z podwórka, zza płotu,
a my cieszymy się ogromnie
z Twojego „powrotu”!
Z pewnością nie wszyscy Czytelnicy „Sześciopunktu” znali Panią Zofię Morawską, więc postaram się przybliżyć tę ważną dla Dzieła Lasek postać. Zofia Morawska urodziła się 13 listopada 1904 r. w Turwi, majątku ziemskim w Wielkopolsce. Jej ojciec Kazimierz Morawski, profesor filologii klasycznej, był rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. W Krakowie Zofia zdała maturę w gimnazjum sióstr Urszulanek i skończyła kurs dla nauczycieli. W zawodzie pracowała tylko rok ze względu na dużą krótkowzroczność. W 1930 r. zgłosiła się do pracy w Dziele Matki Czackiej i tu przepracowała prawie 80 lat. Początkowo skierowano Ją do tzw. Patronatu, który świadczył pomoc dorosłym niewidomym, zapewniając im środki do życia, załatwiając zatrudnienie lub zbyt wytworzonych towarów. Podczas okupacji Zofia Morawska przebywała w niemieckim więzieniu, ale udało Jej się wrócić do Lasek, gdzie po wojnie powierzono Jej administrowanie Zakładem dla Dzieci Niewidomych i stanowisko skarbnika w zarządzie Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi, które piastowała prawie do końca swojego długiego życia. Kierowała też Działem Darów, starając się o pomoc finansową i rzeczową dla wychowanków. W tym celu nawiązała kontakt ze swoimi przyjaciółmi w Stanach Zjednoczonych, którzy wkrótce utworzyli Nowojorski Komitet Pomocy Niewidomym w Polsce.
Pamiętam z dzieciństwa, gdy na nasze lekcje przychodziły zagraniczne wycieczki i z zafascynowaniem słuchaliśmy wtedy Pani Morawskiej mówiącej po angielsku. Zdarzało się, że po takich wizytach otrzymywaliśmy amerykańskie gumy do żucia i inne wyjątkowe słodycze oraz piękne ubrania. Dzięki zagranicznemu finansowaniu, w Laskach powstawały nowe budynki: szpitalik, szkoła, basen.
Pani Morawska interesowała się też życiem dorosłych wychowanków, nie raz wspierając ich radą albo pomocą materialną. Prawie do końca życia przychodziła na zjazdy absolwentów, żeby porozmawiać ze swoimi dawnymi dziećmi. Szczególnie interesowała się naszą pracą zawodową. Podczas październikowego zjazdu w 2010 r. zauważyliśmy Jej nieobecność i z kilkoma koleżankami poszłyśmy odwiedzić Ją w szpitaliku. Pani Morawska poprosiła o przerwanie czytania, którego właśnie słuchała i chwilę z nami porozmawiała. To była nasza ostatnia rozmowa.
Pani Zofia Morawska zmarła 15 października 2010 r., ale pamięć o Niej pozostała w sercach wychowanków i współpracowników, czego wyrazem jest ławeczka Jej poświęcona. O tym upamiętnieniu pięknie napisał w kwartalniku „Laski” Józef Placha. Przytaczam zakończenie tego tekstu:
„Mamy nadzieję, że kapliczna sygnaturka na kaplicy Matki Bożej Anielskiej w Laskach, która przypomina codziennie, że czas na Jutrznię, Mszę świętą, na Anioł Pański czy Nieszpory, lub na jakieś inne nabożeństwo, zapraszać nas będzie również, byśmy odpoczęli - choćby tylko na chwilę - na znajdującej się nieopodal kaplicy ławeczce i podumali nieco: o braku spokoju na świecie, o braku środków na pokrycie podstawowych potrzeb, by odpowiednio przygotować naszych niewidomych wychowanków do dorosłego życia, o funduszach na załatanie dziury budżetowej Zakładu; wreszcie, by nawet „pospierać” się trochę z Panią Zulą, poszukując optymalnych rozwiązań dla Ośrodka, by móc terminowo zakończyć rozpoczęte inwestycje…
Wszak właśnie o tym wszystkim myślała na co dzień Pani Zofia Morawska. I pewnie wciąż nadal jest z nami - z duchowym wsparciem i wypraszaniem wstawiennictwa błogosławionej Matki Elżbiety Róży Czackiej.
Pani Zula z Jej zatroskaną twarzą i otwartymi dłońmi z pewnością otworzy nam umysły i serca; być może podsunie najlepsze rozwiązania, głęboko przemyślane na modlitwie; tak jak to robiła codziennie, powierzając Opatrzności wszystkie trudne sprawy - niedaleko stąd: na klęczniku w naszej kaplicy”.
&&
Od zakończenia europejskiego projektu Music4vip (w 2015 r.), którego głównym celem było podtrzymanie i unowocześnienie edukacji muzycznej wśród niewidomych, minęło już prawie 10 lat. Polska była reprezentowana w tym przedsięwzięciu przez Towarzystwo Muzyczne im. Edwina Kowalika. I właśnie od tej pory nuty brajlowskie zyskały sobie nową perspektywę w oszałamiającym świecie rozwoju technicznego. Stopniowo, publikacje muzyczne wydawane przez nasze Towarzystwo, oprócz tradycyjnego formatu brajlowskiego, mają zwykle również format bmml. Oznacza to, że nuty zostały napisane w edytorze muzycznym pomyślanym specjalnie dla komputerowego zapisu brajlowskiego.
Od 1 listopada 2024 r. rozpoczął się kolejny międzynarodowy projekt MUVIE, w którym biorą udział Niemcy, Włochy, Cypr i Polska. Akronim MUVIE ukrywa hasło Music for Visually Impaired (Muzyka dla Niewidomych). Projekt jest finansowany przez EU w ramach programu Erasmus+, a jego trzy główne cele obejmują:
Wkrótce zostanie uruchomiona witryna pod adresem muvie.eu
Zapraszamy wszystkich, którym bliska jest powyższa tematyka, do jej odwiedzania i śledzenia naszych działań. Liczymy na Państwa aktywność i spodziewamy się, że projekt MUVIE pomoże uchronić niewidomych muzyków przed nutowym analfabetyzmem.