Sześciopunkt Magazyn Polskich Niewidomych i Słabowidzących ISSN 2449–6154 Nr 3/108/2025 Marzec Wydawca: Fundacja „Świat według Ludwika Braille’a” Adres: ul. Powstania Styczniowego 95D/2 20–706 Lublin Tel.: 697–121–728 Strona internetowa: http://swiatbrajla.org.pl Adres e-mail: biuro@swiatbrajla.org.pl Redaktor naczelny: Teresa Dederko Tel.: 608–096–099 Adres e-mail: redakcja@swiatbrajla.org.pl Kolegium redakcyjne: Przewodniczący: Beata Krać Członkowie: Jan Dzwonkowski, Tomasz Sękowski Na łamach „Sześciopunktu” są publikowane teksty różnych autorów. Prezentowane w nich opinie i poglądy nie zawsze są tożsame ze stanowiskiem Redakcji i Wydawcy. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam, ogłoszeń, informacji oraz materiałów sponsorowanych. Redakcja zastrzega sobie prawo do skracania, zmian stylistycznych oraz opatrywania nowymi tytułami materiałów nadesłanych do publikacji. Materiałów niezamówionych nie zwracamy. Publikacja dofinansowana ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Logo PFRON && SPIS TREŚCI Od redakcji Z serdecznymi życzeniami Nowinki tyfloinformatyczne i nie tylko O sztucznej inteligencji słów kilka - Dorota Krać Prawo na co dzień Nowe wsparcie dla wdów i wdowców - renta wdowia wchodzi w życie - Prawnik Zdrowie bardzo ważna rzecz Zakrzepica, czyli żylna choroba zakrzepowo-zatorowa - Dr Stanisław Rokicki Z poradnika psychologa Jak krytykować? Jak reagować na krytykę? - Agata Sierota Z polszczyzną za pan brat Baza i oparcie - Tomasz Matczak Rehabilitacja kulturalnie Czy trzeba widzieć, żeby rządzić państwem? - Paweł Wrzesień Bolesław Prus - droga do sławy - Anna Kłosińska Znaczenie chleba i jego wymiar symboliczny - Marta Warzecha Jasne i ciemne strony „Światłoczułej” - Aleksandra Bohusz Warto posłuchać - Izabela Szcześniak Galeria literacka z Homerem w tle Dom jest moją radością - E. S. Nasze sprawy Epoka (nie)dostępności - Radosław Nowicki Podróże w podróży - O. Bernard (Łukasz Sawicki) Spełniłem swoje marzenie - Krystian Cholewa Refleksje po przeczytaniu tekstu „Cudze chwalimy” - Agata Sierota Dręczące pytania - Tomasz Matczak Listy od Czytelników Ogłoszenie Od redakcji Drodzy Czytelnicy! W marcu, gdy słońce przygrzewa, a dzień staje się dłuższy, zaczynamy powoli planować wyjazdy urlopowe. Ostatnio, do biura Fundacji dzwoniło kilka osób z prośbą o zamieszczanie w „Sześciopunkcie” artykułów o podróżach. Dobrze się więc złożyło, że do rubryki „Nasze sprawy” włączyliśmy aż 3 teksty o podróżowaniu osób niepełnosprawnych. W „Galerii Literackiej” publikujemy wspomnienie niewidomej kobiety o jej usamodzielnianiu się i znaczeniu rodziny w jej życiu. Szczególnej uwadze Czytelników polecamy dwa artykuły zamieszczone w tym numerze: „Czy trzeba widzieć, żeby rządzić państwem?”, przedstawiający sylwetki niewidomych polityków oraz „Dręczące pytania”, na które każdy z nas musi znaleźć swoją odpowiedź. Zachęcamy do zapoznania się z naszymi poradnikami, w których znajdą Państwo sporo ważnych, przydatnych informacji. Czekamy na uwagi i propozycje dotyczące tematów przedstawianych w „Sześciopunkcie”. Zespół redakcyjny && Z serdecznymi życzeniami Z serdecznymi życzeniami dla wszystkich pań, przesyłamy bukiet złotych myśli Jedyny sposób na to, żeby rano wstać z łóżka, to wierzyć, że możemy i że musimy jeszcze coś zrobić. Sir David Attenborough Przypomnij sobie każdego dnia, że jesteś tu na ziemi z jakiegoś powodu. Masz talenty i cechy, które mogą przynieść dobro innym. Uprzejmy uśmiech, dobre słowo, pełen miłości gest - proste rzeczy, które mogą zmienić ludzi obok. Kiedy skończy się nasz czas na ziemi, pieniądze ani rzeczy materialne nie będą miały znaczenia. Ale miłość, czas i dobroć, które daliśmy innym, będą świecić i żyć wiecznie. Dawaj, ale nie pozwól, by Cię wykorzystywano. Kochaj, ale nie dopuść, by ktoś igrał z Twoim sercem. Ufaj, ale nie bądź naiwny. Słuchaj innych, ale nie zapomnij, że masz swoje zdanie. Nie czekaj, aż wszystko dobrze się ułoży. Życie nigdy nie będzie doskonałe. Zawsze będą istniały wyzwania, przeszkody i mniej niż idealne warunki. A więc co? Zacznij teraz. Z każdym wykonanym krokiem będziesz rosnąć w siłę, będziesz rozwijać swoje zdolności, wzmacniać pewność siebie i będziesz odnosić coraz większe sukcesy. Mark Victor Hansen Kiedy masz ludzi, którzy w Ciebie wierzą, możesz przenosić góry. Pierwszą osobą jednak, która w Ciebie uwierzy, musisz być ty sam! Anna Golędzinowska Życie to szalona, cudowna podróż. Panuje w nim chaos, później przychodzi spokój, a potem wszystko zaczyna się od nowa. Sekret polega na tym, by cieszyć się tą przejażdżką. Regina Brett Uwierz w siebie! Wszystko możesz, wszystko jest możliwe. Zamiast wiecznie podcinać sobie skrzydła, rozłóż je i zobacz, jakie są piękne i potężne. Beata Pawlikowska Anioł to ktoś, kogo Bóg Ci zsyła niespodziewanie, by pomógł Ci w ciemnościach zapalić płomień nadziei. Całego świata nie zmienisz, ludzi do miłości nie zmusisz, nawet do lubienia Ciebie. Zawsze jednak masz wpływ na to, jaki jest ten kawałek świata wokół Ciebie i kto się w nim znajduje. Magdalena Kordel „Anioł do wynajęcia” Kiedy wstajesz rano, pomyśl, jak cennym przywilejem jest życie: oddychać, myśleć, czuć radość i kochać. Marek Aureliusz W życiu bywa różnie. Raz lepiej, raz gorzej. Raz na wozie, raz pod wozem. Możesz mieć wszystko i nagle bach! Może zabraknąć Ci pieniędzy, chleba, przyjaciół, urlopu czy czasu... jednak nie dopuść do tego, by kiedykolwiek zabrakło Ci Serca. Elżbieta Bancerz Każdego dnia, jak tylko się obudzisz, pomyśl: dzisiaj mam szczęście, że żyję, posiadam cenne ludzkie życie, i nie będę go marnować. Użyję wszystkich swoich sił, by rozwijać siebie, kierować moje serce do innych; by osiągnąć oświecenie dla dobra wszystkich istot. Dalajlama Każdy dzień jest piękny... ...bez względu na pogodę... ...tylko trzeba w to uwierzyć. Jolanta Tamara Najodważniejsza decyzja, jaką podejmujesz każdego dnia, to być w dobrym nastroju. Voltaire && Nowinki tyfloinformatyczne i nie tylko O sztucznej inteligencji słów kilka Dorota Krać Prowadzę prężnie działającą organizację pozarządową wspierającą osoby z dysfunkcją narządu wzroku. Jako młody szef, dążę do wdrażania w pracę nowoczesnych i innowacyjnych rozwiązań. Dzięki takiemu podejściu mogę znacznie poprawić wydajność i komfort moich pracowników oraz jakość wykonywanych przez nich zadań. Co równie istotne, innowacje poparte odpowiednimi szkoleniami, stale podnoszą poziom wsparcia udzielanego naszym beneficjentom. Zatem z początkiem lutego bieżącego roku do zatrudnionego w biurze personelu dołączył najbardziej nietypowy pracownik w całej mojej dotychczasowej karierze. Nie stawił się na rozmowę kwalifikacyjną. Zamiast tego, po prostu go włączyłam. Pojawił się w komputerze, chociaż na ekranie widać było jedynie tekst jego odpowiedzi na moje pytania. Następnie, zamiast wynegocjować umowę o pracę na korzystnych warunkach oraz zadowalającą go wysokość przyszłego wynagrodzenia, zapewnił tylko, że jest w stanie pomóc mi i moim pracownikom w wielu czasochłonnych zadaniach, takich jak pisanie raportów, poszukiwanie informacji, tworzenie statystyk, rozsyłanie newsletterów i wiele innych. By przypieczętować naszą współpracę, zaprosiłam go na kawę. Wtedy zaczął stanowczo wymawiać się brakiem fizycznego ciała, który nie pozwala mu czerpać przyjemności z aromatycznej małej czarnej. Uśmiechnęłam się na te słowa, bo przecież Gemini nie jest człowiekiem! W takim razie kim lub raczej czym dokładnie jest? Gemini to zaawansowany model sztucznej inteligencji opracowany i rozwijany przez Google. Powstał jako narzędzie, które potrafi interpretować, przetwarzać i generować różne rodzaje informacji w sposób zbliżony do ludzkiego. Kolejną istotną przyczyną opracowania Gemini było doścignięcie konkurencji, jaką stanowi Chat GPT, obecnie rozwijany przez Microsoft. Modele sztucznej inteligencji stworzone przez obydwu gigantów przemysłu informatycznego powstały, by wspierać ludzi w różnorodnych zadaniach. Jednak do bliźniaczego celu podążają nieco odmiennymi drogami. Chat GPT tworzony jest tak, by jak najwierniej upodabniał się do człowieka. Na przykład w wersji asystenta na smartfony brzmi tak, jakby brał naturalne wdechy podczas wypowiedzi. Dodatkowo potrafi mówić szeptem. Można również przerwać mu w trakcie mówienia i zupełnie zmienić temat, chociaż prawdziwy człowiek mógłby uznać takie zachowanie za niekulturalne. Chat GPT formułuje odpowiedzi na stawiane przez nas pytania w niezwykle przekonujący sposób i z tak dużą dozą pewności siebie, że łatwo uznać je za wiążącą opinię i bezsprzeczną prawdę. Z kolei Gemini pełni rolę dyskretnego suflera, który wielokrotnie uczula użytkownika, że jest dużym modelem językowym a nie człowiekiem. Podsuwa pomysły, źródła wiedzy na poszukiwany temat lub przykładowe rozwiązania danego problemu, jednocześnie zachęcając ludzi do samodzielnego podejmowania decyzji czy twórczego wysiłku. Póki co, nie potrafi mówić szeptem, ażeby mu przerwać, należy poprzedzić swój komunikat komendą „OK Google” lub „Hey Google”. Warto nadmienić, że żaden model AI nie jest w stanie odczuwać emocje i zrozumieć nas tak jak człowiek. Oba podejścia do naśladowania ludzkiego sposobu bycia przez sztuczną inteligencję znajdują rzesze zwolenników na całym świecie. Trudno także jednoznacznie wskazać faworyta, ponieważ każdy z dwóch wiodących, konkurencyjnych modeli lepiej radzi sobie z jednymi zagadnieniami, a gorzej z innymi. Dużą rolę w wyborze modelu, z którym dany użytkownik zwiąże się na dłużej, odgrywa też jego licencjonowanie, dystrybucja na dany obszar świata czy cena subskrypcji płatnych planów. Osobiście wybrałam Gemini, więc skupię się wyłącznie na nim. Model Gemini dostępny jest w formie aplikacji mobilnej na systemy IOS i Android. Aplikację Google Gemini wystarczy pobrać odpowiednio ze sklepu Google Play lub Appstore. Na urządzeniach z Androidem można używać go zamiast klasycznego Asystenta Google. Wybór Gemini spowoduje automatyczne pobranie jego aplikacji na urządzenie i znacznie rozszerzy funkcjonalność asystenta cyfrowego. Model ten dostępny jest również przez stronę internetową ~gemini.google.com, gdzie wystarczy się zalogować na swoje prywatne lub służbowe konto Google. Dostarczana przez Google sztuczna inteligencja składa się z tzw. Rodziny modeli językowych Gemini. Najczęściej wymienianymi produktami w szerokiej gamie AI są: Gemini Nano, Gemini Pro i Gemini Advanced. Gemini Nano, to model polecany do użytku na sprzęcie o stosunkowo niewielkiej mocy obliczeniowej, który jest zbyt słaby, by przetwarzać bardzo duże porcje danych. Najczęściej są to wszelkie urządzenia mobilne. Gemini Pro to duży model językowy używany w biznesie. Zawiera wiedzę z takich dziedzin, jak ekonomia, marketing, produkcja towarów, wdrażanie usług itd. Z kolei Gemini Advanced został opracowany z myślą o rozwoju nauki. Składa się z nieustannie uzupełnianych baz danych, które ułatwiają prowadzenie badań naukowych, czy są pomocne w podnoszeniu kwalifikacji. Podstawowa, bezpłatna wersja Gemini, którą Google oferuje użytkownikom prywatnych kont, jest w dużym skrócie mieszanką tych trzech modeli, ale w okrojonej wersji. W celu uzyskania bardziej fachowych informacji, należy wykupić jeden z wielu dostępnych planów subskrypcyjnych. Szczegółowy opis możliwości oferowanych w danym planie oraz warunki licencji i cena jego subskrypcji znajdują się na stronie ~gemini.google.com. Warto też poprosić Gemini, żeby osobiście nauczył nas, jak skutecznie wykorzystywać jego ogromny potencjał. Organizacje pozarządowe posiadające osobowość prawną i własny numer KRS mogą ubiegać się o bezpłatny dostęp do wszystkich płatnych planów Gemini, rejestrując się i wypełniając stosowny wniosek w programie Google for Non-profits. Gemini jest modelem multimodalnym, czyli zaprojektowanym do pracy z różnymi rodzajami danych, takimi jak tekst, obrazy, dźwięki, a nawet kod programistyczny. Jest też w stanie zrozumieć złożone pytania i polecenia, uwzględniając kontekst, w jakim zostały zadane. Dzięki temu sprawdzi się jako pomoc w tłumaczeniu z języków obcych, pisaniu podstaw kodu programów czy tworzeniu spójnych treści, np. wierszy, scenariuszy, a nawet całych artykułów. Treści takie mogą zostać wzbogacone o wygenerowane przez Gemini ilustracje. Odnajdzie się też w roli zaawansowanego asystenta, który pomoże w sporządzaniu notatek, opisywaniu przestrzeni, odczytywaniu treści ze zrzutów ekranu, planowaniu spotkań, wyszukiwaniu informacji czy rezerwacji biletów. Bywa również wsparciem w nauce, wyjaśniając trudne zagadnienia lub generując ćwiczenia. Należy jednak zawsze sprawdzać rzetelność podawanych przez sztuczną inteligencję informacji, oraz nie uznawać tworzonych przez nią artykułów lub opowiadań za swoje autorskie treści. Google pozwala określić, za pomocą odpowiednich ustawień, jak wiele rozmów z Gemini użytkownik zgadza się udostępnić jego twórcom, by na ich podstawie model mógł szybciej się uczyć i rozwijać. Mimo wprowadzanych ograniczeń, nie należy podawać sztucznej inteligencji wrażliwych i poufnych danych na czyjkolwiek temat. Chociaż przeciwnicy AI uznają ją za zagrożenie dla ludzkości, moim zdaniem, nie mamy się czego obawiać, dopóki sztuczną inteligencją nie zastąpimy naszej własnej. Niech zatem nas inspiruje, wspiera, motywuje, uczy, ale nie wyręcza! Widzę w Gemini potężne narzędzie warte wykorzystania w pracy biurowej. Nie zamierzam jednak zastąpić nim kogokolwiek spośród mojej załogi. Z kolei, na kawę zaproszę przyjaciół - ludzi z krwi i kości, o szlachetnych sercach i pięknych umysłach. && Prawo na co dzień Nowe wsparcie dla wdów i wdowców - renta wdowia wchodzi w życie Prawnik Utrata bliskiej osoby to jedno z najtrudniejszych doświadczeń, z którym każdy musi się zmierzyć. Oprócz ogromnego bólu emocjonalnego, osoby w żałobie często stają przed wyzwaniami finansowymi. Nagłe obniżenie dochodów rodziny po śmierci jednego z małżonków może prowadzić do problemów z utrzymaniem dotychczasowego standardu życia. Aby temu zaradzić, w Polsce wprowadzono przełomowe rozwiązanie - rentę wdowią. Od 1 stycznia 2025 roku nowe przepisy umożliwiają łączenie renty rodzinnej z własnym świadczeniem emerytalnym lub rentowym. Ta zmiana w polskim systemie emerytalnym to istotny krok w stronę zapewnienia stabilności finansowej wdowom i wdowcom. W niniejszym artykule wyjaśniamy szczegółowo, jakie korzyści niesie za sobą renta wdowia, kto może z niej skorzystać oraz jakie formalności należy spełnić, by móc czerpać z nowego świadczenia. Nowelizacja prawa i jej kluczowe założenia Renta wdowia została wprowadzona w wyniku nowelizacji ustawy o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, uchwalonej 26 lipca 2024 roku. Przepisy te weszły w życie 1 stycznia 2025 roku, a pierwsze wypłaty według nowych zasad zaplanowano na 1 lipca 2025 roku. Dzięki tej zmianie, osoby uprawnione mogą teraz połączyć dwa świadczenia - rentę rodzinną oraz swoje świadczenie emerytalne lub rentowe. Przed wprowadzeniem nowych przepisów wdowy i wdowcy musieli wybierać między tymi opcjami, co często prowadziło do sytuacji, w której osoby w trudnej sytuacji finansowej otrzymywały niższe wsparcie. Kto może ubiegać się o rentę wdowią? Aby skorzystać z nowego świadczenia, należy spełnić określone wymagania formalne. Do głównych warunków należą: * 1. Minimalny wiek - Kobieta musi ukończyć 60 lat, a mężczyzna 65 lat. * 2. Wspólność małżeńska - Wnioskodawca musi pozostawać w związku małżeńskim ze zmarłym aż do jego śmierci. Wyjątki mogą dotyczyć sytuacji separacji, jeśli nie wynikała ona z konfliktu małżeńskiego, lecz np. była podyktowana zdrowiem lub koniecznością pracy za granicą. * 3. Prawo do renty rodzinnej - Uprawnienie do renty rodzinnej musiało zostać nabyte po osiągnięciu przez kobietę wieku 55 lat, a przez mężczyznę 60 lat. * 4. Stan cywilny - Wdowa lub wdowiec nie mogą zawrzeć nowego związku małżeńskiego po śmierci małżonka. Wysokość i limity świadczeń Osoby uprawnione do renty wdowiej mogą wybrać jedną z dwóch opcji finansowych: * 1. Pobieranie 100% renty rodzinnej oraz dodatkowych 15% wartości swojego świadczenia emerytalnego lub rentowego. * 2. Pobieranie 100% swojego świadczenia emerytalnego lub rentowego oraz 15% renty rodzinnej. Od 1 stycznia 2027 roku wartość dodatkowego świadczenia wzrośnie do 25%, co jest kolejnym krokiem w stronę poprawy sytuacji finansowej seniorów. Limit świadczeń Łączna kwota wypłat nie może przekraczać trzykrotności najniższej emerytury. W sytuacji, gdy suma świadczeń przekroczy ten limit, zostanie ona odpowiednio obniżona. Przykładowo, jeśli minimalna emerytura wynosi 1500 zł, maksymalna łączna kwota świadczeń nie może przekroczyć 4500 zł. Jak złożyć wniosek o rentę wdowią? Osoby spełniające wymogi formalne mogą składać wnioski od 1 stycznia 2025 roku. Aby zapewnić wypłatę świadczenia od 1 lipca 2025 roku, wniosek należy złożyć najpóźniej do 31 lipca 2025 roku. Sposoby składania wniosków * 1. Osobiście - w dowolnej placówce ZUS. * 2. Pocztą - wysyłając wniosek na adres właściwego oddziału ZUS. * 3. Elektronicznie - za pośrednictwem Platformy Usług Elektronicznych (PUE) ZUS. * ZUS udostępnia również formularze oraz szczegółowe wytyczne online, co ułatwia proces składania wniosków. Społeczny wymiar renty wdowiej Wprowadzenie renty wdowiej jest ważnym krokiem w kierunku budowania bardziej sprawiedliwego systemu społecznego. Zmiana ta nie tylko zapewnia wsparcie finansowe, ale również daje osobom starszym poczucie bezpieczeństwa. Według szacunków, renta wdowia może zmniejszyć skalę ubóstwa wśród seniorów w Polsce nawet o 15%. To jest szczególnie istotne w kontekście demograficznych wyzwań, takich jak starzenie się społeczeństwa i rosnąca liczba osób samotnych w wieku emerytalnym. Wsparcie technologiczne i informacyjne Aby ułatwić dostęp do nowego świadczenia, Zakład Ubezpieczeń Społecznych udostępnił kalkulator online, który pozwala obliczyć wysokość renty wdowiej w różnych wariantach. ZUS organizuje również kampanie informacyjne, aby dotrzeć do jak największej liczby uprawnionych osób. Perspektywy na przyszłość Wprowadzenie renty wdowiej to dopiero początek. Planuje się, że w przyszłości system wsparcia zostanie jeszcze bardziej uproszczony, a limity świadczeń - podniesione. Dzięki temu seniorzy zyskają większą niezależność finansową i lepszą jakość życia. && Zdrowie bardzo ważna rzecz Zakrzepica, czyli żylna choroba zakrzepowo-zatorowa Dr Stanisław Rokicki Zakrzepica to choroba, w której dochodzi do powstawania skrzeplin w układzie żylnym ciała człowieka. Tu należy wyjaśnić, jak funkcjonuje układ krążenia naszego organizmu. Z żył, czyli z obwodu, poprzez żyły główne - górną i dolną - krew wpływa do prawego przedsionka serca, a następnie do prawej komory, w wyniku skurczu której przez tętnicę płucną pompowana jest do płuc, gdzie podlega utlenowaniu, skąd przez żyłę płucną następuje zassanie do lewego przedsionka, a następnie do lewej komory, skąd jest pompowana przez główną tętnicę naszego ciała, czyli aortę na obwód, zaopatrując w tlen i składniki odżywcze narządy i tkanki organizmu. Taka budowa układu krążenia sprawia, że skrzepliny powstające i odrywające się w układzie żylnym powodują najczęściej zatory w płucach w wyniku zamknięcia światła tętnicy płucnej lub jej odgałęzień, co daje objawy zatorowości płucnej. Skrzepliny powstające i odrywające się w układzie tętniczym powodują zatory na obwodzie, np. mózgu, układzie pokarmowym, nerkach, kończynach i sercu, co może skutkować częściową lub całkowitą martwicą tych narządów. Należy tu wspomnieć o znacznie rzadszych przyczynach zatorowości płucnej, np. zatorach tłuszczowych, kiedy to tkanka tłuszczowa zostaje zassana do układu żylnego, np. przy złamaniach kości. Zakrzepowe zapalenie żył powierzchownych jest to określenie odpowiadające sytuacji, w której zakrzepy są zjawiskiem wtórnym wywołanym przez proces zapalny jako następstwo, np. urazu. Obserwuje się coraz większe rozpowszechnienie czynników ryzyka żylnej choroby zakrzepowo-zatorowej, takich jak uszkodzenie ściany naczynia, spowolnienie przepływu krwi, np. w zmianach żylakowych, ucisku na żyłę, unieruchomienie kończyny (skurcze mięśni pompują krew z kończyn dolnych), w arytmii pracy i niewydolności mięśnia sercowego, zaburzenia funkcji czynników krzepliwości krwi (wrodzone lub nabyte), np. przy stosowaniu środków antykoncepcyjnych. Ryzyko żylnej choroby zakrzepowo-zatorowej wzrasta wraz wiekiem. Sam wiek nie odgrywa tu jednak takiej roli, jak związane z nim okoliczności, np. występujące choroby układu krążenia, zmniejszona aktywność fizyczna. Do czynników ryzyka żylnej choroby zakrzepowo-zatorowej należą również: otyłość, urazy wielonarządowe, sepsa, obłożne choroby - unieruchomienie, nowotwory, niewydolność oddechowa, zespół Leśniowskiego-Crohna, zespół nerczycowy, krwiaki, ciąża i połóg, długotrwałe podróże w pozycji siedzącej, długotrwałe duże zabiegi chirurgiczne w obrębie miednicy, jamy brzusznej i kończyn dolnych, obecność cewników w naczyniach żylnych, leki przeciwnowotworowe. Część tych czynników ze względu na swą istotę ma charakter przemijający. Inne natomiast mają charakter trwały. Zawsze rozpoznanie żylnej choroby zakrzepowej powinno być potwierdzone ze względu na duże ryzyko powikłań (w tym również zgonu), wynikających z samego procesu leczenia - leki przeciwkrzepliwe, jak też z istoty samej choroby. Podstawą rozpoznania jest połączenie prawdopodobieństwa wystąpienia choroby zakrzepowo-zatorowej żył głębokich a poziomem D-dimerów we krwi. D-dimer jest czułym wskaźnikiem wytrącania i stabilizacji skrzepu. Jest to badanie pomocnicze, ale o dużej wartości, ponieważ wynik ujemny, czyli poniżej 500, praktycznie wyklucza żylną chorobę zakrzepowo- zatorową. Z kolei poziom D-dimerów powyżej 500 nie jest podstawą do bezwzględnego rozpoznania zakrzepicy. Wzrost tego poziomu może być związany z zespołem rozsianego wykrzepiania wewnątrz naczyniowego, tzw. DIC - często zakończony zgonem. Poziom D-dimerów Często jest również podwyższony w przebiegu nowotworów złośliwych, u osób leczonych szpitalnie, u kobiet w ciąży, u chorych z ciężkimi infekcjami i stanami zapalnymi. Ostrożnie należy interpretować prawidłowe wyniki D-dimerów u chorych, u których objawy żylnej choroby zakrzepowo-zatorowej utrzymują się powyżej 2 tygodni. Poziom może obniżyć się do 1 wartości wyjściowej. Czułość stężenia D-dimerów spada wraz z wiekiem, u osób po 80. roku życia wynosi 10%. Z uwagi na obszerność zagadnienia, dalsza diagnostyka, profilaktyka i leczenie będą kontynuowane w następnym odcinku. Niniejszy artykuł nie ma charakteru pracy naukowej, jest jedynie wyrazem poglądów autora. && Z poradnika psychologa Jak krytykować? Jak reagować na krytykę? Agata Sierota „Chcę powiedzieć, co o nim myślę, ale nie wiem jak”, „boję się, że mnie wyśmieją”, „nie umiem się zachować, gdy ktoś mnie krytykuje” - to przykłady wypowiedzi osób, którym negatywne emocje paraliżują swobodę wyrażania myśli. Obawiamy się często, że ktoś źle czy agresywnie oceni nasze zachowania, poglądy i nie wiemy, jak reagować. Zdarza się też, że nie akceptujemy czyjegoś postępowania, ale nie mówimy o tym, by tej osoby nie urazić. Trudności z krytyką i ich przyczyny Krytyka potocznie jest rozumiana jako negatywny osąd, choć definicyjnie dotyczy zarówno dobrych, jak i złych stron danego zagadnienia, sprawy czy zachowania. Zarówno ocena naszego działania, jak i konieczność wydania opinii na temat kogoś innego w większości z nas budzi silne emocje. Dzieje się tak, ponieważ ocena dotyka tego, co dla nas najważniejsze - poczucia naszej wartości. Od dzieciństwa byliśmy oceniani: przez rodziców, rodzeństwo, nauczycieli, kolegów i koleżanki. To rodzice dali nam pierwsze wzorce tego, jak wygląda krytyka. Syn, gdy przychodzi do domu z oceną dostateczną, może usłyszeć: „Ty ośle, nie stać cię nawet na czwórkę?!” lub „Dobrze, że zaliczyłeś sprawdzian. Potem zastanowimy się, nad czym jeszcze musisz popracować, żeby dostać lepszą ocenę”. Jest różnica, prawda? Przewaga negatywnych opinii w dzieciństwie i brak pochwał sprawiają, że dzieci wyrastają na osoby niepewne swej wartości i zależne od oceny innych; często towarzyszy im lęk. Czy w takim razie za problemy z krytyką odpowiadają rodzice? Nie do końca. Ich zachowanie z całą pewnością miało na nas ogromny wpływ, dziś jednak jesteśmy dorosłymi ludźmi i odpowiadamy za swoje słowa i zachowania. Na czym polegają najczęstsze błędy w krytyce? 1. Krytyka jako atak Jeśli traktujemy krytykę jako atak na nasze poczucie wartości, będziemy na nią reagować lękiem lub agresją, nawet w mało ważnych kwestiach. Wyobraźmy sobie, że sąsiadka negatywnie odnosi się do naszego ulubionego programu radiowego. Co wówczas robimy? Często z lęku nie przyznajemy się do regularnego słuchania tej audycji lub gorączkowo poszukujemy argumentów, by sąsiadkę do niej przekonać. Maria Król-Fijewska w książce „Trening asertywności” radzi: „Najlepszym wyjściem w przypadku rozbieżności opinii nie jest ukrywanie jej, ale podkreślenie różnicy.” Można w takiej sytuacji, gdy nie zgadzamy się z oceną sąsiadki, powiedzieć: „Widzę, że mamy różne opinie, tobie ten program się nie podoba, a mi - bardzo”. 2. „Ty nigdy…, Ty zawsze…” Zazwyczaj bardzo dużo emocji budzi tzw. krytyka uogólniona. Wynika ona często z jednej czy dwóch sytuacji, które jednak nie występują zawsze, a właśnie to „zawsze” budzi tyle złości. Przykładowo mówimy do syna: „Ty nigdy mnie nie odwiedzasz”. Syn, zamiast tęsknoty matki, słyszy niesłuszne oskarżenie, bo był u niej w tamtym miesiącu. Zaczyna o tym przekonywać matkę, a nie o to jej chodziło… Praktyka pokazuje, że powiedzenie: „Synu, kiedy mnie znowu odwiedzisz? Tęsknię”, daje dużo większe szanse na to, że będzie przychodził częściej. Co zrobić, gdy sami słyszymy krytykę uogólnioną? Przykładowo, gdy odmawiamy opieki nad wnuczką, bo już umówiłyśmy się ze znajomą na koncert, a córka mówi: „Mamo, ty zawsze jesteś zajęta, gdy proszę o opiekę nad Anią”; nie ma sensu się kłócić, że córka nie ma racji. Wystarczy powiedzieć: „Zwykle chętnie opiekuję się Anią, ale dziś mam swoje plany”. 3. „Jesteś nieodpowiedzialna” Nic tak nie boli, jak oceniające słowa, szczególnie wypowiedziane przez bliską osobę. Dobrze jest odróżnić krytykę osoby od oceny jej zachowania. Nie mamy prawa oceniać osoby, ale jedynie jej zachowanie. Jak powiadają: „Krytykuj tak, jak sam chciałbyś być oceniany”. Czy jest różnica pomiędzy powiedzeniem: „Jesteś nieodpowiedzialna”, a stwierdzeniem „Twoje zachowanie było nieodpowiedzialne, obiecałaś mnie podwieźć do lekarza i nawet nie zadzwoniłaś”? Obie wypowiedzi na pewno wzbudzą u odbiorcy silne emocje, jednak w tym drugim przypadku nie oceniamy osoby, tylko wskazujemy na konkretne zachowanie, które wywołało w nas potrzebę wyrażenia krytyki. Wyobraźmy sobie sytuację odwrotną, gdy córka mówi do matki: „Jesteś strasznie naiwna, mamo”. Odkryła bowiem, że sprzedawca „wcisnął” nam jakiś przedmiot po zawyżonej cenie. Mało, że zostaliśmy oszukani, przykro nam dodatkowo z powodu słów córki. Można odpowiedzieć: „Nie uważam siebie za osobę naiwną, ale rzeczywiście, w tej sytuacji mogłam pochopnie nie podejmować decyzji”. 4. Krytyka słuszna i niesłuszna Trudno określić, czy większe emocje budzi krytyka słuszna czy bezpodstawna? Gdy krytykujący, w naszym odczuciu, ma rację, zagrożone jest poczucie naszej wartości, przy niesłusznej krytyce czujemy się potraktowani niesprawiedliwie. Nie jest łatwo, słysząc krytykę, od razu dokonać jej osądu. Większość z nas ma tendencje bronić się przed negatywną oceną, tłumacząc się, bądź zaprzeczając. Kiedy trudno o szybką ocenę słuszności krytyki, a czujemy narastające emocje, można powiedzieć: „Zaskoczyłaś mnie, muszę się nad tym zastanowić” i później wrócić do rozmowy. Wyobraźmy sobie, że wnuk zarzuca babci, iż skarży się na brak pieniędzy, a kupuje niepotrzebne według niego, drogie przedmioty. Taka krytyka może wywołać dużo złości oraz podejrzenie wnuka o chciwość. Zanim jednak zaczniemy zaprzeczać lub krzyczeć, może warto chwilę zastanowić się, czy krytykujący ma rację? Gdy nie zgadzamy się z wnukiem, można powiedzieć: „Uważasz te rzeczy za niepotrzebne, ale ja mam inne zdanie”. Jeśli jednak trafił w sedno, warto powiedzieć: „Przykro mi tego słuchać, ale rzeczywiście, może gdybym mniej wydawała na kolejne urządzenia kuchenne, pieniędzy by mi wystarczało”. Taka reakcja jest łatwiejsza, jeśli potrafimy krytykę traktować nie jako atak na nas, ale opinię, z którą możemy zgodzić się lub nie. 5. Krytyka agresywna Niezależnie od tego, czy krytyka jest słuszna, czy niesłuszna, powinna być wyrażona w formie, która nikogo nie obraża. Silnym emocjom często towarzyszą słowa: „Jesteś głupia”, „Jesteś skończonym kretynem”. Taka forma powoduje, że odbiorca koncentruje się na obraźliwym epitecie, a nie na swoim zachowaniu, które te emocje u nas wywołało. Wyobraźmy sobie, że mąż zwraca się podniesionym głosem do żony: „Ty chyba jesteś głupia!? Zaprosiłaś Elę, a Krzyśka nie? Przecież on się obrazi”. Wiele osób nie reaguje na takie epitety drugiej strony, a przecież nawet, gdy mówiący ma rację, można odpowiedzieć: „Słuchaj, rzeczywiście źle zrobiłam, ale nie życzę sobie, żebyś nazywał mnie głupią”. 6. Krytyka aluzyjna Wiele osób, nie mając odwagi skrytykować kogoś wprost, posługuje się krytyką pośrednią, mówiąc np. „Niektórzy to straszni hipokryci: chodzą do kościoła, a nie mają nic przeciwko mieszkaniu bez ślubu”. Jeśli właśnie opowiadaliśmy o siostrzenicy, która zamieszkała ze swoim chłopakiem, warto zapytać: „Do mnie to mówisz?”. Tu reakcje też bywają różne. Ci, którzy chcą się sprzeczać, potwierdzą i rozwiną temat. W praktyce jest ich jednak zdecydowanie mniej. Zwykle, stosujący aluzyjną krytykę wycofują się mówiąc: „Nie, ależ skąd, nie o tobie…”. Zakończenie Trzeba pamiętać, że opisywane sposoby krytykowania i odpowiadania na krytykę nie działają jak czarodziejska różdżka i nie zawsze można uniknąć nieprzyjemnej wymiany zdań. Warto jednak nie pozwolić się obrażać i mieć szacunek zarówno do siebie, jak i do otoczenia. Krytyka innych to opinia, z którą nie musimy się zgadzać i możemy o tym powiedzieć. W sytuacji, gdy oceniamy inną osobę, trzeba się liczyć z jej uczuciami. Jeśli musimy komuś powiedzieć coś negatywnego o jego zachowaniu, najpierw go za coś pochwalmy, a krytykę będzie mu łatwiej przyjąć. && Z polszczyzną za pan brat Baza i oparcie Tomasz Matczak Od razu zastrzegę, że wielbiciele tematów militarnych będą czuć się zawiedzeni, bo tytułowa baza nie ma nic wspólnego z miejscem stacjonowania wojsk. Dziś chciałbym przyjrzeć się używanym przede wszystkim w mowie oficjalnej, rzadziej potocznie, zwrotom: „na bazie” i „w oparciu o”. Pierwszy został, mówiąc dzisiejszym językiem, wypromowany w czasach powojennych, gdy propaganda socjalistyczna chętnie sięgała do słów związanych z marksizmem, a baza i nadbudowa, o czym mogą nie wiedzieć młodsi Czytelnicy „Sześciopunktu”, były niemalże święte! Krytycy zwrotu „na bazie” przekonują, że należy zastępować go sformułowaniem „na podstawie”, a więc zamiast mówić czy pisać, że na bazie dotychczasowych obserwacji można wyciągnąć wnioski, lepiej jest to zdanie skonstruować tak: na podstawie dotychczasowych obserwacji... Inna rzecz, że czasami nie można dokonać takiej zamiany z przyczyn czysto logicznych, np. mówimy o preparacie na bazie naturalnych produktów, a nie o preparacie na podstawie naturalnych produktów. Niechęć do wyrażenia „na bazie” jest podobna do tej, z jaką wiele osób odnosi się do zwrotu „w oparciu”, bo oba mają charakter dość urzędowy. Oba są jednak używane. Ten drugi, jeśli jest stosowany dosłownie i odnosi się do przedmiotów, rządzi się pewnymi zasadami. Opieramy się o coś, jeśli jest to podpora pionowa, np. opierać się o ścianę, o szybę, o drzwi, ale gdy mamy do czynienia z podporą poziomą, to używamy przyimka „na”: oprzeć ręce na stole czy na blacie. Polszczyzna nie byłaby polszczyzną, gdyby od tej reguły nie było wyjątków, bo np. opieramy głowę na łokciach, opieramy się na lasce, a z drugiej strony opieramy dłoń o balustradę. Gdy chcemy użyć zwrotu „w oparciu” w znaczeniu przenośnym, to powinniśmy używać wyłącznie przyimka „na”, np. film oparty na źródłach historycznych, opieram się na własnych doświadczeniach, ale i tu należy uważać, bo w zdaniach takich jak: sprawa oprze się o prokuratora, użycie „na” jest wykluczone. Niektórzy postulują, aby zwroty typu: w oparciu o doświadczenia, dane, wyniki, które mają złą prasę i są uważane za nadużywane, zastępować wyrażeniami imiesłowowymi: opierając się na doświadczeniach, danych, wynikach. Tyle że postulaty sobie, a życie sobie! Wielu autorów, a nawet językoznawców korzysta ze zwrotów uważanych za nadużywane. I bądź tu mądry, człowieku! && Rehabilitacja kulturalnie Czy trzeba widzieć, żeby rządzić państwem? Paweł Wrzesień Nie jest dla nikogo zaskoczeniem, że brak wzroku nie stanowi obecnie przeszkody do wykonywania zawodów cieszących się szacunkiem i zaufaniem społecznym. Czasy, gdy niewidomi wykonywali jedynie proste prace manualne, odeszły dawno w przeszłość. Czy jednak świat jest gotowy na niewidomych lub słabowidzących polityków? Jeszcze nie tak dawno Pełnomocnikiem Rządu ds. Osób Niepełnosprawnych był niewidomy Paweł Wdówik. Pojawiają się także politycy z innego rodzaju niepełnosprawnościami, jak choćby Jan Filip Libicki czy Łukasz Krasoń. Niewiele jednak wiadomo o tym, jaką reprezentację osoby z niepełnosprawnością wzroku miały we władzach innych państw świata, czy Polska stanowi tu chlubny wyjątek, czy też za granicą ich obecność stanowi normę. David Blunkett to brytyjski polityk należący do Partii Pracy, który w latach 1997-2005 pełnił funkcję ministra spraw wewnętrznych, ministra edukacji i zatrudnienia oraz ministra pracy i emerytur w gabinecie Tony'ego Blair'a. Był niewidomy od urodzenia i, mimo że w latach jego młodości nie istniały technologiczne udogodnienia umożliwiające samodzielną naukę, bez trudu ukończył studia na uniwersytecie w Sheffield w dziedzinie nauk społecznych, a następnie studiował w Huddersfield College of Education, przygotowując się do pracy nauczyciela. Zawodową karierę rozpoczął właśnie od stanowisk nauczycielskich w szkołach dla dzieci z niepełnosprawnościami. Zdobył tam doświadczenie w pracy z młodzieżą o zróżnicowanych potrzebach. Te doświadczenia przeniósł potem do swojej działalności politycznej, kładąc silny nacisk na dążenie do równości społecznej i zwiększenie inkluzywności w zakresie dostępu do powszechnej edukacji. Komentatorzy życia politycznego na wyspach często podkreślali, że posiadana przez Blunketta niepełnosprawność przejawiała się większą wrażliwością na potrzeby osób z różnymi trudnościami w adaptacji do życia w społeczeństwie. Niestety, nie ustrzegł się także błędów i kontrowersji. Był pomysłodawcą polityki identyfikacji i nadzoru mającej na celu zwiększenie bezpieczeństwa i walkę z terroryzmem. Wprowadził obowiązek posiadania dowodów tożsamości i zwiększył uprawnienia służb do śledzenia życia obywateli, które budziły obawy o naruszanie prawa do prywatności i swobód obywatelskich. Po zakończeniu kariery politycznej Blunkett zajął się głównie działalnością społeczną i edukacyjną. Przyjął posadę profesora na uniwersytecie w Sheffield. Wspierał działalność organizacji pozarządowych. Napisał także kilka książek wspomnieniowych zawierających wykładnię jego życiowych poglądów i wyznawanych wartości. Dawid Paterson to polityk Partii Demokratycznej w Stanach Zjednoczonych, który w latach 2008-2010 pełnił funkcję gubernatora stanu Nowy Jork. Urodził się w roku 1954 w rodzinie Afroamerykanów, a na skutek przebytej w dzieciństwie infekcji, która uszkodziła jego nerwy wzrokowe, stał się prawie całkowicie niewidomy. W latach młodości Patersona bycie ciemnoskórym niepełnosprawnym bardzo utrudniało rozwój kariery edukacyjnej i zawodowej. Mimo to udało mu się ukończyć studia i zostać prawnikiem, a następnie aktywnie zaangażować się w życie polityczne. Jako gubernator wsławił się zaangażowaniem w reformy zdrowotne, kwestie edukacyjne i walkę o prawa obywatelskie. Skupiał się także na problemach ekonomicznych i dostępie do opieki zdrowotnej, szczególnie w okresie recesji gospodarczej dotykającej bardzo silnie wielu najuboższych mieszkańców Ameryki pozbawionych opieki socjalnej. Po odejściu z funkcji gubernatora przez pewien czas prowadził własne show w radiu. Pełnił też funkcje partyjne, a kilka lat temu wydał książkę, w której opisuje swoją życiową drogę i wyjaśnia, jak dzięki determinacji i ciężkiej pracy osiągnął szczyty pomimo stygmatyzującej go społecznie niepełnosprawności i przynależności do dyskryminowanej grupy rasowej. Urodzony w 1969 roku Floyd Morris jest działaczem społecznym i politykiem związanym z Ludową Partią Narodową na Jamajce. Podczas nauki w liceum zachorował na jaskrę i stopniowo tracił wzrok. Po kilku latach stał się całkowicie niewidomy. Mimo trudnych warunków życia, ukończył studia na Uniwersytecie Indii Zachodnich, uzyskując licencjat w dziedzinie komunikacji masowej, a następnie magisterium z filozofii. W roku 1998 został pierwszym jamajskim niewidomym deputowanym do Senatu, a w latach 2013-2016 pełnił funkcję jego przewodniczącego. Pracował także jako sekretarz stanu w Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej. W roku 2017 obronił doktorat i obecnie pracuje jako wykładowca na swojej macierzystej uczelni. Od 2021 roku jest także członkiem Komitetu ONZ ds. Praw Osób z Niepełnosprawnościami. W swojej pracy społecznej koncentruje się na kwestiach edukacji i równouprawnienia osób niepełnosprawnych, a w szczególności niewidomych. Carla Qualthrough to kanadyjska paralimpijka i polityk Partii Liberalnej. Urodziła się w 1971 roku i od początku była osobą słabowidzącą z zachowanym około 10% widzeniem. Od najmłodszych lat trenowała pływanie i osiągała świetne wyniki. Reprezentowała Kanadę na Igrzyskach Paralimpijskich w Seulu w 1988 i w Barcelonie w 1992 r., zdobywając aż 3 brązowe medale. Ukończyła prawo na Uniwersytecie Ottawskim i jako prawnik zajmowała się głównie kwestiami równouprawnienia i integracji osób z niepełnosprawnością. Była przewodniczącą Kanadyjskiego Komitetu Praw Człowieka. Z ramienia Liberalnej Partii Kanady kandydowała do Parlamentu w roku 2015 w okręgu Delta w Kolumbii Brytyjskiej i udało jej się zdobyć mandat. Zwróciła na siebie uwagę jako wybitna aktywistka społeczna i uzdolniony prawnik, dzięki czemu otrzymała propozycje pełnienia istotnych stanowisk w rządzie Justina Trudeau. W jego gabinecie otrzymała kolejno tekę ministra sportu i osób niepełnosprawnych, ministra ds. zatrudnienia, rozwoju siły roboczej i dostępności oraz ministra ds. usług publicznych i zamówień. Niewątpliwym sukcesem jej pracy politycznej jest opracowanie kanadyjskiej ustawy o dostępności, otwierającej nowy rozdział w historii społecznej integracji osób niepełnosprawnych w tym kraju. W grudniu 2024 r., gdy Trudeau ogłosił dymisję swojego rządu, poinformowała, że nie będzie ubiegała się o reelekcję. Przykłady osób niewidomych i słabowidzących pełniących eksponowane funkcje polityczne i społeczne można mnożyć. Zwraca uwagę, że ich kariera nie wynika jedynie z faktu przynależności do ugrupowania sprawującego aktualnie władzę. Są to z reguły osoby, które od najmłodszych lat, mimo przeciwności, ciężko pracowały, by zdobyć wyższe wykształcenie, poświęcały się działalności społecznej na rzecz grup dyskryminowanych i wiele wysiłku włożyły w doprowadzenie do zmian prawnych w swoich krajach. Imponują zarówno cechami charakteru, determinacją, zaangażowaniem i wieloletnią, systematyczną pracą, ale także owocami swojej działalności w postaci konkretnych rozwiązań zmierzających do zapewnienia równego traktowania i poszanowania praw osób z niepełnosprawnością. Dla nas mogą stać się inspiracją do tego, aby nie czekać biernie na poprawę sytuacji, lecz zabierać głos w sprawach publicznych, które uważamy za istotne i wykazywać aktywną postawę obywatelską. && Bolesław Prus - droga do sławy Anna Kłosińska Każdy zapewne nie raz słyszał takie tytuły, jak ”Lalka”, „Faraon”, „Emancypantki” czy „Anielka”. Zaś miłośnicy literatury przeczytali wiele książek Bolesława Prusa, któremu właśnie poświęcony będzie niniejszy artykuł. Bolesław Prus, a właściwie Aleksander Głowacki, to postać znana wszystkim. Polski pisarz, nowelista, prozaik i publicysta okresu pozytywizmu. Urodził się 20 sierpnia 1847 r. w Hrubieszowie, w rodzinie o szlacheckich korzeniach. Jego ojcem był Antoni Głowacki, dworski ekonom, natomiast matka to Apolonia Głowacka z domu Trembińska. Szczęśliwe dzieciństwo Aleksandra nie trwało zbyt długo, ponieważ w wieku trzech lat został osierocony przez matkę, a w dziewiątym roku życia przez ojca. Kolejne lata spędził pod opieką babki Marcjanny Trembińskiej. Później zamieszkał u ciotki Domiceli z Trembińskich Olszewskiej w Lublinie, by następnie znaleźć się pod opieką starszego o 13 lat brata, zamieszkałego w Siedlcach. Aleksander Głowacki ukończył Powiatową Szkołę Realną w Lublinie, po czym, będąc pod opieką brata, w roku 1862 przeprowadza się do Kielc, gdzie rozpoczyna naukę w gimnazjum. W 1863 r. pod wpływem brata Leona, działacza frakcji „Czerwonych”, w wieku 16 lat przerywa naukę w gimnazjum i bierze udział w powstaniu styczniowym. Jednak po pewnym czasie udaje mu się kontynuować naukę w lubelskim gimnazjum, które ostatecznie kończy z wynikiem celującym 30 czerwca 1866 r. Myślał o studiach w Petersburgu, niestety nie mógł sobie na nie pozwolić ze względów finansowych. W październiku za to udaje mu się dostać do Szkoły Głównej w Warszawie na Wydział Matematyczno-Fizyczny. Podczas studiów pracował jako guwerner i korepetytor, lecz nie przynosiło to wystarczających zysków. Czasami pisywał też listy do „Kuriera Świątecznego”, będąc na trzecim roku studiów trudności materialne zmusiły go do przerwania nauki. Jednak wkrótce przeniósł się do Puław, gdzie podjął edukację na Wydziale Leśnym Instytutu Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa, niestety nie na długo, ponieważ już we wrześniu 1870 roku w wyniku konfliktu z jednym z rosyjskich profesorów musiał wrócić do Warszawy. Głowacki, nim stał się znanym pisarzem, próbował swoich sił, m.in. w takich zawodach jak ślusarz w fabryce, uliczny mówca czy fotograf. Wtedy też zaczął stawiać pierwsze kroki jako dziennikarz, i to właśnie otworzyło mu drogę do sławy. Aleksander Głowacki zadebiutował w 1872 roku w czasopiśmie „Opiekun Domowy” artykułem społecznym Nasze grzechy oraz felietonami Listy ze starego obozu, które po raz pierwszy autor podpisał pseudonimem Bolesław Prus. W tym samym roku w czasopiśmie „Niwa” ukazał się jego tekst popularno-naukowy O elektryczności. Bolesław Prus współpracował także z satyrycznymi pismami „Mucha” i „Kolce”, dla których tworzył prześmiewcze szkice społeczne i humoreski. Wszystkie teksty zamieszczane w wymienionych czasopismach autor podpisywał nazwiskiem Prus. Robił to ze względu na rozrywkowy charakter artykułów. Pisarz związany był też z „Kurierem Warszawskim”, czyli gazetą zamieszczającą m.in. Kartki z podróży, czy Kronikę tygodniową. Wydawanie artykułów przyniosło artyście największą popularność. W swoich tekstach przedstawiał sprawy społeczne, moralne i polityczne. Kariera w czasopismach, traktowana przez pisarza początkowo drugorzędnie, przyniosła mu znaczne dochody i zapewniła czasowo stabilizację finansową. Coraz bardziej rozwijała się też jego działalność beletrystyczna, mimo tego nie porzucił dziennikarstwa. W latach 1879-1885, gdy wkroczył w okres twórczości nowelistycznej, związał się z „Tygodnikiem Ilustrowanym”, natomiast w roku 1887 z „Kurierem Codziennym”. Niestety sielanka nie trwała długo, ponieważ w 1883 r. prowadzone przez Prusa czasopismo „Nowiny” upadło, wówczas autor poświęcił się przede wszystkim pracy nad powieściami. Nawiązał także stałą współpracę z wydawanym w Petersburgu polskim tygodnikiem „Kraj”, dla którego pisał Korespondencję z Warszawy. Dzięki znajomości ze Stanisławem Witkiewiczem (wówczas współredaktor czasopisma „Wędrowiec”) opublikował kilka opowiadań i nowel oraz powieść, w której odnaleźć można wpływy naturalizmu. Bolesław Prus 14 stycznia 1875 roku ożenił się z Oktawią Trembińską (daleką kuzynką ze strony matki). Małżeństwo przeżyło ze sobą 37 lat. Oktawia opiekowała się mężem do jego śmierci. Para nie doczekała się swojego potomstwa, jednak mieli przybranego syna Emila, który w wieku 18 lat popełnił samobójstwo z powodu nieszczęśliwej miłości. Przypuszcza się, że Aleksander Głowacki z romansu z Aliną Sacewiczową spłodził syna Jana Sacewicza. Aleksander Głowacki zmarł w wieku 64 lat na atak serca. Jego pogrzeb odbył się 22 maja 1912 roku na cmentarzu powązkowskim. Ciekawostki - Aleksander Głowacki pod wpływem swojego brata w wieku 16 lat przerwał naukę w gimnazjum i wziął udział w powstaniu styczniowym. 1 września został ranny podczas potyczki we wsi Białka i dostał się do rosyjskiej niewoli. Dzięki wstawiennictwu ciotki i ze względu na młody wiek, tuż po wyjściu ze szpitala pozwolono mu wrócić do Lublina i zamieszkać z rodziną. W styczniu 1864 roku aresztowano go za udział w powstaniu. Od stycznia do kwietnia przebywał w więzieniu na Zamku Lubelskim oraz w budynku koszar. - Aleksander Głowacki przybrał nazwisko Prus, ponieważ taki był jego herb. Obecnie nie pamiętamy już herbów. Świadczyły one o przynależności do danej klasy społecznej. Posługiwanie się pseudonimem literackim było swego rodzaju zabiegiem kreowania wizerunku. - Ulubionym miejscem wypoczynku Prusa był Nałęczów, odwiedzał go przez 28 lat. Obecnie w tej miejscowości znajduje się Muzeum Bolesława Prusa. - Jego wizerunek został przedstawiony na polskiej monecie o nominale 10 zł, wybijanej w latach 1975-1978 oraz 1981-1984. W 2012 r. Narodowy Bank Polski wydał monety kolekcjonerskie upamiętniające Bolesława Prusa: złotą o nominale 200 złotych oraz srebrną o nominale 10 złotych, a także towarzyszącą im monetę okolicznościową ze stopu nordic gold o nominale dwóch złotych. && Znaczenie chleba i jego wymiar symboliczny Marta Warzecha W moich dziecięcych wspomnieniach przesuwają się obrazy babci wypiekającej chleb. W owym czasie, w domu panowała niecodzienna atmosfera pełna napięcia, a nawet niepokoju, bo upiec chleb, to nie była prosta rzecz. „Chleba naszego powszedniego, daj nam dzisiaj”, mówimy w codziennej modlitwie. Co będzie, jeśli go kiedyś zabraknie? Chleb, jako dzieło ludzkiej pracy, ma szczególne znaczenie symboliczne, głęboko zakorzenione w kulturze słowiańskiej. Nie wszędzie jednak chleb był podstawą żywienia. Dietę ludów różnych kontynentów stanowiła fasola, kukurydza - w Ameryce, kasza jaglana - w Afryce, a na kontynencie azjatyckim - najczęściej ryż. Początkowo wypiekano placki przygotowywane bez zakwasu z różnych zbóż. Źródła wskazują, iż w XI i XII wieku placki zaczęły być wypierane przez znany nam chleb. Był on już robiony na zakwasie, z pszennej i żytniej mąki. Polski wyraz chleb wywodzi się od staronordyckiego kleifs. Pierwotna postać pieczywa prawdopodobnie była znana już w okresie neolitu. Najwcześniej rolnictwo rozwinęło się na nizinach Wschodniej i Środkowej Azji. Na tych ziemiach wysiewano ziarna dziko rosnących traw będących przodkami zbóż. Najwcześniej uprawianym zbożem była pszenica w dwóch gatunkach. Znaleziska pokazują, że we wczesnym neolicie, na kontynencie europejskim obok pszenicy uprawiano jęczmień, proso i owies, który był wtedy jeszcze tylko chwastem. Badania pokazują, że w Polsce, we wczesnym neolicie wysiewano również żyto. Oczywiście, wszystkie te zboża uprawiane są na polskich wsiach do dziś. W chatach ludu zamieszkałego w okolicy rzeki Raby, w obrębie bocheńskim, chleb wypiekano zwykle z żarnowej mąki na zakwasie. Na jeden taki bochenek potrzeba było duży garniec mąki. U bogatszych gospodarzy często na jeden wypiek składało się dwanaście bochenków. Pieczenie chleba odbywało się w następujący sposób: najpierw w dzieży robiono zaczyn z mąki, a w przypadku większego wypieku dolewano letniej wody, po czym wyrabiano całość tak długo, aż powstała gęsta masa. Im gęściejsze było ciasto, tym lepiej wypiekł się chleb. Tak wyrobione ciasto zostawiano w dzieży na noc w ciepłym miejscu, aby wyrosło. Na drugi dzień solono zaczyn, dolewano ciepłej wody oraz dosypywano kilka garści mąki. Za każdym razem, po wsypaniu kolejnej garści mąki, mieszano zaczyn. Ciasto dobrze wyrobione poznawano po tym, że odchodziło od dłoni. Potem, dzieżę przykrywano czystą ściereczką i zostawiano aż do wyrośnięcia. Dobrze wyrośnięte ciasto wykładano na niecki, formowano bochenki i znów zostawiano do wyrośnięcia. Na koniec, wkładano je na łopacie do wyczyszczonego wcześniej z popiołu, gorącego pieca. Wypiek żytniego chleba trwał dwie godziny, zaś pszenne pieczywo w piecu siedziało godzinę. Czasem do zaczynu, chłopki mieszkające w obrębie dzisiejszego powiatu bocheńskiego, dodawały ziemniaki, które przedtem cedziły przez durszlak lub przetak, a następnie zalewały wodą i mieszały z zaczynem. Nie zawsze jednak w chałupach chłopskich na stole pojawiało się pieczywo. Jeszcze w latach dwudziestych XX wieku chleb był wypiekany na wielkie święta. Jako że był on symbolem dostatku i pomyślności, chleba nie można było zmarnować albo doprowadzić do zepsucia, gdyż mogło to wywołać gniew boży. Po wypieku, przed spożyciem robiło się na nim znak krzyża. Kiedy zaś chleb upadł na podłogę, należało go podnieść i ucałować. Znaczenie chleba jest mocno zakorzenione w naszej kulturze i tradycji. Uważano go za pożywienie na pół ludzkie, a na pół boskie. Chleb symbolizuje dostatek, dobrobyt, płodność i pomyślność. Był stałym elementem obrzędów dorocznych, jak i rodzinnych oraz praktyk magicznych. Pieczenie chleba to proces zrytualizowany. Należało bardzo uważać, by chleba nie zauroczyć. Chleb bowiem pieczono raz na tydzień. Do wyrabiania ciasta służyła dzieża wykonana z dębowych desek, najlepiej z drzewa rażonego piorunem, z którym wiązało się wiele wierzeń. Używano ją podczas obrzędu oczepin, czyli przejścia pani młodej od wianka do czepca. Sadzano wówczas młodą na dzieży, która symbolizowała płodność kobiety i dobrobyt. Chleb stanowił integralną część obrzędów dorocznych. Towarzyszył podczas przygotowań do świąt Bożego Narodzenia. Mówiono, że łamanie się opłatkiem w Wigilię jest zmodyfikowanym zwyczajem dzielenia się pieczywem obrzędowym. Opłatkiem karmiono również zwierzęta domowe. Na Boże Narodzenie pieczono szczodroki, czyli małe chlebki o różnych kształtach. Takie chlebki gospodyni dawała kolędnikom odwiedzającym dom po kolędzie. Szczodroki, jak i kolędowanie były zaklinaniem urodzaju. Nowe latka natomiast, gospodynie piekły na Nowy Rok i obdarowywały nimi chodzących po domach szczodroczaży. Miały one kształty zwierząt. Nowym latkom przypisywano życiodajną moc, a także uważano je za atrybuty chroniące przed chorobami i nieszczęściami. W pierwszy dzień wiosny, dla chłopów było to 25. marca, Zwiastowanie Najświętszej Maryi panny, w cyklu agrarnym Matki Boskiej Roztwornej, wierzono, że Matka Boska otwiera ziemię po to, aby zaczęła rodzić. W tym czasie wypiekano bocianie łapy oraz miniatury narzędzi rolniczych, jak sierp, kosa, brony, pług. Na Wielkanoc, w Wielką Sobotę, z żytniej mąki wypiekano tak zwaną paskę, zaś w Wielką Niedzielę dzielono się nią. W Wielki Czwartek, przez chłopów uznawany jako dzień zmarłych, pieczono małe chlebki, które rozdawano dziadom w zamian za modlitwę za zmarłych. Chleb spełniał istotną rolę podczas pierwszej orki, zasiewu, pierwszego wypasu bydła i żniw. Chleb odgrywał główną rolę podczas obrzędów rodzinnych. Po urodzeniu się dziecka, matka chrzestna dawała mu kukiełkę, by nigdy nie zaznało głodu. W niektórych regionach Polski, matka, powiwszy swoje maleństwo, aby złe oczy mu nie zaszkodziły, wtykała za pas cząstkę chleba, który miał chronić przed ewentualnymi czarami. Podczas wesela ważną rolę spełniał korowaj, a w południowej Polsce kołacz. Korowaj pieczony był z razowej mąki. Wypieczony mógł być tylko raz, toteż musiał się udać. W trakcie pieczenia żaden mężczyzna nie mógł wejść do izby. Pieczony był dzień przed weselem. Ozdabiano go ulepionymi z ciasta różyczkami, drzewkiem szczęścia, lalkami, dodatkowo strojony był żywymi kwiatami, gałązkami jemioły, jarzębiną. Korowaj był pieczony w północno-wschodniej Polsce. Kołacz natomiast symbolizował płodność i dostatek. Na koniec wesela dzielono go pomiędzy gości. Pieczywo było integralnym elementem również podczas pogrzebu. Stanowiło pokarm dla duszy zmarłego i jego przodków. Chleb strzegł przed niepożądanym nawiedzeniem dusz. Był także zapłatą w chwili przekraczania granicy przejścia na tamten świat oraz ofiarą dla przodków. W wigilię św. Andrzeja, dziewczęta wróżyły sobie przyszłość za pomocą małych bułeczek. Pieczywo miało swoje zastosowanie w magii i w lecznictwie. Chroniło w podróży oraz przed prześladowaniem złych duchów. Swój artykuł zakończę fragmentem wiersza Władysława Syrokomli pt. „O chlebie żytni!” O chlebie żytni! Okruszyno marna! Jakże twe dzieje, ciekawe dla człeka. Z twoimi losy, jak ściśle się splata, Jasny pałac i chruściana chata. && Jasne i ciemne strony „Światłoczułej” Aleksandra Bohusz 24 stycznia bieżącego roku na ekrany polskich kin wszedł nowy film rodzimej produkcji - „Światłoczuła” w reżyserii Tadeusza Śliwy. 15 stycznia miała miejsce jego premiera. Zwiastuny w Internecie były bardzo obiecujące: pisano o fabule wymykającej się schematom, niebanalnym romansie i świetnej muzyce. Jedna z osób uczestniczących w pokazie przedpremierowym wyznała nawet, że film poruszył ją do tego stopnia, że po zakończeniu projekcji przez kilkanaście minut nie była w stanie wstać z fotela. We mnie jednak „Światłoczuła” wywołała mieszane uczucia. Główną bohaterką filmu jest, grana przez Matyldę Giegżno, Agata - niewidoma prowadząca zajęcia w ośrodku wychowawczym dla chłopców. W wolnym czasie nurkuje na bezdechu. Sprawia wrażenie szczęśliwej i spełnionej, chociaż w miarę rozwoju akcji, obserwując m.in. jej relacje z rodzicami, przekonujemy się, że wcale tak nie jest. Robert (w tej roli Ignacy Liss) to obiecujący fotograf, na pozór niemający problemów i kompleksów, faktycznie ciągle przeżywający rodzinną tragedię z przeszłości. Poznają się z Agatą podczas sesji zdjęciowej. On zwraca uwagę na jej ciekawą urodę, ale nie orientuje się, że dziewczyna nie widzi i proponuje jej kolejne zdjęcia. Tak zaczyna się ich znajomość. Z czasem przerodzi się ona w głębokie uczucie, które przejdzie wiele trudnych prób. Główny wątek filmu, jak podkreślają twórcy, jest rzeczywiście w pewnym sensie nietypowy, bo liczba związków między kobietami z dysfunkcją wzroku i widzącymi mężczyznami jest ciągle niewielka. Poza tym, czy ośrodek dla trudnej młodzieży zdecydowałby się zatrudnić niewidzącą terapeutkę? Albo ilu niewidomych nurkuje? Osobiście znam jednego. I to jest zaleta filmu - że pokazuje kobietę z dysfunkcją wzroku, która może wykonywać zawód i mieć takie pasje, jak widzący. Ponadto, główna bohaterka jest całkowitym zaprzeczeniem stereotypowej, biernej osoby z niepełnosprawnością. Potrafi zawalczyć o swoje i bronić swoich praw. To ona w relacji z Robertem jest „liderką” i pomaga się otworzyć mężczyźnie, który, w obliczu jej niewidzenia, wydaje się zupełnie zagubiony i bardzo onieśmielony. Gdyby jednak bohaterka ta istniała naprawdę i była moją znajomą, chyba bym jej nie polubiła. Odniosłam wrażenie, że jest mocno przewrażliwiona na swoim punkcie i strasznie szybko i z byle powodu się fochuje. Kiedy tylko Robert zadaje trudne pytania dotyczące jej dysfunkcji, których ona sobie nie życzy, natychmiast się obraża i zostawia go oszołomionego i nierozumiejącego o co chodzi. „Światłoczuła” pokazuje też smutną prawdę o nietolerancji społeczeństwa i kompletnym niezrozumieniu, że osoba pełnosprawna może się związać z niepełnosprawną. Znajomi Roberta prezentują wobec Agaty postawy litości albo jawnej wrogości, a jego siostra, kiedy przywozi on ukochaną do domu rodzinnego, pyta, czy jest normalny. Z drugiej strony, w niektórych scenach stereotypem pachnie na kilometr. Zirytowały mnie zwłaszcza dwa, na które od lat mam szczególną „alergię”: Agata, już na początku znajomości, pyta Roberta, czy może dotknąć jego twarzy. Wiem, że to świetnie pasuje do romantycznego filmu, bo jest idealnym pretekstem do wprowadzenia zbliżenia między dwojgiem ludzi, ale u osób niemających do czynienia z niewidomymi, budzi mylne przekonania. Kilkakrotnie doświadczyłam sytuacji, że nowo poznany człowiek pytał mnie wprost, czy chcę dotknąć jego twarzy. Pokazywanie takich historii w filmach sprawia, że nigdy nie wyjdziemy z labiryntu stereotypów. Podobnie ma się rzecz z kolorami: Agata opowiada Robertowi starą jak świat bajeczkę o tym, że rozpoznaje kolor dotykanego przedmiotu na podstawie jego temperatury. Ten temat zawsze podnosi mi ciśnienie. Czytałam kiedyś w jakimś poważnym opracowaniu tyflologicznym, że owszem, są osoby posiadające tę umiejętność, ale statystycznie jedna na kilkaset tysięcy. A tu znowu wpuszcza się społeczeństwo w maliny i pokazuje, że niewidomi mogą robić coś, czego tak naprawdę nie mogą. Prezentowanie takich stereotypów dziwi i bulwersuje. Niewątpliwą zaletą produkcji jest zaangażowanie do udziału w niej, choć nie w głównej roli, osób z dysfunkcją wzroku. W filmie wystąpili uczniowie z Lasek (jako drużyna goalballa) oraz Maja Sobiech, która wypadła świetnie w roli Basi, szkolnej koleżanki Agaty. Jak dla mnie (chociaż to pewnie kwestia nadwrażliwości) w filmie jest zdecydowanie za dużo wulgaryzmów. Rozumiem, że „rzucają mięsem” chłopaki z ośrodka wychowawczego, ale nie stronią od tego także inni bohaterowie, szczególnie Agata. Może to celowy zabieg mający pokazać, że niewidomy też człowiek i klnie jak większość?... I wreszcie muzyka autorstwa Kaśki Sochackiej, Korteza i Olka Świerkota, nad którą było tyle zachwytów w Internecie. Mnie zmęczyła po pięciu minutach, a na dodatek momentami musiałam podgłaśniać audiodeskrypcję do oporu, bo natarczywe dźwięki perkusji skutecznie ją zagłuszały. Były za to bardzo przydatne jako hałaśliwe tło do scen erotycznych… W filmie, oprócz odtwórców głównych ról, występują m.in. Bartłomiej Deklewa i Aleksandra Pisula. Autorami scenariusza są Tomasz Klimala i Hanna Węsierska. „Światłoczuła” jest opatrzona bardzo dobrą audiodeskrypcją, która działała bez zarzutu przy użyciu aplikacji Kino dostępne (należy pamiętać o jej zainstalowaniu przed wybraniem się na film i zabraniu ze sobą słuchawek). Jedynym mankamentem był fakt, że uruchomiła się dopiero po ok. dziesięciu minutach, ale to pewnie dlatego, że na sali było kilkadziesiąt osób niewidomych i pojawiły się problemy z synchronizacją wszystkich telefonów z aplikacją w tym samym czasie. „Światłoczuła” to nie do końca mój film, ale też nie kompletna chała. Polecam obejrzenie go, choćby w ramach relaksu i dla wyrobienia sobie własnego zdania. && Warto posłuchać Izabela Szcześniak Akcja książki Casey Watson pt. "Kochaj mnie, mamo" toczy się współcześnie. Autorka powieści wraz z mężem podejmują się opieki tymczasowej nad dziećmi, które przez opiekę społeczną zostały odebrane rodzicom. Kasey wychowała swoje własne potomstwo. Watsonowie zdecydowali się na adopcję 12-letniego Taylera. Po trudnym okresie dzieciństwa w rodzinnym domu chłopiec szybko przywiązuje się do przybranych rodziców. Niecały rok później Kasey zgadza się na przyjęcie na pewien czas 8-letniej dziewczynki. Z powodu alkoholizmu matki, Filipa urodziła się z alkoholowym zespołem płodowym (FAS). Dziewczynka często chodziła głodna, ale dokarmiała ją sąsiadka - pani Harding. Filipa rzadko uczęszczała na lekcje w szkole. Brak miłości ze strony mamy oraz wyśmiewanie jej przez dzieci z sąsiedztwa spowodowały, że Filipa wpadła w kompleksy. Po pożarze rodzinnego domu, Filipa trafia do tymczasowych opiekunów. Jedyną przyjaciółką dziecka jest podarowana przez panią Harding różowa lalka Barbie. Wiedząc, jak trudnym dzieckiem jest Filipa, Whatsonowie od początku starają się sprostać nowemu wyzwaniu. Casey spokojnie i z cierpliwością zaczyna pracować nad wychowaniem dziewczynki. Filipa nie umie korzystać z toalety. U dziewczynki zdiagnozowano ADHD i musi zażywać lek uspokajający, a w nocy męczą ją koszmary, podczas których Casey wstaje do niej i uspokaja. Z czasem dziewczynka robi postępy, a nawet zaczyna uczęszczać na lekcje w szkole w klasie wyrównawczej. Jednak po dwóch miesiącach rada pedagogiczna podejmuje decyzję o jej wydaleniu. Casey ma wykształcenie pedagogiczne, więc uczy dziecko indywidualnie w domu. Rodzinę Whatsonów czekają nowe wyzwania. Matka biologiczna stara się o widzenia z córeczką. Spotkania Filipy z nią przyczyniają się do powstania nowych problemów emocjonalnych dziewczynki. Ale czy Whatsonowie sobie z nimi poradzą? Czy Filipa wróci do matki? A może trafi do nowych rodziców zastępczych na stałe? Przeczytajcie sami! Casey Whatson „Kochaj mnie, mamo” Czyta Bożena Furczyk. Książka dostępna w plikach czytak i daisy. && Galeria literacka z Homerem w tle Dom jest moją radością E. S. (fragment książki pt. „Ciemność przezwyciężona” pod red. Józefa Szczurka) Po utracie wzroku leżałam przez kilka miesięcy w szpitalu bardzo chora. Tam łudziłam się, że odzyskam wzrok. Po powrocie do domu, nie odzyskawszy wzroku, byłam bardzo bliska załamania psychicznego. Zamęczał mnie strach przed przyszłością. Stawiałam sobie nieraz pytanie, jak będę żyć? W domu nie widziałam dla siebie żadnej przyszłości. Mieszkaliśmy na wsi, siedmioro rodzeństwa i matka wdowa. Rodzina traktowała mnie jak poprzednio, lecz otoczenie okropnie. Stale słyszałam: „biedna niewidoma” albo „ślepa”. To było straszne, nienawidziłam tych ludzi i ich współczucia. Uciekałam z domu, gdy odwiedzali nas jacyś goście. Czasem tylko ktoś wobec mnie, niewidomej, zachowywał się normalnie. Wówczas zostawałam w domu, a potem już czekałam na takie odwiedziny. Często zalewałam się rzewnymi łzami, szukając w myśli jakiejkolwiek nadziei. Odwiedziłam wielu znanych okulistów, którzy zgodnie orzekli, że nie odzyskam wzroku. Myślałam, że odbiorę sobie życie, gdyż bez zajęcia nie widziałam miejsca dla siebie w domu. Kompleksy narastały. Miałam piętnaście lat. Ubrania musiałam nosić po siostrach, gdyż im zdrowym były konieczne nowe rzeczy, a ja i tak siedziałam w domu. Było zresztą tyle innych wydatków. Stale byłam blada, prawie bez uśmiechu. Ogarniała mnie rozpacz. Jak światło zielone przyszedł z inspektoratu adres szkoły dla niewidomych we Wrocławiu. Zabłysła nadzieja i równocześnie zaczęły się trudności. Mama nie chciała mnie tam oddać, nie wiedząc, co to jest. Sąsiedzi odradzali: - To dom starców, nie oddawaj dziecka. Ktoś ze znajomych dał adres dobrego okulisty. Pojechałam ze starszą siostrą. Lekarz tylko potwierdził znane mi orzeczenia, że na razie nie ma ratunku. Płaczem zmusiłam siostrę, by pojechała do szkoły dla niewidomych. Stało się. Bez przerwy w kancelarii płakałam, gdyż do domu nie chciałam wrócić, a jednocześnie było mi żal rozstawać się z rodzeństwem. Przekraczając próg szkoły dla niewidomych, przekroczyłam próg okrutnej beznadziejności. Szkoła specjalna otworzyła mi drzwi do innego świata. Możność kształcenia się, zdobycia zawodu to była już rzeczywistość. Zabrałam się do nauki z całą siłą i wiarą, że ona ułatwi mi w przyszłości start życiowy. Kompleksy zaczęły ustępować. Pilnie słuchałam rad i poleceń opiekunów. Chciałam poznać wszystko, co było możliwe. Zdrowie nie pozwalało mi na kontynuowanie nauki. Wyjechałam do sanatorium. Tam wśród widzących uczyłam się, mając zagipsowane ręce. Odczułam życzliwość towarzyszy. Cenili mnie za pogodę ducha, za silną wolę i ogromną chęć działania. Występowałam w zespole recytatorskim i chóralnym. Dawało mi to dużą satysfakcję. Mogłam czuć się jak inni młodzi stojący obok mnie. Marzyłam, aby skończyć chociaż średnią szkołę, gdyż to daje możliwość obcowania z ludźmi na jakimś poziomie intelektualnym, możność zrozumienia wielu spraw na tym świecie i ośmiela do podejmowania różnych decyzji. Krępowało mnie, że nie potrafię poprawnie mówić, i z zachwytem słuchałam, jeżeli ktoś ładnie mówił. Trudności piętrzyły się. Nie miałam własnego mieszkania, nie otrzymałam pomocy ze strony widzących, nie potrafiłam poruszać się w terenie. Bałam się w ogóle wyjść na ulicę. Szkoła nic mi w tym nie pomogła, raczej zaszkodziła. W domu chodziłam po znanych mi drogach, a w zakładzie nie wolno było samemu wyjść za furtkę. Powinno się wprowadzać ćwiczenia samodzielnego poruszania w szkołach dla niewidomych. Życie samo uczy wielu rzeczy. Przyszła odwaga, gdy zaistniała konieczność pójścia samej do pracy i do sklepu. Praca była zasadniczym czynnikiem na drodze do usamodzielnienia się. Ubiór odgrywa też wielką rolę dla niewidomego. Ludzie patrzą bacznie, jak niewidomy jest ubrany, jak w ogóle wygląda. Pytam przyjaciółek, czytam, słucham, jak ubierają się kobiety w moim wieku, jakie fasony, rodzaje i kolory odzieży są modne i staram się nabyć takie rzeczy. Zdobyłam średnie wykształcenie i pracę. Nie czułam się samotna. Rodzina pozostała nadal bardzo życzliwa. Mam grono przyjaciół widzących i niewidomych, a udział w zespołach chóralnym i recytatorskim oraz praca społeczna w spółdzielni wypełniały mi chwile wolne od pracy. Wszystko to stanowiło warunki do normalnego życia. Oszczędności przeznaczałam na pomoc mamie i rodzeństwu, co było dla mnie największą satysfakcją za wysiłek i trud włożony w pracę. Bardzo sobie cenię możność wydawania pieniędzy na wytyczony cel. Cieszę się, że mi ich starcza na zaspokojenie bieżących potrzeb. Odkładanie nie jest moim celem; parę złotych „na czarną godzinę” wystarczy. Obserwuję niewidome koleżanki i kolegów. Różne są ich drogi do osiągnięcia stabilizacji i rehabilitacji psychicznej. Zrażają się małymi nawet trudnościami, nieufność we własne siły utrudnia im życie. Trzeba umieć lub nauczyć się cieszyć drobnymi sukcesami. Cieszę się z tego, co posiadam. Cenię umiejętność czytania brajlem, co przyczynia się do mojego dobrego samopoczucia. Książki i czasopisma pomagają mi w prowadzeniu gospodarstwa i wychowaniu dzieci. Dowiaduję się, jak inni żyją. Słyszę od smutnych, załamanych niewidomych koleżanek, mających własne rodziny, że w czasopismach brajlowskich nic mądrego nie piszą, że to nic nie daje, że nie warto czytać, lecz nie zgadzam się z nimi. Nie boję się żadnej pracy i zmęczenia również. Lubię napracować się aż do granic wyczerpania i po wykonaniu zamierzonego zadania szybko wypoczywam, aby z energią przystąpić do nowych obowiązków. Ostatni urlop spędziłam szczególnie przyjemnie. Byliśmy z całą rodziną nad morzem. Często kąpaliśmy się. Chodziłam na dalekie spacery, nieraz musiałam nosić najmłodszą pociechę - trzyletnią Basię. Nosiłam ją kilometrami, ale to też przyjemność. Mąż i dzieci opisują mi szczegółowo coraz to nowe widoki. Na Westerplatte przeżywam znane z historii wydarzenia. Siadamy nad brzegiem morza. Zapadam w senne marzenie; czy to ja widzę, czy oni mi opowiadają? Ruch statków oddalających się i zbliżających do portu, marynarzy pracujących na statkach, flagi z całego świata i różnokolorową ludność widziałam dawniej. Ułatwia mi to wytworzenie pięknego, prawdziwego obrazu. Jestem szczęśliwa. To nic, że nie widzę własnymi oczyma, jestem zdolna odczuć wrażenia doznawane oczyma moich bliskich. W duchu dziękuję losowi za to, co posiadam: dobry mąż, miłe i zdrowe dzieci, wrażliwe na piękno i pragnące, abym ja również wszystko zobaczyła ich chłonnymi oczami. Uważam, że każdy nowo ociemniały czy wychodzący ze szkoły dla niewidomych powinien zobaczyć (dotknąć) miejsce swej pracy i odwiedzić rodziny niewidomych, uwierzyć, że strata wzroku to nie koniec normalnego życia. Ogromnie jest to ważne. Człowiek sam musi szukać drogi do dobrego samopoczucia, ale przy pomocy szkół, ośrodków kształcenia zawodowego, czasopism brajlowskich prędzej to osiągnie. && Nasze sprawy Epoka (nie)dostępności Radosław Nowicki Od 31 stycznia do 30 marca można oglądać wystawę „Epoka (nie)dostępności” w Muzeum Narodowym w Krakowie. Została ona przygotowana we współpracy z Fundacją Avalon. Jej celem jest zaprezentowanie ograniczeń symbolizujących brak dostępności oraz barier, z którymi na co dzień muszą mierzyć się osoby z różnymi niepełnosprawnościami. - Muzea jako instytucje dużego zaufania publicznego mają do odegrania swoją rolę w nagłaśnianiu tych kwestii społecznych, które są istotne dla dużej części społeczeństwa i które budują wspólnotę. My również poczuwamy się do tego i dlatego zdecydowaliśmy się oddać głos osobom z niepełnosprawnościami i pozwolić im opowiedzieć o barierach, z którymi muszą mierzyć się na co dzień, a które dla innych osób często bywają trudne nawet do zauważenia - powiedział Tomasz Ostrowski, zastępca dyrektora do spraw strategii i komunikacji Muzeum Narodowego w Krakowie. Elementy wystawy nie znajdują się w oddzielnej Sali, lecz wśród innych dzieł. Jest to bardzo odważne i nowoczesne posunięcie, bowiem muzeum zdecydowało się udostępnić przestrzeń w najważniejszej galerii sztuki nowoczesnej w Polsce. - Codziennie jesteśmy bombardowani treściami w internecie i w mediach społecznościowych, a galeria jest takim miejscem, do którego idziemy pokontemplować. Uznaliśmy, że tam zwiedzający będzie miał czas, żeby to wszystko przetrawić. Jesteśmy bardzo wdzięczni Muzeum Narodowemu w Krakowie, że zgodziło się nas do siebie wpuścić - stwierdziła kierowniczka działu komunikacji i promocji w Fundacji Avalon, Helena Szczuka-Kalensky. Wystawa składa się z 11 obiektów przedstawiających bariery dostępnościowe, między innymi w architekturze, komunikacji, designie, systemie wsparcia i życiu zawodowym. Każdy z nich dotyczy historii osoby z niepełnosprawnością i konkretnego problemu związanego z brakiem dostępności. W eksponatach jest wiele symboliki oraz metafory, a opowieści są bardzo namacalne, konkretne i na wskroś prawdziwe. Kiedy człowiek sam opowiada o swoich doświadczeniach i emocjach, to jest w stanie dotrzeć bardziej do innych niż wtedy, kiedy mówi o czymś czysto informacyjnie czy teoretycznie. Wystawa ma więc za zadanie nie tylko poruszyć serca widzów, ale też otworzyć ich oczy na sprawy związane z dostępnością. - Działamy świadomie, kierunkowo i konsekwentnie. Mamy nadzieję, że ta wystawa skłoni widzów do refleksji na temat wykluczenia i barier, z którymi mierzą się osoby z niepełnosprawnościami. Chcemy bowiem nie tylko otwierać szeroko drzwi dla wszystkich gości, ale też ich oczy na sprawy, które są ważne społecznie. Muzeum Narodowe w Krakowie jest bardzo otwarte na inicjatywy społeczne dotyczące dostępności. Chcemy uczestniczyć w przełamywaniu stereotypów i barier, które są z tym związane - zaznaczył Ostrowski. Wśród eksponatów są: a) Bariera informacyjno-komunikacyjna (bez komentarza) - historia niesłyszącego Filipa, który zmaga się z trudnościami w codziennej komunikacji w banku, sklepie, urzędzie czy na poczcie, a także nie może zrozumieć wielu treści prezentowanych w Internecie oraz w mediach. b) Pozbawienie prawa do niezależności (znikam z własnego życia) - historia Agnieszki, która domaga się systemowych zmian zgodnie z dewizą, że najważniejszy powinien być człowiek, a nie instytucje. Czeka również na asystencję osobistą, aby samodzielnie mogła dokonywać wyborów we własnym życiu. c) Bariera w projektowaniu dostępnej przestrzeni (umywamy ręce) - historia niskorosłej Katarzyny, która ma problemy z dostępem, na przykład do wysoko zamocowanych umywalek, chce zmieniać podejście ogółu społecznego do projektowania tak, aby przestrzeń była dostępna dla wszystkich. d) Przeszkoda w realizacji podstawowych potrzeb (wykluczenie) - historia poruszającej się na wózku Bogumiły, która zwraca uwagę na problem związany z dostępem do toalet. Wszak to nie przywilej, a podstawowa potrzeba fizjologiczna. e) Bariera w życiu zawodowym (kubek tymczasowej pracowniczki) - historia poruszającej się na wózku Anety, która zwraca uwagę na problem ze znalezieniem pracy wśród osób z niepełnosprawnościami, a także na lekceważący stosunek szefostwa i innych pracowników do takich osób. f) Bariera informacyjno-komunikacyjna (przystanek chaos 03) - historia Szymona z zespołem Downa, który ma problem z komunikacją, np. na dworcach, oraz z odczytywaniem informacji napisanych zbyt małymi literami. g) Brak dostępności w kulturze (repertuar barier) - historia poruszającej się na wózku Renaty, która na pierwszy plan wysuwa brak dostępności do miejsc kultury oraz zamykanie się jej na osoby z niepełnosprawnościami, chociażby w szkołach aktorskich. Twierdzi, że pełnosprawny mainstream lansuje się na historiach osób z niepełnosprawnościami. h) Niedostępna moda (moda nie do pary) - historia Moniki, która korzysta z butów ortopedycznych. Zwraca ona uwagę, że przepaść dzieli takie obuwie z powszechnie używanym. Według niej kluczem jest edukacja obecnych studentów, aby w przyszłości projektowali bardziej uniwersalnie. i) Bariera architektoniczna (ciągle schody) - historia Michała, który przeszedł udar krwotoczny. Schody według niego są metaforą bezradności, bo nigdy nie wiadomo, kiedy one się pojawią w życiu każdego człowieka. j) Bariera w przestrzeni publicznej (upadła hulajnoga) - historia niewidomego Adriana, który pod lupę bierze niewłaściwie zaparkowane hulajnogi. Stanowią one zagrożenie i są przeszkodą w poruszaniu się dla osób z dysfunkcją narządu wzroku. k) Bariera finansowa (paragon grozy) - historia Anety, która skarży się na rosnące koszty życia, brak stabilizacji finansowej, oraz na pułapkę rentową, przez którą ciągle jest kontrolowana przez instytucje państwowe i nie ma swobody zarobkowania. „Epoka (nie)dostępności” ma również pokazać ludziom, że niepełnosprawność nie jest wyrokiem. Wszak z nią można żyć, spełniać się zawodowo, prywatnie i być szczęśliwym człowiekiem. - Często ludziom wydaje się, że utrata wzroku czy wypadek, który prowadzi do tego, że człowiek musi usiąść i poruszać się na wózku, jest końcem świata, a na tej wystawie opowiadamy, że wcale tak nie jest. Oczywiście, niepełnosprawność bywa ograniczeniem i stawia wyzwania, ale największym ograniczeniem jest niedostępny świat i nieprzychylni ludzie, którzy go tworzą - przyznała Szczuka-Kalensky. W Polsce żyje ponad 5 milionów ludzi z niepełnosprawnością, którzy na co dzień muszą zmagać się z barierami informacyjnymi, komunikacyjnymi, architektonicznymi, technologicznymi, finansowymi, edukacyjnymi, a także tymi występującymi w życiu zawodowym i społecznym. Nie oznacza to jednak, że brak dostępności nie dotyczy pozostałej części społeczeństwa. Wystarczy bowiem złamać nogę i chodzić o kulach, przechodzić rehabilitację po przebytym wypadku czy nawet wyjść na spacer z dziecięcym wózkiem lub w przypadku starszych osób - z wózkiem na zakupy, aby na własnej skórze przekonać się, ile barier jest wokół nas. - Coraz więcej mówi się o dostępności i coraz więcej robi się w tym obszarze, ale daleko nam jeszcze do świata, który jest wolny od barier. W Muzeum Narodowym w Krakowie wszystkie nowe inwestycje są już standardowo wyposażone w udogodnienia dla osób ze specjalnymi potrzebami. Wprawdzie ograniczają nas środki, bo to nie są tanie sprawy, ale jest to obecnie jeden z kluczowych filarów działalności naszego Muzeum - zakończył Ostrowski. Wystawa „Epoka (nie)dostępności” jest częścią wyjątkowej kampanii w skali całego kraju. Ukazuje bowiem nie tylko bariery, z jakimi na co dzień borykają się osoby z niepełnosprawnościami, ale też inspiruje osoby pełnosprawne do refleksji na temat szeroko rozumianej dostępności. Jeśli chociaż część z nich po obejrzeniu wystawy zrozumie nasze bolączki i będzie działało bardziej inkluzywnie, to będzie to można uznać za duży sukces. Wszak największe bariery tkwią w naszych głowach. && Podróże w podróży O. Bernard (Łukasz Sawicki) Trudno dzisiaj wyobrazić sobie życie bez podróżowania. To wynik nie tylko łatwości przemieszczania się, ale i zmian politycznych - przynajmniej w Europie. Zaczynamy uważać, że to normalny element życia. I do tego stopnia, że zaczyna być głupio nie podróżować. A czym zapełniamy konta w mediach społecznościowych, jeśli nie spektakularnymi relacjami z podróży? Podróże świadczą coraz bardziej o statusie społecznym. Co tu dużo mówić, to wykładnik zamożności - jak posiadanie domów, działek, samochodów, zegarków, markowej odzieży itd. Kryterium jest okazanie się lepszym niż inni - zwłaszcza obserwujący nas w Internecie. Jasne, że rzeczy mają służyć ludziom. Ale czy podróż to rzecz, a nie coś więcej? Historia i tradycja tyle mają na ten temat do powiedzenia! Podróżowanie to doświadczenie egzystencjalne, ale i duchowe. I nie chodzi tu tylko o pielgrzymki. To zawsze szansa rozwoju i wzrostu, nawet za cenę wysiłku. Bo czy wysiłek nie wskazuje, że coś ma wartość? Trzeba więc podróżować, by być sobą. Jak to ujął jeden z filozofów: człowiek jest zawsze w drodze, jest nieustannym podróżnikiem (homo viator). Trzeba zatem podróżować, ale jak? Wspomnieliśmy, że podróżowanie to trud. Jednak dzisiaj chcemy być coraz wygodniejsi. Stąd staramy się ten trud podróży zniwelować. I słusznie. Czy da się go wykluczyć do końca? Czy jeśli pozbawimy podróż wysiłku, zmęczenia, ryzyka nie przestanie być podróżą? Może właśnie w tym tkwi jej pozytywna moc? Jest szansą wyzwolenia nas z lenistwa i gnuśności. Dlatego jednym z trudów podróży musi być zadbanie o jej godziwe warunki. Tym bardziej jeśli podróżujemy z kimś. A przecież nic nie zbliża tak, jak wspólne podróżowanie. Nic tak nie weryfikuje relacji, jak udanie się razem w drogę. To nieustanne ćwiczenie dla wrażliwości i wyobraźni: jak mu / jej się będzie podobało, jak się poczuje? A przecież może się wydarzyć coś niespodziewanego. Jak zareaguje? Trzeba myśleć nie tylko o sobie, ale też o towarzyszu / towarzyszce podróży! Świetne ćwiczenie na wyzbycie się egoizmu. Dobrze wiedzą o tym ci, którzy podróżują z osobami na wózkach czy z jakąś niepełnosprawnością. O iluż rzeczach trzeba pomyśleć zawczasu! Ile spraw i sprzętów przygotować! Czyni się to jednak z zaangażowaniem, kreatywnością, miłością. Bo nikt nie powie, że niepełnosprawny czy chory nie ma prawa do podróżowania. Wręcz przeciwnie. Może ma do tego prawo szczególne! Dobrze więc, że możliwości takich skomplikowanych podróży stają się coraz większe. W ten sposób wzrasta też wrażliwość społeczeństwa na obecność i potrzeby niepełnosprawnych. Paradoksalnie to też ważny element pozytywnego aspektu podróżowania: spotykanie nowych, nieznanych, całkowicie innych ludzi. Niezastąpione ćwiczenie uważności, wyobraźni czy inteligencji. Nabierają wtedy nowego, głębszego znaczenia rozmaite szczegóły: dokładność informacji, czystość i adekwatność miejsca, także zwykła kultura. Podróżując z kimś, pomagając mu podróżować, przeżywamy naszą podróż podwójnie. Doświadczamy tych samych miejsc i momentów za nas samych i za kogoś, komu pomagamy. Wtedy podróż nie staje się tematem naszego przechwalania się w sieci, ale doświadczeniem nowym, niepowtarzalnym i... nieprzekazywalnym: jak wspólne podziwianie tych samych gwiazd z innego jednak zakątka ziemi, jak wspólnie wypijana lampka wina na tle zupełnie innych dźwięków zwiedzanego miasta niż te, które znamy ze swojego miasta, jak wspólne zmaganie się z może zaskakującą lokalną kuchnią. A potem pozostają wspomnienia, niezrozumiałe dla innych, ale cementujące więź, jak np. wspólne odcyfrowywanie oznaczeń w toalecie, zaskoczenie jej dostępnością i czystością albo konieczność gwałtownego szukania pomysłowych rozwiązań w chwili, gdy coś nie funkcjonuje. To jeszcze inny edukacyjny wymiar podróży. Umieć zadbać o siebie nawzajem w najbardziej nawet niesprzyjających warunkach. Ktoś powie: do pewnych granic! Ale może właśnie wtedy jest szansa uświadomienia innym, miejscowym na przykład, że coś nie jest jeszcze w porządku, że istnieją bariery do zniwelowania. W ten sposób nasza podróż może stać się początkiem jakiejś podróży dla nich. Źródło: www.niepelnosprawni.pl && Spełniłem swoje marzenie Krystian Cholewa W październiku ubiegłego roku, już poza sezonem, wybrałem się na tygodniowy urlop do Hiszpanii w okolice Lloret de Mar. Przed wylotem do Katalonii zamówiłem sobie asystę na lotnisku we Wrocławiu, która bardzo mi pomogła w bezpiecznym i sprawnym dostaniu się na pokład samolotu czarterowego, ponieważ jako osoba z niepełnosprawnością mam trudności w utrzymaniu się w pozycji stojącej, gdy muszę oczekiwać w kolejce przez dłuższy czas. Podróż statkiem powietrznym przebiegła bez żadnych zakłóceń w zaledwie dwie godziny i piętnaście minut. Po wylądowaniu samolotu w Gironie zostałem bardzo sprawnie obsłużony przez tamtejszy port lotniczy, a następnie pojechałem autobusem do hotelu. Po krótkim odpoczynku udałem się na plażę miejską w miejscowości Lloret de Mar. Znajdowała się ona 0,5 km drogi od naszego tymczasowego miejsca zamieszkania. Podziwiałem przepiękną, długą, piaszczystą plażę, a co wieczór przychodziłem oglądać zachód słońca. Droga prowadząca na plażę była dosyć stroma, jednak przy pomocy moich dwóch kijków nordic walking i wsparciu opiekuna pokonałem wszystkie trudności. Spacerując po deptaku, zwiedzając okolice, spotkałem bardzo dużo osób niepełnosprawnych, poruszających się przede wszystkim na wózkach elektrycznych, ale też osoby z dysfunkcją wzroku lub zespołem Downa. Kolejnego dnia, w niedzielę z samego rana poszedłem do kościoła na Mszę świętą, która była sprawowana w języku hiszpańskim. Przepiękna świątynia pod wezwaniem świętej Romy wybudowana została w zupełnie innym stylu niż kościoły w naszym kraju. Następnie, po skończonej Eucharystii zwiedzałem dalszą część tego urokliwego miasteczka, jakim było Lloret de Mar i korzystałem z uroków przepięknej pogody, jak na końcówkę października; temperatura wynosiła 28 st. C. W trzecim dniu pobytu w Katalonii wybrałem się na krótką wycieczkę autobusem komunikacji miejskiej do następnej miejscowości Blanes, która była oddalona o zaledwie 12 km. Podróżowanie komunikacją zbiorową jest bardzo tanie, a drugim argumentem przemawiającym za tym jest większa swoboda, ponieważ nie trzeba dostosowywać tempa do reszty grupy, jak ma to miejsce w przypadku wycieczek grupowych. W Blanes zwiedziłem przepiękną przystań jachtową i targ, który znajdował się nad samą plażą, a po kilku godzinach wróciłem autobusem do hotelu. Po drodze mijałem teatr i kasyno. Tak mnie zainspirowało zwiedzanie atrakcji turystycznych w Hiszpanii, że następnego dnia, we wtorek pojechałem autobusem do innej miejscowości, Tossa de Mar. Z okien autobusu obserwowałem przepiękne widoki gór i morza. To coś nie do opisania! Po dotarciu do tej miejscowości udałem się do miejskiej informacji turystycznej, aby dowiedzieć się, co mogę zwiedzić w Tossa de Mar. Po otrzymaniu mapy zacząłem moją wędrówkę, udałem się wprost do zamku, jednak po drodze nie obyło się bez pomyłek, ale na szczęście dotarłem do celu, gdzie podziwiałem przepiękny zamek, który znajdował się na wzgórzu miasta. Małymi krokami, dzięki pomocy mojej siostry i kijków nordic walking oraz poręczy udało mi się wejść na górę, gdzie zachwycałem się przepiękną panoramą miasta. Tak mnie urzekło to miasto, jego starówka, plaża i zabytki, że postanowiłem kolejnego dnia odwiedzić Tossa de Mar jeszcze raz, ale teraz zwiedzałem całkiem inną część miasta, przede wszystkim kościół, który posiada aż osiem ołtarzy bocznych i może pomieścić wszystkich mieszkańców nadmorskiego miasteczka. W ostatnim dniu zwiedziłem muzeum marynarskie, gdzie mogłem przyjrzeć się, jak dawniej wyglądało życie ludzi morza na statku, którzy spędzali tam całe miesiące i lata. W ciągu tych ostatnich siedmiu dni zrobiłem przeszło 70 km pieszo, średnio po dziesięć kilometrów dziennie. Dzisiaj odczuwam skutki intensywnego chodzenia po hiszpańskich miasteczkach, jednak tyle pięknych zabytków było w okolicy, że żal było ich nie odwiedzić. Myślę, że z czasem przejdzie mi ból i wrócę do codziennych treningów nordic walking. Przed podróżą do Hiszpanii odczuwałem duży strach, jak sobie poradzę? Jednak to, co zobaczyłem w Katalonii, na długo pozostanie w mojej pamięci. Jak mawiają moi bliscy: „Co jest wartościowe, to zawsze jest trudne i wymaga poświęceń”. Takim właśnie wyzwaniem jest podróżowanie osób niepełnosprawnych, gdzie prócz środków finansowych trzeba zwracać uwagę na zdrowie, gdyż sam przelot i zmiana klimatu są bardzo dokuczliwe dla organizmu. Hotel, w którym mieszkałem przez tydzień, posiadał trzy gwiazdki, dla mnie to w zupełności wystarczyło, był on bowiem dostosowany do osób niepełnosprawnych, jedzenie było przepyszne, a ja głównie nastawiłem się na zwiedzanie Katalonii. Moja hiszpańska wycieczka przypadła na drugą połowę października, dlatego nie mogłem sobie popływać w morzu i w basenie, ze względu na już zimną wodę. Moje mięśnie były cały czas napięte, jednak nie można mieć wszystkiego. && Refleksje po przeczytaniu tekstu „Cudze chwalimy” Agata Sierota Początkowo miałam podzielić się refleksjami osobiście z autorką tekstu „Cudze chwalimy” - Teresą Dederko, ale pomyślałam: czemu nie na łamach miesięcznika? W kontakcie z panią Teresą zawsze uderza mnie jej aktywność i otwartość na nowe doświadczenia i ten tekst także to potwierdza. Opisywana przez autorkę city break, poświęcona zwiedzaniu jednego miasta, w tym przypadku - Brukseli, to przyznam pomysł, który być może zmieni moje negatywne nastawienie do wycieczek. Nawet w czasach, gdy mój wzrok był lepszy, nigdy nie rozumiałam idei pośpiesznego przemieszczania się po wielu miejscach, by tylko poznać jak najwięcej. Dla mnie efektem takiego tempa zawsze było zmęczenie, ból głowy i mało wrażeń w pamięci. Gdy wzrok mój już znacznie się pogorszył, miałam nieszczęście wyjechać do Włoch ze znajomą, której ambicją było „odhaczenie” jak największej liczby punktów na mapie. Jechałyśmy jej samochodem, ona załatwiła noclegi i ustaliła plan wycieczki, trochę nie wypadało więc narzekać. Dziś, prawie nic z tej wyprawy nie pamiętam, oprócz tego, że znajoma przebiegała przez sale muzeów, a ja próbowałam nie stracić jej z oczu, podchodząc blisko do przynajmniej niektórych eksponatów. Chciałam zobaczyć ich szczegóły, a nie tylko rozmazane plamy. Dlaczego znajomej o tym nie powiedziałam? Wtedy jeszcze nie umiałam być asertywna i mówić, gdy coś mi nie pasuje. Trochę też wstydziłam się, że tak kiepsko widzę. Chciałabym kiedyś wrócić do tego pięknego kraju, nie do tych wszystkich, ale tylko kilku miejsc i na spokojnie poczuć atmosferę włoskich wąskich uliczek i małych zewnętrznych kawiarenek, gdzie podczas wycieczki w pośpiechu wypijałyśmy kawę, by pędzić dalej i dalej. Mam wrażenie, że widziałam tylko jakieś migawki tego, co zwiedzałyśmy. Przypomniało mi się, że przed jedną z zamkowych budowli, które pośpiesznie zwiedzałyśmy, znajdowała się wielka makieta, którą każdy mógł dotykać. Wzmianka o makietach w tekście „Cudze chwalimy” uzmysłowiła mi, jak bardzo są one przydatne, gdy traci się wzrok. Wtedy widziałam jeszcze dużo lepiej… Mało miejsc zwiedzałam poza Polską, oprócz Włoch - Chorwację i Hiszpanię. Wspomnienie Chorwacji, zwiedzanej zresztą z tą samą znajomą, to schody, schody, schody do hotelu, na plażę, do centrum i kamieniste plaże oraz wylane małe betonowe wysepki dla turystów, by mogli niby wygodniej się opalać. Końcówki schodów nie były wyraźne, więc każdego dnia towarzyszył mi stres przy ich pokonywaniu. Hiszpania natomiast zrobiła na mnie zupełnie inne wrażenie. Jest ona wymieniana w czołówce krajów dbających o potrzeby osób niepełnosprawnych i sama tego doświadczyłam. Miałam to szczęście, że pracując ponad 20 lat temu w Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie w Łęcznej, wzięłam udział w dwutygodniowym projekcie właśnie w Hiszpanii. Pojechała nas duża, prawie dwudziestoosobowa grupa: pracownicy PCPR i osoby z niepełnosprawnościami, tak jak ja. Naszym celem było poznanie specyfiki funkcjonujących tam ośrodków pomocy społecznej. Przyznam, że oprócz rzeczywiście wielu udogodnień dla osób z różnymi rodzajami niepełnosprawności, zachwyciła mnie tam panująca atmosfera. W różnych instytucjach, sklepach, na ulicach nie wyczuwałam obecnego w Polsce pośpiechu i napięcia. Symptomem tego była chociażby dwugodzinna sjesta w ciągu dnia, gdy zamykano większość instytucji. W sklepach, tramwajach, na ulicach, nieznajomi ludzie uśmiechali się do nas i zagadywali, próbując się z nami, z różnym skutkiem, dogadać. Mieliśmy przed wyjazdem ekspresowy kurs języka angielskiego i hiszpańskiego, ale czego można nauczyć się przez tydzień, po siedmiu godzinach pracy? Jeśli chodzi o Polskę, to pomoc dla osób niepełnosprawnych w postaci wprowadzenia siedmiogodzinnego dnia pracy zamiast ośmiu godzin jest naprawdę bardzo dużym udogodnieniem. Gdy jeszcze pracowałam stacjonarnie, a nie - jak obecnie - zdalnie w wydawnictwach, było to dla mnie dużą ulgą. W Polsce faktycznie w ostatnim czasie wprowadzono wiele ułatwień dla osób niepełnosprawnych i zauważam, że na moim osiedlu często kilka osób porusza się bez większych problemów na wózkach. Spotykam też znajomą, niewidomą od urodzenia, która tak energicznie samodzielnie porusza się po chodnikach, że patrząc na nią resztkami wzroku w moim widzącym oku, mam wrażenie, że ona czuje się tu bezpiecznie. Jeśli chodzi o udogodnienia, to dziś skorzystałam ze specjalnej linii telefonicznej - informacji PKP dla osób niepełnosprawnych. Potrzebowałam potwierdzić przyjazd pociągu, którym mają być przesłane, aż ze Szczecina, zamówione dla nas ryby. Jak wspominałam we wcześniejszych tekstach, jesteśmy z moim partnerem pasjonatami akwarystyki i rzadko, ale zdarza się nam zamawiać okazy z odległych miejsc Polski. Próbowałam znaleźć i dodzwonić się pod jakiś numer telefonu informacji PKP, ale tam witały mnie automatycznie odpowiadające boty, do których nie mam cierpliwości, bo, wg mnie, nie spełniają one swoich funkcji i mało są pomocne. Wreszcie, cudem udało mi się znaleźć komunikat: „Jeśli jesteś osobą niepełnosprawną, wciśnij 8. Ufff, wreszcie żywa osoba, która potwierdziła jutrzejszy przyjazd pociągu. Będąc po lekturze tekstu pani Teresy, wyruszyłam wieczorem z moim partnerem na dworzec PKP z nastawieniem na ocenę jego przydatności dla osób niepełnosprawnych. Była to moja pierwsza wizyta na lubelskim dworcu po jego remoncie i unowocześnieniu. Wchodziliśmy przez główne wejście, gdzie trzeba było pokonać schody. Poręcz była wygodna, a początek i koniec schodów oznaczono jaskrawą żółtą taśmą. Zastanawiałam się, którędy mogłaby dostać się na dworzec osoba na wózku, ale mój partner stwierdził, że chyba z drugiej strony jest bezpośredni wjazd na perony, a z peronu pierwszego prosta droga do kasy i informacji. Perony i tory były dobrze oznakowane, ale wielkim minusem były słabe i niewyraźne komunikaty z głośnika. Czekaliśmy na informację, w którym wagonie są przesyłki konduktorskie. Denerwowałam się, że tego nie usłyszymy i będziemy biegać od wagonu do wagonu. Gdy ruszały lub nadjeżdżały pociągi, komunikaty były prawie niezrozumiałe. Mieliśmy jednak szczęście, bo zapowiedź oczekiwanego pociągu była dość wyraźna. Pozostało więc tylko odszukać podany w informacji wagon 12. Nie obyło się oczywiście bez pytań do przechodzących pracowników kolei, którzy byli bardzo uprzejmi i wyrozumiali. W efekcie, szczęśliwi wracaliśmy z naszą paczką z rybami, oceniając dostępność lubelskiego dworca PKP jako dobrą. Po oceniającym odwiedzane w Brukseli miejsca tekście pani Teresy, przyszło mi do głowy, że warto, opowiadając o ciekawych miejscach w Polsce, zawsze wspominać o ich dostępności dla nas: osób niewidomych i niedowidzących. Często właśnie te utrudnienia powstrzymują nas od poznawania nowych miejsc, co mogłoby dawać nam przecież wiele ciekawych, przyjemnych wrażeń. Sama nawet chętnie poznałabym opinie innych o dostosowaniu do potrzeb osób niepełnosprawnych kawiarni czy restauracji, które często omijam ze względu np. na niemożliwe do odczytania menu czy toalety, do których trzeba schodzić krętymi schodami, o czym wspominałam w którymś z wcześniejszych tekstów. Nie zniechęcajmy się jednak utrudnieniami i, jak pani Teresa, zwiedzajmy własne, upragnione miejsca. Może to będzie Italia, może Londyn, a może - mimo utrudnień - Bruksela. && Dręczące pytania Tomasz Matczak Na życie bez wzroku można, nomen omen, patrzeć z wielu perspektyw. W pragmatycznej zwraca się uwagę na blaski i cienie codzienności, czyli tak zwaną szeroko rozumianą dostępność otaczającego świata, w filozoficznej zaś kładzie nacisk na fundamentalne pytania o byt jako taki, a na płaszczyźnie duchowej, efemerycznej, może nawet mistycznej, też da się coś powiedzieć na ten temat. Codziennie mierzymy się ze zwykłymi czynnościami, jak zakupy, gotowanie obiadu, sprzątanie czy poranna toaleta. W zasadzie tylko widzący, a przynajmniej tak mi się wydaje, że tylko oni, podkreślają nie tyle inność wykonywania przez nas tych rzeczy, co trudności z tym związane. My sami, też przynajmniej tak mi się wydaje, nie podchodzimy aż tak radykalnie do tematu codzienności. Owszem, czasem i ja, gdy wychodzę na zewnątrz, a laska trafia na puszystą kołdrę śniegu, wzdycham ciężko, bo wiem, że będzie gorzej niż zwykle w drodze na przystanek. Ostatecznie docieram tam, gdzie chciałem, więc cel zostaje osiągnięty, a i satysfakcja większa, bo człowiek nie zrejterował, lecz podjął wyzwanie. Dla widzącego to może też wyzwanie, ale wymagające zdecydowanie mniej zachodu. Tylko czy warto i czy należy robić takie porównania? Jeśli chcemy przez to lekko połaskotać własne ego, mam tu na myśli tak zwane pozytywne wsparcie samego siebie, to czemu nie? Przecież widzący też cieszą się, gdy osiągną jakiś cel, który wymagał od nich pewnego rodzaju wysiłku. Jeśli natomiast porównanie ma nas zdołować, bo jesteśmy tak beznadziejni, że nawet śnieg stanowi trudność, to nie ma sensu się katować. Do powyższych rozmyślań skłonił mnie post, który przeczytałem na facebookowej grupie dla osób niewidomych i niedowidzących. Post oraz nasze, czytaj: osób z dysfunkcją wzroku, komentarze. Jakaś nieznana mi kobieta, mama niewidomego trzylatka, dosyć rozpaczliwie i nie bez wielkich obaw prosiła o wskazówki, wsparcie i wszystko, co tylko mogłoby jej pomóc w zmaganiu się z sytuacją. Członkowie grupy odpowiadali chętnie, dzielili się własnymi doświadczeniami, podsyłali namiary na różne organizacje i wspierali werbalnie. Mnie szczególnie utkwił w pamięci jeden tekst owej mamy. Napisała ona, że boli ją, bo jej syn nigdy nie będzie wiedział, jak wyglądają jego rodzice. Zatrzymałem się nad tym zdaniem, bo wydało mi się ono frapujące. Wszak niewidomi tak naprawdę nie wiedzą, jak wygląda wiele rzeczy. Od zwykłego jabłka, które można zmieścić w dłoniach i dokładnie podotykać, po wawelski zespół architektoniczny, który można poznać wyłącznie dzięki makiecie. Makieta jednak to nie rzeczywistość, a jedynie jej odwzorowanie. Nawet wspomniane jabłko z pewnością wygląda inaczej niż niewidomy je sobie wyobraża. Nie jest to żadna dyskryminacja czy próba poniżania kogokolwiek. To po prostu fakt. Pamiętam z czasów, gdy jeszcze widziałem, jakie było moje zdziwienie, gdy w telewizji zobaczyłem prezentera listy przebojów „Trójki”! Dotychczas znałem wyłącznie jego głos i jakoś go sobie wyobrażałem, ale zupełnie inaczej niż okazał się wyglądać w rzeczywistości. Cóż, świat jest tak skonstruowany, przynajmniej ten obecny, czterowymiarowy, że do dokładnej percepcji potrzebne są wszystkie zmysły. Dopiero wówczas, gdy mamy do dyspozycji cały ich zestaw, rzeczywistość jawi się najbardziej dokładnie. Piszę „najbardziej”, a nie „w pełni”, bo jest jeszcze cała ponadzmysłowa sfera. Mam tu na myśli świat niematerialny, acz niedostępny zmysłom. Nie taki, którego nie widać, lecz można go zmierzyć lub zobaczyć w powiększeniu. Istnieją przecież fale radiowe, niewidzialne, a zmierzalne i doświadczalne zmysłami, istnieją bakterie, które można dostrzec dopiero pod specjalnymi urządzeniami i wiele innych takich rzeczy. Jest jednak jeszcze coś. Jest miłość, przyjaźń, piękno, dobro i choć tego wszystkiego także można doświadczyć, to jednak wymykają się one ludzkim zmysłom. Ktoś powie, że przecież jest zmysłowa miłość, ale to tylko ładniejsza, bardziej poetycka nazwa cielesnej przyjemności. Od razu zaznaczę, że nie czepiam się rozkoszy, aby nie zostać podejrzanym o pruderyjność. To część ludzkiego życia i moim zdaniem równie piękna, jak miłość sama w sobie, ta duchowa, wewnętrzna, niecielesna. Nie wiem, jak to jest nie widzieć swojej mamy. Przestałem widzieć dobrze w wieku trzydziestu lat, więc mamę widziałem i pamiętam. Myślę jednak, że mieć świadomość jej wyglądu, nie znajduję innego, lepszego sformułowania, aby podkreślić, że chodzi mi wyłącznie o pewnego rodzaju techniczny aspekt, nie jest potrzebna do szczęścia. Przynajmniej z mojego, nomen omen, punktu widzenia. Czy niewidome od urodzenia dzieci zastanawiają się, jak wyglądają ich rodzice? Nie wiem. Trzeba byłoby zapytać ich samych. Może się zastanawiają, a może nie, bo czy dla niewidomego ważne jest to, jak co wygląda? Dziś, gdy nie widzę, nie przywiązuję zbytnio wagi do koloru czy kroju butów. Przymierzam, są wygodne, dobrze leżą, więc kupuję. Rzecz jasna konsultuję to z widzącym, bo po co mi buty w kolorze zjadliwego różu? Tyle że może jakaś niewidoma osoba takich właśnie szuka, bo akurat ma odpowiednią do nich odzież albo lubi być ekstrawagancka? Nie zastanawiam się także, czy napotkany człowiek to wysoki, wysportowany szatyn czy niska, okrągła blondynka. Relacje można nawiązać z każdym, przyjaźnić można się z każdym i porozmawiać można z każdym. Czy to znaczy, że obawy mamy niewidomego trzylatka są bez sensu? Ależ nie! Chodzi tylko o to, aby je skierować na odpowiednie tory. Nie przeceniać, nie zamartwiać się, nie zaprzątać nimi głowy, nie katować się. Czym innym jest wspominane na początku łaskotanie własnego ego z powodu podjęcia wyzwania i małego zwycięstwa, a czym innym deprecjonowanie siebie samego z powodu tego, że wzdycham, bo spadł śnieg. Zawsze lepiej jest myśleć, że szklanka jest w połowie pełna niż w połowie pusta, prawda? Czy to jest ucieczka od problemów? Nie, to jest, moim zdaniem, radzenie sobie z nimi. Są rzeczy na tym świecie, na które nie mamy wpływu. Należy do nich opad śniegu, a także ślepota najbliższych. Nie, absolutnie nie chcę powiedzieć, że to ta sama ranga! Byłbym co najmniej głupcem, gdybym tak twierdził. Niewątpliwie jednak ani na jedno, ani na drugie wpływu nie mamy, więc musimy się z nimi zmierzyć. Jak to zrobimy, to znaczy, jak do nich podejdziemy, to już wyłącznie nasza sprawa. Można całe życie siedzieć w domu, gdy spadnie śnieg i być zupełnie nieświadomym, że da się po nim chodzić. Można całe życie czymś się zamartwiać, czymś, na co nie ma się wpływu i jakoś przeżyć to życie. Można także nauczyć się z tym żyć, a jednocześnie dostrzegać wiele innych rzeczy, a przez to uciec od zgorzknienia, niechęci, apatii i zniechęcenia. Czy to ważne, jakie oczy lub włosy ma mama? Przecież tuli, kołysze, przecież jest mi z nią dobrze, przecież czuję drżenie serca, gdy słyszę jej głos. Piękno mamy jest niedostrzegalne, bo tkwi nie w kolorze oczu czy włosów, ale w tym, że mama po prostu jest. Oczywiście, pytania o jej wygląd będą powracać. Dlaczego miałyby odejść raz na zawsze? Nie ma takiej wajchy w głowie, którą można przestawić, aby wszystko było idealne. Sęk w tym, jak do tych pytań podejdziemy. Może wystarczy zapytać? Zaspokoimy swoją ciekawość, gdy dowiemy się, że mama ma ciemne włosy, a jej oczy są piwne. I co z tego? Poza wiedzą, nic. Mogą pojawić się następne pytania: a co to znaczy, że włosy są ciemne? Cóż, pewnych rzeczy niewidomemu nie da się zobrazować. Można się starać je opisać, skojarzyć, ale nie zobrazować, bo obraz to coś, do czego nie ma on dostępu. I co z tego? No właśnie, to kluczowe pytanie! Tak naprawdę chodzi o to, aby dobrze przeżyć to życie. Co to znaczy dobrze? Tego nie wiem. Nie zamierzam nikogo przekonywać do swoich racji, nie chcę nikogo nawracać i nie uzurpuję sobie praw do bycia wyrocznią. Piszę po to, aby zadać pytania, a odpowiedzi? Odpowiedzi tkwią w nas. && Listy od Czytelników Dzień dobry! Jestem osobą ociemniałą, ze sprzężoną niepełnosprawnością, dlatego nie jestem w stanie czynnie uczestniczyć w życiu naszego okręgu. Dobrze, że choć w jednym z projektów mogę uczestniczyć zdalnie, tj. uczyć się języka niemieckiego. O tym i nie tylko o tym czasopiśmie, jak również o wielu ciekawych inicjatywach dowiedziałam się dzięki mojej koleżance Ani z Poznania. Zanim poznałam „Sześciopunkt”, prenumerowałam już dwa inne czasopisma dla niewidomych, więc troszkę czasu upłynęło zanim wspomnianej już koleżance Ani udało się namówić mnie na lekturę kolejnego czasopisma. A wydarzyło się to w lipcu ubiegłego roku, gdy ukazał się setny numer „Sześciopunktu”. Wtedy na próbę przysłała mi właśnie ten jubileuszowy numer, który czekał raptem tydzień na zainteresowanie z mojej strony. A gdy już zaznajomiłam się z artykułami w nim zamieszczonymi, postanowiłam przeczytać wszystkie wcześniejsze numery. Koleżanka śmiała się ze mnie, że zajmie mi to wiele lat, zanim będę na bieżąco. Ale omijając tematy, które już są nieaktualne albo niekoniecznie mnie interesują, na dzień dzisiejszy, gdy piszę ten list, kończę czytać sierpniowy numer z 2018 r. Jestem zafascynowana „Sześciopunktem”, bo znalazłam w nim, i nadal znajduję, wiele ciekawych i przydatnych tekstów. Ogromnie żałuję, że wcześniej nie dałam się namówić, bo ominęło mnie wiele ciekawych rzeczy, jak np. płyty z nagranymi odgłosami ptaków. Cieszę się, że na stronie Fundacji można przeczytać poprzednie numery. Wprawdzie wiele tekstów jest już nieaktualnych, ale przecież wiele jest takich, które, moim zdaniem, nigdy nie stracą na aktualności, do których chętnie wracam. Już dawno zamierzałam do Państwa napisać, a zmotywował mnie (choć jak widać, nieskutecznie) tekst pani Teresy Dederko pt. „Lubię rozmawiać przez telefon” z czerwca 2017. Ja też bardzo lubię rozmawiać przez telefon, i też mam jeszcze telefon stacjonarny, ale jeszcze bardziej lubię spotykać się z ulubionymi osobami „na żywo”. Pozdrawiam serdecznie całą Redakcję, Czytelników, a w szczególności moją koleżankę Anię z Poznania Karolina z Poznania && Ogłoszenie Drodzy Przyjaciele miesięcznika „Sześciopunkt”! W marcu kończy się rok rozliczeniowy finansowania wydawania czasopisma „Sześciopunkt”. Bez wsparcia naszych przyjaciół trudno byłoby Fundacji zebrać środki na niezbędny wkład własny. Wszystkim Darczyńcom składamy gorące podziękowania, bez Państwa hojności wydawanie „Sześciopunktu” mogło być zagrożone. Bardzo liczymy na to, że i w najbliższej przyszłości nasze czasopismo będzie cieszyło się Państwa uznaniem oraz wsparciem finansowym. Zespół redakcyjny