Sześciopunkt
Magazyn Polskich Niewidomych i Słabowidzących
ISSN 2449–6154
Nr 4/109/2025
Kwiecień
Wydawca: Fundacja „Świat według Ludwika Braille’a”
Adres:
ul. Anny Walentynowicz 9/121
20–328 Lublin
Tel.: 697–121–728
Strona internetowa:
http://swiatbrajla.org.pl
Adres e‑mail:
biuro@swiatbrajla.org.pl
Redaktor naczelny:
Teresa Dederko
Tel.: 608–096–099
Adres e‑mail:
redakcja@swiatbrajla.org.pl
oraz Kolegium Redakcyjne
Na łamach „Sześciopunktu” są publikowane teksty różnych autorów. Prezentowane w nich opinie i poglądy nie zawsze są tożsame ze stanowiskiem Redakcji i Wydawcy.
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam, ogłoszeń, informacji oraz materiałów sponsorowanych.
Redakcja zastrzega sobie prawo do skracania, zmian stylistycznych oraz opatrywania nowymi tytułami materiałów nadesłanych do publikacji.
Materiałów niezamówionych nie zwracamy.
Publikacja dofinansowana ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.

&&
Nowinki tyfloinformatyczne i nie tylko
Umarł Braille - niech żyje brajl O używaniu brajla na ekranie iPhone'a - Wojciech Maj
Zakochani w słodyczach - Agata Sierota (w konsultacji z dietetykiem klinicznym Kamilą Pietrzelą)
Dziś na wesoło - Tomasz Matczak
Polska prezydencja w Radzie Unii Europejskiej - Radosław Nowicki
100 lat na fali - Paweł Wrzesień
Zobaczyć Człowieka - Aleksandra Ochmańska
Przypadek? - Ireneusz Kaczmarczyk
Regionalna Wielkanoc - Krystian Cholewa
Bocian przynosi dzieci!? - Marta Warzecha
Galeria literacka z Homerem w tle
O koronie Gór Świętokrzyskich - Marcin Gil
Hulajnogi wracają jak bumerang - Tomasz Matczak
Emerytura pod palmami - Teresa Dederko
Niewidomi ze złożoną niepełnosprawnością - Stanisław Kotowski
&&
Z okazji Świąt Zmartwychwstania Pańskiego życzymy odradzającej się nadziei, radości, wewnętrznego pokoju i niech w sercach rozkwita wiosna dająca nowe siły do pokonywania wszystkich życiowych trudności.
Alleluja!
Zespół redakcyjny
&&
Drodzy Czytelnicy!
Cieszymy się, że poszerza się grono prenumeratorów miesięcznika „Sześciopunkt”, a do zespołu redakcyjnego dołączają nowi autorzy.
Z przyjemnością polecamy wszystkim znającym brajla i korzystającym z nowoczesnych technologii artykuł autorstwa Wojciecha Maja, zamieszczony w dziale „Nowinki tyfloinformatyczne i nie tylko”. Tekst przedstawia możliwości i korzyści płynące z umiejętności pisania brajlem na IPhonie.
W dziale „Rehabilitacja kulturalnie” polecamy artykuł o historii radia, o polskiej prezydencji w Unii Europejskiej, a także obszerną recenzję książki „Schodów się nie Pali”.
Zapraszamy do „Galerii Literackiej”, w której tym razem publikujemy z humorem napisany reportaż o zdobywaniu korony Gór Świętokrzyskich.
W rubryce „Nasze sprawy” wraca ciągle aktualny temat hulajnóg elektrycznych.
Zachęcamy do korzystania z naszych poradników, w których autorzy omawiają proponowane przez Czytelników zagadnienia. Zaprzestajemy natomiast publikowania przepisów kulinarnych w rubryce „Kuchnia po naszemu”, ponieważ otrzymali Państwo poradnik kulinarny autorstwa Eweliny Orzechowskiej, wydany przez naszą Fundację.
Zapraszamy do kontaktu z redakcją i biurem Fundacji „Świat według Ludwika Braille'a”.
Zespół redakcyjny
&&
Jak ty, należę do tego świata
Kwitnącej nieprawości - i tulipanów
Muzyki Bacha
- i wrzasku pseudo-bojowników
Dłoni otwartej dla przyjaciół
- I wrogo milczącego serca…
Jak ty, co dzień dotykam go zachwytem
- I nieczułością
Brakiem odwagi - pychą czterech ścian
Za tarczą cudzej modlitwy schowana
- Wierzę i nie wierzę
I patrzę, jak rozpędzony w biegu
Na chwilę przystaje
By w noc Zmartwychwstania
Nabrać oddechu nadziei…
Własną bezdusznością umęczony świat
- Twój i mój, niedopatrzony obowiązek miłości
&&
Ludwik Braille sam zapewne nie zdawał sobie sprawy z tego, jak genialnym był człowiekiem! Jego nadzwyczajny w swej prostocie i elastyczności alfabet ma już blisko 200 lat i zwycięsko wyszedł z wielu opresji. Nieraz słyszeliśmy, że brajl umarł, że jest passé, a tymczasem - choć jego twórca Ludwik Braille umarł już tak dawno, brajl, jego dzieło, ma się wcale dobrze, a nawet - powiedziałbym - coraz lepiej.
Brajl oferuje obecnie wiele ciekawych zastosowań. Chciałbym dzisiaj pokrótce przedstawić jedno z nich, mianowicie, interesującą i mocno niedocenianą możliwość pisania brajlem na ekranie iPhone'a z pomocą systemowej aplikacji „Pismo Braille'a”.
Wspomniana aplikacja stanowi składnik systemu operacyjnego iOS, jest zatem dostępna w każdym Współczesnym iPhonie. Innymi słowy, każdy brajlista posiadający iPhone'a ma możliwość korzystania z wprowadzania informacji brajlem na ekranie swojego smartfonu, bez konieczności doinstalowania jakiegokolwiek dodatkowego oprogramowania, co najwyżej może skonfigurować aplet „Pismo Braille'a” do swoich potrzeb i upodobań.
IPhone oferuje kilka metod wprowadzania tekstu, wśród których pisanie brajlem na ekranie jest jedną z wygodniejszych i pewniejszych, oczywiście, dla osób posługujących się brajlem. Szybciej możemy wprowadzać tekst, dyktując, jednak większość niewidomych użytkowników w ogóle nie stosuje wówczas interpunkcji, co - po pierwsze - sprawia, że ich wiadomości są trudne do zrozumienia, a niekiedy nawet kompletnie niezrozumiałe, po wtóre zaś - tak napisana wiadomość zdradza osobę niedouczoną, niepotrafiącą poprawnie pisać w języku polskim i nawet, jeśli to nie jest prawda, obraz takiego nadawcy w oczach odbiorcy jest jednoznaczny.
Z kolei pisanie tekstu na wirtualnej klawiaturze ekranowej obarczone jest trudnością, jaką stanowi docieranie po niewidomemu do właściwych znaków. Można, znalazłszy dowolną literę, przewijać zawartość klawiatury poziomymi muśnięciami, jednak dotarcie do szukanego znaku może wówczas zabierać bardzo dużo czasu, zatem, technika ta jest nieefektywna. Lepiej mają się osoby dobrze znające klawiaturę i w zasadzie trafiające we właściwe znaki. Ta technika jest szybsza, a jeszcze szybciej tekst wprowadzają ci, którzy korzystają z tzw. bezwzrokowego wprowadzania tekstu, tj. wpisywania znalezionej litery przez oderwanie palca od ekranu. Technice tej jednakże zwykle towarzyszy więcej błędów i konieczność częstszego usuwania ostatniego znaku, bowiem zdarza się, że już po znalezieniu żądanej litery, zanim oderwiemy palec od ekranu, przesunie się nam on minimalnie i w rezultacie wprowadzona zostanie litera obok, nie zaś ta, którą wprowadzić zamierzaliśmy. Ponadto, wprowadzanie polskich znaków diakrytycznych związane jest z przytrzymaniem wskazanego znaku podstawowego palcem przez parę sekund, zanim możliwe staje się wybranie właściwego znaku akcentowanego, zatem wpisywanie polskich akcentów znacząco spowalnia pisanie i wiele osób rezygnuje z polskich znaków w swoich wiadomościach, tym bardziej, że wielu niewidomych w ogóle nie umie wprowadzać polskich znaków podczas korzystania z tzw. Trybu standardowego. Dodatkowo, pisanie bez polskich znaków ma długą i silnie ugruntowaną tradycję, zakorzenioną jeszcze w czasach, gdy pisanie polskich znaków było właściwie niemożliwe i prawem kaduka jest dziś kontynuowane. Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że osoby korzystające z mowy syntetycznej mają spory kłopot z odczytywaniem tak sporządzonych wiadomości, które bywają trudno zrozumiałe, niekiedy bardzo zabawne, a czasami wręcz mylące. Jeśli dodatkowo weźmiemy pod uwagę fakt, że mamy tu do czynienia z klawiaturą wirtualną, której rozkład niekiedy wygląda odmiennie od rozkładu typowego (na przykład w polach przeznaczonych do wprowadzania adresów mailowych klawiatura ma inny układ), będziemy mieli pełny obraz niedogodności wprowadzania tekstu na klawiaturze wirtualnej. Pisanie na klawiaturach zewnętrznych - czy to na klawiaturze typu Apple Magic Keyboard, czy na klawiaturze zewnętrznego urządzenia brajlowskiego - wymaga użycia dodatkowego urządzenia i z tego powodu jest bardziej uciążliwe, a w każdym razie - zdecydowanie mniej wygodne.
Wszystkie te niedogodności omija pisanie brajlem na ekranie iPhone'a. Nie potrzebujemy kosztownego urządzenia brajlowskiego, nie mamy żadnych trudności we wprowadzaniu polskich znaków diakrytycznych czy znaków interpunkcyjnych, nie szukamy żmudnie żądanego znaku na zawierającej kilkadziesiąt znaków klawiaturze wirtualnej itd. Oczywiście, musimy dobrze poznać różnice między tabliczkowym brajlem, a brajlem używanym na smartfonie, jednak różnice te są naprawdę nieliczne i wiążą się głównie z obsługą wprowadzanego tekstu, np. możliwością przejścia do nowego wiersza, usunięcia błędnie wprowadzonego znaku czy wyrazu, czy wreszcie - zatwierdzenia tekstu wprowadzonego celem uruchomienia wybranej aplikacji.
Ach, bo - oczywiście - pisanie brajlem na ekranie iPhone'a nie ogranicza się bynajmniej do wprowadzania tekstu w polach edycyjnych wiadomości tekstowej SMS, maila, notatki czy Facebookowego postu - z pomocą brajla można wygodnie uruchamiać aplikacje na iPhonie bez potrzeby wyszukiwania ich na różnych ekranach. Wystarczy uruchomić „Pismo Braille'a” i zacząć wpisywać pierwsze litery nazwy szukanej aplikacji, a iPhone nam ją podpowie. Wykonujemy następnie brajlowski gest oznaczający przycisk Enter (Return) (przesunięcie dwoma palcami w prawo), a aplet „Pismo Braille'a” zostanie zamknięty, zaś żądana aplikacja zostanie uruchomiona. Warto podkreślić, że aby w ten sposób uruchamiać aplikacje na iPhonie, nie trzeba nawet być bardzo sprawnym brajlistą, bowiem wprowadzenie kilku liter w brajlu nie wymaga wielkiej wprawy, a jedynie znajomości poszczególnych znaków brajlowskich. Dlatego zachęcam do korzystania z brajla na ekranie iPhone'a wszystkich, którzy choć trochę znają ten alfabet, zwłaszcza w celu sprawnego uruchamiania aplikacji.
Korzystanie z brajla na ekranie iPhone'a możemy uruchamiać za pomocą gestu Pokrętła po uprzednim
zaznaczeniu „Pisma Braille'a” na liście Czynności Pokrętła. Możliwość dodania tej czynności znajdziemy, wchodząc do Ustawień, dalej do Dostępności, VoiceOver i wreszcie Pokrętła. Czynności na Pokrętle stanowią pierwszą pozycję w tym miejscu. Istnieje jednak inny sposób uruchamiania „Pisma Braille'a”, który wydaje się szybszy i wygodniejszy, a dodatkowo nie musimy wówczas mieć uruchamiania brajla na Pokrętle, dzięki czemu możemy zmniejszyć objętość tego i tak obszernego Menu Kontekstowego, optymalizując nieco korzystanie z niego. Zamiast zatem dodawać czynność uruchamiania „Pisma Braille'a” do listy czynności Pokrętła, wchodzimy do Ustawień, do Dostępności, dalej do VoiceOver, do „Pisma Braille'a” i tu do „Wej. Ekr. Braille'a”, gdzie zaznaczamy opcję „Używaj gestów aktywacji”. Od tej pory możemy szybko, w dowolnym momencie, uruchamiać aplet „Pismo Braille'a” dwukrotnym dotknięciem ekranu dwoma palcami - jednym w pobliżu górnej, drugim w pobliżu dolnej krawędzi. Uruchomione w ten sposób pisanie brajlem możemy następnie wyłączyć, dotykając ekranu na środku dwoma palcami, a następnie rozsuwając palce w przeciwnych kierunkach lub gestem potarcia dwoma palcami, przypominającym napisanie na ekranie wielkiej litery „Z”. Funkcja „Pismo Braille'a” wyłącza się też automatycznie po wprowadzeniu Enter w sytuacji, gdy w sposób wspomniany wyżej wyszukujemy i uruchamiamy aplikacje na iPhonie.
Do dyspozycji mamy dwa tryby pisania brajlem na ekranie - 1) tryb pulpitu, zwany także trybem stołowym, przypominający do złudzenia pisanie na standardowej brajlowskiej maszynie do pisania, uruchamiamy wówczas, gdy ułożymy iPhone'a płasko na blacie stołu czy biurka oraz 2) tryb pionowy, przypominający pisanie na tzw. motylkowej maszynie do pisania brajlem, który polega na ustawieniu iPhone'a pionowo dłuższą krawędzią równolegle do podłoża z ekranem zwróconym ku przodowi. W tym drugim trybie możemy ustabilizować iPhone'a przyłożywszy go do brzucha, trzymając go oburącz od dołu małymi palcami i od góry kciukami tak, że pozostałe trzy palce każdej ręki mogą być użyte do wprowadzania znaków brajlowskich na ekranie. Szybko możemy przyzwyczaić się do jednego czy drugiego sposobu wprowadzania brajla, który wkrótce staje się dla nas najwygodniejszy.
Tryb wprowadzania brajla przełącza się automatycznie, gdy zmieniamy położenie iPhone'a, jednak jeśli już zdecydujemy się na któryś sposób, możemy go zablokować na stałe przesunięciem trzema palcami w lewo. Tym samym gestem możemy w razie potrzeby ponownie odblokować automatyczne przełączanie trybu pisania brajlem.
Ze względu na indywidualne różnice budowy dłoni, musimy przed rozpoczęciem pisania brajlem pokazać, w których miejscach nasze palce piszące trafiają w ekran iPhone'a. W tym celu dotykamy ekranu wszystkimi trzema palcami piszącymi prawej ręki i bezzwłocznie to samo wykonujemy ręką lewą. Poprawne wykonanie kalibracji zostanie potwierdzone komunikatem: „Położenie kropek skalibrowane”. Taką kalibrację warto co pewien czas powtarzać, na przykład, kiedy zauważymy, że wzrosła liczba błędnych interpretacji pisanych przez nas znaków brajlowskich, lub gdy sądzimy, że z powodu zmęczenia ogólnego lub zmęczenia dłoni, miejsca, w które trafiają nasze palce piszące mogły ulec przesunięciu.
Mam ogromną nadzieję, że powyższy materiał zachęci wielu niewidomych do ponownego zaprzyjaźnienia się ze swoim iPhone'em, który - być może - został zakupiony kiedyś w ramach jakiegoś dofinansowania, a teraz zalega smutno w szufladzie. A ja też zawsze chętnie Wam pomogę!
&&
Dzięki waloryzacji świadczeń wypłacanych przez ZUS, osoby niezdolne do samodzielnej egzystencji mają większe szanse na pieniądze z tytułu świadczenia uzupełniającego. Od marca zmienił się próg finansowy, do którego Zakład ustala dla nich prawo i wysokość świadczenia uzupełniającego.
- Świadczenie 500 plus Zakład Ubezpieczeń Społecznych może przyznać niesamodzielnej dorosłej osobie, która mieszka w Polsce. Musi mieć orzeczenie o niezdolności do samodzielnej egzystencji, nie posiadać prawa emerytury, renty czy innych świadczeń pieniężnych finansowanych ze środków publicznych lub suma tych świadczeń nie przekracza od 1 marca tego roku 2552,39 złotych brutto - wyjaśnia Sebastian Szczurek, regionalny rzecznik prasowy ZUS województwa opolskiego.
Kwotę 500 zł ZUS może przyznać osobie, która nie ma prawa do emerytury lub renty, innych świadczeń finansowanych ze środków publicznych lub ich suma nie przekracza od początku marca tego roku 2052,39 zł brutto. Natomiast jeśli ich łączna wysokość będzie wyższa niż 2052,39 zł brutto, ale nie przekracza 2552,39 zł brutto, to ustalając wysokość świadczenia uzupełniającego ZUS zastosuje metodę „złotówki za złotówkę”. Przykładowo jeśli suma świadczeń wynosi 2200 zł brutto, to świadczenie przyznane osobie niesamodzielnej będzie równe 352,39 zł.
- W minionym roku w województwie opolskim przyznaliśmy 631 świadczeń uzupełniających dla osób niezdolnych do samodzielnej egzystencji. Obecnie placówki ZUS-u w regionie wypłacają ten dodatek 7393 osobom - Sebastian Szczurek, rzecznik prasowy ZUS w Opolu.
Od 1 marca wzrósł próg kwoty brutto emerytury, renty i innych świadczeń pieniężnych finansowanych ze środków publicznych, który uprawnia do dodatku dla osób niesamodzielnych. Po marcowej waloryzacji ten próg wynosi 2552,39 zł brutto. Wobec dotychczas obowiązującego limitu to wzrost o dokładnie 133,06 zł (wcześniej 2419,33 zł brutto). Wyższy próg dochodowy może więc poszerzyć krąg uprawnionych do dodatku dla osób niesamodzielnych.
WAŻNE! Zmiana kwoty granicznej, na podstawie której ustalane jest prawo do 500 plus dla osób niesamodzielnych nie oznacza, że odbiorcy tego dodatku muszą składać nowy wniosek o jego wypłatę. Druk o symbolu ZUS ESUN należy złożyć w ZUS tylko wtedy, gdy upłynął okres, na który została orzeczona niezdolność do samodzielnej egzystencji, lub jeśli nowy próg dochodowy pozwala na uzyskanie świadczenia.
O świadczenie mogą ubiegać się te osoby, które potrzebują pomocy innych w codziennym funkcjonowaniu i realizowaniu podstawowych potrzeb życiowych. Prawo do świadczenia 500 plus dla osób niesamodzielnych zależy też od łącznej wysokości przysługujących świadczeń pieniężnych finansowanych ze środków publicznych. Świadczenia finansowane ze środków publicznych to między innymi emerytury, renty wypłacane przez ZUS, KRUS i inne organy rentowe. Do tej grupy zaliczają się również świadczenia z pomocy społecznej o charakterze innym niż jednorazowe, np. zasiłki stałe, dodatek mieszkaniowy.
Do dochodów nie wlicza się np. dodatku i zasiłku pielęgnacyjnego, dodatku dla sieroty zupełnej, dodatku kombatanckiego czy też ryczałtu energetycznego. Nie są też brane pod uwagę świadczenia o charakterze jednorazowym, np. zasiłki socjalne lub zasiłek pogrzebowy.
Pod uwagę nie są brane świadczenie wspierające, czyli renta rodzinna przyznana po zmarłym rodzicu osobie, która stała się całkowicie niezdolna do pracy przed ukończeniem 16. roku życia lub w czasie nauki w szkole przed ukończeniem 25. roku życia. Katalog świadczeń finansowanych ze środków publicznych mających wpływ na prawo i wysokość świadczenia uzupełniającego dostępny jest na stronie www.zus.pl oraz na sali obsługi klienta w każdej placówce ZUS.
Źródło: www.niepelnosprawni.pl
&&
(w konsultacji z dietetykiem klinicznym Kamilą Pietrzelą)
W lutym wiele osób obchodziło Dzień Zakochanych, a my wspomnijmy o innej trochę miłości wielu z nas - miłości do… słodyczy. Cukierki, ciasta, lody, czekolada - większość je lubi, bo są łatwą i pyszną przekąską, poprawiają nam nastrój, bywają nagrodą po ciężkim dniu. Wszyscy jednak wiemy, że nie są one dla nas zdrowe, zwłaszcza gdy chorujemy na cukrzycę lub mamy nadwagę.
Wielu z nas, niestety, cierpi na cukrzycę, a ogromna liczba nieprawidłowo odżywiających się osób jest nią zagrożona. Najczęściej spotykana wersja choroby (cukrzyca typu 2) jest zwykle wynikiem braku aktywności fizycznej i nieprawidłowego odżywiania, w tym - nadużywania w diecie słodyczy. Cukrzyca jest związana z zaburzeniem metabolizmu węglowodanów oraz z tzw. insulinoopornością - nieprawidłowym działaniem insuliny w wyniku otyłości. Po zjedzeniu dużej ilości słodyczy znacznie podwyższa się poziom cukru we krwi, gdyż insulina, wskutek nadmiaru tłuszczu w tkankach, nie spełnia swojej funkcji obniżania glikemii. Wiele słodkich przysmaków, oprócz ogromu białego cukru, zawiera również duże ilości tłuszczów nasyconych, których w nadmiarze nie powinniśmy spożywać. Nasycone kwasy tłuszczowe kojarzą się głównie z jedzeniem typu fast food i mięsem, ale często jest ich sporo w słodyczach. Tłuszcze znajdziemy w ciastach, ale i różnych ciasteczkach, cukierkach z czekoladą, truflach itp. Gotowe, kupowane w sklepach słodycze, mogą być także źródłem wyjątkowo niekorzystnych dla zdrowia izomerów trans, odpowiedzialnych za nadwagę i wzrost ryzyka chorób układu sercowo-naczyniowego.
We wszystkim wskazany jest umiar, w jedzeniu słodkości - także. Gdy nasza waga mieści się w granicach normy, jesteśmy dość aktywni, od czasu do czasu porcja przyjemności nie zaszkodzi, zwłaszcza przed wysiłkiem fizycznym. Trzeba być jednak zdyscyplinowanym w dążeniu do zdrowego odżywiania, gdyż jedzenie słodyczy to przyjemność, a przyjemności chcemy zwykle zwiększać. Są osoby, które po zjedzeniu małej porcji ciasta czy czekolady, nabierają ochoty na więcej i więcej… Jeśli czujesz, że nie masz silnej woli, a chcesz się zdrowo odżywiać, łatwiejsze dla ciebie może być całkowite zrezygnowanie ze słodyczy z białym cukrem. Z drugiej strony, całkowita rezygnacja ze słodkiego smaku, silne restrykcje i kategoryczne zakazy dietetyczne, to dla wielu nie jest dobry kierunek w procesie zmiany nawyków żywieniowych. Niektórzy bardzo źle znoszą takie ograniczenia i w efekcie całkowicie rezygnują, ale… z zalecanej diety. Praktyka pokazuje, że łatwiej jest pracować nad zmianą nawyków, gdy czasem możemy zjeść „coś zakazanego”, niż gdy staramy się stosować dietę idealną, która często bywa porzucana na rzecz dawnego, niekorzystnego sposobu odżywiania. Poza tym, można przygotować słodycze, które będą względnie bezpieczne, także dla diabetyka oraz wartościowe, poprzez zawartość np. błonnika czy białka. Oczywiście, świeżo rozpoznana cukrzyca początkowo będzie wymagała większych restrykcji, które, po względnym wyrównaniu poziomu cukru, będzie można nieco poluzować.
Słodkości, jak wszystko, mogą być lepsze i gorsze. Niestety, właściwie większość sprzedawanych w sklepach i marketach - to słodycze tzw. drugiej kategorii. Zdrowsze słodycze przede wszystkim muszą zawierać jak najmniej cukrów prostych, nasyconych kwasów tłuszczowych i tłuszczów trans. Dobrze, by desery zawierały błonnik, witaminy, składniki mineralne i przeciwutleniacze. Gdy w ich składzie jest także białko, spowalnia ono wchłanianie cukru. Przygotowując desery wg tradycyjnych przepisów, starajmy się w jak największym stopniu ograniczać użycie masła, oleju kokosowego, białej mąki, cukru, miodu i jadać je raczej okazjonalnie. Używajmy do wypieków mąk pełnoziarnistych, płatków zbożowych, nasion, owoców i orzechów, z tłuszczów - oleju rzepakowego, a do słodzenia - naturalnych słodzików. Należy uważać w sklepach, bo sporo produktów „sugar free" zawiera niekorzystne substancje, jak np. kwasy nasycone lub tzw. sztuczne słodziki. Zdrowsze słodycze to np. gorzka czekolada, cukierki i batoniki bez cukru oraz ciasta słodzone naturalnymi słodzikami, np. erytrytolem, ksylitolem lub stewią.
Kupując słodycze w sklepie, trzeba pamiętać o znaczeniu określeń „bez cukru" i „bez dodatku cukru". Produkty z zaznaczeniem „bez cukru” nie powinny w ogóle zawierać białego cukru, ewentualnie znikome ilości cukru naturalnego pochodzenia. Określenie „bez dodatku cukru” oznacza, że nie dodano do nich białego cukru, ale mogą zawierać nawet spore ilości cukru naturalnego, np. z owoców. Taki cukier jest zdrowszy niż dodany, ale warto go uwzględnić, licząc np. kaloryczność posiłku.
Gdy masz ochotę na coś słodkiego, najlepiej dodaj jakiś smakołyk do głównego posiłku. Gdy stosujesz pełnowartościową dietę, dostarczasz organizmowi wszystkich składników odżywczych, to znajdzie się też w niej miejsce, od czasu do czasu, na coś słodkiego. Pamiętaj jednak o umiarze i traktuj nawet zdrowe słodycze jako dodatek do diety, a nie jej podstawę. Nawet, gdy sami zrobimy możliwie najzdrowsze słodycze, także nie powinniśmy objadać się nimi bez opamiętania. Trzeba uważać na możliwe negatywne skutki nadmiaru słodzików, także naturalnych, ze strony układu pokarmowego, gdyż duża ilość zamienników cukru może powodować biegunkę lub wzdęcie. Poza tym duża ilość zjedzonego ciasta, nawet z pełnoziarnistej mąki, to nadwyżka węglowodanów, która także podwyższa, choć nie gwałtownie, poziom cukru i przysparza nam dodatkowych kalorii. Chorując na cukrzycę czy cierpiąc na nadwagę, warto jednak stopniowo odzwyczajać się i uczyć się jeść mniej słodkie niż do tej pory produkty. Pomoże to utrwalać zdrowe nawyki żywieniowe, które przecież m.in. polegają na ograniczaniu cukrów prostych.
Podstawą naszej diety powinny być pełnowartościowe, zbilansowane posiłki, a słodycze - być jadane od czasu do czasu, rzadko zwłaszcza te tradycyjne, z dodatkiem białego cukru. Takie słodycze powinny być spożywane jako dodatek do głównego posiłku, który zawiera inne produkty będące źródłem białka, tłuszczów i błonnika pokarmowego. Słodycze w cukrzycy są odradzane z różnych powodów, ale głównym jest to, że dostarczają dużo kilokalorii, a większość osób chorujących na cukrzycę ma problemy z nadwagą. Jeśli kochasz słodycze, wybieraj ich wersje jak najzdrowsze. Pamiętaj, że nawet cukrzyca to nie wyrok, ale mobilizacja do zdrowego odżywiania. Prawie takie same zalecenia, w tym - dotyczące słodyczy, obowiązują wszystkich, którzy chcą dbać o swój organizm.
&&
Do napisania tego tekstu skłoniła mnie krótka wymiana myśli ze znajomą. Ciągle w uszach brzmią mi słowa, które wypowiedziała jej córka, gdy ktoś zachwycił się ich rodzinną atmosferą: „Bo my się po prostu lubimy”. Trafiło to w punkt moich rozmyślań o więziach rodzinnych. Mam wrażenie, że choć w wielu rodzinach istnieje przywiązanie, bezwzględne dążenie z pomocą w kłopotach, to nierzadko członkowie rodziny nie darzą się właśnie taką zwykłą, ludzką sympatią, sympatią i szacunkiem. Często kontakty rodzinne wynikają bardziej z poczucia powinności, niż z chęci wspólnego przebywania. Wielu rodziców skarży się, że tyle dali dzieciom, tyle włożyli wysiłku, a one teraz niewdzięczne: nie zadzwonią, nie przyjdą…
A może to właśnie wcale nie chodzi o to, że żeby być rodzicem trzeba się poświęcać, dawać, starać, może po prostu wystarczyłoby - kochać, a to wbrew pozorom zupełnie co innego. Miłość do dzieci to owszem, wpajanie zasad, pokazywanie ich działania na własnym przykładzie, ale i dawanie wolności, swobody rozwoju, budowanie ich poczucia wartości od najmłodszych lat. Gdy rodzice pozwalają, w pewnym sensie, odejść swoim dorosłym dzieciom, wybrać własną drogę - te dzieci wcale nie chcą opuszczać najbliższych…
Wydaje się, że gdy rodzice nie chcą pogodzić się z dorastaniem swoich pociech, ciągle traktują syna czy córkę jak małą istotkę, której trzeba mówić, co ma robić, jakich wyborów dokonywać - te dzieci uciekają. Duszą się wtedy one w zbyt ścisłych więzach, które, trudno powiedzieć, są bardziej miłością czy chęcią posiadania, zarządzania. Myślę, że podświadomie wielu starszych rodziców, z lęku przed samotnością, stara się trzymać swoje dzieci blisko siebie, a efekty są odwrotne.
Rozmawiałam kiedyś z panią Sabiną, osobą po 80. roku życia, która z żalem opowiadała o swojej sąsiadce w podobnym wieku i jej dzieciach. „Zośka nigdy nie dbała o dzieci, latały gdzie chciały po szkole, czasem jej starszy syn wracał z moim Wojtkiem ze szkoły i gdy dawałam im obiad, tak „pałaszował”, że widać, że kanapek do szkoły nie dostał. Dzieci były małe, a Zośka wyjeżdżała do sanatoriów albo znajomych nad morze, a z dziećmi zostawał jej mąż. No, ale co tam chłop przy dzieciach potrafi. Ja bym sobie wszystkiego odmówiła, by Wojtek miał pod dostatkiem, co mu trzeba, a teraz doprosić się nie mogę, żeby wpadł, tak bez powodu, pogadać, wypić herbatę. Dzieci Zośki, jak nie jedno, to drugie przyjeżdżają w każdy weekend. Niech mi pani powie, jak to się dzieje, że oni ją odwiedzają, a ja ciągle siedzę sama…?”. Słuchałam pani Sabiny i czułam, że ona nie chce odpowiedzi, a tylko potwierdzenia tej niesprawiedliwości.
Kiedyś, gdy zrobiłam zakupy pani Sabinie, przyszedł akurat jej syn - Wojciech. Matka od progu powitała go wyrzutami: „Nie mogłeś zadzwonić?! To ja obcą kobietę musiałam o zakupy prosić, a ty nawet nie wiesz, że ja jestem chora”. Wojciech usiadł zmęczony, posmutniał i widać, że przykro mu było po takim przywitaniu. A może miał poczucie winy?
Kiedyś przypadkiem spotkaliśmy się u wspólnych znajomych. Chyba miał potrzebę powrotu do tamtej sytuacji - naszego spotkania w domu jego matki, bo zaraz po przywitaniu zaczął mówić: „Dziękuję, że pani czasem odwiedza mamę. Wiem, że za mało poświęcam jej czasu. Myślę często o niej, ale kiedy mam chwilę, by zadzwonić czy ją odwiedzić, odwlekam to w nieskończoność…”. Nie patrzył na mnie, bo chyba nie spodziewał się zrozumienia. Po chwili ciszy odpowiedziałam: „Chyba pana rozumiem. Miałam nadopiekuńczą mamę. Bardzo ją kochałam, ale aż dusiłam się od jej opieki”. Pan Wojciech spojrzał na mnie i nagle jakby gdzieś z głębi wypłynęło to, z czym ciągle się borykał: „Moja mama od dzieciństwa też taka była, planowała mi wszystko, nawet kolegów wybierała, którzy w jej mniemaniu dla mnie się nadawali. Poszedłem do liceum, choć marzyłem o technikum samochodowym, a potem na studia, bo chciała mieć syna prawnika. Myślałem, że tak trzeba, że ona wie lepiej, a trochę dla „świętego spokoju”, by nie słuchać jej gadania. Żadna z moich dziewczyn, które przyprowadzałem do domu, też jej się nie podobała, kąśliwymi uwagami udawało jej się zniechęcić je do spotkań ze mną. „One nie są ciebie warte, Wojtuś - mówiła, a ja wierzyłem. Uczyłem się, pracowałem i któregoś dnia obudziłem się w takim stanie przygnębienia i depresji, że nie byłem w stanie wstać z łóżka. Kuzynka umówiła mnie do psychiatry, przepisał leki i krótko, konkretnie ze mną porozmawiał. Zostało mi w głowie jedno jego zdanie: Ma pan 36 lat, musi pan znaleźć swoje życie, założyć własną rodzinę…”.
Historia pana Wojciecha nie jest odosobniona, jako psycholog podobnych poznałam wiele. Nie tylko nałogi rodziców, np. alkohol, hazard czy przemoc, mogą zniszczyć dziecko. Także ograniczanie go, kontrolowanie - ma tak destrukcyjny wpływ, że wielu rodziców nie zdaje sobie z tego sprawy. Chcą dobrze, a efekty są zupełnie inne.
Ile razy od dorosłych już osób słuchałam o nierównym traktowaniu ich jako dzieci w rodzeństwie. Często w wielodzietnych rodzinach jedno dziecko jest faworyzowane, a inne porównywane do tego niby najlepszego. Jak pozostałe dzieci mają w takiej sytuacji zbudować silne poczucie wartości? Często czują się niewystarczająco dobre, nawet wtedy, gdy są już dorosłe. Kiedyś próbowałam zwrócić na to uwagę znajomej, która wyraźnie wyróżniała jedną z córek. Usłyszałam: „No, ale ja Basię daję Eli za wzór, niech się uczy od starszej siostry”. Po paru latach dowiedziałam się, że Ela wyjechała za granicę, tam założyła rodzinę, rzadko odzywa się do matki…
Pewnie nie mam prawa wypowiadać się na temat rodzicielskich więzi, bo co ja wiem? Sama nie jestem matką. Może jako matka zachowywałabym się podobnie albo tak samo? Wiele osób może powie: ale dzieci powinny, rodzicom się należy za wychowanie... Tymczasem z moich obserwacji wynika, że to nie ci wymagający rodzice dostają od swoich dzieci najwięcej. Ci, którzy kochają i nie oczekują niczego w zamian, przyciągają swoje dzieci jak magnes, nadal są dla córek i synów źródłem życiowej energii i inspiracją do szukania własnej drogi.
Gdy dziecko jest małe, potrzebuje prowadzenia za rękę, pokazywania świata i uczenia go rządzących nim reguł. Dobra matka pozwala dziecku na popełnianie błędów, nie „skreśla go” za niespełnianie oczekiwań i wie, kiedy tę rękę puścić, gdy staje się dorosłe i ma prawo do swoich wyborów. Każdy musi się uczyć na swoich błędach. Nic nie da przestrzeganie dziecka przed błędami rodziców: „przez to, że nie skończyłem studiów…”, „przez to, że tak wcześnie wyszłam za mąż…”. Każdy musi przeżyć swoje życie po swojemu. Mamy więc szczęście, gdy dzieci są blisko, chcą być razem i cieszą się ze spólnej obecności. W każdej rodzinie są problemy, ale kiedy jej członków łączy miłość, dadzą radę ze wszystkim. Gdy jeszcze żyła moja mama, pomimo tej czasem duszącej nadopiekuńczości, czułam, że jest na świecie takie miejsce, gdzie zawsze znajdę schronienie, pomimo burzy. Po śmierci mamy coraz bardziej oddalałam się od pozostałej rodziny, próbowałam kilka lat temu wrócić, jakoś nie wyszło… Cieszę się, że mój życiowy partner daje mi poczucie bezpieczeństwa, to z nim stworzyłam dom. Czasem wydaje mi się, że oprócz jego obecności, inni ludzie nie są mi potrzebni. Potem dostaję od kogoś dawno niewidzianego wiadomość i znowu zaczynam czuć tę ważną pajęczynę więzi z osobami dalszymi i bliższymi, snującymi obok mnie swoje życiowe historie.
&&
Pierwszy kwietnia w Polsce to dzień żartów, nabierania innych, fałszywych wiadomości i nieprawdziwych doniesień. Nie jest to jednak międzynarodowa tradycja, bo na przykład w Hiszpanii trzeba uważać na to, co mówią inni 28 grudnia. Co prawda dziś zajmę się nie tyle intencjonalnymi kłamstewkami, co przejęzyczeniami, ale sądzę, że kwiecień, właśnie ze względu na prima aprilis, to taki żartobliwy miesiąc. Z pewnością każdy potrafiłby przytoczyć jakieś zabawne przejęzyczenia z własnego podwórka, więc zachęcam do podzielenia się nimi choćby w mailach do Redakcji „Sześciopunktu”.
Moja lista jest subiektywna, ale mam nadzieję, że okaże się choć trochę śmieszna.
1. Czym jest nacudja i dlaczego jest nasza?
W sumie Wielkanoc też często przypada w kwietniu, więc zacznijmy od nacudji, która pojawia się w jednej z wielkanocnych pieśni kościelnych. Całe nieporozumienie wynika z układu nut. Tekst właściwy brzmi bowiem: naród niewierny trwoży się, przestrasza na cud Jonasza, alleluja! Cudem Jonasza jest zmartwychwstanie Jezusa i nazwa ta ma swoje głęboko teologiczne znaczenie. Niemniej, śpiewając cytowany fragment, trudno nie odnieść wrażenia, że chodzi o jakąś naszą nacudję.
2. Dlaczego Samson dostał w twarz? Znowu tekst religijny. Tym razem pochodzi z popularnych Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny. Pobożne kobiety, które niekoniecznie znają na pamięć słowa, a bazują na słuchu, śpiewają czasem: Tyś niezwyciężonego plask w mordę Samsona! Czym zawinił biblijny bohater, że aż Matka Boża musiała wymierzyć mu policzek? Niczym rzecz jasna, bo tekst odnosi się do plastra miodu wspominanego w biblijnej Księdze Sędziów i poprawnie brzmi: Tyś niezwyciężonego plastr miodu Samsona. Oczywiście, dziś powiedzielibyśmy plaster miodu, ale forma plastr to archaizm. Zresztą tekst Godzinek aż się od nich roi!
3. Dlaczego Franc jest głupi?
Mam tu na myśli związek frazeologiczny „z głupia frant”, który bywa przeinaczany na „z głupia Franc”. Nikt nie dociekł, czy chodzi w tym przypadku o jakiegoś Franciszka, czyli Franca, czy może o Francuza? Niemniej to językowe nieporozumienie! Bierze się pewnie stąd, że słowa „frant” próżno szukać we współczesnej polszczyźnie. Niektórzy twierdzą, że przyszło do nas zza zachodniej granicy i pochodzi od niemieckiego rzeczownika „przyjaciel”, a inni łączą je z Czechami. Dawniej frantem nazywano lekkomyślnego człowieka, ale także żartownisia.
4. Kim był Janickowelic? To już moje osobiste przejęzyczenie.
W czasach dzieciństwa z pasją oglądałem serial „Janosik”, gdzie górale śpiewali o nadchodzącym deszczu. Jeden z wersów piosenki brzmi: uleje, usiece Janickowe lica, czyli zmoczy, usiecze twarz Janosika, bo Janicek to zdrobniała forma od Janosik. Ja jednak nie zauważyłem spacji między Janickowymi licami i zastanawiałem się przez wiele lat, kim był ów Janickowelic i co takiego bohaterskiego zdziałał, że górale śpiewają o nim pieśni? Olśnienie przyszło dopiero, gdy byłem nastolatkiem.
5. Jak wygląda potargały sad?
Wracamy do seriali i piosenek sprzed lat. Jestem wielkim fanem „Czterech pancernych i psa”, a choć wymowa tego serialu jest niezwykle propagandowa, to jednak dla młodego chłopaka nie miało to znaczenia. Ówczesna sytuacja geopolityczna pozostawała poza moim zasięgiem. Liczyły się przygody i wygrana wojna. Przez długi czas zastanawiałem się, jak wygląda potargały sad? Logika była następująca: skoro deszcze są przymiotnikowo niespokojne, to sady są tak samo przymiotnikowo potargałe! Stworzyłem nieistniejący przymiotnik potargały, potargała, potargałe, zamiast skojarzyć wyraz z czasownikiem „potargać” w czasie przeszłym. Cóż, bywa!
6. Nieskromny kulig.
O tym przejęzyczeniu dowiedziałem się z Internetu. Znowu rzecz dotyczy piosenki. Tym razem chodzi o słynny utwór „Z kopyta kulig rwie” grupy Skaldowie. W jednej ze zwrotek ktoś usłyszał o pannach, z którymi w saniach jadą… siki! Fraza została zinterpretowana następująco: „jadą, jadą panny, przy nich jadą siki”, gdy tymczasem mowa tam jest o Janosikach, czyli wspominanych już wcześniej Janickach. Myślę, że moje potargałe sady to przy tym mały pikuś!
7. Jak wygląda rondelko?
Fonetyczna zbieżność często płata figle. Przodują w tym małe dzieci, które, nieobeznane jeszcze z gramatyką, potrafią na bazie tego, co słyszą, wymyślać całkiem nowe słowa. I tak mój kilkuletni syn wynalazł całkiem nowe naczynie kuchenne, czyli rondelko. Skąd mu się to wzięło? Ano stąd, że babcia gotowała coś w rondelku, a skoro jest pudełko, a trzymamy coś w pudełku, to skoro mleko podgrzewa się w rondelku, naczynie z rączką musi nazywać się nie rondelek, a rondelko!
Uśmiechu na twarzy życzę Wam, drodzy Czytelnicy!
&&
Prezydencja w Radzie Unii Europejskiej zalicza się do jednego z kluczowych mechanizmów dotyczących funkcjonowania Unii Europejskiej. Polega ona na rotacyjnym przewodnictwie w Radzie UE, które obejmuje każde państwo członkowskie na okres sześciu miesięcy. Taki system ma na celu zapewnić sprawne działanie Unii Europejskiej oraz równomierny rozkład wpływów pomiędzy poszczególnymi państwami członkowskimi.
Państwo sprawujące prezydencję odpowiada za organizację prac Rady UE i nadzorowanie procesów legislacyjnych. Do jego głównych zadań należą: planowanie i przewodniczenie posiedzeniom Rady UE oraz jej organom roboczym, reprezentowanie Rady w stosunkach z innymi instytucjami UE, inicjowanie działań zmierzających do realizacji priorytetów UE, rozwiązywanie konfliktów i budowanie kompromisów pomiędzy poszczególnymi państwami, a także promowanie wspólnych celów i wartości UE na arenie międzynarodowej.
Bez wątpienia, prezydencja to dla każdego państwa duże wyzwanie logistyczne, organizacyjne i polityczne. Do największych trudności należą chociażby konieczność zachowania neutralności i reprezentowania interesów całej UE, a nie tylko własnego państwa, szybkie reagowanie na kryzysy, w tym gospodarcze, migracyjne czy związane z bezpieczeństwem, efektywne zarządzanie negocjacjami i procesem legislacyjnym w skomplikowanym systemie instytucji unijnych, a także utrzymanie jednolitego stanowiska UE w polityce zagranicznej w obliczu globalnych wyzwań. Niemniej jednak sprawowanie prezydencji to również szansa na zwiększenie prestiżu danego kraju oraz promowania kluczowych z jego punktu widzenia priorytetów politycznych. Wiele krajów wykorzystuje ten czas do inicjowania projektów o szczególnym znaczeniu dla ich interesów narodowych oraz podkreślania swojej roli w funkcjonowaniu Unii Europejskiej.
Do tej pory Polska dwukrotnie miała zaszczyt przewodniczyć Radzie Unii Europejskiej. Po raz pierwszy miało to miejsce od 1 lipca do 31 grudnia 2011 roku. Wtedy skupiła się na trzech priorytetach, które miały na celu wzmocnienie UE w obliczu kryzysu gospodarczego i zmian geopolitycznych.
a) Integracja europejska jako źródło wzrostu - głównym celem w tym obszarze było zwiększenie konkurencyjności i stabilności europejskiej gospodarki. Polska dążyła do pogłębienia integracji gospodarczej poprzez rozwój jednolitego rynku UE, eliminację barier w handlu i w usługach, wzmacnianie cyfryzacji oraz ochronę praw konsumentów, wzmocnienie strefy euro, w tym wspieranie działań na rzecz stabilności wspólnej waluty i zwiększenia dyscypliny budżetowej, pracowanie nad unijnym budżetem i zabieganie o silne wsparcie dla polityki spójności i wspólnej polityki rolnej.
b) Bezpieczna Europa - bezpieczeństwo było kluczowym zagadnieniem polskiej prezydencji, nie tylko w kontekście politycznym, ale również energetycznym. Promowała ona wzmocnienie wspólnej polityki bezpieczeństwa i obrony UE, współpracę w zakresie zarządzania kryzysowego, cyberbezpieczeństwa i misji zagranicznych UE, kładła nacisk na politykę energetyczną UE, w tym zwiększenie bezpieczeństwa dostaw energii, rozwój infrastruktury gazowej i elektrycznej oraz dywersyfikację źródeł energii.
c) Otwarta Europa - Polska starała się umocnić pozycję UE na arenie międzynarodowej i zacieśnić współpracę z sąsiadami. Wśród kluczowych działań podjętych w tym zakresie można wymienić: rozwój partnerstwa wschodniego, zacieśnienie relacji UE z Ukrainą, Mołdawią, Białorusią, Armenią i Azerbejdżanem poprzez negocjacje umów stowarzyszeniowych i liberalizację wizową, rozszerzenie UE, w szczególności wsparcie dla akcesu Chorwacji, która w 2013 roku dołączyła do UE, a także podjęcie negocjacji z innymi krajami znajdującymi się na zachodnich Bałkanach, umocnienie roli UE na świecie, zacieśnienie współpracy z NATO, USA i kluczowymi organizacjami międzynarodowymi, a także aktywne angażowanie się w politykę sąsiedztwa.
Mimo że pierwsza polska prezydencja przypadła na czas finansowego kryzysu w Europie, to Polsce udało się osiągnąć kilka ważnych celów. Można do nich zaliczyć zakończenie negocjacji budżetowych, umocnienie partnerstwa wschodniego oraz promowanie polityki energetycznej UE.
Po trzynastu latach przerwy nasz kraj ponownie stanął na czele Rady UE, a od 1 stycznia do 30 czerwca jest odpowiedzialny za kształtowanie kierunków rozwoju UE. Pałeczkę przejął od Węgier, które mają odmienną wizję przyszłości UE od większości jej członków, stąd też na Polsce spoczywa jeszcze większa odpowiedzialność, aby odpowiednio pokierować poszczególnymi działaniami UE. Na dodatek przewodnictwo objęła w okresie niepokoju i niepewności. Europa mierzy się bowiem ze zbrojną agresją na Ukrainie, napięciami geopolitycznymi na świecie, erozją międzynarodowego porządku i atakami hybrydowymi wymierzonymi w demokrację. Dla Starego Kontynentu to czas próby i decyzji, a Unia Europejska musi zapewnić ludziom poczucie bezpieczeństwa oraz dać im perspektywy rozwoju.
Nic więc dziwnego, że mottem polskiej, drugiej prezydencji jest „Bezpieczeństwo Europo”. Bezpieczeństwo odmieniane jest przez wszystkie przypadki:
a) Bezpieczeństwo zewnętrzne - w tym obszarze kluczowe jest wzmocnienie zdolności obronnych UE oraz zacieśnienie współpracy z NATO w odpowiedzi na trwającą wojnę w Ukrainie oraz inne globalne zagrożenia, takie jak chociażby niestabilna sytuacja na Bliskim Wschodzie. Dodatkowo Polska kładzie duży nacisk na utrzymanie stabilnego wsparcia dla Ukrainy oraz kontynuację obecnej polityki wobec Rosji i Białorusi.
b) Bezpieczeństwo energetyczne - w nim najistotniejsze jest dążenie do dywersyfikacji źródeł energii, rozwoju odnawialnych źródeł energii oraz zwiększenie efektywności energetycznej, aby uniezależnić się od dostaw surowców z niestabilnych regionów świata.
c) Bezpieczeństwo ekonomiczne - ma ono opierać się na ekonomicznym wzmocnieniu konkurencyjności gospodarki europejskiej poprzez eliminację barier biurokratycznych oraz wspieranie innowacji i cyfryzacji.
d) Bezpieczeństwo żywnościowe - opierać się ma na zapewnieniu stabilności dostaw żywności oraz wsparciu dla zrównoważonego rolnictwa w obliczu globalnych kryzysów i zmian klimatycznych. W tym obszarze kluczowe będą decyzje, które zapadną w kontekście tak zwanego „zielonego ładu” oraz ewentualnej współpracy z Mercosurem, czyli wspólnym rynkiem południa.
e) Bezpieczeństwo zdrowotne - w tym zakresie kluczowe jest wzmocnienie systemów opieki zdrowotnej, zwłaszcza w zakresie opieki psychologicznej i psychiatrycznej, przygotowanie na przyszłe pandemie, a także promowanie współpracy w zakresie badań medycznych i dostępu do leków.
f) Bezpieczeństwo informacyjne - w tym obszarze najważniejsze jest zwalczanie dezinformacji, ochrona przed cyberzagrożeniami oraz promowanie wolności mediów i edukacji medialnej. Zwraca się uwagę na liczne fakenewsy i ataki na systemy informatyczne UE, zwłaszcza ze strony Rosji i Białorusi.
g) Bezpieczeństwo wewnętrzne - w tym punkcie wśród priorytetów są takie działania, jak wzmocnienie współpracy w zakresie zwalczania przestępczości zorganizowanej, terroryzmu oraz zarządzania granicami zewnętrznymi UE. Dla Polski jest to niezwykle ważne, bowiem jej wschodnia granica jest równocześnie granicą UE, przez którą do Europy nielegalnie przedostają się migranci na masową skalę.
Polska prezydencja skupia się więc na bezpieczeństwie, zapewnieniu stabilności oraz strategicznej autonomii Unii Europejskiej. W kontekście wojny w Ukrainie i globalnych kryzysów priorytetem stało się zwiększenie odporności Europy zarówno w wymiarze militarnym, jak i gospodarczym oraz społecznym. Polska chce umocnić UE i przez swoje działania sprawić, aby stała się ona silnym i niezależnym graczem na arenie międzynarodowej. - Nie ma powodu, aby Europa uznała, że znaleźliśmy się w absurdzie czy egzystencjonalnych problemach. Europa była, jest i będzie wielka - mówił w styczniu podczas prezentacji polskich priorytetów przewodnictwa w Radzie UE premier polskiego rządu, Donald Tusk. Oby te słowa się ziściły.
&&
Dla wielu z nas radio to wieloletni towarzysz codzienności. Stanowi źródło rozrywki, informacji, a czasem też remedium na samotność. Jego narzędziem jest wyobraźnia, nie dyskryminuje więc osób niewidomych czy słabowidzących. Nie wszyscy jednak wiedzą, że Polskie Radio jako medium liczy sobie już sto lat.
1 lutego 1925 roku w siedzibie Polskiego Towarzystwa Radiotechnicznego inżynier Roman Rudniewski wypowiedział słowa: "Tu próbna stacja radionadawcza PTR w Warszawie, fala 385 metrów”, które zapoczątkowały historię radiofonii w Polsce. Pierwsze transmisje miały charakter eksperymentalny i docierały do bardzo wąskiego grona odbiorców. 18 sierpnia tego samego roku spółka Polskie Radio, powołana do życia przez Zygmunta Chamca, otrzymała koncesję na nadawanie sygnału na terenie całego kraju. Na początku Radio dysponowało tylko jednym studiem i jednym mikrofonem. Gdy w programie był przewidziany występ zespołu muzycznego, spiker po wygłoszeniu zapowiedzi musiał odsunąć się na bok, aby zrobić miejsce muzykom. Rozgłośnia nie mogła liczyć na szerokie grono słuchaczy z uwagi na wysokie ceny radioodbiorników i niski poziom elektryfikacji kraju. Odbiorniki lampowe pod koniec lat 20. kosztowały co najmniej 200 złotych, czyli tyle, ile mogła wynosić miesięczna pensja urzędnika lub nauczyciela. Dlatego też w 1929 roku Polskie Radio zleciło Państwowej Wytwórni Łączności opracowanie nowego typu taniego odbiornika rodzimej produkcji, który wreszcie mógłby trafić pod strzechy. Rok później powstał „Detefon”, czyli wspominane potem przez dekady słynne radio kryształkowe. Jego największą zaletą był brak zewnętrznego zasilania, nie wymagało więc podłączenia do prądu. Prosty obwód odbierał fale radiowe z anteny i przetwarzał na dźwięk za pomocą detektora, którym był kryształek galenu. Posiadał stalową igłę, którą należało ustawić tak, aby złapać pożądaną częstotliwość fal długich lub średnich. Audycji słuchało się przez słuchawki, ponieważ „Detefon” nie miał głośnika. Koszt odbiornika był około 5 razy niższy od drogich urządzeń lampowych i stąd jego ogromna popularność trwająca aż do wybuchu II wojny światowej.
W latach 30. radio trafia do szerszych mas i stanowi istotny element budujący poczucie jedności narodowej po okresie rozbicia rozbiorowego. W 1931 roku rozpoczyna pracę nadajnik radiowy w Raszynie o mocy 120 kilowatów, dzięki któremu sygnał Polskiego Radia może docierać niemal na całe terytorium kraju. Jednocześnie rozwija się radiowa technologia, poprawia jakość nadawania. Nowe medium bawi i uczy, upowszechnia kulturę poprzez promocję muzyki, lektury książek i spotkania z twórcami, jest także cennym nośnikiem informacji. Głosy prezenterów stają się bliskie i znajome słuchaczom. Wtedy właśnie rozpoczynają się mikrofonowe kariery tak znanych potem postaci, jak Jeremi Przybora, Stefan Rachoń czy Janina Sztompkówna.
1 września 1939 roku o świcie Polskie Radio nadało informację: „A więc wojna. Z dniem dzisiejszym wszelkie sprawy i zagadnienia schodzą na plan dalszy”. We wrześniu warszawska rozgłośnia stała się centrum dyspozycyjno-informacyjnym dla mieszkańców oblężonej stolicy, podnosząc na duchu i zagrzewając do walki przeciw najeźdźcom. Z jej anteny wygłaszał swe płomienne przemówienia Prezydent Warszawy Stefan Starzyński. On też po wkroczeniu wojsk niemieckich do miasta wypowiedział słynne wezwanie: „Halo, halo, czy nas słyszycie? To nasz ostatni komunikat”, zakończony słowami: „Jeszcze Polska nie zginęła! Niech żyje Polska!”.
Jednym z pierwszych zarządzeń okupantów była konfiskata i zakaz posiadania przez Polaków odbiorników radiowych. Za jego złamanie groziły surowe kary. Mimo to, na tereny ziem polskich nadawały alianckie radiostacje, usiłujące przekazać prawdziwe informacje o stanie walk i demaskujące kłamstwa niemieckiej propagandy. W okresie powstania warszawskiego chlubną kartę zapisała także działająca w Warszawie nielegalna stacja nadawcza Armii Krajowej „Błyskawica”, poprzez którą informacje i słowa otuchy przekazywano walczącej stolicy. Jej replikę można podziwiać w Muzeum Powstania Warszawskiego.
Polskie Radio oficjalnie wznowiło działalność 11 sierpnia 1944 roku dzięki tzw. „Pszczółce”, czyli tymczasowej rozgłośni nadającej z bocznicy kolejowej w Lublinie, na terenach objętych zarządem PKWN. W lutym 1945 roku przeniesiono nadawanie do Warszawy. Na mocy dekretu z 22 listopada 1944 roku powstało Przedsiębiorstwo Państwowe „Polskie Radio”. W pierwszych latach działalności zajęto się odbudową zrujnowanych w czasie wojny anten i infrastruktury. Wznowiły działalność rozgłośnie regionalne, powołano także do istnienia nowe - na ziemiach zachodnich. Już w 1948 roku twórca „Detefonu” Wilhelm Rotkiewicz opracował tani w produkcji, lampowy odbiornik „Pionier”, który dla dzieła powojennej radiofonizacji kraju oddał podobne zasługi, jak niegdyś urządzenia kryształkowe.
W kolejnych latach nastąpił dalszy rozwój techniczny i powstawały nowe formy radiowe, jak choćby transmisje ważnych wydarzeń prowadzone na żywo czy wartościowe reportaże.
Polskie Radio, jak wszystkie media PRL, było przekaźnikiem oficjalnej propagandy władz, co najbardziej dawało się odczuć w audycjach Programu I. Często jednak twórcom udawało się przemycić krytykę ustroju, choćby pod pozorem potępienia małych bolączek życia codziennego. Istotnym novum były narodziny powieści radiowych. W 1956 roku powstali, kierowani do miejskich odbiorców „Matysiakowie”, a 4 lata później „W Jezioranach”, przeznaczone dla słuchaczy z mniejszych miejscowości. Oba słuchowiska ukazują się do dziś w cotygodniowych odcinkach.
Rewolucją w eterze było wejście w epokę fal ultrakrótkich i początek działalności Radiowej Trójki w 1962 roku. Fale UKF pozwoliły nadawać dźwięk o dużo lepszej jakości, a Program III skierował swoją ofertę głównie do ludzi młodych, prezentując zachodnią muzykę, na co dzień trudno dostępną nad Wisłą. Pośród wielu trójkowych audycji uznawanych za kultowe, warto wymienić choćby kabaretową „Powtórkę z Rozrywki”, serię sensacyjnych słuchowisk „Teatrzyk Zielone Oko” czy „Listę Przebojów Trójki” Marka Niedźwiedzkiego, nadawaną przez prawie 40 lat, aż do maja 2020 roku. Swoją kartę w historii zapisał także Program II, nastawiony na kulturę wysoką i bardziej wyrobionych słuchaczy oraz młodzieżowe Radio Bis, przekształcone potem w informacyjne Polskie Radio 24.
Odzyskanie przez Polskę suwerenności w 1989 roku było wstrząsem dla publicznych nadawców. Z jednej strony pojawiła się wolność słowa, zlikwidowano cenzurę, z drugiej jednak, musiano szukać dodatkowych źródeł finansowania. Powstała także prywatna konkurencja, która jednak skupiła się na emitowaniu popularnej, prostej rozrywki i nie była w stanie odebrać Radiu grona najwierniejszych słuchaczy.
W ostatnich latach publicznemu Radiu nie udało się uniknąć wpływów politycznych, co spowodowało odejście wielu znanych i cenionych postaci, szczególnie z Radiowej Trójki. Jednak, jak każdy żywy organizm, odradza się ono i wraca do dawnej świetności. Dziś Polskie Radio to 4 rozgłośnie ogólnopolskie, 17 spółek regionalnych oraz zmienna, ale liczna grupa tematycznych stacji cyfrowych. Mimo rozwoju nowych mediów i łatwości dostępu do kultury i rozrywki, ta intymna forma obcowania z drugim człowiekiem ma nadal stałą grupę wielbicieli, a płynące z eteru głosy ciągle goszczą w wielu domach, jak wypróbowany, stary przyjaciel.
&&
„Miej serce i patrzaj w serce” - słowa kończące balladę "Romantyczność" Adama Mickiewicza zna każdy. Poeta był przekonany o wyższości serca, wyobraźni i intuicji nad zmysłami. Gdyby żył w XXI wieku, myślałby może inaczej, ale ostatni wers wspomnianego utworu wybrzmiał w mojej pamięci pod wpływem książki "Schodów się nie pali" Wojciecha Tochmana. Trzeba bowiem mieć ogromną wrażliwość i intuicję, by zobaczyć człowieka i w mądry sposób przedstawić go innym.
Na wybór tej lektury wpłynęło wiele czynników. Zarówno nazwisko autora, jak i jego dzieła są mi znane. Wszystkie zapewniają intelektualną ucztę i wywołują wiele refleksji, pozostając na długo w pamięci. Tego zresztą należy spodziewać się po reportażu. Gatunek z pogranicza publicystyki, literatury faktu i literatury pięknej jest tym, co Tochman opanował doskonale. Nie dziwi więc, że wymienia się go na równi z takimi mistrzami reportażu, jak H. Krall, R. Kapuściński, J. Hugo-Bader, W. Jagielski czy M. Szczygieł.
Twórca "Schodów się nie pali" jest dziennikarzem i pisarzem. Urodził się w 1969 roku w Krakowie. W latach 1994-2004 pracował w „Gazecie Wyborczej”. Zasłynął jako prowadzący program telewizyjny "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie", w którym poszukuje się osób zaginionych. W pracy pisarskiej widać kontynuację tego tematu. Z jego inicjatywy powstały: Fundacja ITAKA, Instytut Reportażu i Fundacja Klub Heban. Jako autor dwukrotnie był finalistą Literackiej Nagrody „Nike”.
Pozycja, która stała się inspiracją do napisania tego tekstu, nie jest moim pierwszym literackim spotkaniem z pisarzem, choć w rzeczywistości to jego książkowy debiut. Do posłuchania mamy w sumie siedem tytułów, w tym obok zajmujących: "Eli, Eli" i "Jakbyś kamień jadła", nagrany ostatnio "Schodów się nie pali". Intryguje już sam tytuł, przywołując skojarzenie ze sformułowaniem: palić za sobą mosty. Oznacza przecież odcięcie drogi, niemożność powrotu, cofnięcia decyzji. Spalone schody udaremniają wyjście. Wyobraźnia podpowiada zatem wiele.
"Schodów się nie pali" to zbiór jedenastu tekstów o zróżnicowanej tematyce. Pozornie nic ich nie łączy, bo co wspólnego mają ze sobą np. Wanda Rutkiewicz, Grzegorz Przemyk czy niepełnosprawny chłopiec? Analizując ich treść, doświadczeni czytelnicy znajdą jednak punkty styczne - zaginięcie, tęsknota, poszukiwania i różne odcienie miłości. Większość głównych bohaterów w jakiś sposób odeszła. Niektórzy z własnej woli, inni nie. Wśród nich nie brak tych, którzy już nie wrócą. Reporter próbuje jednak odnaleźć ich dla wciąż czekających na nich bliskich. Ożywia też legendy, przywołując wspomnienia o tych, którzy zyskali podziw. Chociaż mamy do czynienia z debiutanckim tomem, szybko zdajemy sobie sprawę z tego, że W. Tochman, będący na progu kariery zawodowej, jest dojrzałym dziennikarzem. Porusza trudne tematy. Mimo oddalenia w czasie wydają się namacalne i wciąż aktualne. Tak, jakby dotyczyły kogoś z sąsiedztwa.
Piękny styl autora sprawia, że rozwijane historie rozbudzają ciekawość i angażują emocjonalnie. Osoby, o których pisze, traktuje indywidualnie. Decyzję o przedstawieniu losów ludzi znanych z przestrzeni publicznej, obok tych "zwyczajnych", wyszukanych przez reportera, należy uznać za trafną. Ta różnorodność pozytywnie wpływa na odbiór całości. W pewnym sensie stanowi odskocznię, przejście między zagadnieniami.
Warstwy językowa i psychologiczna ciasno splatają się ze sobą. Pisarz z powodzeniem wprowadza nas do świata swoich bohaterów. Dzięki rozmowom z licznymi świadkami poznajemy realia Piwnicy pod Baranami i słynną kuchnię w mieszkaniu Janiny Garyckiej, w której przez pół wieku mieszkał Piotr Skrzynecki. Mnogość szczegółów sprawia, że odnosimy wrażenie, jakbyśmy oglądali fotografie z Krakowa czasów minionych.
"Oj, to zupełnie, jak u Felliniego, prawie... Tamte czasy stają się coraz mniej uchwytne, coraz trudniejsze do opisania."
Słowa Skrzyneckiego wiernie odzwierciedlają upływ czasu. Sam wpisał się w krajobraz miasta, a jego działania na polu kultury polskiej zapewniły mu zasłużone miejsce wśród sław. Przytoczenie wspomnień jego znajomych i ponowne "otwarcie" okna, przez które wchodzili do niego zaprzyjaźnieni artyści, pomogło Tochmanowi przybliżyć nam tę barwną postać.
Autor ukazał nietuzinkowych bohaterów. Za każdym z nich ciągnie się cień doświadczeń, jakaś opowieść, tajemnica. Chce je odkryć, ale jest jednocześnie dyskretny. Daje się odczuć, że posiada większą wiedzę niż ta, którą chce albo może wyjawić. Pisząc z niemal aptekarską precyzją, dozuje słowo. Przecież cisza bywa bardziej wymowna od potoku wyznań. Prowokuje do zadawania pytań, sam nie udzielając odpowiedzi. Nie osądza nikogo i nie wyraża własnych opinii, zostawiając czytelnikom miejsce na ich własne wnioski. Chociaż, z pewnością, nie miał zamiaru tworzyć reportaży psychologicznych, oprowadza nas po meandrach ludzkiej psychiki. Wnikliwie analizuje ludzkie zachowania i przyczyny podjętych przez nich decyzji.
Książka wywołuje całe spektrum emocji. Odczuwamy gniew i sprzeciw, czytając: "Czekam pod adresem Berlin".
"Handel kobietami z Europy Środkowej i Wschodniej osiągnął rozmiary epidemii (...), ale import i eksport kobiet istnieje na wszystkich kontynentach. I istniał zanim powstało jakiekolwiek państwo."
Poruszone zagadnienie jest echem telewizyjnych poszukiwań zaginionych kobiet, zmuszanych do prostytucji. Dziennikarz, nie szukając sensacji, z wielką empatią ich słucha i bardzo wiarygodnie opowiada o okolicznościach. Dzięki pisarzowi przestają być anonimowe. Kreślone przezeń obrazy bólu, strachu, samotności i tęsknoty są bardzo poruszające. Tak samo przemawia do nas lęk rodziców i ich walka o odnalezienie dziecka.
W zasadzie cały tom dotyczy miłości i radzenia sobie ze stratą. Wzrusza wiara matki Wandy Rutkiewicz w to, że córka himalaistka powróci. Autor odsłania codzienne dramaty różnych ludzi. Niejeden czytelnik zada sobie też pytanie, jaka jest przyczyna wstąpienia młodej dziewczyny do sekty, albo czy można było temu zaradzić.
Dzieje niepełnosprawnego chłopca z chorobą rzadką, bohatera tytułowego reportażu, wywołują zadumę. Żal, smutek i kropelki radości przeplatają się między wersami.
"Wszyscy tam patrzą na świat przez różowe okulary, czyli nie dalej niż jutro," mówi jedna z bohaterek tej historii. Tekst wywołuje sprzeczne uczucia. Nic nie jest przecież czarno- białe.
Wiele osób z ciekawością zagłębi się w losy Przemyka. Tochman odkrywa zwykłego nastolatka, ucznia, ukochanego syna poetki, Barbary Sadowskiej. Prowadzi nas do istotnych dlań miejsc i ludzi. Niejednego zaskoczy inny od powielanego latami przez historyków portret, który w ten sposób uzyskał. Reporter, odtwarzając środowisko literatów, wspaniale uzupełnia informacje o rzeczywistość, w jakiej żył Grzegorz. Wprowadzając wypowiedzi jego rówieśników, fragmenty utworów i krótkie notatki, wzbogaca wiedzę czytelników. Zatrzymany w metaforze ból Piety rozdziera serce. B. Sadowska nie jest w reportażu postacią pierwszoplanową, ale doświadczenia matki i dziecka są nieodłączne.
Każdy wystawi własną ocenę tekstów. Wybierze pojedyncze, albo zachwyci się wielowymiarowością całego tomu. Nie chcę zdradzać treści wszystkich. Napisane w mistrzowski sposób trzeba po prostu przeczytać.
"Człowieczy los nie jest bajką ani snem. Człowieczy los jest zwyczajnym szarym dniem” - śpiewała Anna German i o tym właśnie pisze autor. Pamiętajmy jednak, że po szarych dniach przychodzi czas na słońce.
vvv
&&
Przypadek to jest coś, co w danej chwili przypada człowiekowi od Boga. Właśnie za przyczyną przypadku uczestniczyłem w bardzo ciekawym wydarzeniu. Spotkanie miało miejsce 16 listopada 2024 r. na „Scenie Stygmat” przy Placu Grzybowskim w Warszawie.
Temat spotkania oscylował wokół publikacji pt. „Miłość do śmierci Opowieść o Stanisławie Umińskiej, aktorce, zabójczyni, zakonnicy”. Biografia aktorki opowiada o życiowych wyborach, konsekwencjach, miłości i wyrzeczeniu. Fragmenty książki czytali wybitni aktorzy Teatru Klasyki Polskiej. Obok autora Pawła Zuchniewicza, wydarzenie komentowali znawcy i popularyzatorzy literatury i teatru - prof. Barbara Osterloff-Gierak oraz prof. Jacek Salij. Historia życia aktorki i zakonnicy zainspirowała animatorów do przypomnienia sylwetki wschodzącej gwiazdy Teatru Polskiego początku XX wieku. Po spotkaniu próbowałem rozważyć, czy to, co wydarzyło się w 1924 roku, było rzeczywiście aktem wielkiej miłości, czy zbrodnią.
Stanisława Umińska urodziła się 17 listopada 1901 w Warszawie. Była córką Antoniego i Walerii Marianny z domu Wiśniewskiej. Od najmłodszych lat uczęszczała na kursy wokalno-dramatyczne, występowała m.in. w półamatorskim Teatrze Promenada. Zadebiutowała 30 października 1919 r. rolą Sary w sztuce „Major Barbara” George'a Bernarda Shaw. Z aktorami warszawskimi grała w spektaklach teatralnych w Piotrkowie Trybunalskim i Częstochowie, a także w sali warszawskiego Wodewilu. Współpracowała również z Teatrem Polskim oraz Teatrem Małym. Sławę, uznanie i popularność przyniosły jej role: Orcia w „Nie-Boskiej komedii” i Puka w „Śnie nocy letniej” Szekspira. W 1923 roku Julian Tuwim specjalnie dla niej napisał kabaretowy tekst „Mała Gigolette”, który z powodzeniem prezentowała publicznie. Za rolę w dramacie „Alkad z Zalamei” otrzymała nagrodę Ministra Sztuki i Kultury. Łącznie z przedstawieniem „Świerszcz za kominem” autorstwa Karola Dickensa wykreowała 25 bohaterów sztuk teatralnych; warto wymienić choćby: Cherubina z „Wesela Figara”, Glorię z „Nigdy nie można przewidzieć”, Ewę z „Legendy o garbusku” czy Fiammettę ze sztuki „Uczta szyderców”.
Jesienią 1923 roku Umińska poznała starszego o 12 lat malarza i prozaika Jana Żyznowskiego, z którym wkrótce zaręczyła się. Niebawem u narzeczonego lekarze zdiagnozowali raka wątroby. Leczenie w kraju nie przynosiło spodziewanych rezultatów. Za namową polskich specjalistów Żyznowski wyjechał do Paryża. 4 maja 1924 roku Umińska dołączyła do narzeczonego. Operacja nie poprawiła stanu jego zdrowia. Aktorka trzykrotnie próbowała ratować życie ukochanego: „Kochałam go do szaleństwa i dla jego ocalenia gotowa byłam dać swą krew”. Świadoma, że inaczej nie może mu pomóc, próbując uśmierzyć silny ból, podawała mu morfinę. Krytycznego dnia, bezsilna i zdesperowana własną niemocą, zaaplikowała mu podwójną dawkę leku. Chory zapadł w głęboki sen. Pod wpływem wcześniejszych rozmów i próśb, Umińska chwyta za broń, którą Jan przechowywał w walizce pod łóżkiem. Strzał, który oddaje, okazuje się śmiertelny.
Z formalnym oskarżeniem o zabójstwo wystąpił prokurator. Oskarżoną reprezentowali: członek Akademii Francuskiej i dziekan paryskiej adwokatury oraz polski adwokat Gustaw Beylin. Przed sądem sama oskarżona relacjonowała: „Kiedy pod działaniem zastrzyku Żyznowski zasnął, mając usta otwarte, przypomniałam sobie, jak kilka dni przedtem mówił mi, że kula wymierzona w usta sprowadza śmierć natychmiastową i strach mnie ogarnął na wspomnienie cierpienia, jakie go czeka po przebudzeniu; wówczas uczyniłam to, o co mnie kilka razy prosił. Wzięłam rewolwer, uprzednio nabity w tym celu przez Janka i drżąc, wystrzeliłam”.
Uniewinniający wyrok sędzia ogłosił już po 5 minutach. Zarówno prasa francuska, amerykańska jak i polska a także oba społeczeństwa zgodnie potwierdzały sądowy wyrok. Po stronie oskarżonej stanęli nie tylko obrońcy. W rezultacie sam oskarżyciel przychylił się do wyniku procesu. Nawet matka zastrzelonego w liście rozgrzeszyła tragiczny finał wielkiej miłości.
Już po śmierci Żyznowskiego została opublikowana jego ostatnia powieść pt. „Z podglebia”. Treść książki autor dyktował w szpitalu. Troskliwie opiekująca się nim Umińska ze wzruszeniem zapisywała historię ich nieszczęśliwej miłości.
W poszukiwaniu duchowego pokoju Stanisława oddała się służbie potrzebującym. Dwa lata po procesie wstąpiła do Klasztoru Sióstr Benedyktynek Samarytanek w Niegowie. Przyjęła imię siostry Benigny, 9 lat później złożyła śluby wieczyste, a następnie została przełożoną Wspólnoty Sióstr „Przystań” dla dziewcząt moralnie zagubionych w Henrykowie. Udzielając się społecznie, współpracowała z Ireną Sendlerową i organizacją „Żegota”. Dzięki temu przyczyniła się do wyrobienia 16 kenkart kobietom żydowskiego pochodzenia. Po odzyskaniu niepodległości pracowała w ośrodku dla dzieci z niepełnosprawnościami w Zalesinie. Wspólnie z Leonem Shillerem wystawiła „Pastorałkę”, w której wystąpiły pensjonariuszki placówki. Premiera spektaklu odbyła się 1 stycznia 1943 roku. Warto wspomnieć, że honorowymi widzami byli Czesław Miłosz i Andrzej Łapicki.
Stanisława Umińska umiera 25 grudnia 1977 roku w klasztorze. 35 lat po śmierci aktorki Drugi Program Polskiego Radia wyemitował słuchowisko pt. „Poprowadź mnie na drugą stronę, czyli śmierć i miłość”. Autorem i reżyserem spektaklu był Adam Bauman. Wystąpili m.in. Julia Kijowska jako Stanisława Umińska i Grzegorz Kwiecień jako Jan Żyznowski. Kolejną formą upamiętnienia była część wystawy „Prawobrzeżne” w Warszawskim Muzeum Pragi. Dla zainteresowanych ekspozycja udostępniona była w okresie listopad 2023 - lipiec 2024.
Kiedy analizuję losy bohaterów, stają przede mną dwie kontrastowe postacie. Chwiejny mężczyzna i mocna kobieta zdeterminowana uczuciem, gotowa na wszystko, by wspierać ukochanego. Bohaterka eseju przejmuje na siebie cały ciężar odpowiedzialności. Zdeterminowana napisaną przez życie rolą rezygnuje z własnej wizji szczęścia. W rezultacie odpowiedzialnie przyjmuje nowe role, tym razem społeczne. Kariera i wartości materialne stają się wtórne, na pierwszym miejscu stawia rozwój duchowy i pomoc innym. Zamieniając kostium aktorki na zakonny habit, jej postawa życiowa przypomina mi słowa i myśl autora „Alicji w krainie czarów”, który napisał, że tylko to wszystko, co robimy dla innych, jest tym, co naprawdę warto robić.
A jakie są Państwa refleksje po przeczytaniu tej historii?
&&
Tradycja to dziedzictwo niematerialne, otrzymane od naszych ojców, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Święta Wielkanocne mają bogatą tradycję i różnią się w zależności od regionu Polski.
Mimo niepełnosprawności, od zawsze aktywnie włączałem się w kultywowanie tradycji Wielkiego Tygodnia. W województwie opolskim przygotowania do Świąt zaczynały się już dużo wcześniej, a to za sprawą tworzenia kroszonek. Kroszonka to rzeźbienie nożykiem na skorupce jajka i umieszczanie na niej ozdobnego wzoru. Sam proces jest żmudny i odpowiedzialny - wystarczy jeden niewłaściwy ruch, a kilkugodzinna praca może pójść na marne. Zdarza się też, że już pod koniec pracy gotowe jajko nagle pęknie.
W szkole podstawowej na lekcje w okresie przedświątecznym zapraszano twórczynie ludowe, które pokazywały nam ten kunszt zdobienia jajek wielkanocnych. Miałem ogromny problem z wykonaniem jakiegokolwiek wzoru - w mojej rodzinie nikt nie zajmował się tworzeniem kroszonek, poza tym miałem ogromny problem ze sprawnością rąk, czyli z tzw. motoryką małą. Jednak, jak mówi przysłowie, praktyka czyni mistrza.
Tradycja tworzenia kroszonek przechodziła z matki na córkę. Matki często dopiero w nocy miały trochę czasu, aby wyrzeźbić wzory, ponieważ w ciągu dnia wykonywały mnóstwo obowiązków związanych z prowadzeniem domu czy z pracą w gospodarstwie. Obecnie są organizowane konkursy i warsztaty kroszonkarskie. Te przepięknie zdobione jajka spożywało się podczas świątecznego śniadania w Niedzielę Wielkanocną, a także rozdawało się kawalerom, którzy w lany poniedziałek przychodzili oblać panny.
W naszej małej społeczności Wielka Środa nosiła nazwę skoczki (inne nazwy to: palenie Judasza lub środa żurowa). Obrzęd rozpoczynał się wieczorem koło godziny dziewiętnastej, gdy było już ciemno za wsią. Rozpalało się wtedy duże ognisko. Gałęzie z ogniska miały symbolizować porządki wiosenne, ale także oczyszczanie się przed Świętami. Zabierałem ze sobą kadzidło wykonane przez mojego śp. tatę, do środka wkładałem kawałek drewna i zataczałem duże kręgi w powietrzu. Następny dzień był wolny od lekcji, nie musiałem rano wstawać do szkoły, więc mogłem cieszyć się długim wieczorem.
W Wielki Czwartek podczas wieczornej mszy kapłan obmywał nogi starszym osobom. W kościołach milkły dzwony. Młodzi chłopcy chodzili trzy razy dziennie po wiosce z klekotkami: o szóstej rano, o dwunastej w południe i o osiemnastej wieczorem. Klekotki to drewniane urządzenia, z których wydobywa się głośny dźwięk, napędzane siłą ludzkich rąk. W przeszłości również - mimo niepełnosprawności - brałem udział w tym obrzędzie. Musiałem wczesnym świtem zerwać się z łóżka, aby wzdłuż i wszerz obejść wioskę. Obrzęd zaczynał się w Wielki Czwartek wieczorem, a kończył w Wielką Sobotę w południe. W zamian za trzydniową służbę otrzymywaliśmy słodycze lub drobne datki.
W Wielki Piątek o poranku starsi ludzie chodzili obmyć się do pobliskiej rzeki. Tego zwyczaju, który miał symbolizować odrodzenie i nowe życie, dzisiaj już się nie kultywuje. to dzień upamiętnienia śmierci Pana Jezusa. W tym czasie nie wykonuje się niepotrzebnych prac domowych, prac polowych czy prac budowlanych, nie wbija się gwoździ. Na pamiątkę ukrzyżowania Chrystusa zachowujemy się tak, jakby umarł ktoś bliski, ktoś z rodziny. Nie włączamy telewizora, nie słuchamy głośnej muzyki, uczestniczymy w ceremoniach wielkopiątkowych w kościele.
W Wielką Sobotę zawsze adorujemy Pana Jezusa przy Grobie Pańskim. Pamiętam, że gdy jako dziecko dostawałem podczas modlitwy paczkę słodyczy, wierzyłem, że jest od Pana Jezusa. Jak się później okazało, słodycze zawsze mama wcześniej przygotowywała.
Msza rezurekcyjna jest odprawiana na pamiątkę Zmartwychwstania. W zależności od regionu - w nocy lub o świcie. Niedziela Wielkanocna, śniadanie wielkanocne to - po uczestnictwie we Mszy Świętej - ważny punkt Świąt. Na stołach króluje baranek, jest szynka i oczywiście nie może zabraknąć jajka. Tego dnia do małych dzieci przychodził zajączek i pod drzewami w ogrodzie zostawiał słodycze i jajka. W pierwszy dzień Wielkanocy odwiedzałem całą rodzinę, w tym dziadków, wujków i kuzynów.
Drugi dzień Świąt to lany poniedziałek, czyli śmigus-dyngus. Młodzi kawalerowie oblewali panny - oblewanie oznaczało powodzenie, zdrowie i bogactwo przez cały rok. Ten zwyczaj jest obchodzony również u naszych południowych sąsiadów - w Czechach i na Słowacji. Tam jednak zamiast wody używa się specjalnych witek.
Mimo niepełnosprawności ruchowej, od najmłodszych lat byłem wierny tradycji wielkanocnej. Z samego rana, czyli zaraz po porannej Mszy Świętej w drugi dzień Świąt odwiedzałem koleżanki w Ścigowie, rodzinnej miejscowości. W zależności od okoliczności, chodziłem z Rafałem, moim kolegą lub sam, wyposażony w pistolet z wodą i w perfumy. Nie zważałem na niekorzystną aurę (a czasami w kwietniu padał śnieg, deszcz lub wiał silny wiatr). W zamian za pokropienie dziewczyn wodą lub perfumami otrzymywałem słodycze i kroszonki rzeźbione przez babcie, mamy i siostry. Była to dla mnie również lekcja otwierania się na ludzi pełnosprawnych mieszkających wokół mnie. W każdym domu zawsze bardzo dobrze mnie przyjmowano. Moja dysfunkcja nie stanowiła najmniejszego problemu, nikt nie wprawiał mnie w zakłopotanie ani nie wyśmiewał. Tego dnia przemierzałem całą wioskę - i tę tradycję pielęgnowałem chyba do 12. roku życia, nawet jeśli na drugi dzień nie mogłem się ruszyć z powodu obolałych nóg i przemierzonych kilometrów.
W liceum wspólnie z kolegami jeździliśmy samochodami, żeby oblewać dziewczyny. Była to świetna okazja do zabawy i do podtrzymywania tradycji wielkanocnych w naszej społeczności. Często wtedy pełniłem funkcję fotografa, aby za kilkanaście lat było co wspominać. Gdy odwiedzałem sąsiadki, musiałem uważać, żeby się nie przeziębiły oraz brać pod uwagę swoją obniżoną sprawność ruchową, aby podczas oblewania nie doszło do nieszczęśliwego wypadku. Na szczęście sąsiadki były bardzo wyrozumiałe - znały mnie od dziecka i rozumiały moją sytuację zdrowotną. Priorytetem od zawsze było bezpieczeństwo, aby kultywowanie tradycji nie przerodziło się w poważny wypadek czy uszczerbek na zdrowiu.
&&
Każde dziecko lubi zadawać pytania, a jedno z nich dotyczy jego przyjścia na świat. Rodzice, często zmieszani, w końcu odpowiadają, iż przyniósł je bocian i od tej chwili powstaje mnóstwo historyjek na ten temat.
Dziś wstydzimy się tych opowiastek, choć w dalszym ciągu je przekazujemy. Traktujemy je jednak żartobliwie. Ja zaś zastanawiam się, czy nie warto powrócić do tych przekazów w kontekście etnologicznym, nadając im znaczenie symboliczne.
Powszechnie wierzono, że bocian przynosi dzieci, dobrobyt i wiosnę. „Na Zwiastowanie przylatuj bocianie!” Takie przysłowie towarzyszyło każdej chłopskiej rodzinie. Zmęczeni długą, uciążliwą zimą, już w zapusty nieśmiało spoglądali ku wiośnie.
Nadchodziła Środa Popielcowa, a wraz z nią czas ścisłego postu i refleksji. Biedny przednówek zmuszał niejedną gospodynię do nader oszczędnego dysponowania skromnymi zasobami w komorze. Nic więc dziwnego, że 25. marca napełniał wszystkich nadzieją. Wierzono bowiem, że Matka Boża Roztworna, dzierżąca w dłoni klucz do ziemi, otwiera ją na rodzenie i wydawanie plonów, ogrzewa mocnym słońcem oraz chłodzi zdrową wodą ze strumyków leśnych i źródeł. Przyroda budziła się do życia, a wraz z nią powracały pierwsze prace w polu i obejściu.
Najbardziej jednak oczekiwano nadlatujących z ciepłych krajów bocianów. Kto ujrzał pierwszego bociana lecącego, tego miał czekać rok szczęśliwy; bocian siedzący w gnieździe lub stojący na ziemi był zapowiedzią chorób i nieszczęść. Dom, na którym zagnieździł się bocian, był domem szczęśliwym. Za zabicie bociana groziła nawet kara śmierci.
Na przylot bocianów przygotowywano się z wielką starannością, stwarzając im warunki do zakładania gniazd. Często montowano na dachach stodół stare koło od wozu, moszcząc je gałęziami. Zaszczytem dla każdej rodziny było przybycie bociana, który w obejściu tworzył sobie przytulne lokum, sprowadzał panią bocianicę, która potem, otoczona bezpieczną atmosferą, wysiadywała pisklęta.
W tradycji wiejskiej, bocian był symbolem dostatku, dobrobytu, a szczególnie rodzącego się życia. Wierzono, że
bocian wydobywa dzieci z błota, a potem wrzuca je przez komin do domów, w których oczekuje się na potomka.
No cóż, teraz powinno być dla wszystkich jasne, skąd wzięły się opowiastki rodziców o bocianach przynoszących dzieci. Na wsi najczęstszym modelem rodziny była wielodzietność. Potomstwo było wręcz pożądane nie tylko z miłości czy zaspokajania instynktów rodzicielskich, lecz przede wszystkim dzieci stanowiły siłę roboczą, od małego przyuczane do wykonywania obowiązków na miarę swoich możliwości. Najczęściej była to pomoc w pracach domowych, pilnowanie młodszego rodzeństwa oraz wypasanie gęsi i bydła. Dziecko było skarbem, lecz w innym znaczeniu niż dziś. Poza tym, w owym czasie była duża umieralność wśród dzieci.
Uważano zatem, że pojawienie się bociana w gospodarstwie przynosi szczęście w każdym domu, więc wszelkimi staraniami udostępniano mu miejsce na przeżycie, wabiono go na różne sposoby. Na Podlasiu specjalnie wypiekano z ciasta figurki przypominające ptasie łapy, które wkładano do gniazda. Dzieci, zobaczywszy nadlatujące bociany, wybiegały z domów, wołając: „busoł, busoł!”, czyli „bocian, bocian!”. Czy opowiadano dzieciom o bocianie podrzucającym noworodka w liście kapusty, wrzucającym dziecko przez komin itp.? Szczerze w to nie wierzę. Dzieci nigdy nie pytały, a rodzice nie mieli czasu ani chęci, by rozmawiać ze swoimi pociechami o takich sprawach, które wtedy były tematem tabu.
Warto wiedzieć, że 31 maja obchodzony jest Dzień Bociana Białego. Święto to ma na celu popularyzację wiedzy na temat życia bocianów oraz zwrócenie uwagi na potrzeby tego wymagającego ochrony gatunku.
&&
Rzecz to będzie o Marcinie młodym, co to u podnóża świętokrzyskiej Łysicy żyje, gdzie Zbój Kak swą chatę ma. Zapragnął Marcin koronę najstarszych gór zdobyć. Stało się jednak tak, że przewodnikiem niewidomej pani on został, której wędrowanie pasmami świętokrzyskimi obce było i chęci do tego nie miała.
Zabrał więc Marcin niewidomą panią na pierwszy spacer na górę Karczówkę w grodzie, skąd w kwietniowy dzień słoneczny z tarasu klasztornego, co szczyt wieńczy, gród jej rodzimy opisał, co Kielcami zwą. I na kolejny spacer niewidoma pani namówić się dała, bo inna miejska góra nieopodal sterczała. Biesakiem szczyt zwany, zachwycił ciszą i tylko ptaków śpiewem. A i bobra wtedy spotkali, co to czmychnął przed nimi wystraszony. Dni ciepłe, wiosenne były to i wędrowanie się wiodło i niewidomej pani spodobało. Na górę Patrol zatem zaszli, gdzie po nawałnicy z gradem obalone drzewa obchodzić musieli, ale i ten szczyt zdobyli. A potem jeszcze na wzniesienie Telegraf się pokusili i ostrą pochyłością nań się wspięli, a wart potu był ten wysiłek, bo i widok cudny znowu Marcin na gród opisał i ptaków posłuchali, i w cieniu pachnących iglastych sił nabrali na powrót.
Że góry najstarsze to są, to już wiecie, ale o rytuałach pogańskich tu uprawianych wspomnieć też należy. Zawędrowali bowiem Marcin z panią niewidomą na szczyt Dobrzeszowskiej. Chmary much ich przywitały, a i las dziki jak mało gdzie. I Leszy ich zwodził, bo na punkt najwyższy nie mogli dotrzeć. A mijali kręgi kamienne rytualne, wąwoziki zapuszczone i cicho tu było, że skórkę gęsią mieli. Ni ptaka, ni zwierza, o człowieku nie wspomnę. W końcu szczyt podbili i czym prędzej w dół pognali, przed deszczem i grzmotami Peruna uciekając. Potem jeszcze na najważniejszą i najwyższą rytualną górę się wybrali. Tu już gawiedzi było dużo, to i raźno się wędrowało na szczyt Łysicy. A ten cały głazami wyłożony i Marcin dzielny swej niewidomej towarzyszce bacznie pod nogi zerkał, co by szczęśliwie trasę pokonać. Bo dodać muszę, iż góry owe gołoborzami wyłożone i atrakcja to niemała i dla oka, i dla chodzenia. A w powrotnej drodze do źródełka podeszli spragnieni, które to z łez Agaty opłakującej siostrę swą powstało. Niewidomym oczy ono leczy, co niewidoma pani wypróbować postanowiła.
Świętokrzyskie te pasma to i rozległe są. Dwa szczyty to nawet ku innym grodom zbliżone. Jeden to Altana, który na ziemi pod władaniem stolicy naszej - Warszawy leży. Tu zdobywcy nasi na łosia się natknęli, co to Marcin pani opisał jako wielkie zwierzę z łopatami i zadem ogromnym. Pomiarkowali się jednak w porę i z drogi się usunęli. Druga góra, co to nie na świętokrzyskiej ziemi leży, to Fajna Ryba. Od właściciela dawnego Wajn Riby się zwie, a w łódzkiem leży. Ważek w tej okolicy fruwało bez liku, co to siadały na Marcinie i niewidomej pani i na nogach, i na brzuchach. Brakowało Marcinowi kolorów do ich opisywania, ale i tak niewidoma pani z zachwytu klaskała.
Wyczytali też w księgach starych nasi wędrowcy, że świętokrzyska ziemia miliony lat temu laguną była. A jak ciepłe wody w nieboskłon uleciały, to geologicznymi zwane atrakcje się pojawiły. Raj to dla wielbicieli kamieni wszelakich, czego Marcin z niewidomą panią zaznali. Na ich trasie wędrownej znalazł się szczyt Sosnowica, gdzie tuż obok kamieniołom czerwony z białymi draśnięciami Marcin pani opisywał. Potem jeszcze na górę Miedziankę trafili, co na czubku niczym tatrzańskie skały miała i takowe widoki naokoło. Tu zachód słońca stał się pomarańczami i czerwieniami i Marcin pani to wszystko ze wzruszeniem opisywał. Na Zelejowej zaś górze słów mu brakowało, by jej skalną ścianę z kolorowych pasów prehistorycznych w głowie namalować. Poszli też jeszcze na Bukową górę, gdzie rezerwat i dzikość ich otoczyła, a buki cień przyjemny dawały, bo lato upalne ich dopadło. Tu niewidoma pani na szczycie niemal omdlała, bo wysokie na siedem metry ostańce skalne, jak zębiska olbrzymów jakiś szczyt zaznaczały. I kij pani podniosła, i ich czubka nie sięgała. A potem między nimi się przechadzała, jak w paszczy olbrzymiej. Na jaskinię też raz się natknęli. Zionęła chłodem, a wrażenie robiła, bo człek by się zmieścił w jej otchłani. Na Kamieniu Michniowskim to było, gdzie u jego stóp muzeum stoi, spalonym wsiom polskim podczas wojny poświęcone.
Cieszyła się też niewidoma pani, jak wśród łanów chodzili i mogła złote kłosy głaskać, i woń ich wdychać, a i jakie to zboże zgadywać. Bo i takie atrakcje pod Grząbami Bolmińskimi mieli. A ludzi przy robocie mijali, jak na Jaźwinę wchodzili, bo czas zbiorów nastał. Jaźwina im się spodobała, bo droga prosta na nią wiodła, a nazwa o starszyźnie przypomniała, kiedy to borsuka jaźwcem zwano.
A skoro już o zwierzynie mowa, wspomnieć wypada, że na Chełmową Górę też przybyli. Ta z 500 kopców mrówek słynie i latem wędrować owe nie dają. A że jesień już ich zastała, to zabytkową, drewnianą bramę minęli, co to oznajmia, iż to pierwszy ścisły rezerwat na tej ziemi i po modrzewiowych liściach wybarwionych złotem, purpurą i brązami szczyt kopulasty obejrzeli. Na nim pomnik poświęcony przyrodnikowi wielkiemu - Marianowi Raciborskiemu. Uczony ten zasłużył się terenom owym i modrzew pospolity odkrył, który tu przeważa.
Razu też jednego na ulubioną górę wieszcza znanego w całym kraju dotarli. Radostowa to góra, przez którą dnia każdego Stefan Żeromski do kieleckiego gimnazjum chadzał. A w przydrożnych kapliczkach rył podpis swój, co onegdaj wandalizmem było, dziś pamiątką zwą.
Potoczyły się tak wędrowców losy, że jedną górę to i nocą przyszło im zdobyć. Tu trasa lekka, brukowana wiodła, wprost na Bony Królowej zamek, toż i nazwa góry Zamkowa. I gwiazdy Marcin opisywał na czarnym niebie, bo bezchmurnie było, i basztę, którą lampy na fioletowo podświetlały, i rozświetlony u podnóża chęciński gród.
Poszli też kiedyś na Siniewską górę, co ich mocno zaskoczyła, bo przed wejściem na szlak gadającą mapą ich przywitała. I niewidoma pani palcami po niej wodziła, kierunki badała, okolice poznawała i o ciekawych rzeczach w okolicy wysłuchiwała. I ten przystanek jest dobry, by wspomnieć Wam, że każdy szczyt, na który się Marcin z niewidomą panią wspięli, miał słupek drewniany z daszkiem trójkątnym. Na nim zaś dla czytających palcami punkty z nazwą wzniesienia i jego wysokością wypukłe.
Przedzierali się jeszcze kilka razy nasi piechurzy przez puszcze jodłowe i knieje pradawne. Wymarłe wioski przy górze Włochy mijali, to znowu na Klonówce dom bogaty zobaczyli znanego tu obywatela. I majestatyczne pasma górskie roztaczały przed nimi swe ramiona, a na każdym na szczyt najwyższy weszli. Oddychali powietrzem leśnym na Otroczu, Sikorzej i Gliniankach. Gawędzili bez liku, podchodząc pod Osieczyńską, Kiełki i Drogosiową. Bo i pytań niewidoma pani miała o widoki, a i Marcin krasił je historiami niezwykłymi od pradziadów zasłyszanymi.
I w końcu grudzień schłodził okolice. Góry wygląd zmieniły na szaro-czarny, drzewa zastygły czarnymi konarami, a Marcin i niewidoma pani na ostatnią górę wspinać się zaczęli. Górę dla nich ważną, bo krwią i powstańców i partyzantów karmioną. I na tej górze właśnie, Szczytniakiem zwanej, w tej szarości zimowej biel i czerwień na flagach ujrzeli, które pod szczytem pamięci o wojach świętokrzyskich strzegą.
I tak oto dzielny i wytrwały Marcin niewidomą panią na 28 szczytów powiódł. Łokieć sumiennie podawał, pod nogi zerkał, a i cuda natury otaczające opisywał. W nagrodę odznakę dostał, która koronie Gór Świętokrzyskich dedykowana i przez PTTK Civitas Kielcensis nadawana. A kółko to metalowe z obwódką czerwoną. Na niej litery czarne, co oznajmiają, co wyżej. Tło niebieskie odznaki, a na środku wiedźma na miotle ku księżycowi leci. Baba Jaga to znana świętokrzyska. Pod nią od lewej krzyż żółty na szczycie, niżej choiny zielone i w dół ku prawej głazy szare. Wszystko to związek z legendami ma i podaniami najstarszych gór w Polsce, Świętokrzyskimi zwanymi.
A dzięki Marcinowi spod Łysicy, niewidoma pani też odznakę dostała i wszyscy byli szczęśliwi i zadowoleni. A góry swoje sławić postanowili i gości w nie prosić.
&&
Myślę, że gdyby zrobić jakiś ranking tematów, które poruszały społeczność osób niewidomych i niedowidzących w ostatnich latach, to w ogólnej klasyfikacji temat hulajnóg elektrycznych uplasowałby się bardzo wysoko. Czy byłby niekwestionowanym numerem jeden? Tego nie wiem, bo społecznością potrząsały także inne zagadnienia, jak dodatek wspomagający czy podział na rencistów socjalnych i tych, z wypracowanym świadczeniem.
Pod koniec stycznia ukazał się w social mediach poniższy komunikat (Pisownia oryginalna):
Hulajnogi elektryczne na wynajem są wygodnym rozwiązaniem dla osób, które chcą szybko pokonać krótką trasę. Po zakończeniu przejazdu, hulajnogę trzeba zaparkować. Jak zrobić to właściwie? Oto co mówią przepisy.
Artykuł 47 ustęp 3 prawa o ruchu drogowym wskazuje dwa dopuszczalne sposoby parkowania hulajnóg elektrycznych.
Zgodnie z prawem, hulajnogę elektryczną można zostawić na chodniku w miejscu do tego przeznaczonym.
Jeśli jednak nie ma miejsca przeznaczonego na postój hulajnóg elektrycznych, pojazd należy zaparkować jak najbliżej zewnętrznej krawędzi chodnika, najbardziej oddalonej od jezdni, równolegle do tej krawędzi. Jednak to nie wszystko. W miejscu parkowania hulajnogi, chodnik musi mieć szerokość minimum 1,5 metra, a postój pojazdu nie może utrudniać ruchu pieszym.
Skomplikowane, prawda? Przyjrzyjmy się, jak parkowanie hulajnóg wygląda w praktyce. Hulajnogi elektryczne często są zostawiane przez ich użytkowników na środku i w poprzek chodników. Zdarza się, że zamiast stać, leżą. Możemy się na nie natknąć także na schodach.
Wniosek nasuwa się sam. Obecne przepisy nie działają, a przestrzeń dla pieszych staje się istnym torem przeszkód! Problem jest poważny tym bardziej, że z roku na rok hulajnóg elektrycznych przybywa.
Wspólnie z Fundacją Vis Maior Pies Przewodnik, Fundacją Instytut Rozwoju Regionalnego, Fundacją Kultury bez Barier, Fundacją dla Niewidomych Misja i Rozwój - Mir, Fundacją Strefa Innowacji, Fundacją Transgresja, Fundacją Zaczyn, Mikołów bez Barier, Polską Fundacją Osób Słabosłyszących, Stowarzyszeniem 04-O, Wielozmysły, Blind&Proud domagamy się skutecznego uregulowania sposobu parkowania hulajnóg elektrycznych w całym kraju!
Tyle komunikat. Dlaczego o nim wspominam? Nie, nie dlatego, że jest to inicjatywa godna uwagi i nagłośnienia, bo na pewno jest, ale mnie zastanawia inna rzecz. Sygnatariusze wyrazili swoje oczekiwania w sposób stanowczy, ale moim zdaniem mało konkretny i realny. Czy hulajnogi są utrapieniem dla niewidomych? Są bez wątpienia. Czy obecne przepisy, dotyczące parkowania, dosyć klarowne moim zdaniem, są honorowane przez użytkowników jednośladów? Nie są, a przynajmniej nie przez każdego. Czy sygnatariusze podali jakieś konkrety? Nie podali. Stwierdzili tylko, że, cytuję: „domagamy się skutecznego sposobu uregulowania parkowania hulajnóg”. Co z tego wynika? Ano to, że obecne przepisy są nieskuteczne. Jak je zweryfikować, aby były skuteczne? Tego nikt nie wie. Nie wie, bo nie może. Generalnie z przepisami jest tak, że jedni ich przestrzegają, a inni nie. Co grozi za nieprzestrzeganie? Konsekwencje! Są mandaty, wezwania do sądu, wyroki itp. I co z tego? Nie istnieją skuteczne sposoby egzekwowania prawa. Czego spodziewają się sygnatariusze zacytowanej wyżej odezwy? Myślę, że chodzi o to, by uregulować drażliwą kwestię parkowania hulajnóg tak, aby przestały one zalegać na chodnikach. Moim zdaniem, jest tylko jeden na to sposób, a mianowicie zlikwidować wypożyczalnie tych jednośladów. Jakiekolwiek wprowadzilibyśmy rozwiązania legislacyjne w kontekście parkowania, to zawsze ktoś przepisy złamie. Możemy domagać się różnych rzeczy. Jest przecież prawo drogowe, ale czy jest ono skuteczne? Są ograniczenia prędkości i czy to znaczy, że wszyscy ich przestrzegają? Oczywiście, że nie! Myślę, że gdyby nawet udało się jakoś karać użytkowników, którzy parkują hulajnogi nieprzepisowo, to i tak nie byłyby to skuteczne przepisy. Ukarano by jednego, drugiego, piątego czy siódmego, ale czy to znaczy, że oni w przyszłości będą parkować przepisowo? Myślenie takie byłoby naiwnością.
Pod powyższym komunikatem pojawiło się kilka komentarzy. Oto niektóre z nich:
1. Jak widzę stojącą na chodniku hulajnogę, to przerzucam ją na trawnik. Mam nadzieję, że to samo będą robić inni. Dla Was lub Waszych bliskich jest to ogromne zagrożenie.
2. Też to robię. Też przeciągam, przestawiam, bo to ciężkie, jak nie wiem co. Takie hulajnogi na trawnik. Jak podniesie, zobaczy ile to waży. Poza tym, gdzie wyobraźnia? My dziś mamy wyobraźnię do końca własnego nosa. A czy komuś obok nie zrobi to krzywdy, to już nie mój problem.
3. Najgorsze w tym wszystkim jest też to, że te hulajnogi stoją centralnie pod drzwiami bloku. Niestety, nie ma żadnej ustawy i ludzie sobie stawiają, gdzie popadnie.
4. Cóż, warto chyba zauważyć, że trawnik to teren zielony i też jest objęty przepisami. Na pewno nie jest to miejsce parkowania dla hulajnóg, bo miejsca zostały wskazane w cytowanym poście. Czy zatem uprzątanie hulajnóg w imię wyższego dobra, choć jest łamaniem jakiegoś prawa, jest usprawiedliwione? Niektórzy uznają, że tak, a inni, puryści prawa, że nie. Kto ma rację?
5. Cóż, ja mam wrażenie, że to kwadratura koła. Przepisy same w sobie nie mogą być skuteczne. Owszem, jedne są bardziej, a inne mniej skuteczne, ale nigdy nie da się ich wyegzekwować w stopniu doskonałym. Nie da się pogodzić interesów użytkowników hulajnóg i niewidomych. Zawsze będzie jakieś „ale”, bo wszyscy jesteśmy ludźmi. Czy tak trudno sobie wyobrazić osobę wyprowadzającą na spacer psa i potykającą się o leżącą na trawniku hulajnogę, którą położył tam jakiś zirytowany niewidomy? Myślę, że nietrudno. Taka osoba mogłaby się domagać skutecznych regulacji w zakresie parkowania jednośladów. I tak w kółko!
6. Czy zatem sygnatariusze cytowanego wyżej komunikatu mają jakieś pomysły? A może po prostu chcą pokazać tylko swoje niezadowolenie i solidarność z niepełnosprawnymi? Nie mnie to oceniać. Niemniej wygląda to trochę tak, jakby nie zdawali sobie sprawy, że ich oczekiwania co do skutecznego egzekwowania prawa są z góry skazane na porażkę. Tyle się mówi o niewsiadaniu za kierownicę po alkoholu i co? Możemy sobie, my, jako społeczeństwo, publikować odezwy do organów wydających ustawy i legalizujących przepisy, ale pijani kierowcy i tak będą.
7. Czy zatem jestem malkontentem, który zarzuca organizacjom, że coś robią? Nie, bo organizacje, które nic nie robią, to słabe organizacje. Tylko czy robienie czegokolwiek to już coś? Naprawdę ktoś sądzi, że jakimiś ustawami da się tak wyegzekwować prawo, że na chodnikach nie będzie hulajnóg? Moim zdaniem to tak, jakby domagać się skutecznego prawa w kwestii zakazu plucia na ulicy.
8. Mam wrażenie, że jedynym skutecznym sposobem na zniknięcie hulajnóg z kolizyjnych kursów jest zlikwidowanie ich wypożyczalni. Posiadacze elektrycznych jednośladów na pewno nie parkują ich na środku chodnika. Tyle, że prawdopodobnie parkują je pod blokiem, a to już czasami stanowi dla nas wyzwanie.
9. Jest jakiś złoty środek?
10. Nie ma. Moim zdaniem żadne przepisy, żadne paragrafy, żadne mandaty nie skasują skutecznie hulajnóg. Nie ma takiej opcji. Póki ktoś nimi jeździ, my będziemy się na nie natykać.
11. Czy to znaczy, że nie powinniśmy się domagać zmian, które miałyby uczynić nasze życie bezpieczniejszym, łatwiejszym i lepszym? Oczywiście, że powinniśmy, ale czasami po prostu skutecznego sposobu nie ma! Skuteczność czegoś polega na zlikwidowaniu problemu, a akurat w tym przypadku nie jest to możliwe. Nie zlikwidujemy hulajnóg żadną nowelizacją przepisów o ich parkowaniu, więc domaganie się skutecznych rozwiązań jest co najmniej naiwne. Wiem, że pisząc w ten sposób, narażam się wielu osobom. Trudno, naprawdę nie chcę stawać okoniem, bo i ja napotykam na dziko rosnące hulajnogi. Wydaje mi się jednak, że tego typu komunikaty, jak ten zacytowany w całości powyżej, mijają się z celem. Chodzi mi o logikę, a nie o zasadę. Ktoś powie: organizacje nie są po to, aby tworzyć prawo, ale po to, aby domagać się jego zmian. Dobrze, w porządku, tylko czy czasami nie jest tak, że żądamy gruszek na wierzbie? Świat jest bardziej skomplikowany niż nam się wydaje. Byłoby idealnie, gdyby na chodnikach nic nie stało, a one same były równe i bez uszczerbków. Byłoby też fajnie, gdyby politycy dotrzymywali obietnic. Tylko, że wówczas nie byliby politykami.
12. No, dobrze, mądralo, więc co zaproponujesz?
13. Nic. Ja nie chcę niczego proponować, bo byłbym hipokrytą. W końcu napisałem, że jedynym skutecznym sposobem rozwiązania problemu źle zaparkowanych hulajnóg jest całkowity zakaz ich używania, a przynajmniej wypożyczania. Na pewno natomiast nie będę w rozmowach z kimkolwiek używał sformułowania: oczekuję skutecznego prawa, bo prawo i przepisy same w sobie nie są skuteczne. Mają pomagać, porządkować, ułatwiać, ale nigdy nie uda się to w stu procentach. Myślę, że można rozmawiać o skuteczniejszych niż obecne regulacjach, ale nie o skutecznych, bo takie po prostu nie istnieją. Wszystko ładnie wygląda na papierze, ale życie weryfikuje wiele rzeczy.
14. Życzę wszystkim, aby jak najwięcej wypożyczających hulajnogi osób parkowało je przepisowo. Tyle, że to i tak niczego nie zmieni, bo nawet najbardziej przepisowo zaparkowana hulajnoga musi gdzieś stać, więc zawsze istnieje szansa, że na nią wpadniemy.
&&
Takie hasło już wiele lat temu głosili politycy, namawiając obywateli do oszczędzania na emeryturę, jednak wydawało się wtedy, że egzotyczne wakacje są poza naszym zasięgiem. Z czasem coraz więcej moich zaczęło podróżować po świecie.
Gdy nasze dzieci dorosły, zdecydowaliśmy się na uczestnictwo w zagranicznych pielgrzymkach organizowanych przez Krajowe Duszpasterstwo Niewidomych, z których wracaliśmy pełni wrażeń duchowych, ale też zachwyceni zwiedzanymi zabytkami, inną niż u nas przyrodą i kąpielami w ciepłych morzach.
Ucieszyłam się więc z prezentu gwiazdkowo-urodzinowego, jakim była wycieczka do Egiptu. Lubię podróżować i byłam już w wielu krajach europejskich, a także w Izraelu, jednak do Afryki miałam wybrać się po raz pierwszy. Przypomniały mi się pozytywne doświadczenia egipskie Heleny Urbaniak, opisane jakiś czas temu w „Sześciopunkcie”, toteż nie odczuwałam żadnych obaw przed tą podróżą. Wraz z synem i dwiema córkami zdecydowaliśmy się na ofertę all inclusive, bo jak szaleć, to szaleć. Wymogłam tylko na mojej młodzieży zgodę na to, że każdy płaci za siebie. Na moją emeryturę pracowałam kilkadziesiąt lat i uważam, że stać mnie, aby raz w życiu zafundować sobie komfortowy wyjazd.
Przy załatwianiu formalności w biurze podróży zapytano, czy potrzebna będzie asysta na lotnisku. Podziękowałam, gdyż uznałam, że byłoby to nadużyciem, ponieważ mam do pomocy aż 3 widzące osoby. Niedawno, podczas podróży do Belgii, z takiej asysty korzystałam i wszystkim mogę tę usługę polecić. Tym razem, zarówno na lotnisku w Warszawie, jak i w Marsa Alam i tak byłam zaopiekowana przez uprzejmą obsługę, która ułatwiała mi przejścia przez wszystkie kontrole.
Po wylądowaniu w Egipcie przekonałam się, że jadąc do tzw. ciepłych krajów, warto ubrać się w parę warstw,
które po wylądowaniu w o wiele wyższej temperaturze można sukcesywnie zdejmować. Z lotniska do hoteli przewożą pasażerów podstawione autokary. Wszystkie hotele w pobliżu Marsa Alam usytuowane są na brzegu morza, tworząc mini oazy na żwirowo-piaszczystej pustyni. Każdy z nich otacza mur, a wewnątrz znajdują się komfortowe budynki z pokojami dla gości, restauracje, baseny i dużo bardzo zadbanej zieleni. Jest to prawdziwa enklawa luksusu w szarym, pustynnym krajobrazie, a przede wszystkim zwraca uwagę kontrast z powszechnie panującą w Egipcie biedą.
Nasz hotel Lazuli znajdował się w odległości 60 km od lotniska. Składał się z kilku jednopiętrowych budynków, oddzielonych pasami zieleni i mnóstwem palm. Pierwszego rana, gdy wyszłam na taras, usłyszałam głośny szum, który skojarzyłam z pobliskim morzem, a to właśnie szumiały palmy poruszane przez wiatr. Z moją rodziną zamieszkaliśmy w dwóch wielkich pokojach, do których wchodziło się z krużganka otaczającego budynek. Z każdego też można było wyjść na taras. Ja otrzymałam pokój dla osób niepełnosprawnych, gdyż w łazience zamontowano kilka uchwytów i szerokie drzwi umożliwiające poruszanie się wózkiem. Codziennie w restauracji mieliśmy zapewnione 3 obfite posiłki, a przez cały dzień w barach serwowano drinki. Obsługa traktowała gości z wielką uprzejmością i wrażliwością na indywidualne potrzeby. Kelnerzy momentalnie zorientowali się, na ile pomoc jest mi potrzebna i jak coś stawiali przede mną na stole, chwytali mnie za rękę, pokazując, gdzie stoi szklanka czy talerz. Zagadywali po angielsku i trochę po polsku, a jak podchodzili do mnie, zawsze mówili swoje imiona. Moja niepełnosprawność nie wywoływała żadnej sensacji, czułam się po prostu zaopiekowana przez uśmiechniętych, życzliwych ludzi.
Siedmiodniowy pobyt mija bardzo szybko, ponieważ specjalni animatorzy proponują mnóstwo różnych aktywności. Korzystałam z aerobiku w basenie z podgrzewaną wodą, gdzie za pierwszym razem córka pokazywała mi, jakie ćwiczenia wykonujemy, ale też w objaśnienia włączyła się pani obok ćwicząca. Rezydent z biura podróży proponował różne wycieczki, oczywiście dodatkowo płatne.
Raz wybraliśmy się autokarem do pobliskiego miasteczka, żeby zwiedzić meczet, kościół koptyjski i trochę odetchnąć lokalną atmosferą. Zaskoczyła nas panująca wszędzie bieda, brud i śmieci. Zaraz przy drzwiach autokaru tłoczyła się gromada obszarpanych dzieci żebrzących i sprzedających drobne pamiątki, np. bransoletki ze skarabeuszem, magnesy z egipskimi widokami. Przewodnik chwycił moją laskę i zaczął odganiać dzieciarnię. Zaprotestowałam, a moje córki kupiły kilka drobiazgów. Wzruszyłam się, gdy mały chłopiec wcisnął mi do ręki magnes, a gdy zaczęłam szukać po kieszeniach czegoś, co mogłam mu dać, pogłaskał mnie po ramieniu i powiedział: „mama nie, mama nie”. Córka wytłumaczyła, że on daje mi prezent, ale ona już coś od niego kupiła. Do dziś jest mi przykro, że się nie zrewanżowałam. Nie zdawałam sobie do tej pory sprawy, w jak trudnych warunkach żyje większość mieszkańców Egiptu. Dopiero później sprawdziłam w Internecie, że np. pensja pracownika hotelu wynosi poniżej stu dolarów, a pracuje się po kilkanaście godzin na dobę. Przewodnik wycieczki wyjaśniał nam, że ponad 90 procent ludności zamieszkuje przede wszystkim nad Nilem, a w Kairze mieszka ponad 23 mln mieszkańców. Pomyślałam, że teraz rozumiem, dlaczego Arabowie za wszelką cenę starają się dostać do Europy, która jawi im się istnym rajem, gdy widzą to hotelowe, luksusowe życie.
Przy okazji zwiedzania meczetu przewodnik chętnie odpowiadał na liczne pytania dotyczące islamu, tym bardziej byliśmy zainteresowani, że właśnie rozpoczął się ramadan.
Kolejnego dnia moja młodzież wybrała się na wyprawę kładami do wioski beduińskiej, a ja słuchałam chóru cykad, siedząc na tarasie. Każdego dnia na plaży proponowano przejażdżki na wielbłądach, które leżały na piasku, czekając na chętnych. Żal było tych zwierząt z widocznymi na zadach bliznami po batach. Syn i córka zafundowali sobie przejażdżkę, a ja tylko pogłaskałam leżącego wielbłąda po uchu.
Pod koniec pobytu staraliśmy się wszystkim pracownikom dać chociaż drobne napiwki, odpłacając się za uprzejmość i życzliwość. Naprawdę zaskoczyło mnie ich naturalne zachowanie wobec osoby niepełnosprawnej. Urlop był dla mnie rewelacyjny pod każdym względem. Skorzystałam ze słońca, skracając sobie zimę, z pływania w basenie, dobrego jedzenia, a przede wszystkim poznałam miłych i przyjaznych ludzi. Wzmocniła się też moja więź z dorosłymi dziećmi, z których każde ma już własne życie.
Mam satysfakcję, że przez kilkadziesiąt lat pracy dorobiłam się emerytury, chociaż nieco niższej od obecnych rent ze wszystkimi dodatkami do dodatków, ale własnej, samodzielnie wypracowanej. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś będę mogła pojechać na takie egzotyczne wakacje, zachowam jednak wspaniałe wspomnienia.
&&
Porównywaliśmy sytuację życiową niewidomych z sytuacją osób z innymi niepełnosprawnościami. Dla pełnego obrazu, zastanówmy się nad sytuacją osób ze złożoną niepełnosprawnością. Są przecież niewidomi, którzy nie słyszą - głuchoniewidomi, niewidomi poruszający się na wózkach inwalidzkich, ociemniali z powodu cukrzycy, niewidomi ze stwardnieniem rozsianym, niewidomi z niepełnosprawnością intelektualną itp.
Brak wzroku w połączeniu z inną niepełnosprawnością wywołuje znacznie rozleglejsze ograniczenia i utrudnienia niż suma tych niepełnosprawności. Dla lepszego zrozumienia, wyobraźmy sobie, że musimy nieść paczkę bez uchwytów, ważącą 30 kilogramów. Przeciętnie sprawny mężczyzna poradzi sobie z takim ciężarem. Jeżeli jednak musiałby nieść dwie paczki, również bez uchwytów, o wadze 15 kilogramów każda albo jedna o wadze 18 kilogramów, a druga 12 kilogramów - ciężar ogólny nie uległby zmianie. Paczki te jednak trudniej byłoby nieść niż jedną o wadze tych dwóch. Może też zdarzyć się, że trzeba nieść dwie paczki o łącznej wadze 30 kg i jeszcze jedną mniejszą. Ta trzecia paczka, chociażby nie powodowała przekroczenia fizycznych możliwości, może sprawić, że z powodu niedogodności niesienia jednocześnie trzech nieporęcznych bagaży, zadanie to stanie się niewykonalne.
Podobnie jest z niepełnosprawnością złożoną. Pamiętamy, że niewidomy traci kontakt ze światem rzeczy, a głuchy ze światem ludzi. Osoba głuchoniewidoma natomiast pozbawiona jest dwóch najważniejszych zmysłów dalekiego zasięgu i ma utrudnione kontakty ze światem materialnym oraz z ludźmi.
Niewidomy ma duże trudności w samodzielnym poruszaniu się, np. po ulicach miast. Inne trudności i ograniczenia ma osoba poruszająca się na wózku. Ale przecież zdarza się, że niewidomy musi poruszać się na wózku. Jego trudności stają się niewyobrażalnie dotkliwe.
Każde dodatkowe schorzenie, każda dodatkowa niepełnosprawność, chociażby niewielka, w połączeniu z innymi, np. brakiem wzroku, powoduje nieproporcjonalnie wielkie trudności. A przecież są osoby z kilkoma różnymi niepełnosprawnościami. Ich sytuacja życiowa jest bardzo skomplikowana i trudna.
Nie oznacza to jednak, że osoby ze złożoną niepełnosprawnością nie posiadają żadnych życiowych możliwości. Jeżeli zachowały sprawny umysł, jeżeli ich zdolności i wola walki z przeciwnościami są znaczne, mogą one osiągnąć bardzo dużo, a ich sukcesy świadczą o niemal niezniszczalnym potencjale człowieka. Przykłady na prawdziwość tego twierdzenia znajdziesz w podrozdziale 16.3. „Przewodnika po problematyce osób niewidomych i słabowidzących”.
Bez wątpienia, każda z opisanych tam osób wymagała pomocy. Nie byłoby sukcesów Heleny Keller, gdyby nie jej nauczycielka Anna Sullivan. Nie byłoby prac naukowych Januarego Kołodziejczyka, gdyby nie jego żona, która zapewniła mu wszechstronną pomoc i opiekę. Nie byłoby też książek, artykułów i recenzji Michała Kaziowa, gdyby nie Halina Lubicz, która pomagała mu przez kilkadziesiąt lat w życiu codziennym, w zdobyciu i wykorzystaniu wykształcenia.
Każdy z nas potrzebuje pomocy. Wymienione osoby potrzebowały jej znacznie więcej. Ważne jest jednak, że pomoc tę otrzymały. I to jest bardzo optymistyczne.
Reasumując, można stwierdzić, że wybitne osoby niepełnosprawne mogą osiągnąć imponujące sukcesy naukowe, twórcze czy artystyczne. Same zdolności jednak nie są wystarczające. Niezbędna jest wola walki z ograniczeniami i własną słabością. Niezbędna jest pracowitość i upór w dążeniu do celu oraz pomoc innych ludzi.
Przeciętni ludzie, w tym niewidomi, nie mają tak wielkich możliwości, jak osoby wybitne. Nie oznacza to, że nie posiadają żadnych. Ważne jest, by nie rezygnowali z tego, co jest możliwe, by uparcie i konsekwentnie starali się wykorzystywać swój potencjał, przynajmniej w nieco wyższym stopniu niż wykorzystują przeciętni ludzie. Jest to konieczne, gdyż niepełnosprawność zawsze powoduje ograniczenia, a przezwyciężanie ich wymaga dodatkowego wysiłku i czasu. Bez tego nie ma rehabilitacji, nie ma usamodzielnienia, nie ma wyników w pracy zawodowej ani w żadnej dziedzinie działalności. Tak naprawdę prawdziwym nieszczęściem jest pogodzenie się z ograniczeniami, poddanie się trudnościom, rezygnacja z wysiłku, poprzestawanie na minimum, zaniżenie wymagań w stosunku do siebie. Jeżeli ktoś uzna, że brak wzroku pozbawił go jakichkolwiek możliwości, nieszczęście stanie się faktem i nikt nie będzie mógł temu zaradzić.
Źródło: „Przewodnik po problematyce osób niewidomych i słabowidzących”
&&
8 lutego 2025 roku na uroczystej gali w olkuskim MOK - koło powiatowe PZN w Olkuszu zostało uhonorowane nagrodą Cordis Nobilis w kategorii „organizacja” za 2024 rok. Jest to nagroda burmistrza miasta i gminy Olkusz, przyznawana w czterech kategoriach: organizacja, osoba, filantrop, wolontariusz i honorująca „osoby działające na rzecz dobra innych”.
To Zaszczytne wyróżnienie otrzymaliśmy z rąk burmistrza miasta i gminy Olkusz, pana Romana Piaśnika.
Ogromnie cieszymy się, że ta nagroda „wydarza się” w przeddzień wielkiego dla nas jubileuszu 75-lecia działalności na rzecz środowiska osób niewidomych i słabowidzących na terenie powiatu olkuskiego. Jesteśmy tutaj najstarszą organizacją.
Traktujemy tę nagrodę jako docenienie całego środowiska osób niewidomych i słabowidzących, ale też dostrzeżenie ich potrzeb i bolączek.
Nasi członkowie to zwyczajni - niezwyczajni bohaterowie codzienności, którzy mierząc się z własnymi ograniczeniami i niepełnosprawnością, każdego dnia stają niejako ponad swoim losem! Nie jest to łatwe. Ich optymizm, pokora i radość życia powodują, że dla wielu zdrowych są prawdziwym wzorem do naśladowania.
Marta Michoń prezes koła powiatowego PZN w Olkuszu