Sześciopunkt Magazyn Polskich Niewidomych i Słabowidzących ISSN 2449–6154 Nr 12/117/2025 Grudzień Wydawca: Fundacja „Świat według Ludwika Braille’a” Adres: ul. Anny Walentynowicz 9 pok. 121 20–328 Lublin Tel.: 697–121–728 Strona internetowa: http://swiatbrajla.org.pl Adres e-mail: biuro@swiatbrajla.org.pl Redaktor naczelny: Teresa Dederko Tel.: 608–096–099 Adres e-mail: redakcja@swiatbrajla.org.pl oraz Kolegium redakcyjne Na łamach „Sześciopunktu” są publikowane teksty różnych autorów. Prezentowane w nich opinie i poglądy nie zawsze są tożsame ze stanowiskiem Redakcji i Wydawcy. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam, ogłoszeń, informacji oraz materiałów sponsorowanych. Redakcja zastrzega sobie prawo do skracania, zmian stylistycznych oraz opatrywania nowymi tytułami materiałów nadesłanych do publikacji. Materiałów niezamówionych nie zwracamy. Publikacja dofinansowana ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Logo PFRON && SPIS TREŚCI Życzenia Od redakcji Błękitna kolęda - Jan Pietrzycki Nowinki tyfloinformatyczne i nie tylko Prezent perfekt, czyli słuchaj uchem… - Wojciech Maj Zdrowie bardzo ważna rzecz Insulinooporność – nie wyrok, a sygnał do działania - Radosław Nowicki Z poradnika psychologa Jak spokojnie i szczęśliwie spędzić Święta - Agata Sierota Z polszczyzną za pan brat Kąpiel - Tomasz Matczak Rehabilitacja kulturalnie Helen Keller, czyli moc przełamywania barier - Paweł Wrzesień Między geniuszem a upadkiem. Historia Amy Winehouse - Radosław Nowicki Felietony zza zasłony. Radość życia, czyli sekrety radosnego istnienia - Danuta Szewczyk Paczki z Niemiec na Christmas - Maria Dąbrowska Warto posłuchać - Izabela Szcześniak Galeria literacka z Homerem w tle Opowiadania - Andrzej Liczmonik Nasze sprawy Odnaleźć się w nowej rzeczywistości - Iwona Włodarczyk Sylwester i Nowy Rok - Krystian Cholewa „50 plus” i co dalej?… – z Grzegorzem Kukiełką rozmawia Renata Nowacka– Pyrlik Listy od Czytelników Tańcem i śpiewem Polska malowana, czyli Warsztaty Kulturalne dla osób z dysfunkcją wzroku. - Agnieszka Kukla Ogłoszenia Podziękowanie Prośba o wsparcie && Życzenia Drodzy Czytelnicy i Przyjaciele miesięcznika „Sześciopunkt”! Przed nami te najpiękniejsze w polskiej tradycji święta Bożego Narodzenia, niosące radość i atmosferę ciepła rodzinnego. Dołączając się do życzeń składanych przy wigilijnym stole, z całego serca życzymy wzajemnej życzliwości, poczucia bezpieczeństwa i bliskości z otaczającymi nas ludźmi, a także mnóstwa wspaniałych prezentów pod choinką. Niech przez cały następny rok w naszych domach gości miłość, szczęście i spokój. Życzy zespół redakcyjny, który właśnie uśmiecha się do Czytelników i Autorów „Sześciopunktu”! && Od redakcji Drodzy Czytelnicy! Jak co roku, w numerze grudniowym „Sześciopunktu” nawiązujemy do świąt Bożego Narodzenia. W „Galerii literackiej” publikujemy refleksyjne opowiadania znanego autora, pana Andrzeja Liczmonika. W dziale „Rehabilitacja kulturalnie”, oprócz artykułu poświęconego zmianom w obchodzeniu świąt, przypominamy biografię i dokonania wybitnej postaci, jaką była Helen Keller. W okresie świątecznym myślimy też o bliskich, którzy odeszli już na drugą stronę i nie zasiądą z nami przy wigilijnym stole. Pod koniec października zmarł nasz wyjątkowy kolega, Grzegorz Kukiełka, znany Czytelnikom z biblioteki PZN. Wspominając jego wielką życzliwość, uczynność, poczucie humoru, a przede wszystkim prawdziwe bohaterstwo z jakim znosił cierpienie, zapraszamy do lektury wywiadu, który z Grzegorzem kilka lat temu przeprowadziła Renata Nowacka–Pyrlik. Jak zwykle, polecamy Państwa uwadze nasze poradniki przynoszące wiele praktycznej wiedzy. Zapraszamy do kontaktu z redakcją i biurem Fundacji. Zespół redakcyjny && Błękitna kolęda Jan Pietrzycki Ktoś miłowany tu przyjdzie – dobre obejmą nas ręce. I będą nasze uśmiechy srebrnym błękitem dziecięce. Ktoś miłowany nam powie: Tęsknotą waszą zakwitnę, Ponad srebrnymi łodziami ujrzycie żagle błękitne. Jakże daleko – daleko fala nas życia poniosła. Wszystko się ku nam przybliży: żagle i łodzie, i wiosła. Wszystko się ku nam przybliży i w zachwyceniu ukaże. Dawno zgubione radości, imiona nasze i twarze. Gwiazdy melodią zaszumią, Struny się dźwiękiem rozpędzą. Będziemy sami dźwiękami I tą błękitną kolędą. && Nowinki tyfloinformatyczne i nie tylko Prezent perfekt, czyli słuchaj uchem… Wojciech Maj Niechaj Czytelnik łaskawy nie obawia się, nie będziemy się uczyli angielskiego! Mamy okres świąteczny, czas wypoczynku, zanurzenia się w spokoju, może w jakiejś kulturalnej – mniej lub bardziej – rozrywce. Jak się mawiało w podkrakowskiej wsi, skąd biorą się moje korzenie – czas, kiedy „trza długo spać, dobrze zjeść i pomału chodzić”! Ja, natomiast dodam – „… i nasłuchiwać piękna”! Ale dość tych odlecianych wynurzeń! Autorze, weź się w garść! Tytuł tego tekstu jest nie od rzeczy, o prezentach będzie bowiem mowa, jako że skoro Święta to i prezenty! Ale co by tu podpowiedzieć?… Tyle jest różnych możliwości… Może i tym razem tytuł nam się tu przysłuży… Owszem, będzie o słuchaniu, a dokładniej o słuchawkach. Dla osoby z dysfunkcją narządu wzroku słuchanie jest niemal tym samym, czym oglądanie dla osoby dobrze widzącej, więc słuchawki mogą dla nas stanowić naprawdę doskonały prezent! Ale jakie słuchawki wybrać? Są słuchawki przewodowe i bezprzewodowe, pewnie te ostatnie bardziej atrakcyjne ze względu na większą elastyczność użytkowania. Są wielkie i maleńkie – jedne nie zawsze wygodnie jest zabrać ze sobą, drugie znów łatwiej jest zgubić… Powiedzmy sobie zatem kilka słów o różnych rodzajach słuchawek, na koniec zaś, zaproponuję jedne, które najbardziej polecam ze wszystkich powodów. A więc do rzeczy! Są zatem słuchawki nagłowne zamknięte, takie z ogromną muszlą przesłaniającą całą małżowinę uszną i odcinające niemal doskonale zakłócające słyszane dźwięki z otoczenia; ale takie słuchawki mogą być mniej uniwersalne, bo nie nadają się zupełnie do użytku w sytuacji, gdy słuchając, chcemy jednocześnie się przemieszczać. Przy tym są takie ogromne, zajmują tyle miejsca, że nie zawsze jest nam wygodnie zabierać je gdzieś ze sobą, a w dodatku po jakimś czasie użytkowania można odnosić wrażenie, że jest nam w nich gorąco… Nadają się za to doskonale do słuchania wysokiej klasy nagrań Hi–Fi tam, gdzie jesteśmy bezpieczni, lecz otoczenie generuje sporo zbędnych dźwięków. Są słuchawki nauszne zamknięte, niemal tak dokładnie, jak wspomniane wyżej słuchawki nagłowne, odcinające dźwięki z zewnątrz i jeśli chodzi nam o niezakłócone słuchanie muzyki czy książki w głośnym otoczeniu – mogą być doskonałym wyborem, jednak znów – poruszanie się z takimi słuchawkami na uszach jest „po niewidomemu” zdecydowanie niewskazane! No i ciągle są to słuchawki dość duże, choć już zdecydowanie mniejsze i łatwiej jest je zabierać ze sobą w drogę. Jako osoba słuchająca często różnych materiałów w słuchawkach mogę powiedzieć, że ten rodzaj zdecydowanie bardziej mi odpowiada, gdy potrzebuję odciąć się od dźwięków z zewnątrz i znajduję się w bezpiecznym otoczeniu. Są słuchawki nauszne półotwarte, przykrywające małżowinę uszną dokładnie, jednak wyposażone w poduszeczki gąbkowe, przez które przenika nieco dźwięku z otoczenia, dzięki czemu – o ile dźwięk w samych słuchawkach nie jest naprawdę głośny – możemy lepiej lub gorzej słyszeć, co się dzieje dookoła nas. Takie słuchawki są zwykle wygodne i można w nich długo pracować, ale samodzielne poruszanie się w takich słuchawkach nie byłoby bezpieczne. Najlepiej chyba nadają się do pracy w otoczeniu biznesowym, gdy potrzebna jest nam dyskrecja, niemal pełne odizolowanie się od otoczenia przy jednoczesnej możliwości dosłyszenia ważnego komunikatu z zewnątrz, na przykład informacji, że szef nas wzywa do siebie… Są słuchawki douszne, które są naprawdę maleńkie i można je zawsze nosić przy sobie nawet w niewielkiej kieszeni, jednak swobodnie zawieszane wewnątrz małżowiny usznej mogą łatwo wypadać, a będąc tak małe, mogą też łatwo nam zginąć. Korzystając z tego rodzaju słuchawek, odczuwam stale lekki stres, że słuchawka może mi w którymś momencie wypaść i że jej nie znajdę. Są też – równie niewielkie – słuchawki dokanałowe, które wsuwa się dość głęboko do kanału usznego, a dzięki gumowej nakładce są one tam dobrze umocowane i zasadniczo nie wypadają z uszu; jednak takie słuchawki znów całkowicie blokują informację dźwiękową z otoczenia, co czyni je mniej uniwersalnymi, nadającymi się raczej do słuchania stacjonarnie w zaciszu domowym czy w podróży, ale dopiero wówczas, kiedy już wygodnie usiądziemy na swoim miejscu w wagonie czy samochodzie. Ja tego rodzaju słuchawek, niestety, najbardziej nie lubię. Zarówno słuchawki douszne jak i dokanałowe najczęściej dostarczane są w etui ładujących, co pozwala na wielogodzinne korzystanie z nich w podróży dzięki możliwości doładowania ich dosłownie w dowolnej chwili. Są pojedyncze słuchawki, zawieszane na małżowinie usznej przy pomocy zausznika, najczęściej nazywane zestawami słuchawkowymi, służą bowiem przede wszystkim jako zestawy z mikrofonem do rozmów. Taka słuchawka właściwie nie nadaje się do słuchania muzyki, przyzwyczailiśmy się już bowiem do stereofonii (i nie warto tego zmieniać), ale na przykład do słuchania książki nadaje się bardzo dobrze. Oczywiście, wszystkie wyżej wymienione rodzaje słuchawek również mogą być wyposażone w mikrofony, a słuchawki douszne i dokanałowe mogą też najczęściej być używane pojedynczo, pełniąc taką samą rolę co zestawy słuchawkowe, o których mowa powyżej, z tym, że będąc wyposażone w etui ładujące, wydają się być rozwiązaniem od nich lepszym. Zestawy słuchawkowe czy pojedynczo używane słuchawki douszne lub dokanałowe zostawiają jedno ucho w pełni dostępne do słuchania dźwięków z otoczenia, więc możemy z nich korzystać, gdy przemieszczając się po niewidomemu czy z ograniczonym wzrokiem, chcemy, na przykład w trakcie samodzielnego poruszania się słyszeć podpowiedzi aplikacji do nawigacji. Jednak słuchanie otoczenia jednym uchem nie jest bezpieczne, gdyż zaburzona jest stereofonia, a więc słyszenie przestrzenne, wskutek czego możemy łatwo pomylić się co do kierunku, a nawet odległości docierającego do nas dźwięku z otoczenia i nie uniknąć zagrożenia. A jednak to właśnie słuchawki, umożliwiające bezpieczne samodzielne wyjście z domu, mogłyby stanowić doskonały prezent pod choinkę dla osoby z dysfunkcją wzroku! Czy zatem nie ma słuchawek, które byłyby idealne dla niewidomego czy słabowidzącego użytkownika chcącego samodzielnie bezpiecznie podróżować, korzystając z pomocy którejś z licznych aplikacji, wspierających samodzielne poruszanie się? Mnie nie udało się jeszcze znaleźć rozwiązania pod tym względem idealnego, jednak dwa rodzaje słuchawek są dla nas szczególnie interesujące i najbardziej do wymarzonego ideału się zbliżają. Pierwsze, to słuchawki wykorzystujące przewodnictwo kostne. Słuchawki takie utrzymują się na głowie przy pomocy pałąka łączącego je za potylicą, przy czym same słuchawki nie są umieszczane na uszach czy wewnątrz małżowiny usznej, lecz na policzkach tuż przed skrawkiem ucha (łac. Tragus), niewielkim elementem chrzęstnym zlokalizowanym tuż przed zewnętrznym kanałem usznym. Słuchawki takie pozostawiają oba kanały uszne całkowicie odsłonięte i są zdecydowanie najbardziej bezpieczne spośród wszystkich dotychczas omówionych rodzajów słuchawek w sytuacji korzystania z podpowiedzi aplikacji nawigacyjnych, gdyż jednocześnie osoba poruszająca się samodzielnie ma pełny dostęp do dźwięków otoczenia. Mają one jednak tę cechę, że przekazują dźwięk w sposób nietypowy, za pomocą wibrujących przetworników umieszczonych na skórze policzków, zaś sam dźwięk przekazywany jest poprzez drgania układu kostnego. Może to po dłuższym czasie użytkowania dawać dość nieprzyjemne doznania, toteż niektórzy użytkownicy po prostu ich nie znoszą. Na koniec, pragnę przedstawić jeszcze jedno rozwiązanie, również zupełnie nieblokujące dostępu do zewnętrznego kanału usznego, a więc pozostawiające pełny dostęp do dźwięków otoczenia, a przy tym bazujące na standardowym sposobie słuchania. Rozwiązaniem tym są słuchawki działające na zasadzie przewodnictwa powietrznego. Zawiesza się je na uszach, każdą z osobna, za pomocą zintegrowanego zausznika, przy czym przetwornik ulokowany zostaje wysoko wewnątrz małżowiny usznej tak, że zewnętrzny kanał uszny jest całkowicie odsłonięty, zaś dźwięk ze słuchawek dostarczany jest do ślimaka w górnej strefie wewnątrz małżowiny usznej i dociera do kanału usznego od góry. W ten sposób użytkownik słyszy zarówno dźwięk ze słuchawek, jak i dźwięki z otoczenia standardową drogą poprzez zewnętrzny kanał uszny; unika się charakterystycznych dla słuchawek z przewodnictwem kostnym nieprzyjemnych dla niektórych użytkowników skutków wibracji na skórze; unika się pałąka z tyłu głowy, a więc można z nich korzystać nawet na leżąco; utrzymujące słuchawki na uszach zauszniki są bardzo wygodne, a przy tym słuchawki bardzo dobrze trzymają się na głowie; w razie potrzeby można ich używać pojedynczo, co w przypadku słuchawek z przewodnictwem kostnym nie jest możliwe; wyposażone są w etui ładujące, co daje bardzo długi czas użytkowania bez konieczności ładowania z sieci elektrycznej, a przy tym słuchawki tego typu mają doskonały dźwięk i – co nie jest też bez znaczenia – są, mimo otwartej konstrukcji, bardzo dyskretne. Mają one zatem rzeczywiście wiele zalet i jedną wadę – nie są najtańsze. Jeśli jednak chcemy komuś lub sobie sprawić naprawdę atrakcyjny prezent i gotowi jesteśmy wydać na niego kilkaset złotych, będzie to rzeczywiście, że się tak wyrażę, „prezent perfekt”! Chyba najtańsze dobrej klasy słuchawki tego typu to Huawei FreeArc, które można zakupić w cenie ok. 400 zł. Sam takich słuchawek używam i Ciebie, szanowny Czytelniku, szczerze do tego zachęcam! && Zdrowie bardzo ważna rzecz Insulinooporność – nie wyrok, a sygnał do działania Radosław Nowicki Szacuje się, że nawet 20–25% Polaków może mieć insulinooporność, ale większość z nich w ogóle nie zdaje sobie z tego sprawy. To zaburzenie rozwija się po cichu, często latami, nie powodując bólu ani nie wysyłając wyraźnych sygnałów alarmowych. Glukoza krwi bywa w normie, więc wyniki mogą uspokajać, a tymczasem organizm coraz gorzej reaguje na insulinę. Jaki jest tego efekt? Przewlekłe zmęczenie, kłopoty z koncentracją, przybieranie na wadze, stłuszczenie wątroby, a w dalszej perspektywie znacznie poważniejsze choroby. Sam o posiadaniu insulinooporności dowiedziałem się zupełnie przez przypadek, wykonując odpłatnie badania. Niestety, lekarz rodzinny nie ma w koszyku świadczeń gwarantowanych oznaczenia poziomu insuliny, więc trzeba zapłacić, aby wykonać odpowiednie badania. Najprostrzym z nich jest obliczenie wskaźnika HOMA – IR na podstawie poziomu glukozy i insuliny na czczo. Bardziej złożoną ocenę insulinooporności otrzyma się po wykonaniu krzywej glukozy i insuliny. Pomocniczo można również wykonać próby wątrobowe, profil lipidowy lub morfologię glikowaną. Czym więc jest insulinooporność? To stan, w którym komórki przestają prawidłowo reagować na działanie insuliny, czyli hormonu odpowiedzialnego za obniżanie poziomu glukozy we krwi. Aby zrozumieć to zaburzenie, warto najpierw poznać rolę samej insuliny. Jest ona produkowana przez trzustkę i działa jak klucz do komórek, umożliwiając im pobieranie glukozy z krwi, a następnie wykorzystywanie jej jako źródła energii. W prawidłowych warunkach, po zjedzeniu posiłku, poziom glukozy we krwi rośnie, trzustka wydziela insulinę, a komórki mięśni, wątroby i tkanki tłuszczowej „otwierają drzwi”, by przyjąć glukozę. Po kilku godzinach wszystko wraca do równowagi, a proces ten powtarza się cyklicznie, np. po zjedzeniu posiłku. W insulinooporności komórki przestają jednak reagować na ten sygnał. W efekcie trzustka musi produkować coraz więcej insuliny, by utrzymać glukozę w ryzach. To działa przez pewien czas, bo cukier we krwi pozostaje w normie, ale organizm zaczyna żyć na „kredycie metabolicznym”. W końcu zaczynają się problemy, bo nadmiar insuliny nie jest obojętny. Sprzyja bowiem odkładaniu tłuszczu trzewnego, powoduje wahania energii i nasila stany zapalne, a nieleczona insulinooporność może prowadzić do wielu chorób, wśród których na pierwszym miejscu wymienia się cukrzycę typu 2. Insulinooporność często przebiega skąpoobjawowo, a wiele osób nie odczuwa żadnych dolegliwości. Jest jednak kilka sygnałów ostrzegawczych, które mogą wskazywać na to zaburzenie, chociaż równie dobrze można przypisać je do wielu innych schorzeń, stąd też często są bagatelizowane i lekceważone. Należą do nich między innymi: przewlekłe zmęczenie, wahania nastroju i spadki energii, ospałość po posiłkach, problemy z koncentracją, w tym tzw. mgła mózgowa, przybieranie na wadze (zwłaszcza w okolicy brzucha), uczucie głodu niedługo po jedzeniu, ochota na słodycze, a nawet zmiany skórne. Przyczyn insulinooporności może być wiele. Często poszczególne z nich nakładają się na siebie. Do najczęstszych można zaliczyć: nadwagę, siedzący tryb życia i brak aktywności fizycznej, niezdrową dietę, w tym spożywanie zbyt dużej ilości cukrów prostych, tłuszczów trans, przetworzonej żywności i nieregularne posiłki, używki, takie jak chociażby alkohol lub papierosy, przewlekły stres, niedobór snu, zaburzenia rytmu dobowego, predyspozycje genetyczne, antydepresanty, a nawet sterydy. Choć insulinooporność nie jest chorobą samą w sobie, to jest wyraźnym sygnałem ostrzegawczym w organizmie, stanem poprzedzającym cukrzycę typu 2, prowadzi do zespołu metabolicznego oraz podwyższonego kwasu moczowego, u kobiet do zespołu policystycznych jajników i podwyższonego poziomu estrogenu, a u mężczyzn do obniżonego poziomu testosteronu, przyspiesza rozwój chorób serca, nadciśnienia, miażdżycy czy niealkoholowego stłuszczenia wątroby. Na szczęście w wielu przypadkach można ją odwrócić albo przynajmniej znacząco osłabić. Wystarczy wprowadzić szereg istotnych zmian w stylu życia, a czasami połączyć je z farmakoterapią zaleconą przez lekarza. Im wcześniej zostaną podjęte działania, tym łatwiej będzie przywrócić organizm do stanu równowagi. Co więc trzeba zmienić w swoim życiu? Dla osób z nadwagą kluczowa jest redukcja masy ciała (zwłaszcza otyłości brzusznej). Należy zwiększyć aktywność fizyczną w postaci chociażby ćwiczeń siłowych (oporowych) w połączeniu z ćwiczeniami aerobowymi w postaci biegania, pływania, jazdy na rowerze, a nawet jogi oraz wprowadzenia 10 tysięcy kroków dziennie, co poprawi insulinowrażliwość i profil metaboliczny. Równie istotnym czynnikiem jest wyeliminowanie używek (np. alkohol, papierosy) oraz odpowiednia dieta o niskim lub umiarkowanym indeksie glikemicznym i o zmniejszonej ilości węglowodanów. Należy wprowadzić 3, 4 posiłki spożywane o regularnych porach z dużą ilością błonnika (warzywa, produkty pełnoziarniste, nasiona strączkowe) i o odpowiednim bilansie białka (indyk, drób, jajka, ryby, nabiał) i zdrowych tłuszczów (awokado, orzechy, pestki dyni, słonecznik, nasiona chia, oliwa z oliwek). Wyeliminować cukier, białe pieczywo, biały ryż, tłuszcze trans i produkty wysokoprzetworzone oraz umiejętnie łączyć produkty o wysokim indeksie glikemicznym, takie jak chociażby ziemniaki, kasza jaglana czy owoce z tymi, które go obniżają. Istotne jest też to, aby nie podjadać między posiłkami. Można też wprowadzić post przerywany, czyli jeść przez 8–9 godzin w ciągu doby, np. w godzinach 10–19, a w pozostałych dać czas organizmowi na regenerację. Ważnym aspektem jest również ograniczenie stresu, dbałość o minimum 7 godzin snu dziennie oraz wprowadzenie technik relaksacyjnych, takich jak medytacja, joga, oddech przeponowy, co przełoży się na zmniejszenie poziomu kortyzolu. Dodatkiem do wychodzenia z insulinooporności może być farmakoterapia, chociażby w postaci metforminy, ale nie stanowi ona pierwszej opcji i nie jest substytutem zdrowego trybu życia. Kluczowa jest właśnie zmiana stylu życia, a leki mogą być jedynie wsparciem w określonych przypadkach klinicznych. Na szczęście insulinooporność nie jest wyrokiem. Stanowi rodzaj ostrzeżenia, swego rodzaju żółtego światła, które daje nam czas na korektę kursu, zanim zapali się czerwone. Wyobraźcie sobie, że Wasz organizm to miasto. Insulina to sygnalizacja świetlna, która kieruje ruchem glukozy. Gdy działa sprawnie, wszystko płynie bez korków. Gdy przestaje, powstaje chaos. Na szczęście w tym mieście możecie stać się prezydentem lub burmistrzem. Zmieniając sposób jedzenia, wprowadzając ruch i dbając o regenerację, naprawicie światła, zanim dojdzie do poważnych wypadków. Pamiętajcie, że insulinooporność nie musi prowadzić do chorób, a może być początkiem lepszego życia. Wdrożenie zmian może nie tylko zapobiec cukrzycy typu 2 i wielu innym powikłaniom, ale przede wszystkim może poprawić Wasze samopoczucie na co dzień (lepszy sen, stabilniejszy nastrój, więcej energii). Najtrudniejszy jest pierwszy krok, ale zapewniam Was, że każdy kolejny będzie łatwiejszy, a Wasze ciało odwdzięczy Wam się szybciej niż myślicie. Zachęcam wszystkich do zainwestowania w swoje zdrowie, wykonania odpowiednich badań oraz oznaczenia poziomu glukozy i insuliny we krwi na czczo, bo może też macie insulinooporność, a wcale o tym nie wiecie. && Z poradnika psychologa Jak spokojnie i szczęśliwie spędzić Święta Agata Sierota Bożonarodzeniowy czas, pomimo powtarzanych życzeń „Spokojnych Świąt”, często kojarzy się z pośpiechem, natłokiem rzeczy do zrobienia i zdenerwowaniem. Zamiast kolejny rok powtarzać te same błędy, sprawiające, że po Świętach czujesz zmęczenie, zorganizuj je inaczej. Świąteczny czy męczący czas? Bywa, że w święta Bożego Narodzenia, zamiast spędzić je radośnie i nieco odpocząć od codzienności, wpadamy w wir przygotowań: kupowanie prezentów, gotowanie potraw, sprzątanie mieszkania itd. Spotkania z rodziną również nie zawsze wypadają tak, jak to sobie wymarzyliśmy. Sprzeczka światopoglądowa czy złośliwe uwagi na temat czyjejś pracy, czy stylu życia sprawiają, że Wigilia przeistacza się w słowne pole bitwy. Wyłącz automatycznego pilota Nasz umysł działa przez większość czasu na tzw. automatycznym pilocie i często nie jest skłonny do zmian, nawet wtedy, gdy coś nie pasuje nam czy męczy. Oznacza to, że wiele rzeczy w podobnych, powtarzających się sytuacjach robimy tak samo. Dotyczy to także zachowań w Święta. Świąteczne zmęczenie bardzo często wynika z przekonania, że wszystko musi być perfekcyjne i zgodne z tradycjami. Często ta wewnętrzna presja, połączona z poczuciem winy, stresuje równie silnie, jak naciski ze strony rodziny, która stara się czasem nami dyrygować przy wigilijnych przygotowaniach. Warto się nad tym zastanowić. Jak odpoczywać w Święta? Dla każdego z nas słowo „odpoczywać” może oznaczać coś zupełnie innego. Trzeba o tym pamiętać, zanim popsujemy komuś humor, mówiąc np. „Nie rozumiem, jak możesz w Święta …”. Jest jednak kilka sprawdzonych i uniwersalnych zasad, które mogą sprawić, że tegoroczne Boże Narodzenie będzie lepsze niż poprzednie. Może dzięki temu poczujesz tzw. magię Świąt? Spróbuj wykorzystać podstawową zasadę wypoczynku By dobrze odpocząć w Święta, trzeba stworzyć inne warunki niż mamy na co dzień. Co to znaczy? Jeżeli zazwyczaj masz wiele kontaktów z ludźmi, Święta w wąskim, rodzinnym gronie, a nawet chwile czasu w spokoju i samotności będą dla ciebie wytchnieniem. Idealny może być milczący, długi spacer po parku lub lesie czy słuchanie ciekawego audiobooka, na który ciągle nie było czasu. Jeśli zwykle dni spędzasz samotnie, może przyda ci się zmiana otoczenia, przyjęcie zaproszenia od rodziny, spotkania z wnukami czy wyjazd. Rozmowy podczas spaceru to dobry pomysł, bo ruch sprzyja oczyszczaniu umysłu z kłębiących się myśli i odprężeniu. Nie ulegaj naciskom innych, rób to, na co masz ochotę Zdarza się tak, że gdy słyszysz przed Świętami: „Mamo, już nie mogę doczekać się twoich pierożków z grzybami” wiesz, że wizja Świąt w sanatorium, gdzie wszystko podadzą i nic nie musisz robić, rozpływa się w nicości. Bywa też inaczej i czasem rodzina naciska na aktywne spędzenie Bożego Narodzenia na wyjeździe, a dla ciebie istotą Świąt jest rodzinny tłok w mieszkaniu i kolędowanie z sąsiadami. Często ulegamy presji rodziny czy przyjaciół, albo medialnej nagonce na aktywne formy wypoczynku. Nie wpadaj w pułapkę spełniania oczekiwań innych czy lansowanej mody. Spróbuj wspólnie z członkami rodziny ustalić taką formę Świąt, która cieszyłaby wszystkich. Wbrew pozorom, nie jest to takie trudne, np. można na wyjazd wspólnie przyrządzić i zabrać wasze tradycyjne potrawy, a nie korzystać z hotelowego cateringu. Jest to jakiś kompromis. Pokonaj wewnętrzną presję Presja otoczenia zwykle nie jest tak silna, jak ta, którą sam możesz sobie narzucić. Niektórzy po prostu nie potrafią siedzieć bezczynnie i delektować się świątecznym lenistwem. Wielu z nas przeszkadzają w relaksie nierozwiązane problemy, odłożone sprawy czy planowane zabiegi medyczne. Tymczasem może wystarczyć zamiast: „na pewno całe Święta będę myśleć o operacji”, powiedzieć: „odkładam na razie tę sprawę”. Gdy to nie pomaga, można zapisać to gdzieś symbolicznie, np. wraz z kolejnymi działaniami, które w tej sprawie zamierzamy zrobić, np. 28.12 – badania krwi, 8.01 – operacja. To naprawdę wielu osobom pomaga, mózg na chwilę odpuszcza, a ty w końcu możesz się zrelaksować. Na czym polega magia Świąt? Jeżeli chcesz poczuć prawdziwą magię Świąt, spróbuj na ten czas zrezygnować z tego, co oddala cię od bliskich: np. narzekania, krytykowania itp. Picie dużych ilości alkoholu w Święta tylko pozornie poprawia atmosferę. Często jest ucieczką przed rodzinnymi, krępującymi sytuacjami czy problemami, a bywa powodem kłótni przy wigilijnym stole. Magia Świąt, tak jak odpoczynek, dla każdego może znaczyć coś trochę innego. Zazwyczaj kojarzy się nam z miłą, wyjątkową atmosferą i wzajemną życzliwością. Czasem spokojne zbliżenie się, nawet do mniej lubianych członków rodziny, może sprawić, że jednak przekonamy się do nich. Okazanie chwili zainteresowania, bez zadawania zbędnych pytań sprawia, że magia Świąt zaczyna działać. Jeśli chcesz spędzić Święta w spokojnej atmosferze, pamiętaj, by unikać tematów drażliwych, takich jak polityka, religia czy cokolwiek, co mogłoby poróżnić rodzinę. Powinien to być czas wesołych rozmów, wspomnień i odpoczynku. Jak przeżyć tradycyjne Święta i nie zwariować? Jeśli weźmiesz kilka głębokich oddechów i nastawisz się, że nie wszystko musi być perfekcyjnie, świąteczne przygotowania mogą być znakomitą okazją do poprawy relacji z członkami rodziny. Wspólne robienie czegoś, gdy zrezygnujemy z przekonania „ja wiem lepiej”, zbliża ludzi. Jeśli jesteś gospodarzem, pamiętaj, że wszystkiego nie musi być aż tak dużo i nie trzeba wszystkiego robić samemu. Poproś bliskich o pomoc, może właśnie kogoś, z kim relacje nie układają się najlepiej? Czasem jest to pierwszy krok ku poprawie waszych stosunków. Włącz optymizm Są osoby, które przed Świętami potrafią snuć jak najbardziej dla nich katastroficzne wizje: barszcz się nie uda, ryba będzie źle doprawiona, a ważny członek rodziny nie przyjedzie. Na takie czarnowidztwo może czasem poradzić spokojne zapytanie: „no i co się stanie, jak tak będzie?”. Gdy któraś z potraw się nie uda, jest przecież wiele innych, a można być w jakimś stopniu obecnym przy wigilijnym stole także poprzez serdeczny kontakt telefoniczny. Poza tym, prawda jest taka, że często te pozornie negatywne zdarzenia zbliżają rodzinę, a Święta z rybą o dziwnym smaku i wujkiem Antkiem (obecnym w telefonie) wspomina się najczęściej. Na koniec kilka przydatnych porad – Nie poddawaj się świątecznej presji – ani ze strony innych, ani swojej własnej. – Zatrzymaj się, zwolnij – stres, pośpiech, jeżdżenie po sklepach… to za dużo. Kiedy próbujemy zdążyć ze wszystkim na czas, chodzimy zestresowani i podenerwowani. Po prostu odpuść. – Zachowuj dystans, ignoruj kąśliwe uwagi najbliższych i nie reaguj atakiem na atak. Po prostu spróbuj uśmiechnąć się i zmienić temat. – Spróbuj przy świątecznym stole nie wdawać się w dyskusje na trudne tematy. Gdy próby zmiany tematu nic nie dają, powiedz po prostu: „Może w Święta porozmawiamy o czymś przyjemniejszym”. Czasem to pomaga. – Postaraj się w tym roku spędzić Święta tak, jak chcesz. Rób to, co sprawia ci przyjemność, a nie – co powinno się czy należy. Zakończenie Bycie samym w Święta to częsta przyczyna złego nastroju czy nawet depresji w tym okresie. Osoby samotne nierzadko rezygnują z zaproszeń od innych, by nie być dla nich ciężarem. Jednak, gdy uda im się przełamać i spędzą ten czas w towarzystwie, mogą poczuć się dla kogoś ważne, potrzebne. Wyłącz automatycznego pilota, włącz optymizm i bądź uważny. Święta Bożego Narodzenia niech będą czasem refleksji, wewnętrznego spokoju i odpoczynku w gronie najbliższych. Może okaże się, że wcale nie tak dużo trzeba, by Boże Narodzenie było czasem spokoju i radości, nie tylko w słowach życzeń… && Z polszczyzną za pan brat Kąpiel Tomasz Matczak Szekspir to jednak był gość! Chodzi mi o cytat, że są na świecie rzeczy o których nie śniło się filozofom! W październiku, gdy przeglądałem facebookową grupę dla osób niewidomych i niedowidzących, natknąłem się na taki oto tekst: „Niewidzialna puszcza – kąpiel dla osób z niepełnosprawnościami”. Myślę sobie: co to ma być? Z ciekawości postanowiłem sprawdzić. Zanim, drogi Czytelniku, przejdziesz dalej, to zapytaj teraz sam siebie, o ile oczywiście wcześniej tego nie sprawdzałeś, co może kryć się pod tym intrygującym zaproszeniem? Ja w pierwszej chwili miałem następujące skojarzenia: może jakiś całkowicie wyciemniony basen z palmami, dużą wilgotnością powietrza i odgłosami puszczy? Tyle że to byłby nieomal sport ekstremalny, bo totalne ciemności, dużo wody i ludzie to połączenie mało bezpieczne. Ciekawość to pierwszy stopień do wiedzy, więc postanowiłem ją zaspokoić. No i ręce mi opadły! Otóż owa kąpiel dla osób z niepełnosprawnościami to nic innego, jak, używając naszych sformułowań, dostępny spacer po Puszczy Kampinoskiej. Dostępny, a więc tak przeprowadzony, aby niepełnosprawnym nic nie umknęło. Język migowy, przewodnicy dla głuchoniewidomych, audiodeskrypcja i wszystko, czego zapragnie dusza z niepełnosprawnością! Nie będę ukrywał, że skomentowałem ów post. Napisałem, cytat dosłowny: „kurde, poszedłbym, ale nie umiem pływać…”. Zacząłem się zastanawiać nad swoim konserwatywnym podejściem do języka. Tak, jestem w tym kontekście konserwatywny, wiem i cóż, uważam, że i tak nieco złagodziłem swoją wcześniejszą postawę. Wciąż rażą mnie pewne wyrażenia, zwroty i nowinki językowe, choć staram się zrozumieć ich zwolenników, ale nazywanie spaceru po puszczy kąpielą leśną? Czy to nie jest zbytnie rozszerzanie znaczenia? Rozumiem, gdyby to była poezja, jakaś metafora, figura czy cokolwiek, ale nie w ogłoszeniu! Śmiać się czy płakać? Że co? Że niby można zanurzyć się w lesie, czasem tak się przecież mówi, a skoro zanurzyć się można też w wodzie i to się nazywa kąpielą, to per analogiam zanurzenie w lesie równa się leśna kąpiel? W książce też można się zanurzyć, więc co? Biblioteki będziemy nazywać łaźniami? A może przyszedł czas, aby ogłaszać lekturę puszczy, bo lektura to zanurzanie się w książce, więc można zanurzenie się w puszczy nazywać lekturą? Ja wiem, że Mickiewicz „wpłynął na suchego przestwór oceanu”, ale to właśnie poezja, a nie ogłoszenie! Skoro tłum na koncercie wypełnia halę widowiskową i dentysta wypełnia ząb, to będzie mógł zaprosić na imprezę stomatologiczną? Oj, zaczynamy majstrować już nawet przy języku! Piszę „nawet”, bo majstrujemy w genetyce, biologii, chemii, co nie zawsze kończy się dobrze. Kiedyś napisałem, że obecnie język przestaje pełnić swoją, moim zdaniem, kluczową funkcję, a więc porozumiewawczą, a zaczyna niebezpiecznie dryfować ku funkcji inkluzywnej. Miałem na myśli to, że przestajemy mówić zrozumiale, a zaczynamy mówić tak, aby nikogo nie urazić. Teraz, na przykładzie leśnej kąpieli, widać, że chodzi jeszcze o coś innego. Ale o co? Na litość boską, o co? && Rehabilitacja kulturalnie Helen Keller, czyli moc przełamywania barier Paweł Wrzesień 27 czerwca 1880 roku w Tuscumbii w stanie Alabama, w rodzinie państwa Kellerów przyszła na świat dziewczynka, której rodzice dali na imię Helen. Gdyby wszystko w jej życiu toczyło się zwykłą drogą, mógł ją czekać los podobny do losów większości dziewcząt z okolicznego ziemiaństwa – zdobycie elementarnego wykształcenia, wczesne małżeństwo i macierzyństwo. Jednak w wieku 19 miesięcy mała Helen zachorowała na chorobę, którą lekarze określali mianem gorączki mózgowej. W jej skutek dziecko straciło całkowicie wzrok i słuch. Odtąd jej komunikacja odbywała się tylko poprzez gesty i domowe znaki. Jej los mógł wydawać się przesądzony i skazywać Helen na rolę całkowicie zależnej od innych, nieopuszczającej domu i niesamodzielnej osoby. Rodzice Kate i Arthur postanowili jednak zawalczyć o rozwój córki. Najpierw skontaktowali się z lekarzem, który odesłał ich do słynnego Alexandra Grahama Bella, eksperymentującego z nauczaniem osób głuchych, a następnie z Instytutem Perkinsa kształcącym osoby z dysfunkcją wzroku. Dyrektor Instytutu polecił Kellerom swoją absolwentkę Anne Sullivan jako instruktorkę i guwernantkę. Helen Keller powiedziała później, że przyjazd Sullivan do ich rodzinnego gospodarstwa był najważniejszym dniem jej życia. 5 kwietnia 1887 roku, przy żeliwnej pompie na podwórzu, Anne polała dłoń małej Helen wodą i napisała na niej palcem słowo „water” (woda). Dziewczynka skojarzyła znaki z pojęciem wody. Tego dnia poprosiła nauczycielkę o nazwy wszystkiego dookoła. Od tego momentu Keller zaczęła opanowywać zasady alfabetu palcowego, a następnie pisma Braille’a oraz odczytywania mowy z ruchu warg dotykiem. W maju 1888 roku Helen rozpoczęła naukę w Instytucie Perkinsa, a następnie we Wright–Humason School, czyli szkole dla głuchych w Nowym Jorku. Potem podjęła naukę w przeznaczonej dla pań szkole w Cambridge, aby ostatecznie w roku 1900 zostać przyjętą w poczet studentów Radcliffe College, który obecnie stanowi część prestiżowego Uniwersytetu Harwarda. Wieść o jej drodze już wtedy stała się głośna, w procesie nauki kibicowali jej m.in. Mark Twain czy magnat naftowy Henry H. Rogers, pomagając w sfinansowaniu studiów. 28 czerwca 1904 roku Helen Keller jako pierwsza osoba głuchoniewidoma ukończyła uczelnię z wyróżnieniem i uzyskała tytuł bachelor of arts, czyli licencjat. Posiadła także umiejętność posługiwania się kilkoma językami obcymi. W 1902 roku napisała swoją autobiografię, wydaną 2 lata później po polsku jako „Historia mego życia”. W kolejnych latach publikowała liczne teksty o tematyce społeczno–politycznej oraz poświęcone problematyce niepełnosprawności. Wydawała kolejne książki, w których opowiadała o swoim życiu i działalności. Jedną z nich poświęciła Anne Sullivan jako nauczycielce a później także największej przyjaciółce. W swej publicystyce wyraża jasne deklaracje polityczne, m.in. esej „Jak zostałam socjalistką” („How I became a socialist”). Wiele uwagi poświęcała tematyce pracy, ubóstwa i chorób zawodowych. Podkreślała związek złych warunków pracy i bytu z utratą wzroku. Wspierała działalność związków zawodowych, szczególnie zrzeszających robotników przemysłowych. Była gorącą orędowniczką praw kobiet, sprzeciwiała się także militaryzmowi i wojnom. W 1909 roku wstąpiła do Amerykańskiej Partii Socjalistycznej, z czasem jednak rozczarowała się powolnym tempem wprowadzania reform społecznych. Sympatyzowała z sufrażystkami walczącymi o prawa wyborcze dla kobiet. W swojej twórczości sprzeciwiała się wykorzystywaniu pracy dzieci oraz nierównościom rasowym. Potępiała segregacje i lincze na osobach czarnoskórych. Po I wojnie światowej jej demokratyczne, pacyfistyczne i prosocjalne przekonania sprawiły, że stała się powszechnie rozpoznawalną osobą publiczną, głosząc często niewygodne dla władz Stanów Zjednoczonych wartości. Na co dzień posługiwała się alfabetem palcowym (tadoma – odczytywanie wyrazów przez dotyk gardła i warg rozmówcy), brajlem, pismem na maszynie oraz wyuczoną mową głosową. Z czasem wygłaszała odczyty na żywo, a jej towarzyszki – Anne Sullivan, a po 1936 roku sekretarka i opiekunka Polly Thomson – wspierały ją w logistyce, korespondencji i tłumaczeniu. Wbrew popularnym uproszczeniom, Keller nie była tylko inspiracją, ale aktywną, dobrze przygotowaną merytorycznie lobbystką polityki społecznej i zdrowotnej, co potwierdzają jej liczne pisma, protokoły wystąpień i dokumenty organizacyjne. W 1924 roku wstąpiła do amerykańskiej organizacji działającej na rzecz osób niewidomych AFB (American Foundation for the Blind) jako doradczyni ds. relacji krajowych i międzynarodowych. Jej odczyty i wystąpienia w kraju i za granicą stały się głośne. Prowadziła także zbiórki środków na rzecz organizacji. Szacuje się, że łącznie odwiedziła aż 39 krajów świata na 5 kontynentach, zabiegając o rehabilitację, edukację i zatrudnienie osób z dysfunkcją wzroku i słuchu. Spotykała się z głowami Państw i ministrami, występowała przed parlamentami. Walczyła o organizowanie szkół, ośrodków kształcenia zawodowego oraz o włączenie rehabilitacji wzroku do programów opieki społecznej. W 1915 roku wraz z przemysłowcem George’em A. Kesslerem powołała do życia Helen Keller International (HKI), czyli organizację wspierającą nowo ociemniałych żołnierzy walczących w I wojnie światowej. Istnieje ona do dziś, prowadząc programy dotyczące zdrowia, wzroku i żywienia w wielu krajach świata. Za swoją działalność Keller otrzymała liczne odznaczenia i doktoraty honorowe. W 1964 roku prezydent Lyndon Johnson przyznał jej Prezydencki Medal Wolności, a więc najwyższe odznaczenie cywilne w USA. Nazwał Helen przykładem odwagi dla całej ludzkości. W 1961 roku przeszła serię udarów mózgu i wycofała się z życia publicznego. Zmarła we śnie 1 czerwca 1968 roku. Jej prochy spoczywają w Narodowej Katedrze w Waszyngtonie, tuż obok urn Anne Sullivan i Polly Thomson. Po śmierci została wpisana do Alabama Women’s Hall of Fame, a na Capitolu stoi posąg Keller ufundowany przez jej rodzinny stan. Historia jej życia to droga od edukacji jednostki do systemowej zmiany w podejściu do osób niepełnosprawnych. Helen Keller ugruntowała przekonanie, że osoby głuchoniewidome mogą z sukcesem przechodzić kolejne stopnie edukacji aż po szkolnictwo wyższe. Spowodowało to postęp w dziedzinie dostępności materiałów dydaktycznych oraz finansowaniu kształcenia specjalnego. Jej działania prozdrowotne, m.in. w ramach HKI przyczyniły się do promocji higieny noworodków, profilaktyki badań wzroku i słuchu oraz suplementacji witaminowej, pomagając ograniczyć odsetek dzieci tracących wzrok. Wśród dorosłych podobną rolę odegrała jej walka o poprawę warunków pracy i bytu robotników. Keller udowodniła także, że problematyka osób z niepełnosprawnością to nie tylko zagadnienie ochrony zdrowia, ale również kwestia wolności obywatelskich, demokracji czy praw kobiet. Dzięki swemu potencjałowi intelektualnemu, determinacji i ciężkiej pracy Helen Keller potrafiła przekuć ograniczenia wynikające z niepełnosprawności w wymierne wartości życia społecznego, których być może nie osiągnęłaby jako przeciętna, pełnosprawna Amerykanka z ziemiańskiej rodziny. Warto pamiętać o tym szczególnie wtedy, gdy nasze codzienne bariery i wyzwania wydają się nie do udźwignięcia. && Między geniuszem a upadkiem. Historia Amy Winehouse Radosław Nowicki Głos, który brzmiał jak echo minionej epoki, a jednocześnie krzyczał o bólu współczesności. Amy Winehouse nie potrzebowała scenicznych fajerwerków ani modnych stylizacji, aby przyciągać uwagę. Wystarczyło jedno słowo wypowiedziane tym charakterystycznym, zachrypniętym tonem, by publiczność wstrzymała oddech. Była prawdziwym, kontrowersyjnym i nieoswojonym zjawiskiem, a jej kariera przypominała płonącą zapałkę – była krótka, intensywna, pozostawiająca po sobie zapach dymu i żal. Kim naprawdę była kobieta, która śpiewała o miłości, uzależnieniach i samotności i którą świat pokochał, kiedy było już za późno? Amy Jade Winehouse przyszła na świat 14 września 1983 roku w Londynie w rodzinie o żydowskich korzeniach. Jej przodkowie pochodzili z Polski, Białorusi oraz z Rosji. Dorastała w dzielnicy Southgate, gdzie muzyka towarzyszyła jej od najmłodszych lat. Jej ojciec był wielkim fanem Franka Sinatry, a matka fascynowała się klasycznym jazzem. Nic więc dziwnego, że mała Amy nuciła melodię Elli Fitzgerald i Sarah Vaughan, zanim jeszcze nauczyła się czytać. Nie miała ambicji, by zostać gwiazdą. Chciała po prostu śpiewać. Robiła to z taką autentycznością, że już w wieku 16 lat podpisała pierwszy kontrakt płytowy. Jej debiutancki album „Frank” był zaskakująco dojrzały – melancholijny, zadziorny i ironiczny. Już wtedy Winehouse śpiewała o miłości, zdradzie i rozczarowaniu z pewną bezczelnością, jakiej brakowało w ówczesnym popie. Jej twórczość zaczęła stanowić pomost między soulem, jazzem i R&B, a inspiracje czerpała z muzyki lat sześćdziesiątych. Krytycy szybko okrzyknęli ją głosem pokolenia, które nie boi się mówić prawdy, a z czasem zaczęła być nawet nazywana białą królową soulu. Niestety, w parze z wielkim talentem szły problemy emocjonalne. Już jako dziecko Amy samookaleczała się, miała zaburzenia odżywiania oraz depresję. Zaczęła sięgać po miękkie narkotyki, a z roku na rok spirala uzależnień wciągała ją coraz bardziej. Międzynarodową ikoną stała się w 2006 roku, wydając album „Back to Black”, za który otrzymała 5 nagród Grammy. Napisała go po rozstaniu z Blakiem Fielderem – Civilem – mężczyzną, którego obsesyjnie kochała. Stał się on katalizatorem jej największej twórczej eksplozji, ale jednocześnie to on wprowadził ją w świat twardych narkotyków. W utworach takich jak „Rehab”, „Love is a losing game” czy „You know, I’m no good” Amy nie grała, a przeżywała. Jej głos był bólem, który trudno zrozumieć, ale łatwo poczuć. Jednak sukces miał ogromną cenę. Amy nie potrafiła poradzić sobie z burzliwą miłością, z używkami oraz udźwignąć ciężaru sławy. Media uczyniły z niej nie tylko artystkę, ale też obiekt nieustannej obserwacji. Fotoreporterzy śledzili ją dzień i noc, szukając jej kolejnego upadku i kompromitacji. Jej prywatne załamania stały się towarem sprzedającym się lepiej niż jej płyty. Publiczność chłonęła każdy skandal z jej udziałem – pijackie wybryki, bójki, nieudane koncerty. Jej wizerunek z wysokim kokiem i papierosem w dłoni był jak maska – krzykliwa, ale pusta w środku. Jej potrzeba akceptacji i miłości ścierała się z ogromną potrzebą niezależności. Paradoksalnie, im bardziej się odsłaniała w muzyce, tym bardziej izolowała się w życiu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że była zbyt szczera w świecie wymagającym filtrów. W epoce, w której muzyka pop coraz bardziej upodobniała się do produktu, ona przypominała o tym, że sztuka to emocja – czasem brudna, czasem bolesna, ale prawdziwa. Jej twórczość była dialogiem z przeszłością, hołdem dla jazzu i soulu, ale w treści całkowicie współczesna. Amy nie potrafiła grać. Kiedy śpiewała o uzależnieniu, naprawdę była uzależniona. Kiedy w jej piosenkach była mowa o miłości, naprawdę kochała. Jej życie i sztuka stapiały się w jedno, a to doprowadziło ją do upadku. To, co dla fanów stało się dowodem szczerości, dla niej samej stało się więzieniem. Każde kolejne wystąpienie było dla niej walką z własnym ciałem i z własną psychiką. – Nie obchodzi mnie, co ludzie o mnie myślą. Nigdy nie obchodziło i nigdy nie będzie. Życie jest zbyt krótkie, żeby się tym przejmować – mówiła na quotefancy.com artystka, która w pewnym okresie swojego życia trafiła na odwyk. Twierdziła, że jest on świetny dla niektórych ludzi, ale nie dla wszystkich. Według niej, jeśli człowiek nie potrafi rozwiązać czegoś samodzielnie, to nikt mu nie pomoże. Niestety, sama nie potrafiła poradzić sobie z uzależnieniami. W 2011 roku podczas koncertu w Belgradzie z trudem potrafiła utrzymać się na scenie. Miała problem z artykułowaniem słów, potykała się i nie pamiętała tekstów swoich piosenek. Została wygwizdana przez publiczność, a po tym koncercie jej trasa po Europie została odwołana. Jej ostatnim publicznym wystąpieniem było pojawienie się na koncercie chrześnicy, Dionne Bromfield w Londynie 20 lipca 2011 roku. Trzy dni później została znaleziona martwa w swoim domu w Londynie. Ustalono, że doszło u niej do wstrząsu wywołanego zatruciem alkoholowym po okresie abstynencji, bowiem miała 4 promile alkoholu we krwi. – Jej prawdziwym problemem było uzależnienie, bo uzależnienie to choroba psychiczna i prawdziwy czarny koń tej historii. Po śmierci Amy studiowałam informacje o uzależnieniach i teraz to wiem – mówiła matka artystki w jednym z wywiadów przed premierą filmu „Amy Winehouse 10 years on” w BBC. Po śmierci Winehouse sprzedaż jej płyt gwałtownie wzrosła. Filmy, biografie i dokumenty zaczęły analizować jej życie, jakby dało się je zrozumieć po fakcie, a film „Amy” Asifaka Kapadii otrzymał nawet Oscara. Sama piosenkarka wpisała się na listę artystów, którzy odeszli w wieku 27 lat (Janis Joplin, Jim Morrison, Kurt Cobain, Jimi Hendrix). Tak zwany Klub 27 jest symbolem przeklętej chwały artystów, którzy spalili się w ogniu własnego talentu. Choć od śmierci Amy Winehouse minęła już ponad dekada, to jej muzyka nie straciła na aktualności. Jej teksty wciąż brzmią jak świadectwo epoki, w której szczerość była luksusem. Młode artystki często wspominają, że to właśnie Amy otworzyła im drogę, pokazała, że w muzyce można być kobietą i nie udawać nikogo innego. Jej wpływ widać również w kulturze społecznej – w rozmowie o uzależnieniach, presji mediów oraz toksycznym kulcie sławy. Po jej śmierci powstała Amy Winehouse Foundation, która wspiera młodych ludzi borykających się z problemami psychicznymi i uzależnieniami. Być może jest to największe dziedzictwo, jakie piosenkarka pozostawiła po sobie. Amy Winehouse była artystką pełną sprzeczności: silną i kruchą, pewną siebie oraz zagubioną. W świecie, który wymagał doskonałości, miała odwagę być niedoskonała. Jej życie jest lekcją o cenie talentu w epoce kultury masowej, o roli mediów w kształtowaniu wizerunku, o tym jak wrażliwość jednostki może kolidować z oczekiwaniami świata. Wreszcie pokazuje, że autentyczność ma swoją cenę, a wrażliwość bywa zarazem darem, jak i przekleństwem. Tak naprawdę Amy nigdy nie zgasła, bo nigdy nie była zwykłą gwiazdą popkultury. Była duszą, która śpiewała zanim świat zdążył ją uciszyć. A kiedy zamilkł jej głos, jego echo stało się mocniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. && Felietony zza zasłony. Radość życia, czyli sekrety radosnego istnienia Danuta Szewczyk Co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi? Ludzie, rzeczy, zdarzenia, miejsca? Co zrobić, żeby być szczęśliwym, i czy można się tego nauczyć? A radość życia – co właściwie oznacza? To często zadawane pytanie, na które nie ma prostej odpowiedzi. Dla jednych to szum fal, dla innych – smak ulubionej kawy o poranku, dla jeszcze innych – uśmiech dziecka. Radość życia to stan umysłu, postawa, którą możemy pielęgnować niezależnie od okoliczności. Czy radość życia równa się szczęściu? Nie, chociaż niektórzy używają tych określeń zamiennie. Szczęście jest bardziej ogólnym, długotrwałym stanem zadowolenia – często wynikającym z poczucia sensu i spełnienia. Radość życia natomiast to bardziej ulotne, intensywne, pozytywne uczucia, które mogą pojawiać się i znikać, często w odpowiedzi na konkretne wydarzenia lub doświadczenia. Jak by tego nie interpretować, warto walczyć o stan, któremu towarzyszą oba te zjawiska. Wpływają one bezpośrednio na nasze zdrowie psychiczne i fizyczne, wzmacniają odporność i pomagają radzić sobie ze stresem. Kultywowanie radości buduje pozytywne relacje, inspiruje do działania i nadaje sens codzienności, sprawiając, że jesteśmy bardziej zmotywowani i spełnieni. Sztuka dostrzegania małych rzeczy Żyjemy w świecie, który pędzi na złamanie karku. Praca, obowiązki, terminy – często brakuje nam czasu na to, by po prostu się zatrzymać i dostrzec piękno w codzienności. A przecież to właśnie w drobnych momentach kryje się esencja radości. Ciepły promień słońca na twarzy, śmiech przyjaciela, zapach świeżo skoszonej trawy – to wszystko składa się na mozaikę, którą możemy nazwać szczęściem. Kluczem jest uważność. Kiedy ostatni raz świadomie wdychaliśmy zapach letniego deszczu? Albo z zachwytem patrzyliśmy na wschód słońca? Właśnie te chwile, często niedoceniane, mogą napełniać nas pozytywną energią. Starożytni filozofowie greccy i rzymscy, tacy jak Platon, Sokrates, Seneka i Arystoteles, podchodzili do koncepcji szczęścia jako dobrego, pełnego życia, często związanego z cnotą i rozumem. Rzadko mówili o radości, ponieważ uznawali ją za uczucie przelotne. Skupiali się na głębokim, trwałym zadowoleniu płynącym z odpowiedniego sposobu życia. „Szczęśliwe życie jest zgodne z naturą” – mówił Seneka. A później? Chociaż średniowiecze często kojarzy się z surowością życia, dominacją religii i licznymi trudnościami, w tamtych czasach ludzie również doświadczali radości. Jej źródła były jednak odmienne od współczesnych – jak choćby wiara i nadzieja na zbawienie. Kalendarz średniowieczny obfitował w święta religijne. Były to dni wolne od pracy i okazje do zabawy, ucztowania i tańca. Wędrowni minstrele i truwerzy dostarczali rozrywki, grając na instrumentach i śpiewając pieśni. Długie wieczory spędzano na opowiadaniu legend, baśni i heroicznych opowieści. Ceniono poezję, zwłaszcza epicką oraz ballady. Ponieważ życie było trudne i nieprzewidywalne, nawet proste rzeczy mogły dawać radość: ciepło ognia w kominku w mroźny dzień, smaczny posiłek, wygodne łóżko czy rozmowa z przyjaciółmi przy piwie. Johan Huizinga w „Jesieni średniowiecza” podkreśla, że „Dystans między cierpieniem i radością, między nieszczęściem i szczęściem wydawał się wówczas o wiele większy; wszystkie przeżycia miały wtedy ten stopień żywiołowości i wyłączności, jaki dziś radość i cierpienie osiągają jeszcze tylko w umyśle dziecka”. Ludzie średniowiecza potrafili znaleźć powody do radości i celebrować życie – często w sposób, który dzisiaj wydaje się nam surowy. Dla nich był on jednak naturalny i pełen znaczenia. Okres drugiej wojny światowej, wraz z ogromem cierpienia, strachu i zniszczeń, wydaje się całkowitym zaprzeczeniem radości życia. I rzeczywiście, wojna to przede wszystkim koszmar. Jednak nawet w obliczu tak ekstremalnych warunków ludzie wciąż – często wbrew wszystkiemu – potrafili odnaleźć iskierki radości. Nie była to beztroska radość codzienności, lecz raczej aktywna forma przetrwania, obrony godności i pielęgnowania człowieczeństwa. Poczucie przynależności, wzajemne wsparcie i solidarność stawały się fundamentem przetrwania i źródłem pocieszenia. W wielu okupowanych miastach działały tajne teatry, organizowano koncerty i wieczorki poetyckie. Były to miejsca, w których ludzie mogli na chwilę zapomnieć o koszmarze wojny, wzruszyć się, pomyśleć o pięknie, a także poczuć się częścią wspólnoty sprzeciwiającej się okupantowi. Czytanie książek, nawet tych zakazanych, czy tajne nauczanie dawały poczucie normalności i nadzieję na przyszłość. Humor, choć często czarny, pozwalał oswoić lęk i cierpienie. Radość życia w czasie wojny nie była radością beztroską, ale raczej głębokim przeżyciem każdego, choćby ulotnego momentu ulgi, wspólnoty czy sprzeciwu wobec wroga. Życie w PRL – u – choć często postrzegane jako szara rzeczywistość – miało także swoje źródła radości i satysfakcji. Były one często związane z relacjami międzyludzkimi, kulturą, sportem i umiejętnością radzenia sobie w trudnych warunkach. W obliczu licznych ograniczeń, braków w sklepach i trudności codziennego życia więzi społeczne nabierały szczególnego znaczenia. Ludzie polegali na sobie nawzajem, co budowało silne poczucie wspólnoty i solidarności. Prywatki i spotkania towarzyskie – te w domu i na terenie ogródków działkowych – były najczęstszą formą budowania więzi międzyludzkich. Mimo trudności i paradoksów także w PRL– owskiej codzienności ludzie potrafili znaleźć radość, chociaż z perspektywy dzisiejszych czasów moglibyśmy powiedzieć: „Gdzie tu powody do radości, bieda i siermięga!”. Refleksja o dawnych czasach nie ma poprawiać nam samopoczucia, lecz stanowić próbę refleksji nad współczesnością. Być może wówczas uzmysłowimy sobie, jak wiele mamy powodów do radości. Zmiana perspektywy to podstawa. Nie oszukujmy się, życie to nie tylko sielanka. Są momenty trudne, pełne wyzwań, smutku, choroby czy rozczarowań. Czy wtedy radość życia bezpowrotnie znika? Niekoniecznie. Radość życia to nie ciągła euforia, ale umiejętność odnajdywania sensu i nadziei nawet w obliczu przeciwności. To wiara w to, że po burzy zawsze wychodzi słońce. To siła, która pozwala nam po upadku podnieść się i iść dalej. Pamiętajmy, że każda trudność może być lekcją, a każde doświadczenie – cegiełką budującą naszą wewnętrzną siłę. A gdyby tak pielęgnować radość? Na pewno będzie to pewnego rodzaju proces. Wymaga on świadomego wysiłku, ale warto go podjąć. A gdyby tak zacząć praktykować wdzięczność? Codziennie pomyśleć o kilku rzeczach, za które jesteśmy wdzięczni. To proste ćwiczenie potrafi zmienić postrzeganie otaczającej nas rzeczywistości. A gdyby tak zadbać o relacje, spędzać więcej czasu z ludźmi, którzy nas inspirują i dodają nam energii? Albo poświęcić czas na to, co sprawia nam prawdziwą przyjemność – czytanie, malowanie, sport, gotowanie? Pasja to klucz do radości. Żyć chwilą. Starać się skupiać na teraźniejszości zamiast rozpamiętywać przeszłość czy martwić się o przyszłość. Dodajmy też do tego odrobinę aktywności ruchowej, bez której nie ma pełni radości. Szukajmy tego wszystkiego w sobie, ale z pomocą przyjść może także właściwa literatura. Książek o radości życia, szczęściu i pozytywnym myśleniu jest wiele – zarówno klasycznych, jak i nowszych. Pomagają one inaczej spojrzeć na codzienność. Oto kilka godnych polecenia tytułów: David D. Burns, „Radość życia, czyli jak zwyciężyć depresję. Terapia zaburzeń nastroju”; Norman Vincent Peale, „Moc pozytywnego myślenia”; Martin E.P. Seligman, „Optymizmu można się nauczyć”; Janice Kaplan, „Dzienniki wdzięczności” oraz oczywiście wszystkie książki Reginy Brett, od „Jesteś cudem” poczynając. Kino ma także niezwykłą moc pokazywania różnych aspektów życia, a filmy o radości życia często potrafią podnieść na duchu i zainspirować. Oto kilka filmów, które, moim zdaniem, wspaniale opowiadają o radości życia: „Nietykalni”, „Forrest Gump”, „Życie jest piękne”, „Mamma Mia!”, „Amelia”, „Paryż, jestem zakochany”, „Paddington” i „Paddington 2” czy „Sekretne życie Waltera Mitty”. Każdy z tych filmów na swój sposób pokazuje, że radość życia to nie tylko brak problemów, ale przede wszystkim sposób patrzenia na świat, umiejętność doceniania drobnych chwil, czerpania z relacji i znajdowania sensu nawet w trudnych okolicznościach. Bo radość życia to dar, który otrzymujemy, ale także – a może przede wszystkim – wybór dokonywany każdego dnia. To decyzja, by szukać światła nawet w najciemniejszych zakamarkach, by doceniać to, co mamy, i by czerpać pełnymi garściami z każdego momentu życia! PS Radosnym sekretem istnienia jest to, że życie to nie podróż do celu, lecz taniec w teraźniejszości. Źródło: „IOON” (146/2025) && Paczki z Niemiec na Christmas Maria Dąbrowska Bożonarodzeniowa atmosfera pojawia się tuż po dniu Wszystkich Świętych, dniu, w którym w zadumie odwiedzamy groby bliskich i osób zasłużonych. Stawiamy znicze, donice z chryzantemami, chodzimy po cmentarnych alejkach, szukając grobów dalszych krewnych. To dzień zadumy, modlitwy i wspomnień o tych, których już nie ma wśród nas. Nie możemy w tym melancholijnym nastroju trwać zbyt długo, bo liczne sklepy, szczególnie supermarkety, przygotowują dla nas zmianę nastroju o 180 stopni. Teraz ma być wesoło i skocznie. Teraz zbliża się Christmas Party! W gigantycznych centrach handlowych witryny sklepowe zmieniają swój image. Manekiny zrzucają pomarańczowe płaszcze Halloween i przebierają się w czerwone narzutki wykończone białym futerkiem. Wielkie dynie z wyciętymi otworami na świece zastępują sztuczne choinki bogato zdobione. Eksponaty na wystawach już nie straszą jak z najstraszniejszych horrorów, lecz patrzą na nas i uśmiechają się do nas radośnie, jak na świątecznych filmach z Hollywood. Przy drzwiach wejściowych do galerii handlowych czekają na nas śnieżynki, młode hostessy oferujące zakup opłatków. Są ubrane w bardzo kuse tiulowe spódniczki i półprzezroczyste bluzeczki. Nie można od nich oderwać wzroku! Na korytarzach pojawiają się tzw. wyspy ze świątecznymi ozdobami, najczęściej z Chin. Z głośników płyną świąteczne przeboje Georga Michaela czy Mariah Carey z przebojem „All I want for Christmas is YOU”. Wzruszamy się bardzo, bo robi się prawdziwa bożonarodzeniowa atmosfera. Moje magiczne Święta pamiętam inaczej. Nie wiem, czy potrafimy to sobie wyobrazić, bo brzmi to jak legenda o smoku wawelskim, ale w moich młodzieńczych czasach nie było galerii handlowych! Ktoś może zapytać – to jak można było żyć? Ano można było, i nawet ciekawiej. Święta też się przygotowywało, od co najmniej listopada, ale w inny sposób. Rodzice szukali upominków kilka tygodni wcześniej, gdyż w sklepach zdarzało się, że coś „rzucali” i wtedy można było wrócić do domu z naprawdę ładnym „łupem”, czyli zabawką dla swojej pociechy. Wieści, że coś ma się pojawić w jakimś sklepie, rozchodziły się szybko wśród lokalnej społeczności, która porozumiewała się ze sobą słownie, bo telefonów komórkowych po prostu nie było. Ludzie zajmowali kolejkę, wymieniali się też często podczas stania w niej, ustalając dyżury. W końcu zdobywali jakiś trudno dostępny przedmiot i wracali do domu zmęczeni, ale szczęśliwi niczym myśliwy z wielkim porożem. Pamiętam, że pisałam listy i stawiałam je w oknie swojego pokoju, który dzieliłam z młodszym braciszkiem. Mama starała się, byśmy dostawali po kilka prezentów, więc musiała wcześniej ruszyć na tzw. „łowy”. Miałam to szczęście, że moja bliska rodzina mieszkała w Niemczech, które wtedy wydawały mi się rajem na ziemi. Brat babci, wywieziony tam na roboty podczas wojny, poznał pewną wdowę, której mąż zginął na froncie wschodnim. Zakochał się w niej i został na stałe, nigdy jednak nie zapomniał o swojej siostrze i jej dzieciach. Polska zawsze była mu bliska i podobno w każdą Wigilię, którą spędzał w Bremen, płakał i dzwonił choćby na chwilę do swojej siostry (a mojej babci) do Warszawy. Szczególnie tęsknił za Polską w ten wigilijny wieczór. Wujek chciał, abyśmy świąteczny czas mieli radosny i bogaty. Wiedział, że w Polsce jest trudno z kupnem czegokolwiek i starał się organizować dla nas pomoc. Przysyłał nam paczki dosłownie ze wszystkim. Pamiętam to oczekiwanie i te żółte pudła z napisem „Post”. Dzięki nim siermiężne czasy były radośniejsze i ciut lżejsze dla moich rodziców. Mama czasem przechwyciła przesyłki i starała się coś z nich ukryć, by dać nam to właśnie pod choinkę. Chowała wszystko za torbą z włóczkami w meblościance koloru ciemny brąz i zabierała kluczyk. Niestety, nie zdawała sobie pewnie sprawy, że inny kluczyk z tego mebla także doskonale pasował do szafki z włóczką. My, inteligentne dzieci, od razu na to wpadliśmy. Podczas jej nieobecności, gdy np. stała w kolejce po coś, jak zawsze parę godzin, rozpoczynaliśmy poszukiwania ukrytych prezentów na gwiazdkę. Już w październiku znaliśmy upominki na kolejne Święta. Były to piękne niemieckie zabawki i przybory szkolne. Pamiętam, gdy odkryłam kilkuczęściowy piórnik w kwiatuszki z pełnym wyposażeniem i z radości skakałam po całym naszym 40–metrowym mieszkaniu. To było marzenie każdej dziewczynki! Dla mojego brata był piórnik z napisem „honda” i wszystkie kredki, pióra i pachnące gumki były z nadrukiem motocykla. To było jak sen i tych emocji nie da się porównać z czymkolwiek. Ja, przyznam to szczerze, dostawałam prezenty cudne i przemyślane, co nie znaczy, że praktyczne, bo takie uważam za najgorsze. Mój były narzeczony posiadał natomiast rodzinę w Anglii, która również chciała pomóc i przysyłała paczki, jednak nie takie słodkie i pachnące, jak te od mojego niemieckiego wujka. On na gwiazdkę dostał materiał na spodnie i jak twierdził, to było najgorsze jego bożonarodzeniowe wspomnienie. Moja koleżanka z ławki szkolnej dowiedziała się o moich poszukiwaniach prezentów i zaprosiła mnie podczas nieobecności rodziców do swojego mieszkania w sąsiedniej klatce schodowej. Jej mama ukrywała prezenty w wielkiej brązowej szafie w przedpokoju. Wdrapałyśmy się na jej najwyższe półki, trzymając się lekko odstającej od ściany boazerii i znalazłyśmy zabawkę – koszmarek. Był to duży drewniany koziołek Matołek. Uśmiechał się do nas spod lekko schodzącej farby i miał dziwny wyraz twarzy. Ani go przytulić do poduszki, ani go pokochać. Dorota była załamana i miała łzy w oczach. Pamiętam też taką Wigilię, gdy tata zdobył trzy bony do PEWEX–u, stanowiące równowartość 3 dolarów. Mama cały dzień stała w kolejce na ul. Kredytowej, gdzie znajdował się jeden z PEWEX–ów w stolicy, by zdobyć nam niespodzianki. Za te 3 bony kupiła mały samochodzik z serii Lego dla mojego brata, a dla mnie laleczkę z niebieskimi włosami siedzącą w buciku. Tę cudną laleczkę mam dziś. Przechowuję ją w metalowym, bogato zdobionym pudle po niemieckich pierniczkach otrzymywanych na Święta. Zdarzyło się, że dostałam piękne białe buciki z cholewką i z łyżwami. Stało się to zupełnie przypadkiem. Mama na wieść od sąsiadki, że rzucą dywany, czym prędzej pobiegła do sklepu gospodarczego. Zamiast dywanów przywieźli łyżwy, więc otrzymałam ładny prezent. Kiedyś także rodzice upolowali biały pikowany płaszczyk. Dochodziło podobno do rękoczynów w Domach Towarowych Centrum, bo czekający klienci wszyscy chcieli mieć płaszczyki. Mama ledwo żywa wróciła do domu ze swoją zdobyczą. W tym płaszczyku chodziłam ja – młoda dziewczyna, moja mama – dwukrotnie ode mnie cięższa i nawet babcia – grubiutka i najukochańsza. Z nostalgią i uśmiechem wspominam te czasy, pełne niewyobrażalnego trudu dnia codziennego, lecz również radości, bliskości i uśmiechu. Do dziś przetrwały jedynie kolędy, które, obok karpia w galarecie, stanowią dla mnie najmilsze świąteczne wspomnienie. Już nie piekę małych lukrowanych pierniczków, ale duży pachnący piernik, którym obdzielam wszystkich domowników. Do dziś trwają opowieści mojej mamy o jej Świętach i domu na warszawskiej Woli, gdzie dorastała; o jej tacie, który jedynie w Wigilię przygotowywał sałatkę jarzynową i o babci przebranej w długi kożuch za św. Mikołaja. O tym, jak dziadek na Święta kupował salami i pomarańczę Jaffa dla każdego dziecka. I bardzo lubię te opowieści, które tak naprawdę znam na pamięć. && Warto posłuchać Izabela Szcześniak Pragnę polecić Czytelnikom książkę Amandy Prowse pt. „Trzy i pół sekundy”. Grace mieszka na przedmieściach Londynu i pracuje w agencji marketingowej. Ma kochającego męża Toma. Szczęśliwym małżonkom brakuje tylko dziecka. Biorąc sobie do serca rady matki, dziewczyna podejmuje decyzję o odłożeniu macierzyństwa i zajęciu się karierą zawodową. W wieku 36 lat Grace rodzi córeczkę Chloe. Po urodzeniu dziecka Grace podejmuje swoją pracę, a dziewczynką zajmuje się ojciec. Matka wraca do domu dopiero wieczorem. Wolny czas spędza z mężem i córeczką. Grace i Tom są zgodnym, kochającym się małżeństwem. Bohaterowie powieści mają odmienne zdanie tylko w sprawie starania się o drugie dziecko. Z czasem Chloe zaczyna często chorować na zapalenie gardła. Rodzice decydują się na wycięcie córeczce migdałków. Zabieg przebiega pomyślnie, a dziewczynka zostaje wypisana do domu. Rodzice na zmianę czuwają przy Chloe. Zauważają u dziewczynki niepokojące objawy. W nocy Tom widzi, że córeczka nie oddycha. Grace dzwoni po karetkę pogotowia. Stan dziewczynki jest beznadziejny i ratownik nie może jej pomóc. Chloe umiera. Sekcja zwłok wykazała, że przyczyną śmierci dziecka była Sepsa. Zrozpaczeni rodzice nie mogą się pogodzić z utratą ukochanej córeczki. Wpadają w stan depresji. Wzajemnie się unikają, a uczucie miłości w sercach Grace i Toma wygasło. Wkrótce między małżonkami dochodzi do awantury. We wzajemnych oskarżeniach posuwają się za daleko. Tom zaczyna spożywać duże ilości alkoholu, a Grace nie może funkcjonować bez leków antydepresyjnych i nasennych. Załamana kobieta decyduje się na powrót do pracy. By mogła po utracie dziecka dojść do siebie, szef proponuje Grace kilka miesięcy zwolnienia lekarskiego. Bohaterka powieści przyjmuje propozycję dyrektora i decyduje się na wyjazd do pięknej, oddalonej od skupisk ludzkich miejscowości. wybiera walijską wieś położoną u podnóża gór, w której znajduje się chatka drwala oraz miejsce noclegu dla gości – stara owczarnia. Grace od pierwszych chwil po przybyciu nie żałuje swojej decyzji. Wpatruje się w zapierający dech w piersiach piękny widok na dolinę. Właścicielem pensjonatu jest Huw, który od początku okazuje życzliwość Grace. Kobieta dużo czasu spędza na samotnych górskich wędrówkach. Nawiązuje rozmowę z gospodarzem, który opowiada jej o swoim życiu. Żona właściciela pensjonatu 6 lat wcześniej została potrącona przez samochód i zginęła na miejscu. Przeprowadzka do chatki drwala, w której wcześniej mieszkali jego dziadkowie, pomogła samotnemu wdowcowi stanąć na nogi. Huw i Grace zaczęli spędzać razem czas. Organizowali wspólne wycieczki oraz razem spożywali kolację przy ognisku. Z czasem między Grace i Huwem rozkwita przyjaźń. Kobieta zaczyna dochodzić do siebie i pragnie ułożyć sobie życie na nowo. Po kilku tygodniach pobytu w starej owczarni Grace odnajduje Tom. Jak potoczą się dalsze losy bohaterów powieści? Czy małżonkowie się pogodzą i zaczną budować swoje szczęście od nowa? Przeczytajcie sami! Amanda Prowse „Trzy i pół sekundy” Czyta Agata Darnowska Książka dostępna w formacie Daisy i Czytak. && Galeria literacka z Homerem w tle Opowiadania Andrzej Liczmonik Ten piękny wigilijny wieczór W ten wczesny grudniowy wieczór ulica jest pusta bardziej niż kiedykolwiek. Nikt nie załatwia dziś żadnych swoich spraw. Sklepy i urzędy pozamykano wcześniej niż zwykle. To przecież najważniejszy wieczór w całym roku. Wszyscy na niego czekają. W oknach tysiącem kolorowych światełek mienią się choinki. Gdzieniegdzie daje się słyszeć śpiew kolęd o radosnej nowinie, o pokoju dla ludzi dobrej woli. Na bezchmurnym, granatowym niebie połyskują gwiazdy. Nie wiadomo, która z nich była pierwsza. Czyste, suche powietrze ściska mrozem. Od takiego mrozu szczypią uszy i nos, zwłaszcza, jeśli nie ma ich czym okryć. Pustą, wyludnioną ulicą, wśród rozświetlonych choinkami okien wędruje samotny człowiek. Twarde prawa rynku pozbawiły go domu i jedzenia. Już dawno zapomniał, jak smakuje czerwony barszcz z uszkami albo karp w galarecie. Marzy o kromce chleba. Nie tego białego, symbolicznego, którym ludzie dzielą się, życząc sobie szczęścia. Jemu nikt szczęścia dziś nie będzie życzył. Cóż to słowo może znaczyć dla kogoś takiego jak on? Miska zupy w darmowej jadłodajni? Kąt w schronisku? Nie lubił tych miejsc odkąd nieprzychylny wiatr historii powiał mu prosto w oczy. Drażniła go litość i współczucie, jakie mu tam okazywano. Miał swoją dumę. Często jednak, chcąc nie chcąc, z nich korzystał. W końcu pusty żołądek i dojmujący chłód zawsze wygrają z wyższymi uczuciami. Jednak nie dziś. Zdawał sobie sprawę, że w dniu takim jak ten będzie tam tłoczno i nie dla wszystkich wystarczy wyżerki przygotowanej przez cnotliwych dobroczyńców starających się za możliwie niską cenę kupić sobie bilety do nieba. Jeśli znajdzie się wśród tych, dla których starczy, będzie musiał znosić wrogie spojrzenia pozostałych, którym mniej się poszczęściło. W przeciwnym razie ból będzie większy niż wtedy, kiedy w ogóle tam nie pójdzie. Tak sobie wydedukował jeszcze rano, kiedy wychodził z opuszczonego garażu na przedmieściu. I do tej pory nie zmienił zdania. Teraz idzie pustą ulicą. Jest coraz bardziej głodny, zmęczony i robi mu się coraz zimniej. Za oświetlonymi oknami mijanych domów szczęśliwi ludzie kończą spożywać wieczerzę. Na każdym stole postawili jeden pusty talerz. Podobno dla jemu podobnych. On jednak przy żadnym z nich nie zasiądzie. W końcu bez przesady. Gościnność też ma swoje granice. Zatrzymał się. Nie ma już siły iść dalej. Do garażu, który opuścił dziś rano, jest pewnie z pół godziny drogi. Dawniej to nie byłby żaden problem. Teraz jednak nogi odmawiają posłuszeństwa. Nie zmusi ich do stawiania kolejnych kroków. Ławka pod wiatą przystanku autobusowego była twarda i niewygodna, jak niegdyś żłób, w którym złożono Głównego Bohatera dzisiejszego dnia. Dziś już nie zatrzyma się tu żaden autobus. Kierowcy też świętują narodziny Maleńkiej Miłości. Położył się na siedzisku z wąskich desek oddzielonych od siebie szerokimi odstępami. Otulił mocniej starym wytartym paltem. Zasnął. Nie obudzi się więcej. Tej nocy właśnie dla niego, bardziej niż dla kogokolwiek innego, narodził się Mesjasz. Mędrcy Wędruję wraz z trzema mędrcami w poszukiwaniu Nowonarodzonego. Nie było Go w tylu miejscach, w których wydawało się niemal pewne, że Go znajdę. Zawiodły wszystkie wskazówki, jakimi miałem się kierować. Droga się wydłuża i mam coraz mniej pewności, czy w ogóle wiem, kogo szukam. Nie wstąpię do pałacu Heroda. Pytanie władcy o Dziecię, to najgłupszy pomysł, jaki mógł mędrcom przyjść do głowy. Władcy sami wiedzą najlepiej, jak zbawić świat. Niepotrzebny im Zbawiciel. Nie zapytam też uczonych w Piśmie, nadętych teologów, którym wydaje się, że wiedzą o Nim wszystko. Mnie też się tak kiedyś wydawało. Mam wrażenie, że wiedzą tyle samo, co ja. Błądzimy razem. Tylko, że oni nigdy się do tego nie przyznają. Gwiazda to tylko ciało niebieskie. Milion lat temu wypuściło ze swego wnętrza nikły promyk, który teraz dociera do moich oczu. Ona do nikąd nie prowadzi. W ogóle na nią nie patrzę. Błąkam się więc po obcej krainie ze swoim mizernym darem. Nie mam go komu wręczyć, bo wciąż nie odnajduję Tego, dla którego jest przeznaczony. Czuję się zmęczony tą wędrówką i mam coraz mniej nadziei na szczęśliwe zakończenie. Jednak cały czas towarzyszę tym trzem niestrudzonym poszukiwaczom. Ufam, że znajdę Go kiedyś w dotyku palców, którymi ktoś delikatnie zamknie moje powieki, ocierając z nich jednocześnie ostatnią łzę. To, prawdopodobnie, będzie On. Świąteczne życzenia — Kochana, z okazji nadchodzących świąt życzę Ci zdrowia, szczęścia, radości, pomyślności i spełnienia najskrytszych marzeń. Po świętach spotkamy się w sądzie na sprawie rozwodowej. — Szanowni Państwo, z okazji zbliżających się świąt zarząd firmy składa wszystkim pracownikom najserdeczniejsze życzenia sukcesów w pracy, szybkich awansów oraz szczęścia w życiu osobistym. Po świętach połowa załogi zostanie zwolniona, gdyż ze względów ekonomicznych jesteśmy zmuszeni do redukcji zatrudnienia. — Czołem Żołnierze! Z okazji niecierpliwie przez wszystkich oczekiwanych świąt dowódca armii składa Wam najszczersze życzenia zdrowia, pomyślności, spokojnej służby oraz zadowolenia z Waszych rodzin. Po świętach wyjedziecie na front, gdzie Waszym zadaniem będzie neutralizować siłę żywą nieprzyjaciela. Niestety, przy tej okazji niektórzy z Was również zostaną zneutralizowani. — Drodzy lokatorzy, z okazji nadchodzących świąt, zarząd Spółdzielni życzy wszystkim dużo zdrowia, radości i spełnienia wszelkich życiowych planów. Po świętach do niektórych drzwi zapuka komornik, żeby dokonać eksmisji z powodu zaległości czynszowych. * * * Z racji mającej wkrótce nadejść kolejnej rocznicy swoich urodzin, serdeczne życzenia pomyślnej realizacji zamierzonych celów wszystkim mężom, pracodawcom, dowódcom i zarządcom nieruchomości składa Stwórca. Po świętach… && Nasze sprawy Odnaleźć się w nowej rzeczywistości Iwona Włodarczyk Mazowsze ze swoimi miastami oraz wioskami jest częścią naszej pięknej Ojczyzny i to tu przed 47 laty przyszedł na świat Janusz Parzyszek. Już od najmłodszych lat był ciekawy otaczającego go świata, a chcąc dowiedzieć się o nim jak najwięcej, zasypywał bliskich niezliczoną ilością pytań. Czas mijał szybko i beztroskie lata dziecięce zastąpiła szkoła, po ukończeniu której, tak jak większość młodych ludzi, również on podjął pracę zawodową. Wydawać by się mogło, że w jego życiu nie wydarzy się nic negatywnego, a jednak los potrafi być przewrotny… Wraz z pojawieniem się niepełnosprawności wzroku korekta dotychczasowych planów oraz marzeń stała się niezbędna, lecz wrodzony upór Janusza nie pozwolił mu osiąść na laurach. Odkąd zaczął się jego problem z prawidłowym widzeniem? Kto udziela mu wsparcia? Co go najbardziej irytuje? Co pomogło mu odnaleźć się w nowej rzeczywistości? Na te i inne zadane przeze mnie pytania odpowiada: – „Wzrok zacząłem tracić w 2008 roku, od roku 2014 potrzebuję wsparcia innych osób. Moją podporą, przewodnikiem i towarzyszem życia jest żona Lila, która pomaga mi w codziennym życiu. Jednym z największych moich problemów była nauka bezwzrokowej obsługi komputera, a ponieważ zawsze byłem wzrokowcem, to obecnie mam problem z orientacją w nieznanym terenie. Najbardziej irytuje mnie to, że nie mogę zobaczyć twarzy bliskich, bo dotyk czy opis to nie jest to samo, chociaż mam ten przywilej, że mogłem zapamiętać świat i twarze z czasów, kiedy widziałem, ale to co jest teraz, mogę tylko sobie wyobrazić.” Tak jak większość z nas, tak i Janusz, tracąc wzrok, miał swoje lepsze i gorsze chwile, lecz ciągle szukał czegoś co pomogłoby mu odnaleźć się w świecie ciemności, jednocześnie ułatwiło codzienne życie. Taką szansą stały się dla niego udźwiękowiony komputer oraz telefon. O swoim pierwszym szkoleniu i prowadzonym kanale na YouTube, gdzie dzieli się swoją wiedzą, mówi: – „Pierwszy raz do czynienia z komputerem oraz z czytnikiem ekranu NVDA miałem w roku 2024. To właśnie wtedy, w styczniu dostałem dofinansowanie na zakup sprzętu wraz z podstawowym szkoleniem z Aktywnego Samorządu. Moje szkolenie prowadził pan Mariusz Miszuda ze Stowarzyszenia „W Labiryncie”. Najpierw zacząłem publikować na Facebooku, a później założyłem kanał „Niewidomy w świecie AI” na YouTube. Moja przygoda z nagrywaniem filmików zaczęła się w styczniu tego roku. Impulsem do tego było uświadomienie sobie, że możemy uczyć się z pomocą sztucznej inteligencji i wykorzystywać ją w codziennym życiu. Tematem moich filmów jest korzystanie np. z Chata GPT czy Groka do nauki, z pomocą których jesteśmy niezależni od kursów i dofinansowań. Przy odpowiednio zadanych pytaniach Chat potrafi udzielać odpowiedzi jak prawdziwy nauczyciel, a przede wszystkim mamy nieograniczony czas nauki. Pokazuję też nowe aplikacje i narzędzia AI, które są dostępne i wyjaśniam, w jakich sytuacjach dla nas niewidomych mogą być pomocne. To co robię, mogę nazwać swoją pasją. Przede wszystkim wciągnęła mnie nauka, ponieważ mogę uczyć się bezstresowo, bez presji na czas, tym bardziej że jestem samoukiem i pod presją czasową nic nie wchodzi mi do głowy, a tu mam całkowitą swobodę. Chcę dzielić się z innymi, tłumacząc, jak wykorzystywać chaty. Teraz, dzięki czytnikom ekranu i różnym aplikacjom zarówno ja, jak i inni niewidomi jesteśmy bardziej samodzielni i mam nadzieję, że będzie się to rozwijać. Dużą satysfakcję sprawia mi, gdy ktoś skorzysta z moich porad, a kiedy komuś przydadzą się moje wskazówki, pomagając w nauce i nie tylko, to mnie to właśnie cieszy. Moim największym marzeniem jest, aby technologia rozwinęła się tak, żebyśmy byli całkowicie niezależni, a przede wszystkim, aby była ogólnie dostępna i nie kosztowała krocie, tak jak ma to miejsce obecnie.” Słaby wzrok oraz jego całkowita utrata są dla wielu osób bagażem, który muszą dźwigać każdego dnia i nie da się go odstawić gdzieś na bok po to, aby móc trochę odpocząć. Jedynym wyjściem jest odnalezienie się w nowej rzeczywistości. Dla Janusza oknem na świat stał się komputer, lecz każdy ma prawo do swoich własnych poszukiwań oraz wyborów, które będą osobistą drogą, a może nawet staną się pasją. && Sylwester i Nowy Rok Krystian Cholewa Nie zawsze mijający rok kończy się dla nas idealnie. Czasami to czas pełen niepowodzeń. Jednak w naszej polskiej tradycji sylwester i Nowy Rok to okres bogaty w zwyczaje i obyczaje. Od najmłodszych lat brałem udział w przedszkolnych przedstawieniach – raz nawet byłem „starym rokiem”. Mam pamiątkowe zdjęcie, które ma swoje zasłużone miejsce w szufladzie. W moim rodzinnym domu ten dzień był zawsze wyjątkowy. Odkąd sięgam pamięcią, po południu 31 grudnia chodziliśmy całą rodziną do kościoła, by podziękować Panu Bogu za cały miniony rok. Nigdy nie byłem zwolennikiem petard ani fajerwerków. Musiałem zadbać o bezpieczeństwo mojego brata mniejszego (psa), aby huk fajerwerków nie wyrządził mu dużej traumy. Gdy uczęszczałem do przedszkola i szkoły podstawowej, moi rodzice brali udział w zabawach sylwestrowych organizowanych przez te placówki edukacyjne. Była to często ich jedyna okazja w roku, by wyjść, spotkać się ze znajomymi i na chwilę zapomnieć o codziennych zmaganiach – o mojej niepełnosprawności czy opiece nad chorą ciocią. Była to także forma integracji ze społecznością lokalną – dowód na to, że rodzice dziecka z niepełnosprawnością również mogą dobrze się bawić, a nie tylko się zamartwiać. Wspólnie z moją starszą siostrą organizowaliśmy sobie kameralnego sylwestra w domowym zaciszu. W pokoju rozwieszałem dużo balonów i było zawsze dobre jedzenie. O północy witałem Nowy Rok bezalkoholowym szampanem. Pamiętam z dzieciństwa, że młodzież z naszej wsi miała zabawny zwyczaj – w noc sylwestrową wyciągali furtki i bramy, a potem chowali je na drugim końcu wsi. Później wszyscy musieli ich szukać – śmiechu było co niemiara. Po całej wiosce w Nowy Rok chodziła również przed laty grupa kolędników, która grała na instrumentach muzycznych. W Nowy Rok odwiedzaliśmy rodzinę, sąsiadów i znajomych, składając sobie życzenia – najczęściej zdrowia i pomyślności. Śpiewaliśmy kolędy i życzyliśmy, by nadchodzący rok był przynajmniej nie gorszy od poprzedniego. Nasza rodzina bardzo się cieszyła z odwiedzin oraz życzeń noworocznych. Gdy byłem nastolatkiem – z powodu mojej niepełnosprawności – nie brałem udziału w balach sylwestrowych, ale zawsze starałem się ten dzień świętować na różne sposoby. Nie robiłem psikusów ani kawałów – fizycznie nie byłbym w stanie – ale nigdy nie zamykałem się w domu. Chciałem pokazać, że z niepełnosprawnością ruchową również można się świetnie bawić. Sylwestra świętowałem kiedyś z kolegami w miejscowym klubie. Niestety, ilość alkoholu, jaka tam się pojawiła, nie do końca mi odpowiadała. Dziś już wiem, że można się doskonale bawić również bez alkoholu. To właśnie tamta sylwestrowa noc nauczyła mnie, jak niebezpieczne mogą być skutki jego nadużywania. Od tego czasu całkowicie zmieniłem swoje podejście do napojów wysokoprocentowych. Pamiętam, że pewnego roku pojechałem na rynek w Opolu. Innym razem wybrałem się z kolegami na rynek do Wrocławia i Krakowa. Wyruszyliśmy pociągiem z Opola wieczorem, by w stolicy Dolnego Śląska i Małopolski przywitać Nowy Rok. Wspominam to jako bardzo przyjemne doświadczenie – było to świetne odreagowanie, szczególnie przed zbliżającą się sesją egzaminacyjną. Po północy wróciliśmy do domu. W okresie świąteczno– noworocznym często uczestniczyłem też w Europejskich Spotkaniach Młodych, organizowanych przez wspólnotę Taizé. Odbywają się one co roku w innym mieście Europy – byłem między innymi w Brukseli, Poznaniu, Pradze czy Rotterdamie. Ważnym elementem tych spotkań była uroczysta kolacja sylwestrowa, miało to miejsce w kraju tulipanów. Wyjazdy te trwały zazwyczaj kilka dni i były czasem pełnym modlitwy, zwiedzania miasta, poznawania nowych ludzi, kultur i zwyczajów. Był to cudowny okres – sylwester i Nowy Rok spędzony w atmosferze wspólnoty, otwartości i radości, gdzie zawsze w sylwestrową noc był czas na modlitwę i zabawę wśród młodych z różnych krajów europejskich. Pamiętam również, że Nowy Rok zwykle zaczynaliśmy od uroczystego obiadu u rodziny, która nas gościła. Był to piękny gest – wspólne świętowanie i dzielenie się drobnymi upominkami jako wyraz wdzięczności za gościnność. W sylwestra zdarzało się też, że zapraszałem do siebie kolegę z jego żoną. Mogliśmy wtedy spokojnie porozmawiać, powspominać dawne czasy i spędzić ten wieczór w miłej atmosferze. Takie spotkania były szczególnie cenne, bo w ciągu całego roku rzadko mieliśmy czas na wspólne chwile – każdy z nas był pochłonięty swoimi obowiązkami. Były też takie lata, kiedy w ostatni dzień roku kalendarzowego siedziałem w domu – w ciszy, ze względu na żałobę po śmierci bliskich: wujka, ojca czy dziadka. Pamiętam, jak wtedy odmawialiśmy różaniec za zmarłego dziadka, a w oddali słychać było huk petard i śmiech bawiących się ludzi. Takie jest życie – jedni się bawią, inni się smucą. Życie pisze nam różne scenariusze, a my musimy je zaakceptować i żyć dalej, nawet jeśli to bardzo boli. W dorosłym życiu coraz bardziej cenię sobie ciszę i spokój. Nie przepadam za głośną muzyką i tłumem. Sylwestra nie kojarzę już z hałasem, ale z końcem starego roku i początkiem czegoś nowego. Jeśli tylko pozwala pogoda, w Nowy Rok z samego rana lubię gdzieś wyjechać – najlepiej na Górę Świętej Anny. To dla mnie czas naładowania energii, zawierzenia wszystkiego Bożej Opatrzności, przemyślenia planów i nadziei na nadchodzący rok. Nie każdy musi hucznie obchodzić zakończenie roku – na balach, dyskotekach czy miejskich sylwestrach pod chmurką. Wszystko zależy od indywidualnych upodobań, stanu zdrowia czy możliwości finansowych. Najważniejsze to wiedzieć, co naprawdę sprawia nam radość. Trzeba jednak pamiętać, że życie mamy tylko jedno i warto przeżyć je tak, aby nie przeszło nam „koło nosa”. && „50 plus” i co dalej?… – z Grzegorzem Kukiełką rozmawia Renata Nowacka–Pyrlik Letnim popołudniem wybieram się do laskowskiego szpitalika (tak się utarło nazywać obiekt na terenie ośrodka dla niewidomych, powstały w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku). W szpitaliku, obok uczniów, którym zdarzyło się zachorować na grypę czy anginę, okresowo przebywają także osoby dorosłe potrzebujące pomocy medycznej i opieki: absolwenci i wychowawcy laskowskich szkół, siostry zakonne. Znam to miejsce dość dobrze. Jako uczennica liceum, a przez krótki czas nauczycielka szkoły w Laskach, kilkakrotnie byłam pacjentką szpitalika. Pozostały mi dobre wspomnienia związane z tymi pobytami: podmiotowe traktowanie przez świecki i zakonny personel oraz klimat pełen życzliwości i empatii, nieporównywalny z tym, jakiego doświadczamy w dużych szpitalach. Obecnie chyba jest podobnie. Przekraczając po czterdziestu latach progi szpitalika, poczułam się tak, jakbym opuściła go wczoraj. Tym razem chciałam porozmawiać z panem Grzegorzem Kukiełką, „człowiekiem w wieku 50 plus” (jak nieco żartobliwie mówi o sobie), byłym wychowankiem i absolwentem dwóch laskowskich szkół – podstawowej i średniej, przebywającym tu na rekonwalescencji po kolejnej operacji. Pana Grzegorza znam od dawna jako pracownika wypożyczalni książki mówionej w bibliotece przy ul. Konwiktorskiej w Warszawie. Kiedyś przychodziłam tam, by wypożyczyć lub zwrócić książki nagrane na kasetach, a od kilkunastu lat – by skopiowano mi je na znacznie wygodniejsze nośniki cyfrowe. Czasem wypożyczałam książki dla siebie, ale chyba częściej dla osób niewidomych niemogących odwiedzić biblioteki samodzielnie. Bardzo lubię te wizyty. Podobnie jak w laskowskim szpitaliku, wyczuwam w tym miejscu przyjazną atmosferę. Wypożyczając książki, odnoszę wrażenie, że każdy z pracowników bardzo się stara, by przychodzące tam osoby były należycie obsłużone i dobrze się czuły. Po wizycie w bibliotece mam na ogół o wiele lepszy nastrój niż przed, a wiem – na podstawie rozmów z innymi czytelnikami – że nie jestem w tych odczuciach osamotniona. Wypożyczaniem książek zajmują się na zmianę różne osoby. Ja najczęściej trafiałam do nieżyjącej już pani Marii, z najlepszej strony zapamiętanej i często wspominanej, oraz do mojego dzisiejszego rozmówcy – pana Grzegorza. Podczas wizyt w wypożyczalni ujmowało mnie zaangażowanie pracowników, ich zainteresowanie czytelnikami i troska, by jak najlepiej dopasować lekturę z dostępnych zasobów. Zarówno pani Maria, jak i pan Grzegorz, poprzez niezwykle wnikliwe i cierpliwe przeszukiwanie katalogów, dokładali wszelkich starań, by wybierane pozycje książkowe spełniły oczekiwania czytelników. By mogły być, choćby na chwilę, odskocznią od szarości dnia, bólu, niesprawności, poczucia opuszczenia i samotności. By spotkanie z książką mogło być pokrzepieniem, namiastką podróży, źródłem wiedzy lub różnorodnych emocji. Wszak mawia się, że książki pełnią rolę przyjaciół (czasem największych). I wiem od wdzięcznych czytelników, że dzięki pracownikom biblioteki, między innymi panu Grzegorzowi właśnie, zawiązało się wiele takich cennych przyjaźni. Dlatego uważam, że warto przybliżyć tu jego sylwetkę. Ale są jeszcze inne powody, moim zdaniem równie istotne: nieprzeciętna determinacja i upór, z jakimi pan Grzegorz pokonuje kolejne bariery i przeciwności związane ze złożoną niepełnosprawnością ograniczającą i bardzo utrudniającą codzienne życie (a w niektórych aspektach całkowicie przekreślającą jego plany i marzenia), wspomniana już empatia, ale też rozległe zainteresowania i talenty, jakimi los go obdarzył. W moim przekonaniu, pan Grzegorz w pełni zasługuje na miano „Cichego Bohatera”. Jest bowiem człowiekiem niezwykle życzliwym, uważnie wsłuchującym się w potrzeby innych i nieszukającym rozgłosu. Długo musiałam go zachęcać do tej rozmowy. „Przecież są lepsi ode mnie” – argumentował swoją niechęć do wywiadu. Przekonał go chyba argument, że historia jego zmagań, doświadczenie życiowe i refleksje mogą być wsparciem dla innych. Być może osobom mającym ograniczenia „tylko” wzrokowe będzie nieco łatwiej uporać się z towarzyszącą niewidzeniu: złością, rozmaitymi lękami i bezsilnością. Może odważniej i z większą wiarą podejmą trud kształcenia się, poszukiwania nowych wyzwań i realizowania swoich marzeń… – Panie Grzegorzu, przenieśmy się na chwilę do czasów Pana dzieciństwa. Jakie są Pana najwcześniejsze wspomnienia? – Urodziłem się jako czwarte najmłodsze dziecko w rodzinie rolniczej na wsi pod Zamościem. W moim domu nie było wtedy elektryczności, lecz lampy naftowe. Od początku miałem poważne, złożone problemy zdrowotne, dotyczące między innymi wzroku i narządu ruchu. Dziś stan taki określany jest wielowadziem albo uszkodzeniem wielonarządowym. Przyczyną była choroba mamy w czasie ciąży (moje starsze rodzeństwo, dwie siostry i brat, są osobami pełnosprawnymi). Moim rodzicom – niemającym doświadczenia i wiedzy, jak pomóc niewidomemu dziecku, dodatkowo z innymi jeszcze problemami zdrowotnymi – byłoby bardzo trudno zapewnić możliwość nauki, leczenia i rehabilitacji. Dlatego szukali pomocy na zewnątrz. Początkowo głównie u lekarzy, dlatego pierwsze lata życia spędzałem głównie w szpitalach. Stamtąd więc pochodzą moje najwcześniejsze, nienajlepsze wspomnienia. Jako siedmiolatek zostałem przyjęty do Ośrodka Szkolno–Wychowawczego dla Dzieci Niedowidzących w Lublinie. Wtedy jeszcze trochę widziałem (stąd do dziś pozostało mi wyobrażenie na przykład liter, kolorów, kształtów różnych rzeczy). Niestety, w tej szkole nie czułem się dobrze. W porównaniu z niektórymi rówieśnikami widziałem bardzo słabo, a mając dodatkowe problemy, byłem dość niesamodzielny. To z kolei stało się przyczyną dokuczania mi. Dodatkową przykrość stanowił brak reakcji na te szykany ze strony moich wychowawców i nauczycieli. Po roku spędzonym w Lublinie przeniesiono mnie do ośrodka dla niewidomych w Laskach. Wtedy (był rok 1973) po raz drugi zacząłem uczęszczać do klasy pierwszej. W ośrodku laskowskim spędziłem w sumie dwanaście lat potrzebnych na ukończenie szkoły podstawowej i liceum. – Co najbardziej utkwiło Panu w pamięci z pierwszego okresu w tej nowej placówce szkolno–wychowawczej? – Przede wszystkim zupełnie inne, znacznie lepsze podejście. W Laskach znalazłem dużo więcej ciepła i życzliwości niż w poprzednim ośrodku. W tym miejscu nie czułem się gorszy od moich kolegów. W chwili przyjęcia byłem jednym z najlepiej widzących uczniów, mogłem więc na przykład pełnić rolę przewodnika moich kolegów. Wyobrażałem sobie, że szkoła i internat w Laskach będą, podobnie jak w Lublinie, w jednym miejscu. Tymczasem po przyjeździe okazało się, że jest to kompleks wielu oddalonych od siebie budynków. Ponieważ miałem problemy z chodzeniem, te odległości były dla mnie dość trudne do pokonywania. Do dziś pamiętam, jak dzięki interwencji i pomocy zaangażowanych ludzi z Lasek trafiłem (będąc jeszcze w pierwszej klasie) do warszawskiego szpitala na operację ortopedyczną. A potem spędziłem trzy miesiące, leżąc w gipsie, w infirmerii – szpitaliku mieszczącym się wówczas w niewielkim, drewnianym baraku. Zapamiętałem wspaniałe, dziś już nieżyjące, siostry zakonne: Koletę, Katarzynę, Różę i Anielę, które w tamtym okresie bardzo mi pomogły. W ogóle ośrodkowi w Laskach dużo zawdzięczam… Bardzo dobrze wspominam też moje wychowawczynie w internacie: Lucynę Michalik i nieżyjące już niestety: Gertrudę Bartusek i siostrę Jozafatę. Od bardzo dobrej strony zapamiętałem także pana Wiktora Dubaniewicza (obecnie będącego na emeryturze), który przejął opiekę nad naszą grupą internatową, gdy mieliśmy po około dziesięć lat. Wiadomo, że dziecku, zwłaszcza chłopcu, potrzebny jest obok matczynego także wzorzec ojcowski. Pan Wiktor bardzo się sprawdził w roli takiego zastępczego ojca. Prowadził drużynę harcerską, uczył nas męskich zachowań i chyba więcej w porównaniu z wychowawczyniami od nas wymagał. Z pewnością miało to wpływ na moje późniejsze radzenie sobie w dorosłym już życiu. Pamiętam, że mieliśmy dyżury gospodarcze, dzięki którym dużo się nauczyłem. Nasza grupa internatowa liczyła około piętnastu chłopców. Od początku byliśmy ze sobą emocjonalnie związani, a zbudowane wtedy dobre relacje i przyjaźnie trwają do dziś. Jako dziecko bardzo tęskniłem za domem rodzinnym. Już od października wyczekiwało się na święta Bożego Narodzenia, kiedy to przyjeżdżali rodzice i zabierali nas do domów. Z internatu wyjeżdżało się jeszcze tylko na Wielkanoc i na wakacje (soboty były w tamtym czasie normalnymi dniami nauki i obowiązywał inny system). Co ciekawe, gdy byłem w tym wyczekanym domu, szybko, bo mniej więcej już po tygodniu, zaczynałem tęsknić za kolegami, szkołą i internatem. Życie dziecka niewidomego na wsi, kiedy wszyscy domownicy zajęci są swoimi pracami, było wtedy naprawdę trudne i dość ubogie pod względem dostępnych rozrywek: można było słuchać „Lata z radiem”, książek nagranych na taśmę magnetofonową, czytać coś w brajlu, ale co dalej?… – A jakie wspomnienia pozostały Panu z początków nauki w szkole? – Na pierwszy plan wybijają się, sprzyjające poznawaniu świata, wycieczki. Byłem zafascynowany tym, że organizowano ich tak wiele. W Laskach wszystko, co niezwykle ważne i potrzebne dla rozwoju małego człowieka, było na miejscu. Chodziliśmy więc do sadu, gdzie przy okazji zbierania jabłek poznawaliśmy całe bogactwo świata roślinnego; do obory, by mieć wyobrażenie o krowach i innych zwierzętach. Przy okazji Dnia Wszystkich Świętych sprzątaliśmy groby na cmentarzu, wstępnie poznając trudne dla dziecka pojęcia śmierci i pogrzebu. Gdy uczyliśmy się o zawodach, odwiedziliśmy kowala w kuźni, z bliska obserwując jego pracę, czy piekarza w laskowskiej piekarni, gdzie wspólnie z nim wyrabialiśmy ciasto na chleb i poznawaliśmy cały proces związany z jego pieczeniem. Doskonale pamiętam takie miejsca, jak pralnia, szwalnia czy poczta; ich odwiedzanie, w połączeniu z zajęciami praktycznymi, owocowało wszechstronnym rozwojem i poznawaniem świata. Do dziś uważam, że znalezienie się w laskowskiej szkole było dla mnie czymś fantastycznym. Szczególnie dużo zawdzięczam takim nauczycielom – wielkim osobowościom – jak moja pierwsza nauczycielka, pani Małgorzata Galster – urodzony pedagog o wielkim sercu; siostra Julia (uczennica Marii Grzegorzewskiej – niezwykłej pedagog, m.in. prekursorki nauczania integracyjnego); siostra Hieronima – ucząca mnie religii, ale przede wszystkim niezwykle ciepła i oddana osoba; siostra Blanka – wielka humanistka, ucząca języka polskiego, od której między innymi nauczyłem się szacunku do innych ludzi, do kultury, a także miłości do książek. Bardzo dobrze wspominam też śp. panią Katarzynę Łańcucką – erudytkę w dziedzinie literatury i historii, panią Annę Gedyk – polonistkę oraz panią Małgorzatę Plachę – niezrównaną nauczycielkę matematyki. – A czy po ukończeniu podstawówki (w roku 1981) nie myślał Pan o nauce w zwykłej szkole średniej? – Może i myślałem, ale nie miałem takich możliwości. Wtedy nie było jeszcze mowy o nauczaniu integracyjnym, nie funkcjonowało pojęcie „asystent” czy „pedagog specjalny”. Jako osoba z małej miejscowości, nie miałem też po co wracać w rodzinne strony, ponieważ codziennie nie mógłbym dojeżdżać do odległej szkoły. Natomiast do internatu, z powodu różnych problemów zdrowotnych, prawdopodobnie nie zostałbym przyjęty. Na pomoc rodziny też nie mógłbym liczyć, nie mówiąc już o tym, że na wsi moje ograniczenia traktowane były (i nadal częściowo są, choć już w nieco innym aspekcie) jako „dopust boży” i „największe nieszczęście”. – Rozpoczął Pan więc kolejny etap edukacji, szkołę średnią, także w Laskach. Co z tego czteroletniego okresu zapisało się najbardziej w Pana pamięci? – Po ukończeniu podstawówki żadna osoba z mojej klasy nie przeniosła się poza ośrodek laskowski. Niektóre z nich wybrały szkołę zawodową, ja natomiast skorzystałem z okazji, że istniało tu liceum zawodowe o profilach: ślusarz– mechanik i masażysta. Wybrałem ten pierwszy. Z nauką nie miałem większych problemów, choć – jak każdy chyba człowiek – przechodziłem przez różne kryzysy. Uzyskany tytuł zawodowy niespecjalnie mi się w późniejszym życiu przydał, ale ponieważ w tamtym czasie nie miałbym innych możliwości zdobycia matury, to z perspektywy czasu nie żałuję, że wybrałem tę szkołę. Jednym z najbardziej potrzebnych przedmiotów szkolnych – w moim przypadku – okazało się maszynopisanie, czyli nauka pisania na maszynie czarnodrukowej metodą bezwzrokową. Umiejętność ta bardzo mi się przydała w późniejszym życiu – podczas studiów i w pracy zawodowej; była także podstawą nauczenia się obsługi komputera. – A jak potoczyły się Pana dalsze losy? W jaki sposób trafił Pan do wypożyczalni książki mówionej? – W dotarciu tam pomógł mi zbieg różnych okoliczności. Muszę w tym miejscu wrócić do okresu stanu wojennego, kiedy to w Laskach bywały różne ciekawe osoby. Jedną z nich okazał się pan Jacek A. Rochacki – artysta plastyk, rzeźbiarz i złotnik. Był on związany z Laskami poprzez pana Henryka Ruszczyca (wtedy już nieżyjącego, niezwykle oddanego sprawom niewidomych „Człowieka Lasek”, który przyczynił się między innymi do powstania spółdzielczości w Polsce i stworzenia miejsc pracy dla wielu osób niewidomych). Pan Jacek A. Rochacki przez dziesięć lat, począwszy od roku 1981, prowadził w Laskach – według własnego programu – zajęcia z zakresu metaloplastyki artystycznej. Ja, interesując się takimi sprawami i, podobno, mając jakieś zdolności plastyczne, uczęszczałem na te zajęcia w ramach koła plastycznego. Prace, które tam powstały, znalazły się na „Wystawach dorobku młodzieży”. Zainteresował się nimi pan Kazimierz Lemańczyk, prezes ówczesnej Spółdzielni Rękodzieła Artystycznego „Nowa Praca Niewidomych” i częsty gość ośrodka w Laskach. Zaproponował mi i moim dwóm kolegom – Mirkowi i Piotrowi – pracę w spółdzielni. Oczywiście, chętnie skorzystaliśmy z propozycji i zaraz po zdaniu matur zostaliśmy zatrudnieni. Wykonywaliśmy między innymi świeczniki, żyrandole, naczynia ceramiczne. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku „Nowa Praca Niewidomych” przeżywała rozkwit, świetnie prosperując zarówno na rynku polskim, jak i zagranicznym (powstawały piękne wyroby, np. słynne kożuchy z wełny dywanowej, tkane na drutach, eksportowane następnie za granicę). – Czy podobała się Panu taka praca? – Tak, ale gdy w połowie lat osiemdziesiątych trafiłem do „Nowej Pracy Niewidomych”, powoli zaczynał się kryzys. Nasz dział, z początku dobrze prosperujący, z czasem stał się nieopłacalny i został rozwiązany, a my straciliśmy pracę. Trafiłem wówczas – dzięki pomyślnemu zbiegowi okoliczności i dobrym ludziom, którzy mi pomogli – do Biblioteki Centralnej Polskiego Związku Niewidomych. Najpierw na próbę. Dyrektorem był wówczas pan Dobrosław Spychalski, dziś już nieżyjący. Ponieważ lubiłem książki, zajęcie okazało się dla mnie bardzo dobre. Wtedy też postanowiłem pójść na studia bibliotekarskie dla pracujących (skierował mnie tam zakład pracy). Jednym z warunków było podpisanie zobowiązania do pracy w zakładzie przynajmniej przez dwa lata po zakończeniu studiów. Taka umowa była dla mnie niezwykle korzystna, gdyż dawała gwarancję zatrudnienia przez dłuższy czas. A potem zaproponowano mi zapisanie się do nowo powstałej spółdzielni mieszkaniowej. Ponieważ nie wyobrażałem sobie życia na wsi, z ogromną chęcią skorzystałem z tej możliwości i w 1992 roku zamieszkałem w wymarzonym mieszkaniu (spłacając jeszcze przez wiele lat zaciągnięty kredyt). – Pracuje Pan w bibliotece już od wielu lat, co daje Panu ta praca? – Myślę, że bardzo dużo – choćby kontakt z życzliwymi i rozumiejącymi się nawzajem ludźmi, a poza tym satysfakcję z tego, że poprzez odpowiedni dobór książek można komuś znacząco pomóc. Do biblioteki trafiają często osoby, które niedawno straciły wzrok i ich kontakt z pracującymi niewidomymi może pomóc im w odnalezieniu się w nowej i trudnej dla nich rzeczywistości. Nie każdy może tu pracować, zresztą za czasów mojego zatrudnienia przewinęło się przez bibliotekę wiele osób, które się nie sprawdziły. Trzon pracowników stanowią „Laskowiacy” – absolwenci ośrodka w Laskach. Mamy podobne doświadczenia, bardzo wiele nas łączy. Maryla – nasza wieloletnia koleżanka i przyjaciółka, odchodząc w ubiegłym roku od nas na zawsze, pozostawiła po sobie ogromny smutek i pustkę… – Czy studia, ukończone pewnie z niemałym trudem, przydają się Panu w pracy? – Uczono nas wielu rzeczy, które – w moim przypadku – okazały się mało przydatne. Ale były też zajęcia niezwykle ważne i potrzebne, na przykład z literatury czy informacji naukowej. Wtedy nie doceniałem ich specjalnie, sądząc, że też będą mało przydatne, ale pamiętam słowa naszej pani profesor: „Jeszcze się kiedyś przekonacie, że informacja będzie towarem na sprzedaż; bo nieważne, czy się wie, czy się czegoś nie wie. Człowiek swoim rozumem nie jest w stanie wszystkiego objąć ani zapamiętać, ale jeśli wie, gdzie ma czegoś szukać, to sobie poradzi”. Informacja naukowa to był dla mnie trudny przedmiot. Pamiętam, że miałem z niego poprawkę, ale w praktyce okazał się bardzo przydatny. Dziś wiem, że bibliotekarstwo jest zawodem wymagającym umiejętności poszukiwania wiedzy. Bibliotekarz powinien wiedzieć, gdzie i w jaki sposób dotrzeć do informacji. W praktyce – powinien mieć wiedzę o autorach, o sposobach pisania, mieć dostęp do wielu pozycji książkowych, wiedzieć, jak je skatalogować i sklasyfikować. Ważna jest także umiejętność doradzenia, na przykład nie każdy kryminał będzie odpowiedni dla każdego czytelnika. – A Pan jakie książki preferuje? – Książki odgrywają w moim życiu bardzo ważną rolę. Lubię praktyczną filozofię, psychologię, książki religijne. Natomiast nie podobają mi się typowe romanse. Uważam, że na ich czytanie szkoda czasu. Ale z kolei lubię czytać bajki, bo w każdej z nich jest jakiś morał, przesłanie, które można w prosty sposób odkryć. Weźmy bajkę o Czerwonym Kapturku – z jej przesłania wynika, że trzeba pomyśleć z kim się człowiek zadaje. Bardzo często wracam do niektórych książek, na przykład „Opowieści z Narnii” – cyklu siedmiu powieści fantasy. Ich autorem jest C. S. Lewis, który, na skutek różnych zawirowań, przechodzi szereg przemian wewnętrznych, stając się z osoby średnio religijnej, poprzez zagorzałego ateistę – człowiekiem niezwykle oddanym Bogu i ludziom. Lubię klasykę: dzieła Bolesława Prusa – niezwykłego społecznika; Henryka Sienkiewicza – zwłaszcza jego opowiadania czy „Listy z Ameryki”; Jarosława Iwaszkiewicza – na przykład opowiadanie „Brzezina” czy Ernesta Hemingwaya – klasycznego przedstawiciela literatury amerykańskiej. Sięgam też po poezję. Niestety, obserwuję, że dziś nie uczy się młodych ludzi odczuwania czy wyrażania poezji. Poeta potrafi opisać świat, siebie, swoje myśli w piękny, subtelny, niezwykle wrażliwy sposób. Tymczasem większość z nas na ogół żyje bardzo szybko; pochłaniamy i zarzucamy się zdawkowymi informacjami. Jesteśmy społeczeństwem informacyjnym. Poprzez nasze rozmowy, mające charakter czysto sprawozdawczy, nie jesteśmy w stanie wyrażać siebie, nie potrafimy też opisywać swoich wrażeń. – A czy ma Pan marzenia? – Każdy człowiek powinien je mieć. Marzenia pomagają żyć, pokonywać różne trudne sytuacje. Życie tak mi się ułożyło, że jestem sam. Snułem kiedyś plany, miałem marzenia związane z założeniem rodziny, ale nie wyszło… Dziś boję się bezradności, zależności od innych, starości – w tym sensie, że będę ją spędzał w jakimś domu opieki i ktoś obcy będzie mnie traktował przedmiotowo, na zasadzie: „niech zje”, „niech się przesunie”. Myślę, że osobom skazanym na taką opiekę musi być bardzo trudno. Młodzi teraz żyją szybko, nie mają czasu, nie chcą mieć w ogóle kontaktu z osobami starszymi czy niepełnosprawnymi. Tymczasem choroba przychodzi zazwyczaj znienacka i trzeba zrezygnować z wielu marzeń, przystosowując się do różnych utrudnień i ograniczeń. Ludzie przelatują przez życie, zapadając na różne dolegliwości i starzeją się, nie wiadomo kiedy… Czasem trochę mi żal, że nie wszystko, o czym kiedyś marzyłem, wyszło. Tymczasem moi rodzice już nie żyją, a z pozostałymi krewnymi nie mam głębokiej więzi; tym niemniej dostrzegam czasem dobre chęci, gdy doradzają mi sprzedanie mieszkania i przeprowadzkę w „nasze” strony. Raczej jednak nie wiążę z rodziną mojej przyszłości. Znacznie bardziej związany jestem z Laskami, z Warszawą. Tu mam grono życzliwych, pomocnych i sprawdzonych ludzi. Teraz, mając dużo czasu, myślę bardziej perspektywicznie. I wydaje mi się czymś ważnym, że jako ludzie „jesteśmy zwierzętami stadnymi”. To, że mogę pracować, że pracuje wielu innych, nie jest tylko naszą zasługą. To owoc wzajemnej pomocy i spotykania na swej drodze ludzi o dobrych sercach. I dzisiaj to oceniam jako najważniejsze. Jestem zafascynowany tym, że mając kontakt z siostrami zakonnymi, dostrzegam, jak dużo dobra one świadczą. Jak ta ich praca, ale także pracowników świeckich, jest ważna i potrzebna. Jak już wcześniej mówiłem – Laski mnie ukształtowały i bardzo dużo im zawdzięczam. Także i teraz, kiedy jestem po kolejnej operacji, nadal korzystam z pomocy… – Ale przecież Pan też przez wiele lat pracował społecznie, choćby w kole PZN. – Tak zostałem ukształtowany, więc dostrzegając problemy innych, pracowałem przez ponad trzydzieści lat w strukturach koła Polskiego Związku Niewidomych „Śródmieście”. Starałem się, na ile można było, pomagać osobom, zwłaszcza nowo ociemniałym, które, z chwilą utraty czy znaczącego pogorszenia widzenia, nie bardzo wiedziały, jak mają dalej żyć. Myślę, że – w pewnym sensie – mogłem być przykładem tego, że sensowne i satysfakcjonujące życie bez wzroku (dodatkowo z wieloma innymi problemami) jest możliwe. Moim zdaniem, każdy z nas chce czuć się potrzebny. I kiedy pojawia się myśl albo głębokie przekonanie, że tak nie jest, to jest to najgorsze nieszczęście i największa krzywda. Dlatego często w rozmowach z ludźmi niewidomymi czy słabowidzącymi, a także z widzącymi członkami ich rodzin, poruszałem ten problem. Przekonywałem, że pomimo braku czy pogorszeniu wzroku nadal można wykonywać wiele czynności i pełnić różne role społeczne i rodzinne. Rozmawiałem o tym w swojej pracy, w kole PZN, ale też podczas licznych pobytów na szpitalnych oddziałach, gdzie ludzie często użalali się nad swoim losem, na przykład z powodu niemożności przeczytania gazety. Myślę, że nasze rozmowy, podczas których starałem się przekonywać, że narzekanie do niczego dobrego nie prowadzi, niektórym pomagały. Z drugiej jednak strony rozumiem, że takim ludziom było trudno, bo – jak mówił św. Paweł – „nasze ciało stanowi całość, a kiedy choćby coś jednego choruje, to choruje całe ciało”. Stąd jeśli człowiek ma jakiś – naszym zdaniem – drobny problem zdrowotny, choćby katar, to powinniśmy starać się go też zrozumieć i w miarę możliwości mu pomóc. – Co, Pana zdaniem, jest najważniejsze dla osób nowo ociemniałych? – Ja bym powiedział, najpierw bliskim takich osób, aby nie traktowali ich ulgowo. Moim zdaniem, wobec osoby, która traci wzrok, należy zachowywać się w miarę normalnie, a nadmierną pomocą można jej jeszcze bardziej zaszkodzić. Nadopiekuńcza żona czy mąż swoją postawą mogą sprawić, że osoba niewidoma całkowicie się wycofa, stając się zupełnie zależną i niesamodzielną. Staram się przekonywać innych, że utrata wzroku nie przekreśla wielu możliwości, że dzięki opanowaniu różnych umiejętności i zastosowaniu dostępnych pomocy, których jest teraz naprawdę sporo, można w miarę samodzielnie funkcjonować i korzystać z życia. Najważniejsze jest, by osoby, która straciła wzrok, nie izolować, nie pozbawiać jej możliwości brania czynnego udziału w codziennych sprawach. – Co Pan sądzi na temat opieki zdrowotnej w Polsce? – Osobiście marzy mi się lekarz, który widziałby mnie całościowo, tak jak widział to, wspominany przed chwilą przeze mnie św. Paweł, a nie kierował tylko do wielu różnych specjalistów. Aktualnie korzystam z pomocy szpitalika. Mam chorobę naczyniową i z powodu ran na nogach trzeba było powycinać duże fragmenty tkanek (towarzyszy temu duży ból). Tu jestem pod dobrą opieką – dużo leżę, mam robione opatrunki. Może uda mi się uniknąć przeszczepu skóry. Nie mogę narzekać. Jednak obawiam się, że po powrocie do mojego mieszkania ta choroba się odnowi, a sam nie będę w stanie opatrywać ran w sposób właściwy. – Czy można Panu jakoś pomóc? Na czym ewentualnie miałaby polegać ta pomoc? – Jestem dość samodzielny. Mam różne urządzenia pomagające w codziennym życiu (komputer, iPhone), dzięki którym czytam książki, korzystam z poczty internetowej, z radia, z programu do oglądania telewizji. Mogę też oglądać filmy z audiodeskrypcją; w mojej bibliotece znajduje się kilkaset takich filmów. Poza tym nadal dużo zależy ode mnie. Myślę, że z czasem będę jednak musiał podjąć decyzję o korzystaniu z pomocy innych osób, które zrobią mi zakupy, posprzątają… Coraz trudniej jest mi wykonywać takie czynności. Tu niestety trzeba się będzie liczyć z dodatkowymi kosztami… Czasem myślę o tym, że bardzo przydałby się dom opieki dla dorosłych niewidomych. Jako członek Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach wiem, że ten temat jest od jakiegoś czasu dyskutowany. Bardzo chciałbym, aby taki dom powstał właśnie tu, w Laskach, gdzie jest duży teren, odpowiednie zaplecze i klimat. Barierą są pieniądze. Moim zdaniem, wskazane jest, by tworzyć takie ośrodki z myślą tylko o niewidomych. Byliby w nich traktowani ze zrozumieniem ich problemów i z odpowiednim podejściem, a nie na zasadzie przechowalni, jak to zazwyczaj ma miejsce w „zwykłych” domach opieki. – I już kończąc, czego Pan zdecydowanie nie lubi? – Nie lubię się rozwodzić nad różnymi sprawami. Nie lubię przesady, w tym sensie, żeby zajmować się czy poświęcać cały czas czemuś jednemu. Uważam, że trzeba się ciągle rozwijać. Nie zapominając o przeszłości, poszukiwać nowych rozwiązań i iść do przodu, czasem rezygnując z własnych przyzwyczajeń czy uprzedzeń. Źródło: Artykuł publikowany w ramach projektu „Tyfloserwis 2018–2021 Internetowy Serwis Informacyjno–Poradniczy" && Listy od Czytelników Tańcem i śpiewem Polska malowana, czyli Warsztaty Kulturalne dla osób z dysfunkcją wzroku. Agnieszka Kukla Fundacja Brajlówka, która ma swoją siedzibę w Łaziskach Górnych od 3 lat organizuje warsztaty kulturalne w Węgierskiej Górce. Są one przeznaczone dla osób z dysfunkcją wzroku. Prezesem fundacji jest pani Dorota Chmiel. Warsztaty mają na celu rozwijanie talentu wokalno-tanecznego u osób niewidomych i słabowidzących. Jednakże nie trzeba posiadać koniecznie tego rodzaju zdolności, by wziąć w nich udział. Chodzi także o to, by osoby niewidome mogły integrować się ze słabowidzącymi poprzez śpiew, taniec, czy nawet sztukę teatralną. Mój pobyt w Węgierskiej Górce trwał od 12 do 17 października. Jednym z naszych instruktorów był pan Piotr Hankus z Bielska-Białej. Jest on m.in. członkiem zespołu „Śląsk” w Koszęcinie, oraz mistrzem mowy polskiej… Warsztaty są o tematyce folklorystycznej, więc uczyliśmy się pieśni ludowych, oraz góralskich. Wraz z panem Piotrem śpiewaliśmy pieśni regionalne takie, jak znana śląska piosenka "Karliku", czy wpadające w ucho "Szła dzieweczka". Kolejną naszą instruktorką była pani Grażynka, która uczyła nas pieśni o tematyce typowo góralskiej, na przykład "Sarna", czy słynne "Hej bystra woda". Po południu znowu mieliśmy zajęcia z panem Hankusem, lecz tym razem zamiast śpiewu, zapoznawał nas z pantomimą. Miałam przyjemność wziąć udział w "Etiudzie pantomimicznej" pod tytułem "Plakaciarz" Sztuka polegała na tym, że młoda dziewczyna rozwiesza plakat na ścianie, gdy to zrobi chce upewnić się, czy jest on dobrze zawieszony. Nagle spogląda przez dziurkę i znajduje się w innym świecie. Tam spotyka tancerki, malarki, piosenkarki, oraz osoby grające w piłkę na plaży. Mnie przypadła rola piłkarki. Grałam przy pomocy asystentki, która jest pracowniczką Brajlówki, dlatego też bierze udział w warsztatach. Wieczorem mieliśmy spotkanie, w czasie którego każdy musiał opowiedzieć coś o swoim regionie. Oczywiście nie obyło się bez śpiewania pieśni ludowych przy akompaniamencie gitary, czym zajęła się pani Chmiel. Drugiego dnia pojechaliśmy na wycieczkę objazdową po Beskidzie. Mieliśmy przyjemność wziąć udział w krótkich warsztatach, które odbyły się w zagrodzie pasterskiej w Koniakowie. Najpierw odbyła się degustacja serów, następnie prowadząca warsztaty pokazała nam, jak filcować mydło. Najpierw musieliśmy spryskać mydło wodą, potem nakleić na nie wełnę, następnie włożyć do pończochy i pocierać, póki wełna nie przylepiła się do mydła. Nasze dzieła otrzymaliśmy, jako pamiątkę. Zwiedziliśmy jeszcze zamek prezydencki w Wiśle, gdzie mieliśmy przyjemność wypić kawę. Na koniec pojechaliśmy pod skocznię Adama Małysza. Trzeciego dnia oprócz śpiewów uczyliśmy się także tańczyć "Trojaka", czyli sławne "Zasiali Górale". Jednak ja przez wzgląd na niepełnosprawność ruchową śpiewałam w chórku. Warsztaty zakończyły się krótką prezentacją tego, czego nas nauczono. Wszystko uwiecznione zostało na filmie i fotografiach. Uczestnicy mogli także udzielić wywiadu, w którym opowiadali, co najbardziej przypadło im do gustu w czasie warsztatów. Najbardziej podobało mi się, że Brajlówka nie wyróżnia uczestników kursu. Dla nich nie liczy się, czy ktoś śpiewa, lub tańczy lepiej, albo gorzej. Wszyscy stanowią jedną drużynę. Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej o warsztatach, czy samej fundacji, poniżej podaję adres strony internetowej. www.brajlowka.eu && Ogłoszenia Podziękowanie Drodzy Czytelnicy, Z radością informujemy, że dzięki Państwa życzliwości i otwartym sercom nasz apel dotyczący telefonu Blind Shell Classic 2 zakończył się sukcesem. Osoba, która bardzo potrzebowała tego urządzenia, otrzymała je od jednego z Czytelników naszego czasopisma. Ten gest wsparcia i solidarności realnie ułatwi jej codzienne funkcjonowanie oraz pozwoli na pełniejszy kontakt ze światem. Serdecznie dziękujemy Darczyńcy z Bydgoszczy za ofiarność, a wszystkim Państwu – za gotowość niesienia pomocy, zaangażowanie i przekazywanie informacji dalej. To dzięki Państwa wrażliwości możliwe jest budowanie przestrzeni, w której nikt nie zostaje sam ze swoimi potrzebami. Z wyrazami wdzięczności i szacunku Redakcja && Prośba o wsparcie Szanowni Czytelnicy, Z radością informujemy, że miesięcznik „Sześciopunkt” wciąż może do Państwa docierać. Jednocześnie przypominamy, że jego przygotowanie i wydawanie wiąże się z kosztami, które musimy regularnie pokrywać. Pozyskanie niezbędnych środków jest dla nas dużym wyzwaniem, dlatego każda, nawet symboliczna wpłata ma ogromne znaczenie i realnie pomaga w kontynuowaniu naszego wspólnego dzieła. Osoby, które chciałyby nas wesprzeć, mogą przekazywać darowizny na konto Fundacji: 33-1750-0012-0000-0000-3438-5815 z dopiskiem: „Darowizna na cele statutowe”. Z całego serca dziękujemy za życzliwość, zaufanie i każdą formę wsparcia. To dzięki Państwa zaangażowaniu możemy dalej tworzyć czasopismo, które służy naszej społeczności. Z wyrazami wdzięczności i szacunku Zarząd Fundacji i Redakcja