Sześciopunkt
Magazyn Polskich Niewidomych i Słabowidzących
ISSN 2449–6154
Nr 1/118/2026
Styczeń
Wydawca: Fundacja „Świat według Ludwika Braille’a”
Adres:
ul. Anny Walentynowicz 9 pok. 121
20–328 Lublin
Tel.: 697–121–728
Strona internetowa:
http://swiatbrajla.org.pl
Adres e‑mail:
biuro@swiatbrajla.org.pl
Redaktor naczelny:
Teresa Dederko
Tel.: 608–096–099
Adres e‑mail:
redakcja@swiatbrajla.org.pl
oraz Kolegium redakcyjne
Na łamach „Sześciopunktu” są publikowane teksty różnych autorów. Prezentowane w nich opinie i poglądy nie zawsze są tożsame ze stanowiskiem Redakcji i Wydawcy.
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam, ogłoszeń, informacji oraz materiałów sponsorowanych.
Redakcja zastrzega sobie prawo do skracania, zmian stylistycznych oraz opatrywania nowymi tytułami materiałów nadesłanych do publikacji.
Materiałów niezamówionych nie zwracamy.
Publikacja dofinansowana ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.

&&
Życzenia na nowy rok - Renata Strug
Nowinki tyfloinformatyczne i nie tylko
EchoVision – inteligentne okulary dla niewidomych
Poradnik bezpieczeństwa dla każdego Polaka - Radosław Nowicki
Zdrowie: Nie tylko jedna choroba
Choroba Alzheimera, co warto wiedzieć - Małgorzata Gruszka
Kłopotliwa pisownia - Tomasz Matczak
Baśniowa Tajlandia - Paweł Wrzesień
Moje wspomnienie o Andrzeju Galbarskim - Ireneusz Morawski
Warto posłuchać - Izabela Szcześniak
Galeria literacka z Homerem w tle
Brajlu, trwaj! Rozmowa w stylu tyfloretro - Tomasz Matczak
Wspomnienia, refleksje i plany noworoczne - Agata Sierota
Nauka semestralna - Krystian Cholewa
Moja droga do samodzielności - samodzielne mieszkanie - Katarzyna Podchul
Razem dbamy o ciągłość „Sześciopunktu”
&&
Drodzy Czytelnicy!
Rozpoczął się nowy rok niosący nowe nadzieje, postanowienia i marzenia, a nasz zespół redakcyjny na pewno postara się, aby przez kolejne 12 miesięcy nigdy nie zawieść Czytelników „Sześciopunktu”.
W styczniu niewidomi na całym świecie wspominają z wdzięcznością swojego dobroczyńcę Ludwika Braille'a z okazji rocznicy jego urodzin. W tym numerze przytaczamy wywiad pt. „Brajlu, trwaj! Rozmowa w stylu tyfloretro”, w którym m.in. podkreślono znaczenie pisma punktowego.
Zapraszamy do odwiedzenia „Galerii literackiej”, gdzie znajdą Czytelnicy opowiadanie z czasów Bolesława Chrobrego, pisane oryginalnym językiem.
Wszystkich, zmęczonych już nieco zimową aurą, zachęcamy do przeczytania artykułu pt. „Baśniowa Tajlandia” i odbycia wraz z autorem egzotycznej podróży.
Polecamy Państwa uwadze zamieszczane w każdym numerze „Sześciopunktu” poradniki, w których można znaleźć wiele praktycznych porad.
Zapraszamy do kontaktu z redakcją i biurem Fundacji.
Życzymy ciekawej lektury
Zespół redakcyjny
&&
Oczom – więcej blasków bursztynowych,
by mroki duszy ciepłem ogrzewały;
więcej łez dobrych i spojrzeń tęczowych,
by chmurne myśli światłem rozjaśniały...
Ustom – więcej złotych wykrzykników,
by świt umiały witać w zachwyceniu;
więcej odwagi, pewności ogników,
by rzeczy zwały prosto po imieniu...
Dłoniom – więcej wrzosowej ufności
gestów najprostszych, uścisków najszczerszych,
by znaki serca witały z radością,
jak się na niebie wita gwiazdę pierwszą...
Sercu – więcej słonecznej nadziei,
więcej muzyki dzwonków kryształowych,
by mogło znaleźć w sobie i podzielić
iskrę miłości na tysiące nowych....
&&
EchoVision to nie tylko kolejne inteligentne okulary – to brama do niezależności, wiedzy i nieograniczonych możliwości. Zaprojektowane z myślą o osobach niewidomych i we współpracy z nimi, EchoVision umożliwiają łatwy dostęp do informacji wizualnych.
Opisy na żywo Wyobraź sobie, że wiesz, co znajduje się przed Tobą, bez potrzeby proszenia o pomoc. Dzięki EchoVision wystarczy nacisnąć przycisk, aby otrzymać na żywo szczegółowy opis otoczenia. Niezależnie od tego, czy poruszasz się po zatłoczonej ulicy, czy odkrywasz nowe miejsce – EchoVision to Twój zaufany przewodnik.
Potrzebujesz pomocnej dłoni? EchoVision umożliwia połączenie się z ulubioną usługą zdalnej pomocy, taką jak agent Aira lub wolontariusze Be My Eyes, bez konieczności wykonywania dodatkowego ruchu. Funkcja bezdotykowa zapewnia wsparcie, którego potrzebujesz, pozostawiając Twoje ręce wolne do innych zadań.
Czytanie wiadomości, instrukcji oraz innych drukowanych i odręcznych tekstów nigdy nie było prostsze. Zaawansowana technologia OCR w EchoVision zamienia tekst drukowany w mowę.
Zanurz się w bogatym brzmieniu swojej ulubionej muzyki dzięki stereofonicznym głośnikom EchoVision. Bez problemu połącz się ze swoim telefonem przez Bluetooth i ciesz się doskonałą jakością dźwięku. Technologia transparentnych słuchawek zapewnia krystalicznie czysty dźwięk, jednocześnie pozwalając słyszeć dźwięki z otoczenia – dla bezpieczeństwa i komfortu. A co najlepsze, osoby w pobliżu niczego nie usłyszą.
EchoVision łączą najnowsze technologie z eleganckim, modnym designem. Są lekkie i wygodne, idealne do noszenia przez cały dzień – dzięki temu wyglądasz równie dobrze, jak się czujesz.
Kto lepiej zrozumie potrzeby osób z dysfunkcją wzroku niż ci, którzy doświadczają ich każdego dnia? EchoVision zostały zaprojektowane przez dziesiątki osób niewidomych, co gwarantuje, że spełniają a nawet przewyższają standardy dostępności, odpowiadając na rzeczywiste potrzeby użytkowników.
Funkcja - Opis
SoC - Qualcomm Snapdragon
Rozdzielczość kamery - 13 megapikseli
Wyjście audio - Dwa głośniki stereo z technologią transparentnego słyszenia – immersyjny dźwięk bez blokowania hałasu otoczenia
Wejście audio - Mikrofon omnidirectional z redukcją szumów
Łączność - Bluetooth 5.3 + BLE (Bluetooth Low Energy), Wi-Fi 5 dwuzakresowe (2.4G / 5G)
Interfejs - Sterowanie głosowe, dwa fizyczne przyciski (po jednym z każdej strony), panel dotykowy (po lewej stronie).
Wpis powstał na podstawie tekstu zamieszczonego na stronie produktu, która jest dostępna pod poniższym linkiem:
Źródło: Typhlos – lista dyskusyjna osób niewidomych i słabowidzących
&&
W ostatnich latach Polska, podobnie jak wiele innych europejskich krajów, znalazła się w nowej, dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości bezpieczeństwa, w której tradycyjne strategie ochrony ludności, opracowane w czasach względnego spokoju, okazują się niewystarczające. Konflikt zbrojny za naszą wschodnią granicą, nowe zagrożenia hybrydowe, rosnące ryzyko cyberataków, wpływ ekstremalnych zjawisk pogodowych czy przerwy w dostawie podstawowych usług infrastrukturalnych sprawiły, że przygotowanie społeczeństwa stało się kwestią priorytetową. Poradnik bezpieczeństwa powstał w odpowiedzi na te wyzwania. W czasach, kiedy dezinformacja, cyberataki, sabotaż, dywersja czy inne próby destabilizacji państwa są coraz częściej wykorzystywane jako narzędzia zagrożeń, dokument ten ma nie tylko edukować, ale również stać się fundamentem budowania odporności społecznej i populacyjnej na różnorodne zagrożenia. Ostatnie zdarzenia, takie jak drony naruszające polską przestrzeń powietrzną, kilka podpaleń czy ataki na infrastrukturę kolejową potwierdziły, że taki poradnik był niezwykle potrzebny i warto zaznajomić się z jego treścią.
Poradnik został opracowany jako wspólna inicjatywa Ministerstwa Obrony Narodowej, Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Prace nad nim trwały przez kilka miesięcy, a w jego tworzenie zostały zaangażowane również samorządy, organizacje pozarządowe, a także eksperci zajmujący się ochroną ludności i zarządzaniem kryzysowym. Dzięki temu zyskał on interdyscyplinarny charakter – łączy wiedzę techniczną z przystępnymi instrukcjami, przedstawiając ją w sposób dostępny dla przeciętnego obywatela. Z poradnikiem w wersji elektronicznej można zapoznać się na stronie:
www.poradnikbezpieczenstwa.gov.pl. Ma on również być dystrybułowany w wersji papierowej do wszystkich gospodarstw domowych (jest możliwość otrzymania go również w alfabecie Braille'a). Podkreślono w nim, że bezpieczeństwo nie zależy tylko i wyłącznie od działań instytucji państwowych, ale także od odpowiedniego przygotowania obywateli, ich świadomości związanej z zagrożeniami, odpowiedzialności i realnej gotowości do działania. Wskazano również, że bezpieczeństwo to nie tylko jednostka, ale przede wszystkim wspólnota, czyli rodzina, sąsiedzi, lokalna społeczność, bowiem im lepiej przygotowana na wszelkie zagrożenia jest jednostka, tym silniejsze i odporniejsze jest całe społeczeństwo.
Jest to pierwszy tak kompleksowy i obszerny dokument dotyczący bezpieczeństwa obywatelskiego, który kiedykolwiek powstał w Polsce. Obejmuje on szerokie spektrum zagrożeń. W ich skład wchodzą: klęski żywiołowe, huragany, pożary, przerwy w dostawach prądu, zagrożenia militarne i obrona cywilna, zagrożenia chemiczne, biologiczne, radiologiczne i nuklearne, cyberataki, dezinformacja, zagrożenia hybrydowe, zagrożenia terrorystyczne, sabotażowe, ewakuacja i schronienia. Widać więc, że rozpiętość wyzwań, z jakimi mogą zmierzyć się obywatele w sytuacji kryzysowej jest naprawdę duża, a poradnik ma im ułatwić postępowanie w momencie zagrożenia.
Jednym z filarów przetrwania w sytuacji kryzysowej jest prewencja, czyli wcześniejsze przygotowanie się do konkretnej sytuacji. W tej sekcji można znaleźć wskazówki dotyczące budowania rodzinnego planu kryzysowego (np. co zrobić, jeśli trzeba szybko opuścić dom), zabezpieczenia domu i otoczenia (np. jak przygotować się na przerwy w dostawie prądu, na powódź czy zakłócenia łączności), kompletowania podstawowego plecaka ewakuacyjnego, w którym znajdą się najważniejsze dokumenty, leki, latarka, powerbank, woda czy żywność na kilka dni, zabezpieczenia finansowego (np. posiadanie pewnej ilości gotówki, bo w sytuacji kryzysowej bankomaty czy karty mogą nie działać), świadomego korzystania z mediów oraz ochrona przed dezinformacją i cyberatakami, zabezpieczenie haseł, kopii zapasowych i ostrożność w sieci.
Kolejnym etapem jest reagowanie w sytuacjach kryzysowych. Poradnik zawiera instrukcję dla różnych scenariuszy. Można w nim znaleźć informacje dotyczące sygnałów alarmowych i komunikatów ostrzegawczych (np. co oznaczają poszczególne syreny i jak interpretować różne sygnały), ewakuacji (np. jak się zachować i kiedy opuścić dom), bezpieczeństwa w tłumie (np. jak zachować się podczas wydarzeń masowych), pierwszej pomocy (np. podstawowych zasad resuscytacji czy tamowania krwotoków), a także zdrowia i higieny w warunkach kryzysowych.
Poradnik należy traktować przede wszystkim jako dobry punkt wyjścia do ogólnokrajowej dyskusji na temat szeroko rozumianego bezpieczeństwa. O ile edukacja i świadomość związane z zagrożeniami są niezwykle istotne, o tyle trudno pominąć fakt, że bez równoczesnego rozwinięcia infrastruktury, logistyki czy systemu komunikacji może on spełniać rolę bardziej symbolu niż realnego narzędzia. Nie można zapominać o tym, że odpowiedzialność za bezpieczeństwo nie może zostać przerzucona wyłącznie na obywatela. To państwo musi zapewnić odpowiednie warunki, w tym schrony, system alarmowy czy błyskawiczną pomoc w sytuacji zagrożenia. Poradnik wskazuje, co obywatele mogą zrobić we własnym zakresie, ale nie zastąpi inwestycji systemowych. Otwarte pozostaje pytanie, na ile będą zainteresowani zaznajomieniem się z nim, ile będą mieli motywacji do praktycznego zastosowania wiedzy znajdującej się w nim oraz czy teoretyczne zalecenia uda się im przełożyć na codzienne działania.
Stworzenie takiego poradnika jest krokiem w dobrym kierunku, lecz w jego kontekście pojawiły się też głosy krytyki. Część ekspertów zwraca uwagę na zbyt dużą ogólnikowość porad, by wspomnieć chociażby konieczność zlokalizowania najbliższego schronu, a przecież wiadomo, że nie ma ich w powszechnym dostępie. Poradnik zakłada pewien poziom zaangażowania obywatelskiego, a ile osób w praktyce ma chęci i warunki ku temu, by przygotować swój plecak bezpieczeństwa czy zaznajomić się z miejscami schronienia. Krytycy wskazują też, że niektóre scenariusze zostały potraktowane po macoszemu i bez analizy kontekstu lokalnego, a także zwracają uwagę, że u części obywateli taki poradnik może wywoływać niezamierzony lęk lub poczucie zwiększonego zagrożenia.
Nie ulega wątpliwości, że publikacja „Poradnik bezpieczeństwa” stanowi ważny krok w budowaniu odporności obywatelskiej i świadomości związanej z zagrożeniami w Polsce. Choć nie zastąpi systemowych inwestycji, działań profesjonalnej ochrony czy służb ratunkowych, to daje narzędzia i praktyczne wskazówki, które każdy z nas w większym lub mniejszym stopniu może zastosować we własnym domu i najbliższym otoczeniu. Dzięki poradnikowi, który został napisany w przystępny sposób, każdy obywatel może stać się aktywnym uczestnikiem systemu bezpieczeństwa, chroniąc nie tylko siebie i bliskich, lecz także wspierając lokalną społeczność. Wiedza o zagrożeniach i świadomość właściwego reagowania w sytuacjach kryzysowych to elementy, które są niezbędne do funkcjonowania w obecnych czasach. W dłuższym okresie mogą przełożyć się na zwiększenie odporności całego społeczeństwa, bo wyedukowany obywatel to obywatel wiedzący, jak zachować się w stresowej sytuacji kryzysowej. Obyśmy nigdy nie musieli porad zawartych w poradniku wykorzystywać w praktyce, ale świadomość ich istnienia już sama w sobie może budować większy spokój i poczucie bezpieczeństwa.
&&
Czy wielochorobowość zwykle zaczyna się po 60. roku życia?
– Tak. Ryzyko występowania chorób przewlekłych rośnie wraz z wiekiem. Rzadko spotykam pacjenta po 65. roku życia, który nie ma żadnych problemów zdrowotnych. Choroby najczęściej nie występują wtedy pojedynczo, ale współistnieją, tworząc skomplikowaną sieć zależności. Mówimy wówczas o wielochorobowości, a leczenie takiego pacjenta wymaga zupełnie innego podejścia niż w przypadku osoby młodszej, z jednym rozpoznaniem.
Które schorzenia są w grupie seniorów najczęstsze?
– Choroby układu krążenia. Nadciśnienie tętnicze to niemal epidemia, bo dotyczy ok. 12 mln Polaków. Jego konsekwencjami są: zawały serca, udary mózgu, niewydolność serca oraz zaburzenia rytmu. Równolegle mamy zaburzenia lipidowe – podwyższony cholesterol prowadzi do odkładania się blaszek miażdżycowych w tętnicach. Problem w tym, że zwężenia rzędu 50-70% mogą nie dawać objawów. Pacjent czuje się zdrowy, a proces chorobowy postępuje. Wystarczy pęknięcie blaszki i dochodzi do zawału.
Jakie inne choroby mogą się jeszcze pojawiać?
– Cukrzyca typu 2, której częstość rośnie wraz z epidemią otyłości, przewlekła obturacyjna choroba płuc (POChP), szczególnie u palaczy, ponadto nowotwory oraz choroby zwyrodnieniowe stawów i kręgosłupa, które ograniczają mobilność i obniżają jakość życia. Oprócz czynników biologicznych bardzo ważne są czynniki społeczne – samotność, brak aktywności, zły sen, zanieczyszczenie środowiska. To wszystko sprzyja chorobom i przyspiesza proces starzenia. Dlatego dla pacjentów 60+ tak istotna jest adherencja terapeutyczna.
Co to jest adherencja terapeutyczna?
– To przestrzeganie rekomendacji, które w stosunku do pacjenta proponuje lekarz po wspólnym ustaleniu zasad diagnostycznych, a później terapeutycznych. Adherencja służy temu, by pacjent czuł się lepiej i mógł dłużej cieszyć się zdrowiem. Nie wystarczy, że osoba chora odbierze receptę i wykupi lek – kluczowe jest jego regularne stosowanie, przestrzeganie zaleceń dotyczących diety, aktywności fizycznej, redukcji masy ciała, rzucenia palenia itd. Niestety, wiele osób rezygnuje z terapii po kilku tygodniach, bo „czuje się lepiej”, albo zapomina o niektórych lekach, szczególnie przy wielochorobowości.
Brak współpracy pacjenta z lekarzem prowadzi do nasilania się objawów i większej liczby hospitalizacji, a w konsekwencji do krótszego życia. Jest to ogromne wyzwanie edukacyjne i kulturowe, bo w Polsce wciąż panuje przekonanie, że jak coś nie boli, to nie trzeba leczyć.
Wielochorobowość wiąże się z przyjmowaniem wielu leków naraz. Jak lekarze i pacjenci sobie z tym radzą?
– Rzeczywiście, seniorzy często zaczynają dzień od garści tabletek. Kardiolog przepisuje swoje, diabetolog swoje, a nefrolog jeszcze inne. W takim układzie łatwo o interakcje. Dlatego niezwykle ważna jest rola lekarza POZ, który koordynuje leczenie. Musi on ocenić, czy schematy się nie dublują, czy nie ma ryzyka powikłań.
Ogromnym wsparciem są farmaceuci, którzy często są bardziej dostępni niż lekarze. Mogą prowadzić przeglądy lekowe, doradzać pacjentom i wychwytywać potencjalne błędy. W niektórych krajach od dawna są oni częścią zespołu terapeutycznego. W Polsce ten model dopiero się rozwija, ale widzę w nim ogromny potencjał. Opieka farmaceutyczna jest też bardzo cenna w kontekście szczepień dla seniorów.
Dlaczego osobom w wieku 60+ potrzebne są szczepienia?
– Ponieważ układ odpornościowy starzeje się razem z nami. Zjawisko to nazywamy immunosenescencją. Seniorzy gorzej reagują na infekcje, wolniej się regenerują, a choroby zakaźne częściej mają u nich cięższy przebieg. Szczepienia stanowią najskuteczniejszą profilaktykę, są jednym z największych osiągnięć medycyny. Gdybyśmy dziś je wycofali, średnia długość życia spadłaby o kilkanaście lat.
Które szczepienia zarekomendowałby pan seniorom?
– Przede wszystkim te przeciw COVID-19, grypie, pneumokokom, półpaścowi, a także przypominające szczepienie przeciwko krztuścowi oraz przeciwko RSV. Dane epidemiologiczne z 2025 r. pokazują, że infekcji RSV było w Polsce więcej niż grypy i COVID-19 łącznie. Jest to wirus, który przez lata kojarzyliśmy z dziećmi, ale dziś widzimy, jak bardzo obciąża on seniorów.
Pacjenci, zwłaszcza starsi, czasem obawiają się skutków ubocznych szczepień. Czy słusznie?
– Zdecydowanie nie. Przecież każdy lek, nawet ten kupowany bez recepty, może wywoływać działania niepożądane. Różnica polega na tym, że w szczepieniach bilans korzyści i ryzyka wypada wyjątkowo pozytywnie. Weźmy jako przykład COVID-19. Była to największa akcja szczepień w historii medycyny – miliardy podanych dawek. Liczba przypadków ciężkich działań ubocznych była minimalna w porównaniu z liczbą osób, którym uratowano życie! Podkreślam też zawsze, że im bardziej pacjent jest chory, tym więcej ma do zyskania. Dla zdrowego młodego człowieka infekcja to zwykle kilka gorszych dni. Dla 70-latka po zawale i z cukrzycą oznacza realne ryzyko śmierci.
Dlaczego półpasiec jest tak dużym zagrożeniem dla seniorów?
– Półpasiec, czyli reaktywacja wirusa ospy wietrznej, objawia się bolesnymi zmianami skórnymi i neuralgią, która może trwać miesiącami. U osób starszych bywa przyczyną utraty samodzielności. Co gorsza, pacjent koncentruje się na bólu i często zaniedbuje inne terapie, np. zapomina o lekach kardiologicznych. Coraz więcej badań wskazuje, że szczepienie przeciwko półpaścowi może nie tylko zapobiec zachorowaniu, ale także spowolnić procesy otępienne i poprawić funkcje poznawcze. Szczepionki mogą więc chronić nie tylko przed infekcją, ale i przed pogorszeniem sprawności intelektualnej. Jest to dla nas nowa, fascynująca perspektywa.
Czy szczepionki dla seniorów są konstruowane inaczej niż dla osób młodych?
– Tak, niektóre zawierają bowiem adiuwanty, czyli substancje wzmacniające odpowiedź immunologiczną. Działają one jak „dodatkowy trening” dla układu odpornościowego. Dzięki temu szczepionki są skuteczniejsze w tej grupie wiekowej, w której naturalna odpowiedź organizmu jest osłabiona.
Kto powinien rekomendować szczepienia osobom starszym?
– Każdy lekarz prowadzący, niezależnie od specjalizacji. Onkolog, kardiolog, diabetolog, nefrolog – wszyscy powinni pamiętać, że pacjent nie jest tylko „jedną chorobą”. Brak rozmowy o szczepieniach to błąd.
Wcześniej czy później zawsze wracamy więc do profilaktyki?
– Tak, ponieważ jest ona kluczem do celu, czyli do poprawy jakości życia. Także wtedy, gdy pacjent ma 65 lat i więcej. Profilaktyka oznacza przestrzeganie zdrowych nawyków przez całe życie: aktywność fizyczna, prawidłowy model żywienia, niepalenie tytoniu, dbanie o dobry sen, o dobre relacje z ludźmi. Jednym z filarów medycyny holistycznej są też szczepienia.
Jak w tym wszystkim postrzegać starość?
– „Śmierć jest przeznaczeniem nas wszystkich, a starość to przywilej niektórych” – to słowa prof. Jerzego Bralczyka. Pochwalę się, że wspólnie z prof. Bralczykiem i dr Janiną Kokoszką-Paszkot, diabetologiem i geriatrą, szykujemy książkę o starości, którą wymyślił prof. Bralczyk: „Choroba czy dar?”.
Warto dbać o zdrowie, by te ostatnie lata były okresem dobrej jakości życia. Medycyna daje nam narzędzia – od leków po szczepienia i zdrowy styl życia. To my decydujemy, czy z nich skorzystamy. Bardzo do tego zachęcam.
Autoryzowany wywiad prasowy opracowany przez Stowarzyszenie Dziennikarze dla Zdrowia w ramach kampanii edukacyjno-informacyjnej „HEALTHY AGEING – długie życie w dobrym zdrowiu”; jesień 2025.
Źródło: „Tygodnik Przegląd” 41/2025
&&
W kolejnym „Poradniku psychologa” dzielę się podstawową wiedzą na temat choroby Alzheimera. Wyjaśniam, czym jest, jak się objawia i co możemy zrobić, by zmniejszyć ryzyko zachorowania.
Choroba Alzheimera należy do neurodegeneracyjnych schorzeń układu nerwowego. Schorzenia te przyczyniają się do stopniowego zanikania komórek nerwowych (neuronów) poprzez ich niszczenie. Efektem niszczenia komórek nerwowych mózgu jest stan zwany otępieniem, charakteryzujący się poważnym zaburzeniem lub zanikiem czynności mózgowych wpływających na funkcjonowanie w życiu rodzinnym, zawodowym i społecznym.
Omawiane schorzenie zostało wyodrębnione spośród innych chorób otępiennych dzięki badaniom przeprowadzonym w roku 1906 przez niemieckiego psychiatrę i neuropatologa Aloisa Alzheimera, który opisał przypadek 51-letniej pacjentki cierpiącej na zanik pamięci i zmiany osobowości. Po śmierci pacjentki zbadał jej mózg pod mikroskopem i stwierdził występowanie nietypowych struktur.
Do dziś nieznane są przyczyny tej choroby. Wiadomo natomiast, że bezpośrednią przyczyną objawów jest odkładanie się w mózgu białek o patologicznej strukturze. Należą do nich beta-amyloid i białko tau. Białka te pojawiają się wewnątrz komórek nerwowych i stopniowo niszczą je. Zmniejszanie ilości neuronów przekłada się na ograniczone wytwarzanie substancji zwanych neuroprzekaźnikami, niezbędnych do prawidłowej pracy mózgu. Proces chorobowy zaczyna się niepostrzeżenie od delikatnych zaburzeń pamięci, które łatwo zbagatelizować lub ukryć przed otoczeniem. Wiadomo, że na rozwój omawianej choroby wpływają czynniki genetyczne i środowiskowe. Nie ustalono jednak, które z nich są wiodące. Czynnikami ryzyka wystąpienia choroby są: wiek, płeć i występowanie w rodzinie. Choroba dotyka głównie osób powyżej 65. roku życia, znacznie częściej występuje u kobiet i dwukrotnie częściej, gdy w rodzinie występowało otępienie. Obecnie uważa się, że ryzyko choroby Alzheimera jest większe u osób z nadciśnieniem tętniczym, niewydolnością serca, cukrzycą typu II i miażdżycą. Do wystąpienia omawianej choroby przyczynia się również brak kontaktów społecznych i mała aktywność fizyczna.
Choroba, o której mówimy, objawia się na wiele sposobów. Najczęściej zaczyna się od krótkotrwałych zaników pamięci, tj. od częstego powtarzania tych samych pytań, zapominania o różnych rzeczach czy trudności z przypominaniem sobie faktów z niedawnej przeszłości. Osoba chora zaczyna wielokrotnie pytać o to samo, zapominać o różnych rzeczach, z trudem przypominać sobie różne fakty z niedawnej przeszłości. Do kłopotów z pamięcią stopniowo dochodzą problemy z wykonywaniem codziennych czynności. Z biegiem czasu pojawiają się trudności w mówieniu i rozumieniu mowy, do których dołączają trudności ze skupieniem uwagi i podejmowaniem prostych wyborów. Choroba Alzheimera objawia się także zaburzeniem rozumowania i oceny sytuacji, co skutkuje ryzykownymi działaniami w różnych obszarach życia. Pogłębiające się kłopoty z pamięcią sprawiają, że osoba chora odkłada przedmioty na niewłaściwe miejsca, nie potrafi znajdować rzeczy w swoim najbliższym otoczeniu. Świadomość przeżywanych trudności i brak możliwości powrotu do dawnej sprawności wpływają na nastrój i zachowanie. Mogą wywoływać drażliwość, depresję, obojętność, apatię i agresję. W najbardziej zaawansowanych stanach choroby Alzheimera chorzy przestają rozpoznawać najbliższe osoby, tracą kontakt z otoczeniem i przestają dbać o higienę osobistą.
Diagnozą choroby Alzheimera warto zainteresować się, gdy u siebie lub kogoś bliskiego zauważymy następujące zmiany w funkcjonowaniu: zapominanie słów, wielokrotne zadawanie tych samych pytań, częste mówienie, że coś zginęło, gubienie się w znanej okolicy, odkładanie przedmiotów w dziwne miejsca. Zauważając niepokojące objawy, możemy udać się do lekarza rodzinnego lub od razu do psychiatry, do którego obecnie nie trzeba mieć skierowania. Na podstawie wywiadu i obserwacji lekarz rodzinny lub psychiatra kieruje do kolejnych specjalistów. Szczegółową diagnozą intelektualnego stanu pacjenta, tj. diagnozą działania poszczególnych procesów poznawczych zajmuje się neuropsycholog. Określeniem, czy mamy do czynienia z chorobą Alzhaimera, czy z inną chorobą otępienną zajmuje się neurolog. Wykorzystuje on w tym celu diagnostykę neuroobrazową: badanie tomograficzne lub rezonans magnetyczny.
Leczenie choroby Alzheimera polega przede wszystkim na łagodzeniu jej objawów i spowalnianiu postępów. Niestety, zmian, które zaszły w mózgu, nie da się już cofnąć. W leczeniu omawianego schorzenia stosuje się farmakologię spowalniającą degenerację komórek nerwowych i oddziaływania psychologiczne. Ordynowane leki zapobiegają zaburzeniom zachowania, a oddziaływania psychologiczne skupiają się na podtrzymywaniu sprawności procesów poznawczych, takich jak pamięć krótkotrwała i długotrwała, orientacja w rzeczywistości, myślenie, wnioskowanie czy operowanie liczbami. Ważnym elementem leczenia jest terapia zajęciowa, podczas której osoby chore wykonują najróżniejsze czynności, dzięki czemu utrwalają posiadane umiejętności i odtwarzają niedawno utracone. Nie bez znaczenia jest również tzw. Terapia reminiscencyjna, porządkująca pamięć biograficzną poprzez wywoływanie wspomnień z różnych okresów życia chorego przy pomocy zdjęć, pamiątek lub listów. Szansą na spowolnienie postępów choroby jest dostosowanie najbliższego otoczenia, tak by osoba chora mogła orientować się w nim i czuć bezpiecznie. Dostosowanie to polega m.in. na znakowaniu poszczególnych miejsc i przedmiotów.
Ponieważ nieznane są przyczyny pojawiania się w mózgu białek niszczących komórki nerwowe, na ten moment nie wiadomo, co może uchronić nasz mózg przed nimi. Znane są jedynie czynniki ryzyka wystąpienia choroby wymienione wyżej. Obecnie uważa się, że ryzyko wystąpienia choroby jest mniejsze u osób aktywnych umysłowo, społecznie i fizycznie.
Przez aktywność umysłową rozumie się nie tylko dłuższą edukację, a więc wykształcenie, ale również systematyczny wysiłek intelektualny zmuszający mózg do wykonywania wciąż nowych operacji umysłowych. Ćwicz swój mózg, ucząc się nowych rzeczy, czytając różnego rodzaju literaturę, rozwiązując różne rodzaje łamigłówek, wprowadzając zmiany w czynności wykonywane rutynowo. Bardzo ważne jest systematyczne ćwiczenie pamięci. Mogą być nim przykłady zabaw umysłowych opisane przeze mnie w „Poradniku” zamieszczonym w listopadowym numerze miesięcznika. Twoja pamięć będzie ćwiczona, jeśli rozwiązując krzyżówki, będziesz sięgać po coraz trudniejsze, wymagające poznania i zapamiętania nowych słów. Treningiem pamięci może być także powstrzymywanie się od natychmiastowego zaglądania do sporządzanych list zakupów czy zapisów w kalendarzu. Oczywiście, są one potrzebne, ale sięgając po nie bez próby przypomnienia sobie czegokolwiek, rozleniwiamy naszą pamięć. Nasz mózg rozleniwia się także wtedy, gdy rezygnujemy z dokonywania w nim operacji liczbowych. Trenuj pamięć, próbując obliczać różne rzeczy w głowie, zanim sprawdzisz to na kalkulatorze.
Przez aktywność społeczną rozumie się szeroko pojęte kontakty społeczne. Na tyle, na ile to możliwe, spotykaj się z ludźmi, wymieniaj informacje, dyskutuj, rozważaj inne perspektywy i punkty widzenia, dziel się przeżyciami, słuchaj, wyciągaj wnioski.
Aktywność fizyczna to ruch, który sprawia przyjemność. Mogą być to spacery, taniec, korzystanie ze stacjonarnych sprzętów sportowych czy rekreacyjne uprawianie jakiegoś sportu. Na tyle, na ile to możliwe, korzystaj z ruchu i rób to regularnie.
Na koniec kilka słów o tym, co w naszej codziennej diecie podtrzymuje sprawność neuronów. Podtrzymuje ją glukoza dostarczająca energii. Zdrowym źródłem glukozy są węglowodany złożone zawarte w pełnoziarnistych produktach zbożowych, takich jak pieczywo razowe, kasze, makaron i ryż pełnoziarnisty, soczewica, fasola, ziemniaki oraz płatki żytnie, owsiane czy jęczmienne. Dobroczynnie na układ nerwowy wpływa lecytyna zawarta w jajkach. Podobne działanie mają kwasy tłuszczowe z grupy omega-3 zawarte w oleju rzepakowym, śledziach, makreli, Tuńczyku, halibucie i łososiu. Chcąc wspomóc nasz układ nerwowy, warto sięgać także po przysmak wiewiórek – orzechy.
&&
Wydawało mi się zawsze, że gramatyka, ortografia czy interpunkcja są w języku polskim obwarowane tak dokładnymi normami, że wystarczy tylko dobrze je poznać, by stać się prawdziwym mistrzem! Zapomniałem jednak, że polszczyzna to coś wyjątkowego i mówienie w tym kontekście o sztywnych zasadach jest czymś w rodzaju „Bajek z mchu i paproci”. Młodzi powiedzieliby pewnie: polszczyzna to stan umysłu. Czy nie uczono mnie w szkole, że każde zdanie zaczyna się od wielkiej litery? Hmmm, być może nie byłem zatem najpilniejszym uczniem, a być może po prostu ta zasada przestała obowiązywać, bo zmieniły się okoliczności? Szczerze przyznam, że całkiem niedawno odkryłem to, o czym dziś chciałbym napisać.
W środowisku niewidomych produkty firmy Apple są dobrze znane i lubiane. Osoby widzące doskonale zdają sobie sprawę, że urządzenia z logiem nadgryzionego jabłka mają niecodzienną pisownię. Otóż literka „i” na początku nazw własnych iPhone, iOs, iPod czy iPad jest mała, a za nią stoi wielka. Wiedzą o tym także ci niewidomi, którzy napotkali te nazwy zapisane w brajlu lub po prostu przeliterowali przy pomocy syntezatora mowy. Cóż, wszak każda firma ma prawo nazywać swoje produkty tak, jak się jej podoba. No tak, ale co zatem z zapisem powyższych nazw własnych w języku polskim na początku zdania? Czy małe „i” powinno być zastąpione wielkim? Co wtedy z kolejną w wyrazie literą? Powinna zostać zamieniona na małą? To byłoby niezgodne z intencjami producenta, ale z kolei dwie wielkie litery jedna za drugą w wyrazie to też dziwny wyjątek.
Okazało się, że moje wątpliwości podziela więcej osób. Posiłkując się niezawodnym Internetem, ale zaznaczę, że korzystałem wyłącznie ze stron specjalistycznych, dotarłem do wykładni, która mówi, że w przypadku nazw własnych ich pisownia jest nadrzędna w stosunku do zasad. Oznacza to, że gdy rozpoczynamy nowe zdanie od nazwy własnej jakiegoś sprzętu Apple, to pierwsza litera pozostaje mała, np. iPhone to doskonale udźwiękowiony smartfon. Proste, prawda? No, nie do końca, bo to jeszcze nie wszystko.
Otóż specjaliści co prawda stwierdzili, że zasadę pisowni należy w tym przypadku uznać za drugorzędną, ale jednocześnie zalecają, by starać się unikać tego typu konstrukcji i zastępować je mniej kontrowersyjnymi. Oznacza to, że należy tak budować zdania, aby nazwy własne produktów z logiem nadgryzionego jabłka poprzedzać jakimś wyrazem, np. Mój iPad jest świetny. Nowy iPhone ma więcej pamięci itp. Da się to zrobić bez większego problemu.
Jaki zatem jest wniosek? Cóż, literalnie należy stwierdzić, że jeśli jakaś nazwa ma nietypową pisownię, to należy się jej trzymać za wszelką cenę, ale z drugiej strony można też stwierdzić, że również za wszelką cenę powinno się unikać stawiania takiego wyrazu na początku zdania, aby uniknąć niepotrzebnych kontrowersji.
Ach, czyż ta polszczyzna nie jest piękna?
&&
Jesienią i zimą, kiedy za oknem zimno i ponuro, często marzymy o dalekich podróżach, egzotycznych krajach i tropikalnym klimacie. Spełnieniem tych marzeń może okazać się podróż do Tajlandii, kraju położonego w południowo-wschodniej Azji, o niemal dwa razy większym od Polski terytorium i liczbie ludności. Sezon turystyczny trwa tam od listopada do kwietnia, a pozostałe miesiące to pora deszczowa. W listopadzie odwiedziłem jeden z jej licznych kurortów, położony na wyspie Phuket.
W drogę najlepiej wybrać się, decydując się na jedną z ofert biur podróży zapewniających bezpośrednie połączenie lotnicze, aby uniknąć oczekiwania na przesiadkę i skrócić do minimum i tak długi, bo trwający około 11 godzin lot. Po opuszczeniu maszyny uderza nas od razu gorące, wilgotne powietrze, przypominające atmosferę europejskich palmiarni. Na miejscu na gości czeka typowo tajska uprzejmość. Tajowie w większości są buddystami, a więc wierzą, że to co dają od siebie innym, kiedyś wróci do nich samych. Zatem uśmiechem, dobrym słowem czy pomocą bliźniemu zdobywają sobie punkty karmiczne, które w przyszłości mają pozwolić na zatopienie się w nirwanie. Ta pozytywna postawa ma też swoje minusy, albowiem zapytany np. o drogę Taj, nie znając odpowiedzi, może nie chcieć zasmucić pytającego brakiem wiedzy i zmyślić odpowiedź, aby tylko nie pozostawić go bez pomocy.
Tajskie hotele z reguły stanowią wakacyjne resorty oferujące całą gamę rozrywek. Posiadają baseny, usługi spa, korty tenisowe lub boiska do gier zespołowych, po kilka barów i restauracji, często są też położone bezpośrednio przy plaży. Plaże na Phuket są jasne, piaszczyste, a woda w Morzu Andamańskim osiąga temperatury nieco tylko poniżej 30 stopni C. Przyzwyczajonym do lodowatych fal Bałtyku, trudno się nadziwić, że da się z marszu wejść do wody, nie kurcząc się jednocześnie z zimna. Oferta gastronomiczna hotelu, w którym gościłem, kusiła zarówno kuchnią międzynarodową jak i lokalną. Wśród tajskich specjałów dominują ryby i owoce morza, zwykle w towarzystwie warzyw oraz ryżu, wzbogacone aromatycznymi mieszankami przypraw. Wśród tych najostrzejszych królują żółte, czerwone i zielone curry, ale można znaleźć też dania łagodne, przyjazne dla polskiego podniebienia. Sami mieszkańcy Syjamu twierdzą jednak, że jedzenie, które nie jest pikantne lub słodkie, w ogóle nie ma smaku. Miłośnicy tropikalnych owoców także znajdą coś dla siebie, wybierając wśród soczystych mango, aksamitnych w smaku papai, wgryzając się w miękki miąższ smoczych owoców, sącząc płyn z kokosa lub kosztując budzącego mieszane uczucia duriana. Ten ostatni zyskał sławę dzięki nieprzyjemnemu, podobnemu do gnijącej dyni lub melona zapachowi. Po skosztowaniu uznałem, że smak dorównuje aromatowi, przypominając mieszankę banana i cebuli.
Wypoczynek na Phuket warto połączyć ze zwiedzaniem. Ciekawym doświadczeniem są odwiedziny w jednej z buddyjskich świątyń. Przed wejściem należy zdjąć buty i przywdziać odpowiedni strój zasłaniający ramiona i kolana. Centralnym punktem są tu posągi Buddy, zwykle w dużej ilości, przedstawiające wielkiego nauczyciela w różnorodnych pozach. Surowo zabronione jest ich dotykanie, a fotografować wolno tylko bez flesza. Odwiedzona przeze mnie świątynia posiadała relikwie założyciela w postaci fragmentu kości łopatki. Przewodniczka wyjaśniła, że niegdyś uważano ją za ząb, lecz tyle świątyń eksponowało rzekome zęby Buddy, że gdyby wszystkie były autentyczne, musiałby on mieć szczękę jak rekin. Zmieniono zatem wersję. Ważnym miejscem kultu jest też monumentalny pomnik Wielkiego Buddy, który jednak pod koniec 2025 roku nie był dostępny dla zwiedzających z powodu remontu.
Wyspa chwali się także dostępną do zwiedzania fabryką nerkowców. Wysoka cena tych smakowitych orzechów wynika z faktu, że cały proces ich pozyskiwania odbywa się ręcznie. Owoc nerkowca przypomina wielkością duże jabłko, w którego wnętrzu znajduje się gąbczasty, jadalny miąższ. Pozyskuje się z niego sok o nieco wytrawnym, orzeźwiającym smaku. Z samego środka owocu wydobywa się dopiero łupinę kryjącą pojedynczy orzech.
Sanktuarium Słoni jest wyjątkowym miejscem na mapie wyspy, gdzie opieką otacza się zwierzęta uratowane od ciężkiej pracy w kamieniołomach czy w cyrkach. Mimo trudnego życia i przebytych traum, słonie są bardzo łagodne, czuje się emanujący od nich dostojny spokój. Turystom pozwala się je karmić. Gdy zbliżymy kawałek arbuza lub banana do końca trąby, słoń z wyczuciem go chwyta, a potem podaje sobie do pyska. Później pod okiem opiekunów towarzyszymy zwierzętom w kąpieli. Przeprowadzane są do sadzawki, w której można nacierać ich nogi i boki błotem, a następnie do stawu z czystą wodą, w którym są spłukiwane. Sprawia im to widoczną przyjemność.
Phuket zachwyca swoją bujną roślinnością i bogactwem fauny. Trzeba patrzeć pod nogi, aby przypadkiem nie nadepnąć jednej z licznych żyjących tam jaszczurek. Lubią one także wkraść się do pokoju hotelowego przez otwarte okno lub balkon. Wyspę zamieszkują żyjące na wolności małpki. Dorosłemu człowiekowi sięgają tylko do kolana, są jednak bardzo zwinne i sprytne. W mojej obecności jedna z nich wspięła się na pozostawiony na chodniku wózek dziecięcy i zabrała włożony doń bidon. Następnie uciekła z nim na palmę, zębami wyciągnęła korek i raczyła się napojem ze środka. Potrafią też uwiesić się na nodze przechodzącego człowieka albo ukradkiem ukraść coś z niesionej torby lub niedomkniętego plecaka.
Swoistym folklorem Tajlandii są tradycyjne bazary, oferujące zwykle gorące lub zimne przekąski, owoce, podróbki markowych ubrań i obuwia, pamiątki, kosmetyki czy przyprawy. Do dobrego tonu należy targowanie się, dzięki któremu można czasem zbić wyjściową cenę nawet trzykrotnie. Komunikacja słowna zwykle odbywa się po angielsku, opanowanie bowiem nawet podstawowych zwrotów tajskiego jest bardzo trudne dla Europejczyka. Język ten ma całkiem inną melodykę niż polski, a wiele słów zmienia znaczenie w zależności od tonu głosu. Na przykład „maa” może oznaczać „mama”, „przyjść” lub „koń”, zależnie od tego, jak je wymówimy. Tajskie ulice kuszą licznymi salonami masażu. Profesjonalnie i higienicznie wykonany zabieg znajdziemy, po przeliczeniu, już w cenie od 30 złotych za godzinę. Tajki do masażu używają wszystkich kończyn, nie wyłączając łokci, stóp czy goleni. Masowane jest całe ciało, od stóp do karku. Dobrze wykonany zabieg daje uczucie rozluźnienia mięśni i relaksu.
Na wyspie praktycznie nie istnieje transport publiczny. Przemieszczać można się taksówkami, wynajętymi pojazdami, najtańsze i najpopularniejsze są jednak tuk-tuki. Są to skutery lub motory, z tyłu których zamontowano platformę na kołach. Na niej znajduje się ławeczka i daszek osłaniający od słońca. Czekają na klientów na każdym rogu, a przejazd kosztuje dosłownie parę złotych.
Wycieczka do Tajlandii nie jest tanim przedsięwzięciem, zawsze można jednak szukać korzystnej oferty last minute lub próbować rezerwacji lotu i hotelu na własną rękę, z pominięciem pośredników. Odwiedziny w tym egzotycznym kraju z pewnością pozostawią po sobie niezapomniane wspomnienia, a promienie słoneczne rozgrzeją nas w środku polskiej zimy.
&&
Kiedy poproszono mnie o napisanie tekstu o Andrzeju Galbarskim, pomyślałem, iż mogę napisać jedynie bardzo osobiste wspomnienie, nie zaś biografię czy rzetelną historię życia. Przedstawię go więc takim, jakim znałem i zapamiętałem.
Z Andrzejkiem Galbarskim (Jędrkiem) poznaliśmy się w przedszkolu Zakładu dla Dzieci Niewidomych w Laskach. Ja stałem się przedszkolakiem we wrześniu roku 1940. Niedługo potem zjawił się Jędrek. Przywiozła go jego siostrzyczka Zosia, która wtedy miała lat może piętnaście. Mówię „przywiozła”, ale wtedy do Lasek najczęściej chodziło się na piechotę od tramwaju w Boernerowie (dzisiejszym Bemowie), albo, jeśli ktoś miał szczęście, jeździło „Błyskawicą” pana Kuczyńskiego, czyli wypchaną słomą furmanką, która za sprawą dwóch koni i bata mknęła z Warszawy do Izabelina po słynnych kocich łbach szosy izabelińskiej.
Zosia była jedyną opiekunką Andrzejka. Mama Andrzejka umarła chyba niedługo przed wojną, a ojca zastrzelili Niemcy zaraz na początku wojny w rodzimym Celestynowie.
W roku 1941/42 z Andrzejkiem i Basią Piszcz zostaliśmy zakwalifikowani do pierwszej klasy szkoły powszechnej i razem trzymaliśmy się aż do klasy trzeciej. Z tamtych czasów utkwiła mi w pamięci pierwsza książka, jaką siostra Monika wypożyczyła Andrzejkowi z laskowskiej biblioteki, a mianowicie jakaś bajka o psie Cezarze. Pamiętam też dokładnie, jak jeszcze w przedszkolu uczestniczyliśmy w koncertach, jakie wieczorami dawał na skrzypcach pan Włodzimierz Bielajew, który w czasie wojny przebywał w Laskach wraz z rodziną. W domu św. Antoniego, w jadalni, która zaraz po śniadaniu stawała się naszą bawialnią, a po obiedzie świetlicą uczęszczających do szkoły dziewczynek, pan Bielajew grał różne utwory skrzypcowe, a w tym bardzo chętnie obertasy i kujawiaki Wieniawskiego.
Siostra Germana zabierała nas tam z naszego pokoju na pięterku i uczyła słuchać dobrej muzyki w ciszy i skupieniu. Dopiero jako dorosły człowiek zrozumiałem, jak mądre i pedagogicznie doskonałe było to uczenie nas od małego słuchania dobrej muzyki.
W listopadzie 1941 roku przeniesiono całą grupkę dzieci z domu św. Antoniego do domu Królowej Jadwigi, który był własnością państwa Dernałowiczów. Było tam pianino i choć jeszcze nikt z nas nie uczył się muzyki, słyszeliśmy o tonacji A-dur czy d-moll. Wspólnie z Andrzejkiem biedziliśmy się nieraz nad rozwiązaniem tajemnicy tych dur i moll, a tu pewnego dnia Jędrek powiedział mi, że już wie, na czym tajemnica tonacji polega. Bardzo też szybko odkrył, jak zrobić, żeby śpiewać drugim głosem. Pamiętam, jak dobrał drugi głos do kolędy „W żłobie leży”. A kiedy nauczyliśmy się nazw poszczególnych dźwięków, przekonaliśmy się, że Jędrek rozpoznaje je bezbłędnie i to zarówno uderzone pojedynczo, jak i w akordach. Dowiedzieliśmy się, że taką zdolność nazywa się słuchem absolutnym. Jędrek od razu okazał się też najlepszy z nas w wykonywaniu śpiewów gregoriańskich, których jeszcze w domu Królowej Jadwigi zaczął nas uczyć pan Kotowicz. Pełnił on w laskowskiej kaplicy funkcję organisty, a ściślej fisharmonisty, bo tylko taki instrument się w kaplicy znajdował. W nauczaniu śpiewu gregoriańskiego był wymagający i, trzeba przyznać, cierpliwy, gdy długimi kwadransami uczył nas cieniowania rozwlekłych niuansów Kyrie eleison czy Deo gratias – Alleluja, Alleluja. Andrzejkowi przychodziło to z wyjątkową łatwością.
W moich wspomnieniach śpiew wiąże się mocno ze świętami Bożego Narodzenia. W Laskach czas śpiewania kolęd rozciągał się pomiędzy Wigilią a świętem Matki Boskiej Gromnicznej, to jest 2 lutego. W bawialni w domu Królowej Jadwigi na pierwszym piętrze mieliśmy choinkę, która przez cały ten czas pachniała doniosłą wonią prawdziwych świerków, choinkowych jabłuszek, pierników i niedotykalnym zapachem zapalonych woskowych świec. W piecach siostra Małgorzata paliła prawdziwymi bierwionami żywicznego drewna, które co parę dni przywoził pan Heniuś Zarzecki wozem zaprzężonym w dwa wdzięczne osiołki. My zaś cały wieczór znosiliśmy naręcza polan, które w sieni układały w wysokie sągi siostra Germana oraz chyba Urszula i Bogdana. W takiej aurze huczącego pieca, zapachu świerków, jabłek i świec śpiewaliśmy wieczorami kolędy, a Jędrek Galbarski dobierał drugi głos, w czym starali się mu pomagać bardziej muzykalni koledzy.
Pewnego dnia z wojennej tułaczki wrócili właściciele willi i w roku szkolnym 1943/44 przeniesiono chłopców do częściowo spalonego domu św. Stanisława. Właśnie tu niektórzy z nas zaczęli regularne lekcje muzyki u pana Dolańskiego. Z Andrzejkiem i Basią byliśmy już w trzeciej klasie. Pan Dolański uczniów takich jak ja uczył wprawek i prostych melodii. Jędrek natomiast awansował szybciej i grywał utwory bardziej ambitne, może nawet grał sonatę C-dur Mozarta.
W czerwcu 1944 roku wyjechaliśmy na wakacje, nie wiedząc, że do Lasek wrócimy dopiero we wrześniu roku 1945. Oczywiście na wakacje wyjechali ci wszyscy, którzy mieli gdzie wyjechać. Sieroty, więc i Andrzejek Galbarski, zostały w Laskach. W sierpniu tego roku wybuchło powstanie warszawskie.
Mieszkałem wtedy wraz z rodzicami w Częstochowie na przedmieściu zwanym Dębie. Jakież było moje zdziwienie, gdy pewnego listopadowego popołudnia zapukała do naszych drzwi nieznajoma kobieta, mówiąc, że przyjechała specjalnie do mnie. Owa pani przywiozła mi dwa dość grube, zapisane skrótami brajlowskimi zeszyty, które okazały się być dwoma listami od moich kolegów – od Waldka Szafrańca i Andrzejka Galbarskiego. Koledzy opisywali mi rozmaite wojenne zdarzenia i przygody. Pisali, że okna na parterze domu św. Stanisława zabito deskami i zabezpieczono warstwą piasku, że były okropne „buch”, bo nadlatywały samoloty i rzucały bomby oraz że w Laskach leczą się ranni powstańcy. Dowiedziałem się też, że dla tych, którzy zostali w Laskach, kontynuowana jest szkolna nauka.
Gdy we wrześniu 1945 roku wróciłem do Lasek, Andrzej był już w klasie piątej, a mnie zapisano na listę klasy czwartej. Strata tego roku przyniosła poważne konsekwencje w moim życiu, ale to już zupełnie inna historia, jak mawiał angielski bajkopisarz.
W Laskach kładziono duży nacisk na kształcenie muzyczne, dlatego niedługo po wojnie zatrudniono panią Janinę Stanowską do indywidualnych lekcji gry na fortepianie. Wtedy też na pierwszym piętrze domku zwanego „Watykan” zamieszkał na stałe profesor Witold Friemann – pianista i kompozytor. Profesor Friemann znakomicie prowadził dwa chóry – dziewczęcy i chłopięcy (a właściwie to męski, bo najmłodszy chórzysta miał lat przynajmniej 16), komponował i aranżował muzykę do przedstawień i pokazów (słynne Jasełka do tekstów Marii Konopnickiej, które wystawiano dla poważnych gości), dawał koncerty, które uzupełniał ciekawym komentarzem. Ponadto, oczywiście, uczył gry na fortepianie. W pamięci zapadł mi egzamin wstępny, który wręcz przypominał Sąd Ostateczny. Profesor wraz z wysokim areopagiem fachowców typował uczniów dla siebie, a pozostałych przeznaczał dla pani Stanowskiej. Oczywiście, Andrzej Galbarski trafił do profesora.
Pamiętam, że po jakimś czasie pracowicie ćwiczył sonatę Beethovena. Doskonale opanował też brajlowską muzykografię.
Ostatni raz widzieliśmy się chyba w roku 1951, gdy po maturze w towarzystwie Ali i Maryli – naszych dwóch koleżanek z Boernerowa – przyjechał do Wrocławia. We Wrocławiu byli chyba tydzień. Potem już się nigdy nie spotkaliśmy – z dziewczynami też. Nieraz, gdy przyjeżdżałem do Warszawy, miałem zamiar odszukać w PZN Andrzeja, ale z drugiej strony czułem, że mamy sobie coraz mniej do powiedzenia. Kiedyś w „Pochodni” przeczytałem o nim dość długi szkic, z którego między innymi dowiedziałem się o jego upodobaniach do majstrowania przy samochodach, a potem z prawdziwym żalem usłyszałem o jego odejściu na stronę wiecznej ciszy. Cisza ta jest tak wielka, że nawet absolutnie słyszące ucho nie wyłowi z niej żadnego dźwięku. Taka ta cisza jest...
„Nowy Magazyn Muzyczny”, grudzień 2004
Źródło: Encyklopedia Osób Zasłużonych dla Środowiska Osób Niewidomych Biogramy prasowe pod redakcją Józefa Szczurka
&&
Pragnę polecić Czytelnikom książkę Katarzyny Grochowskiej pt. „Tajemnica pozytywki”.
Bianka, po nieudanej próbie samobójczej, porusza się na wózku inwalidzkim. Pracuje zdalnie w warszawskiej agencji reklamowej. Jest samodzielna i niezależna, a niepełnosprawność nie stanowi przeszkody w prowadzeniu normalnego życia.
Po śmierci ojca Bianka przyjeżdża do rodzinnego domu, który znajduje się w małym miasteczku Rosewo na ziemi lubuskiej. Z powodu tragicznych wydarzeń, jakich wraz z rodziną doświadczyła w dzieciństwie oraz bolesnych wspomnień, kobieta zamierza sprzedać posiadłość. Minęło już 20 lat odkąd po śmierci Jana Hermana ktoś w miasteczku rozniósł plotkę, posądzając matkę Bianki o otrucie właściciela posesji, u którego sprzątała. Hanna Sawicka, cicha, pracowita osoba, zostaje uznana przez społeczność Rosewa za morderczynię. Bianka doświadcza szykan w szkole, a rówieśnicy posuwają się do przemocy fizycznej.
Pół roku po pojawieniu się plotki dotyczącej matki dziewczyny, starsza siostra Amelia popełnia samobójstwo. 8 tygodni później Bianka skacze do zbiornika retencyjnego z kilkunastometrowego rusztowania. Basen okazał się płytki. Po uderzeniu głową o dno zbiornika zostaje uszkodzony rdzeń kręgowy w kręgosłupie szyjnym Bianki. Od tego czasu dziewczyna zostaje dotknięta niedowładem nóg.
Mama Bianki po ciężkiej chorobie umiera. Utraciwszy żonę, ojciec zamyka się w sobie. Nie może patrzeć na niepełnosprawną córkę, wyrzuca Biankę z domu.
Wróciwszy do Rosewa, dziewczyna porządkuje rzeczy po rodzicach i siostrze. Opiekuje się papugą ojca. Nie ma przyjaciół w miasteczku. Jedyną osobą, która odwiedza i pomaga Biance, jest przyjaciółka Lidia. By dostać się do pokoi na piętrze, bohaterka powieści musi pokonać schody, poruszając się na czworakach. W pokoju należącym niegdyś do siostry odnajduje ukrytą skrytkę. Z wnętrza schowka znajdującego się w podłodze wyjmuje piękną pozytywkę oraz kasetę wideo. Na spodzie karuzeli odkrywa wygrawerowany napis: „Twój na zawsze”. Zastanawia się, czy plotka dotycząca morderstwa dokonanego przez matkę doprowadziła Amelię do odebrania sobie życia. Podczas oglądania filmów z kasety odkrywa, że siostra miała narzeczonego. Pragnie dowiedzieć się więcej o życiu Amelii.
Bianka w sklepie osiedlowym doświadcza szykan ze strony sprzedawczyni. Z pomocą przychodzi jej weterynarz Hubert Rezler. Dwa tygodnie później, podczas festynu parafialnego, Biankę wraz z wózkiem przewraca rozpędzony koń. Na szczęście wszystko kończy się drobnymi urazami. Z pomocą Biance przychodzi Hubert, który odwozi poszkodowaną kobietę do domu i udziela jej pomocy. Od tego dnia młody weterynarz często ją odwiedza.
Po umieszczeniu w Internecie ogłoszenia o sprzedaży domu, Bianka nie może znaleźć nabywcy. Sytuacja zmusza ją do pozostania w Rosewie na dłużej. Matka zabrania Hubertowi spotykać się z Bianką. Chłopak musi ukrywać kontakty z nowo poznaną przyjaciółką. Pomiędzy Bianką a Hubertem zaczyna kiełkować uczucie miłości. Rezler pomaga bohaterce powieści skontaktować się z osobami, które znały zmarłą siostrę Amelię.
Jak potoczą się dalsze losy Bianki? Czy przyczyną niepełnosprawności bohaterki powieści jest próba samobójcza? Jakie sekrety skrywają w sercach Lidia, Eryk i Hubert? Czy Bianka przebaczy Hubertowi i da mu drugą szansę? Przeczytajcie sami!
Katarzyna Grochowska
„Tajemnica pozytywki”
Czyta Lena Schimscheiner
Książka dostępna w plikach Daisy i Czytak.
&&
„Lelum! Dać Boże! Na co mi przyszło! Oto ja, czestnego człeka, sławnego Budziwoja syn, jako źwierz dziki w puszczy kryć się muszę! A mogłem, jako drudzy na wyprawy ruszać, chrobrze się bijąc, sławę zdobyć, a może i z Pana Bolkowych rąk pas otrzymać. Ociec byłby rad, żem woj, jakim on w swej młodości był. Toć już do Stoigniewowej drużyny miałem przystać! Ale, cóż, stało się! Prawo mię ściga, głowę pod topór przyjdzie dać! Bolko, srogi pan! Darmo łaski u niego prosić. A młody jeśm, ledwie na ośmnasty rok mi idzie, toć żal umierać, kiedy siła w człeku i chęć do życia jest! Pokąd widno jeszcze, wody nanoszę, chrustu i szyszek na opał nazbieram. Mięsiwo mam, bom dziś zająca ustrzelił. Chleb z domu zabrałem. Posilę się i w szałasie spać legnę. Ano, jeśli tu samotnie mam żyć, a nie wiada, jak długo, trza z puszczą w drużbie przestawać, szkody nijakiej nie czyniąc, a tym się jeno żywiąc, czym Bór darzy. Byle się wilkom zjeść nie dać. A łuk, topór i nóż zawdy mi pomogą”.
To, co stało się ostatniej nocy, z dawna już w duszy Gniewkowej dojrzewało. Czekał jeno sposobnej chwili, przez dni kilka potrzebne rzeczy zbierając, które składał w pobliskim dole ukrytym wśród chaszczy. Niniezszedł tam, wziął wielką płachtę i zapuściwszy się w las, zbierał chrust i szyszki. Zaniósł je na upatrzone miejsce, by ognisko rozpalić. Kilka razy tak chodził. Wiele też drew i szyszek w kącie szałasu ułożył i skórami nakrył, by mieć suchy opał, gdy po deszczu w lesie go nie najdzie. Z kilku dużych kamieni palenisko ułożył i garnek na nim postawił. Wylawszy doń znoszoną wcześniej wodę, z każdym z opróżnionych worków skórzanych chodził do strumienia. Rozpaliwszy ognisko, mięsiwo nad nim na rożnie umieścił, by wolno się piekło.
Usiadł przy ogniu na pniu zwalonego ongi drzewa i czekał, aż mięsiwo będzie gotowe. „Kto tu jest? Pomocy proszę. Do Gniezna szedłem, w Budziwojowym Gródku się zatrzymałem, a stamtąd ku Gnieźnieńskiej Drodze przez las iść wypadło. Widno drogę zgubiłem. Nie wiem, jako się z lasu wydostać, by do Gnieźnieńskiej Drogi dojść”. Ozwał się pokornie człek nadchodzący. Był to mąż wieku średniego, wysoki, szczupły, o pięknym, dobrotliwym obliczu, odziany w długą, prostą, ciemną szatę, a na jego piersi błyszczał w promieniach zachodzącego słońca srebrny krzyż, wiszący na rzemyczku. „Krześcijański kapłan! Wszędy ich pełno! Ten ci aż tu ze swoją niemiecką wiarą przylazł? tu! Do Świętego Gaju! Po co!” Z niechęcią pomyślał Gniewko. Z uważaniem atoli, gościowi należnym ukłonił się obcemu i rzekł: „Rad Was witam, Gościu, przy ognisku moim. Jeśli nie wadzi Wam Święty Gaj, co tu blisko jest, zechciejcie u człeka leśnego gościnę przyjąć. Może Wam dziwno, iż puszcza mi domem, ostoją i ukryciem. Prawo mię ściga, bom ciężko przewinił. Nie wiada, zali długo żyć mi tu przyjdzie. Chaty nie mam, jutro ją stawiał będę, a dziś, jeno w szałasie spocząć możecie. I w czym trza, ochotnie Wam usłużę. Zechciejcie wieczerzać ze mną”.
Gniewko podzielił chleb i mięsiwo, polewką dwie miski napełnił i łyżkę gościowi podał, drugą sam wziął. Usiedli do wieczerzy. Obcy przeżegnał się nabożnie i krótko pomodlił. Jedli nieśpiesznie, wieczornej ciszy lasu zażywając. Gniewko bacznie przyglądał się gościowi i ze zdumieniem myślał: „Kto zacz? Osobliwy człek jakowyś. Ni obcy, ni swojak. Krzyż nosi, a po słowiańsku gada. Zapytać, kim jest, skąd mowę zna, ale czy godzi się o cudze sprawy pytać?” Lecz ciekawość w nim tak wielka była, iż spokoju mu nie dawała, przeto ozwał się: „Wybaczcie, iż pytać się ośmielam. Dziwno mi. Wyście człek obcy, Jezukrysta sławicie, a po naszemu, po słowiańsku gadacie, jak prawy Słowianin”!
„Bom z Czechów, Wojciech Sławnikowic jeśm. Z Pragi, którą opuścić mi przyszło, ku Gnieznu szedłem, gdzie Pan Wasz, Bolko Chrobry, prawy krześcijanin, już mię oczekuje i rad przyjmie, bym braciom Słowianom Dobrą Nowinę głosił. Wszak i Słowian Jezus Chrystus męką swą i śmiercią odkupił. Wczoraj zatrzymałem się u Budziwoja, jenże rad mię słuchał, aż o Krzest Święty poprosił. Tedy go wraz z małym synkiem okrzciłem. Starszego wonczas doma nie było, nad czym ociec ubolewał”.
„Juści, jeśli już mają Polanie nową wiarę przyjmować, to zawdy lepiej od słowiańskich braci, Czechów, niźli od obcych. A do Gniezna rad pójdę z Wami jutro. Dobrze znam drogę. A potem wrócę tu, do Świętego Gaju, lubo po tym, com uczynił, ni u ludzi, ni u bogów naszych nie masz dla mnie litości! A jaki jest Waż Bóg? Nie wiem, skąd myśl mi przyszła, by Was o Niego spytać. Powiadajcie mi o tym Bogu. Wielki, potężny być musi, kiedy po całym świecie jego sławę głoszą. A słyszałem, jako mnisi wiele o Jego dobroci gadali.”
I opowiadał Wojciech, jako Bóg świat stworzył mocą swego Słowa, a człeka na swoje podobieństwo uczynił, duszę nieśmiertelną mu dając; jako umiłował Bóg ludzi, cały świat im dając we władanie. I ludzie w pięknym Raju mieszkali. A grzechu nie znając, czyści byli i piękni. I o pierworodnym grzechu prawił, jako ludzie nieposłuszni, owoc zakazany zjedli, gdy szatan ich skusił, Bóg atoli, człeka nie przeklął, jeno węża, szatana. Ludzi zasię, lubo z Raju za karę wygnać musiał, nigdy nie opuścił, a dla wszystkich ludów zbawienia Syna Swego, Jezukrysta na świat przysłał, jenże w ubóstwie się narodził, między ludźmi żył, Dobrą Nowinę głosząc. Głodnych karmił, chorych uzdrawiał, pomarłych wskrzeszał, a prześladowania cierpiał od tych, których napominał. Aż na śmierć skazany, biczowany był, Krew Przenajświętszą przelewając i do Krzyża przybity, w mękach srogich zawszystkich ludzi, zawszystkie narody umierał.
I o Cudzie Miłości wielkiej, jako Pan Chrystus przemienił chleb w Swe Ciało, a wino w Krew Swoją, by w owym Darze z ludźmi być, aże do końca świata, Ciałem i Krwią Swoją ich posilając, wszystkich zjednoczyć i z miłością zabrać do Oćca Swego, jenże na Niebiesiech mieszkanie zbawionym dać pragnie. I dał kapłanom moc, którą chleb i wino słowem Pańskim w Ciało i Krew Chrystusową przemieniać i najcięższe przewinienia odpuszczać mogą. Każdy może u Pana Jezukrysta miłosierdzie uprosić.”
„Rad bym do takowego Boga przystał, jenże z miłością każdego przygarnia, winy odpuszcza, duszy skalanej czystość przywraca, a Ciałem swym karmi, nigdy nie opuszcza i zawdy chroni, jakoście rzekli. Niechby i nade mną się ów dobry Bóg zlitował, lubo ciężko przewiniłem. Umiem grać na lutni, pieśni składać, poszedłbym we świat, onego Boga, Jezukrysta chwałę gędźbą i pieśniami głosić, pokąd sił mi stanie! Niechby mię jeno od topora katowskiego obronił! A ninie wysłuchajcie mię, proszę, bo ciężko mi na duszy.
Ja, Gniewko jeśm, starszy syn Budziwoja. W nienawiści zawdy miałem Waszą wiarę i Krzyż. Kiedy kapłan lub mnich jakowyś do domu naszego przychodził, ociec i Miłek radzi ich słuchali i gwarzyli z nimi. Ja słuchać nie chciałem. Wczoraj, kiedyście przyszli, nim obaczyliście mnie, z domu uciekłem. I tu, jako zawdy bywało, do Świętego Gaju przyszedłem. Pokąd jeszcze brata mego nie było, ociec mię miłował, pieścił i niczego nie odmawiał. Aliści Miłek się narodził. Mać nasza, dobra, urodna niewiasta, jąż ociec szczerze, a wiernie miłował, pomarła, brata mego na świat wydając. Nie dziw tedy, iż jego ociec więcej miłował niźli mnie. Zawidziłem bratu. Aż jednej nocy wichura była. I zdało mi się, iż głos jakowyś w wietrze słyszałem, jakoby myśl mi podający: „Miłka trza zbyć! Gdy jego nie będzie, ociec ciebie jednego mając, jako przódzi będzie miłował”.
Aż myśl owa zamiarem się stała. Zacząłem działać. Wiedząc, iż po tym, co uczynię, ukrywać się przyjdzie, bo za czyn takowy ani chybi, topór katowski grozi. Przez dni kilka zbierałem sobie wszystko, co do życia w puszczy potrzebne mi będzie. I gotowałem się do onej sprawy, sposobnej chwili czekając.
Wczoraj znużeni upałem i senni, zaraz po wieczerzy wszyscyśmy spać się pokładli. Przed północą wiatr się zerwał i burza przyszła. Gromy jeden po drugim waliły i ulewa spadła z wielkim szumem, w którym jakobym słyszał: „Gniewku! Oto chwila sposobna! Ociec, jako zawdy, mocno śpi, nic nie usłyszy. Czyń już, coś zamyślił! Śpiesz się!” Z toporem w garści przy bracie ległem. A Miłek, jako zawdy, uśmiechając się, spał spokojnie. Już topór nad jego głową trzymam, a jeszcze się waham. Ręka mi drży, a tu śpieszyć się trza, nim burza minie. I ten głos: „Uczyń to! skorzej! Nie bój się, ot, jeden ruch ręki! Uczyń to, a spokojny będziesz”. A Miłek spał. Ani krzyknął, gdym uderzył. Na deszcz i gromy nie zważając, przerażony, z gródka wybiegłem, oćca mego z ubitym ostawiwszy, w puszczę uciekłem.
Bałem się ciemności, w której jakobym Miłka widział, we krwi leżącego, a nad nim oćca widziałem w smutku i boleści. I żal wielki w duszy mej uczułem. Miłek, pociecha i radość oćcowa, dobry był, łagodny, usłużny, a zawdy wiesioły. Nikomu nigdy złego słowa nie rzekł. „I takowegom ubił! Jaki żal! O, jaki żal! Do Waszej Wiary przystanę, do Pana Jezukrysta, ninie już wedle jego nauki żyć chcę! Grać na lutni i pieśni składać umiem. Bogu na chwałę, a ludziom na radość śpiewał będę! Okrzcijcie mię, proszę”! I płacząc, na kolana upadł przed Wojciechem. Ów zasię w tej ciszy przedporannej oczy ku Niebiosom wzniósłszy, prosił o miłosierdzie dla grzesznika skruszonego, by go Bóg w swej dobroci od srogiego prawa obronił, przygarnął i w pieczy swej miał. Aż po chwili zaczął modlić się głośno, a chłopak aż się zdumiał, iż tak bez trudu po nim powtarzać zdoła, a szczerze i z zapałem wielkim odmawia: „Oćcze nasz, Jenże jeś na Niebiesiech”... Potem do Matki Bożej się modlili: „Bogurodzica, Dziewica, Bogiem sławiena, Maryja! Twego Syna, Gospodzina, Matko zwolena, Maryja! Zyszczy nam, spuści nam, Kyrie eleison! Twego dziela Krzciciela, Bożyce, usłysz głosy, napełń myśli człowiecze! Słysz modlitwę, jąż nosimy, a dać raczy, Jegoż prosimy. A na świecie zbożny pobyt, po żywocie rajski przebyt. Kyrie eleison”!
Słońce wschodziło, gdy ku strumieniowi podeszli. Chłopak ukląkł, radośnie ku Niebiosom oczy wznosząc, a Wojciech rzekł: „Gniewku, jeśli Wiarę naszą chcesz przyjąć, a człekiem nowym się stać, to wszak i miano insze ci przystoi. Ninie ty już nie Gniewko będziesz, jeno Boguchwał. Zatem: Boguchwale, ja ciebie krzczę, w Imię Oćca i Syna i Ducha Świętego. Amen”. I uczyniwszy znak Krzyża na jego czole, wodą z kubka głowę polał. Wonczas promień słoneczny ogarnął ich obu swym ciepłem i światłem. A oni bez słów, a radośnie modlitwę dziękczynną ku Niebiosom wznosili. Potem wstali i ku ognisku podeszli, które przez tę nieprzespaną noc nie zgasło i polewkę wczorajszą zagrzali. Śniadali nieśpiesznie w spokoju. A dzień pogodny się zapowiadał. I nic ze sobą nie biorąc, z puszczy wyszli.
Przez dzień cały szli, nie zatrzymując się, gdy dziwną siłę w sobie czuli. Wojciech w niebo błękitne i w słońce patrząc, radosne psalmy śpiewał, które sam układał. Boguchwał, cudną ich nutą urzeczony, a proste słowa pojmując, całą swą duszą się przyłączał i Bogu za wszystko dziękował. Przed wieczorem przyszli do Gniezna, w którym Boguchwał z oćcem, a ostatnim czasem takoż sam bywał, łuki dla łowów, noże, takoż inne narzędzia kupował. A przed kilkoma dniami nabył ów topór, którego dla zbrodni swej użył. Przerażony wspomnieniem zwierzył się ze swych myśli Wojciechowi. Ów zaś pocieszał go: „Boguchwale, nie pomnij już tego. Zbądź troski swej i żalu. Winę twoją jąż wyznałeś a ze szczerym żalem opłakałeś, Bóg ci odpuścił i zgładził. nie masz jej w twej duszy. Jużeś czysty. Przeto dobremu Bogu całym sercem dziękuj i raduj się”!
„Rad Was witam, Oćcze Wojciechu! A co Was do mnie sprowadza? Nie masz takowej rzeczy, której nie uczyniłbym dla Was!”
„Wiem, iż zawdy prawa przestrzegacie i srogo karzecie winowajców. A wszak Bóg zawdy dla najgorszych grzeszników miłosierny jest. I Wam takoż nie samą jeno srogością, ale i miłosierdziem trza władać. Tedy proszę Was pokornie, dla Pana naszego, Jezukrysta! O miłosierdzie proszę, o łaskę dla grzesznika skruszonego, Gniewka Budziwojowica, jenże bojąc się, iż go prawo ścigać będzie, w puszczy się ukrył, by tam żyć samotnie. Widno Bóg chciał, bym ku Gnieznu idąc, drogę zmylił i w puszczę zaszedł, gdzie młodego Budziwojowica spotkałem. Z uważaniem gościowi należnym do ogniska swego mię zaprosił, wieczerzę ze mną dzielił. Potem przez noc całą gwarzyliśmy. O Wiarę naszą, o Pana Boga pytał. Opowiadałem mu o żywocie na ziemi i cudach Pana Jezukrysta. I jako Pan nasz ludzi umiłował. Bacznie słuchał, aż zapragnął do naszej Wiary przystać i Panu naszemu się oddać. Klęcząc, winę swą ze skruchą szczerą wyznał. Na koniec prosił, bym go okrzcił, co z radością uczyniłem. Nie Gniewko on już ninie, jeno Boguchwał. Okażcie miłosierdzie! Niechże, jako sobie umyślił, chodzi po całym kraju, miłość i dobroć Bożą radośnie głosząc. A i Wasza dobroć Waszą wdzięczność w sercu zachowa. Żeby jeno lutnię miał”!
„Juści, prawieście rzekli. Miłosierdzie trza mieć, z jakim sam Pan Chrystus najcięższe przewiny odpuszcza. Ale na wieść o Gniewkowym uczynku wzburzenie wielkie i gniew rozpaliły się we mnie. I Budziwoja żal mi było, którego zawdy, jak brata miłowałem, gdy w jedną noc obu synów straciwszy, tak wielkiego bólu znieść nie mogąc, zgryzł się i pomarł. Zamierzałem przeto nakaz wydać, by złoczyńcy po całym kraju szukano, aż najdą i w pętach przywiodą, a topór katowski sprawiedliwość mu wymierzy. Ninie, gdym Was wysłuchał, pojmuję, iż nie samym jeno prawem i srogością, ale takoż sercem, miłosierdziem i dobrocią trza władać. Niechże tedy po waszej woli będzie: Boguchwałowi w imię Jezukrysta winę odpuszczam. A lutnię dlań zaraz każę wam wydać.”
Od księcia, z pismem ułaskawienia, lutnią i grosiwem dla Boguchwała udał się Wojciech do gospody, gdzie kazał mu czekać. Przyszedłszy z radością opowiedział mu, jak się rozmowa z księciem odbyła. Na koniec rzekł:
„Bóg sprawił, iż Pan Bolesław miłosierdzie ci okazał i lutnię dał, gdym mu rzekł, iżeś zamyślił gędźbą i pieśnią Boga chwalić. A ja cię proszę, byś dla Księcia Pana zawdy łaski i wsparcie u Boga upraszał, bo iście trudno władzę sprawować w naszych czasach. Pomnij, Boguchwale i niech ci Bóg błogosławi. A ja do Gdańska się udam, a stamtąd między Prusów pójdę, co jeszcze wiary naszej nie znają, by tam Wiarę naszą nieść”.
„Oćcze Wojciechu! Sami tam jechać chcecie? Do onych pogan? A jeśli Was ubiją? Zabierzcie mię ze sobą! Służyłbym Wam ochotnie, a i bronił. Weźcie mię, proszę”!
„Nie, Boguchwale, ty tu ostań. Bóg mię do Prusów wysyła, bym tam Słowo Boże głosił, a kiedy trza, życie swoje w ofierze oddał. Tobie zaś zdolność takową dał, byś pieśni składał i tu, między Słowiany Jezukrysta chwałę głosił, a w ich sercach wiarę, nadzieję i miłość ku Bogu umacniał. Jutro świtem chcę już do Gdańska ruszać, a tam przeprawy czekać. Jeśli chcesz, do Gdańska społem iść możemy”.
Młody pieśniarz, Boguchwał z lutnią chodził między Polan, Ślężan, Wiślan, Mazurów, a i na Ruś, wszędy, gdzie słowiańską mowę znają. Uczenie struny trącając, śpiewał o Bogu i jego dobroci. A gdy rozeszła się wieść o męczeńskiej śmierci Wojciecha, nową pieśń ułożył. W Gnieźnie zjazd się zaczynał. Boguchwał prosił biskupa Radzima, Wojciechowego brata, by mógł przed całym zgromadzeniem nową pieśnią Boga, a takoż Wojciecha, Męczennika uczcić. Radzim pieśni wysłuchał i zezwolił. Boguchwał zaśpiewał:
„Słyszcie moją pieśń wdzięczności, jąż dobremu Bogu śpiewam i świętemu Wojciechowi, który przyszedł mi z pomocą. Ciężką winą się zmazałem, gdym w zawiści brata ubił. Zbiegłem do Świętego Gaju i schronienia tam szukałem. Bóg atoli, chcąc mię zbawić, Wojciecha mi zaraz przysłał, by uważnie mię wysłuchał, gdym mą winę opłakiwał. Wojciech zaraz mię pocieszył, w Imię Świętej Trójcy okrzcił, Boguchwałem nazywając. Przeto pokąd sił mi stanie, Bogu chwałę będę śpiewał, takoż sławę Wojciechową. Amen”!
&&
Technologiczny rynek to chyba obecnie najbardziej dynamicznie rozwijająca się rzeczywistość, która ma wpływ nie tylko na nasze życie, ale także kierunek, w którym będziemy podążać. Na wykresie obrazującym ten progres krzywa od zawsze pięła się w górę, lecz w ciągu ostatnich lat wystrzeliła wręcz niewyobrażalnie. Internet, cyfryzacja, sztuczna inteligencja, co jeszcze nas czeka?
Niektórzy patrzą na niegdyś rewolucyjne rozwiązania typu alfabet Braille'a z politowaniem. Było, minęło, teraz jest era AI. No właśnie, nawet nie SI, czyli sztucznej inteligencji, ale właśnie AI, jakby polski skrótowiec był zakompleksionym parobkiem elokwentnego, obcego określenia. Mój dzisiejszy rozmówca Krzysztof Wostal pamięta czasy, gdy szczytem tyfloinformatycznych marzeń było czytanie tekstów ze schowka w systemie Windows 3.11, a najnowocześniejszym „smartwatchem” był mówiący po angielsku zegarek.
Tomasz Matczak: – Cześć Krzysztofie, dziękuję, że zgodziłeś się porozmawiać. Od razu zaznaczę, że nie mam zamiaru wypominać Ci wieku, bo jestem od Ciebie starszy, ale w kontekście naszej rozmowy ma to znaczenie. Ja mam 57 lat i do trzydziestego roku życia widziałem, więc moja przygoda z tyflotechnologiami zaczęła się od Window Eyes, choć już wtedy miałem mówiący zegarek.
Krzysztof Wostal: – Cześć, no to jestem faktycznie młodszy, ale za to bardziej doświadczony w niepełnosprawności. Urodziłem się jako niedowidzący, a teraz jestem głuchoniewidomy. Nie widzę nic i nie słyszę nic.
TM: Hmmm, ale jakoś przecież rozmawiamy.
KW: Tak, dzięki wszczepionym implantom ślimakowym. Oto jedno z dobrodziejstw technologicznych.
TM: Czy jesteś jedną z tych osób, które nie mogą obejść się bez nowinek ułatwiających życie? No wiesz, na szyi smartfon, na ręku smartwatch, słuchawka bluetooth w uchu, pas do nawigacji na biodrach i tak dalej?
KW: Nie, zdecydowanie nie!
TM: A zatem jakich technologii wspomagających używasz?
KW: Przede wszystkim białej laski. To pierwsza technologia wspomagająca.
TM: Takiej z bajerami? Czujnik przeszkód, wibrująca rączka, połączenie bluetooth?
KW: Nic z tych rzeczy. Kiedyś, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, wstydziłem się chodzić z białą laską. Myślałem, że ona czyni mnie kimś gorszym, że mnie stygmatyzuje, ale to minęło. Najbardziej lubię białe laski firmy Ambutech z obrotowymi końcówkami. Jakoś najlepiej mi leżą w dłoni. Długie oczywiście. Takie metr pięćdziesiąt, metr sześćdziesiąt.
TM: Coś jeszcze?
KW: Tabliczka i dłutko. Bardzo lubię słuchać muzyki z płyt CD. Mam abonament na serwis strumieniowy Apple Music, bo dzięki niemu można na przykład posłuchać jakiejś nowej płyty i zdecydować czy ją kupić, ale wolę płyty. Oznaczam je sobie, a mam ich ponad dwa tysiące, brajlem. Do tego używam właśnie dłutka i tabliczki. Poza tym korzystam jeszcze z brajlowskiej miary stolarskiej. Jeśli chodzi o smartfon, to iPhone zdecydowanie i brajl. Jeszcze czujnik poziomu cieczy, skarpetnik, no i więcej chyba technologii wspomagających nie używam. Aha, i aplikacje na smartfonie. Jedna, druga, piąta, choć takich przeznaczonych dla niewidomych, to też za dużo nie mam.
TM: Nie wierzę, że nie posiadasz udźwiękowionego komputera.
KW: Oczywiście mam. Korzystam z Jawsa. NVDA nie bardzo przypadł mi do gustu. Wspomagam się nim czasem, gdy Jaws z czymś nie daje sobie rady, ale rzadko. Jest po prostu nie dla mnie, choć doceniam, że jest, że ludzie z niego korzystają, że można go używać zawodowo, ale wiesz, chcesz jakąś nawet najprostszą funkcję, to musisz mieć wtyczkę, chcesz inną funkcję, to druga wtyczka i tak dalej. Zdecydowanie wolę Jaws.
TM: A po której stronie barykady stoisz w wojnie między zwolennikami iOs a androidowcami oraz użytkownikami Windowsa i fanami MacOs?
KW: Od zawsze używałem iPhone'a i Windowsa, więc może dlatego się ich trzymam. Po prostu nie czuję, że inne systemy mogłyby mi dawać coś więcej. Nie brakuje mi niczego, co oferuje Android czy MacBook. Swojego czasu miałem w rękach MacBooka, ale poległem. Ja po prostu korzystam ze sprzętu, a jeśli zaspokaja moje potrzeby, to po co mi inny?
TM: Nie bez kozery na początku zaznaczyłem, że będzie to rozmowa dwóch zaawansowanych wiekowo panów, bo chciałbym Cię spytać o erę minioną. Dla niektórych to prehistoria, a chodzi mi o lata osiemdziesiąte, dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku. Jak wtedy żyło się niewidomym bez iPhone'ów, Victorów, Orionów i Jawsa?
KW: To jest olbrzymi postęp. W latach osiemdziesiątych, gdy chodziłem do szkoły na Tynieckiej, to technologii tyfloinformatycznych nie było. Były mapy dotykowe, globusy, makiety kopalni, wypchane ptaki, zwierzęta, wypukłe rysunki, to były jedyne pomoce dydaktyczne. Oczywiście książki w brajlu i na kasetach, ale nic więcej – na marginesie, to wtedy w internacie wiele nam wychowawcy też czytali. W 1993 roku trafiłem do Technikum Informatycznego, gdzie zorganizowano eksperymentalną klasę z osobami niesprawnymi ruchowo. Kolega mnie wtedy tam zaciągnął. Ja byłem świeżo po oblanym komisyjnym egzaminie na masażystę. Wtedy myślałem, że bycie masażystą pozwoli mi być kimś, bo wydawało mi się, że to dla niedowidzącego szczątkowca jedyna droga. Obiecałem jednak koledze, że pójdę z nim do tego technikum i po dwóch latach zostałem technikiem informatykiem. To były jeszcze czasy DOS-a a nie Windowsa. Używałem wtedy Lunara, potem Readborda, a później nadszedł Windows 3.11. Chyba już na nim pojawił się Syntalk, ale to nie był taki program, że odczytywał menu. On odczytywał tylko teksty ze schowka, jakieś artykuły, ale nic więcej. Później na Windows 95 i 98 były już udźwiękowienia, ale wtedy jeszcze nie miałem do nich dostępu. No i Internet! To był prawdziwy przełom. Tyle, że wtedy trzeba było się do Internetu wdzwonić. Czekało się do dwudziestej drugiej, bo było taniej. Były dyktafony na kasety, ale w zasadzie nic więcej. Pamiętam, że chyba w 1991 roku na jakimś konkursie czytelniczym wygrałem mówiący po angielsku zegarek i to było prawdziwe wow! Były czujniki poziomu cieczy, minutniki, obrajlowione budziki no i nieśmiertelny zegarek Rakieta. Ten ostatni miałem od lat osiemdziesiątych. W porównaniu do dziś przeskok jest ogromny. Prawdziwa przepaść, ale ja nadal lubię brajla i korzystam z niego. Może nie tak, jak kiedyś do czytania książek i czasopism, ale korzystam.
TM: Tyle, że za nowoczesność trzeba płacić.
KW: No właśnie, kiedyś na przykład do rysowania dla niewidomych była decha, dwie śruby do niej przykręcone, guma i folia, a dzisiaj draftsman, to w zasadzie to samo, tylko, że ładniej wygląda i kosztuje pewnie z tysiąc złotych. Nie wiem dokładnie, bo już tak tego nie śledzę, jak kiedyś. Dawniej lubiłem testować, instalować coś, ale dziś już mi się nie chce. Pamiętam jak po dwutysięcznym roku zobaczyłem tester kolorów. Wtedy to był kosmos! Dzisiaj, moim zdaniem to, co kiedyś było przeznaczone wyłącznie dla nas, staje się bardziej powszechne. Książki można czytać na telefonie, kolory rozpoznać aplikacją Be my eyes, bo inne testery w aplikacjach, choćby w SeeingAssistant-Home działają gorzej niż Be my eyes, pieniądze można sprawdzić aplikacją, nie potrzebujesz już czujnika światła, to jest olbrzymia różnica. Są dostępne drukarki brajlowskie dla domu, więc jest o wiele więcej możliwości. Rozwój sztucznej inteligencji oczywiście i to także w dziedzinie wsparcia osób z niepełnosprawnością.
TM: Ale dłutka i tabliczki się nie pozbywasz.
KW: Nie, uważam, że brajl jest bardzo pomocny w wielu sytuacjach. Chodzi o takie szybkie zdobywanie informacji. Na przykład miejsca w pociągach. Ja jestem pasjonatem kolejnictwa i uwielbiam jeździć pociągami. Oznaczenia brajlowskie są w takim przypadku nieocenione. Tak samo guziki w windzie. Dzięki brajlowi udało mi się też przetrwać pewien trudny okres w życiu. W 2023 roku całkowicie straciłem słuch. Obudziłem się pewnego dnia i po prostu nic nie słyszałem. Znałem już wtedy alfabet Braille'a i Lorma, bo byłem osobą głuchoniewidomą od jakiegoś czasu. Co prawda wtedy jeszcze coś słyszałem nawet po zdjęciu aparatów słuchowych, ale tamtego poranka całkowicie straciłem słuch. Wówczas korzystałem z monitorów brajlowskich. Kolega pomógł mi sparować iPhone'a z takim urządzeniem, bo sam nie byłem w stanie. Dyktować mogłem, bo mówiłem, ale nie słyszałem nic. W ten sposób komunikowałem się nawet z jedną urzędniczką. Ona mi pisała, ja odczytywałem to na linijce brajlowskiej, potem dyktowałem, sprawdzałem i odsyłałem. W takiej sytuacji nawet najbardziej zaawansowana sztuczna inteligencja nie pomoże, a pismo wypukłe już tak.
TM: Skoro już o tym mówisz, to jak długo byłeś całkowicie głuchoniewidomy?
KW: Około czterech miesięcy. To się stało na początku lutego, 26 maja miałem wszczepiony implant, a pod koniec czerwca został on aktywowany.
TM: Szczerze mówiąc, trudno mi jest sobie wyobrazić funkcjonowanie w takich okolicznościach.
KW: Tak, w takim przypadku człowiek jest prawie całkowicie zdany na innych. W zasadzie nie ruszałem się sam z domu. Może dwa razy wyszedłem do paczkomatu, bo wiedziałem dokąd iść, a poza tym nie musiałem przechodzić przez ulicę.
TM: Przez te cztery miesiące totalnie ograniczyłeś, żeby nie powiedzieć, że ograniczyły Cię okoliczności, swoje zawodowe życie?
KW: W zasadzie tak. Raz czy dwa wygłaszałem jakieś odczyty, ale zasadniczo nie ruszałem się z domu. Te moje wypady miały trochę charakter rehabilitacyjny. Dzięki monitorowi brajlowskiemu miałem ze światem kontakt, ale to nie było łatwe doświadczenie. Wstajesz rano i co? Zrobisz sobie jedzenie, ale radia nie posłuchasz, telewizora nie włączysz, więc pozostaje tylko czytanie brajlem. Ile tak można?
TM: Co Twoim zdaniem jest najtrudniejsze w byciu głuchoniewidomym?
KW: Sądzę, że największym problemem jest komunikacja. Wszystko też zależy od tego, jak do tego doszło. Inaczej jest, gdy ktoś rodzi się całkowicie głuchoniewidomy, a inaczej, gdy jako niewidomy traci słuch. Dla mnie mimo wszystko głównym źródłem komunikacji został język foniczny, a nie dotykowy, bo o migowym nie ma co wspominać. Ktoś głuchoniewidomy od urodzenia ma jeszcze trudniej. Trzeba być niezwykle dokładnym i uważnym w sposobie komunikacji. To jest bardzo trudne doświadczenie.
TM: Ale Ciebie nie złamało.
KW: Wiesz, ja nie użalałem się nad sobą. Pomyślałem, że tak ma być, że to jest po coś, ale będzie dobrze. Mój brat stwierdził potem, że mnie podziwia. Mówił, że jestem twardy, bo on nie wie jakby się zachował na moim miejscu. Dla mnie to było trochę nawet mistyczne doświadczenie. Coś głęboko duchowego. Ludzie zwierzali mi się z wielu rzeczy, dowiadywałem się o czymś, o czym nie miałem pojęcia, więc na pewno było to potrzebne.
TM: Powrót do świata dźwięków był dużą ulgą?
KW: Od razu zaznaczę, że to nie jest tak, że nie słyszysz, a potem pstryk i wszystko jest ok. Ja i tak miałem szczęście, bo na przykład tego samego dnia po aktywacji implantu słuchowego rozmawiałem przez telefon. Niektórzy na to czekają tydzień, inni miesiąc, a inni lata. Pamiętam, że zaraz po aktywacji rozmawiałem z dwiema kobietami. Jedną z nich była moja koleżanka, a drugą lekarka. Słyszałem ich głosy, przypominały trochę starego SynTalka, ale nie potrafiłem ich rozróżnić. W efekcie do pani doktor mówiłem per ty, a do koleżanki proszę pani. W ogóle po wszczepieniu implantów mówi się w kontekście dźwięków o tak zwanym efekcie kaczora Donalda. Pamiętasz głos z kreskówki, prawda? Trochę bełkoczący, trochę kwaczący, trochę chropawy. To nie jest tak, że od razu słyszy się idealnie. W moim przypadku pani doktor była zaskoczona, że tuż po aktywacji implantu rozumiałem co do mnie mówi. Jednak, gdy na próbę odkręciła kran, to nie zorientowałem się, że dźwięk, który słyszę, jest szumem wody, a w domu w pierwszym dniu ten szum brzmiał, jak smażenie kotleta na patelni. Dla niewidomego to bardzo ważne, aby rozróżniał i przyporządkowywał dźwięki do konkretnych rzeczy. Tego trzeba się nauczyć po wszczepieniu implantów. Ja zrobiłem to w miarę szybko, ale wciąż się niektórych dźwięków uczę.
TM: Powiedziałeś, że ten czas niesłyszenia był w pewnym sensie przeżyciem duchowym. Masz w związku z tym jakieś refleksje?
KW: Ktoś mnie kiedyś spytał, czy wolałbym odzyskać słuch, czy wzrok? Odpowiedziałem, że słuch. Im dłużej nad tym myślę, tym większe mam wątpliwości. Może powoli dojrzewam do tego, że jednak wzrok? Odpowiedź nie jest taka prosta. Bycie całkowicie głuchoniewidomym jest bardzo trudne. Musisz liczyć na wsparcie innych. Ja to wsparcie miałem, ale mimo wszystko cieszę się, że słyszę. Staram się być samodzielny, jeżdżę dużo pociągami, jestem aktywny zawodowo, a to byłoby niezwykle trudne, gdybym był całkowicie głuchoniewidomy. Oczywiście da się. Są przecież przykłady, chociażby Helen Keller, ale to zupełnie inne życie. Myślę, że dałbym radę, a jednak dobrze jest tak, jak jest.
TM: W tym konkretnym przypadku nowoczesna technologia zrobiła swoje. Starsze aparaty słuchowe nie dałyby rady.
KW: Zdecydowanie tak. To jest niesamowite, że wszczepiają ci coś, jakąś elektronikę, a ty słyszysz.
TM: Wracając zatem od kwestii zdrowia do technologii. Zastanawiałeś się kiedyś nad czymś, co mogłoby Ci ułatwić życie, a czego jeszcze nie ma na rynku?
KW: Bardzo lubię pływać, więc może taka opaska lub funkcja Apple Watcha, dzięki której dawałbym znać komuś na brzegu, że już kończę i chcę wyjść. Teraz mam umówione znaki i tak, gdy leżę na wodzie lub siedzę, to sygnał, że jeszcze chcę zostać w wodzie, a gdy stoję, to informacja, że chcę wyjść, a wiadomo, że sam do ręcznika na plaży nie dotrę. Kiedyś używałem gwizdka, lecz takie urządzenie, którym aktywowałbym sygnał dla będących na brzegu, byłoby dyskretniejsze, no i w wodzie by można mną nawigować do brzegu, bo teraz czekam, aż mnie fale na brzeg wyniosą.
TM: Nie myślałeś, aby samemu coś takiego zaprojektować?
KW: Nie, ja nie projektuję żadnych sprzętów. Gdyby ktoś coś wymyślił i mi podsunął, to mógłbym sprawdzić, coś zasugerować, że można to i to dodać, ale ja nie jestem technologiczny na tyle, aby samemu coś wymyślić. Ostatnio studenci z AGH zwrócili się do mnie, bo projektują rękawicę do komunikowania się z osobami głuchoniewidomymi. Czy coś z tego wyjdzie? Nie wiem, bo to jest na razie nawet nie w fazie projektu, a pomysłu, ale zgodziłem się być konsultantem.
TM: Gdy zapytałem Cię na początku, z jakich technologii wspomagających korzystasz, to na pierwszym miejscu wymieniłeś białą laskę, a potem dłutko i tabliczkę. Czy to znaczy, że wszystkie nowinki typu screenreader i sztuczna inteligencja to nie Twoja bajka?
KW: Doceniam to, co oferują nam nowoczesne technologie, ale nie przeceniam. Jednocześnie uważam, że pewne rzeczy są nie do zastąpienia. Wyobrażam sobie na przykład jakiegoś futurystycznego psa przewodnika czy nawet konia przewodnika, którego mógłbym dosiąść, a on zawiózłby mnie bezpiecznie tam, dokąd chcę, ale prędzej czy później trzeba będzie wziąć do ręki białą laskę. Jej nic nie zastąpi. Owszem były, są i będą różne jej modyfikacje, lecz sama istota, czyli pręt do lokalizacji przeszkód czy schodów pozostanie. Tak samo myślę w kontekście alfabetu Braille'a. Nie zastąpi go nic do szybkiej komunikacji typu oznaczenia guzików pięter w windzie, napisy na lekach czy tabliczka na drzwiach. Da się to odczytać przy pomocy aplikacji, ale czasem wygodniej i szybciej jest wyciągnąć rękę niż telefon. Poza tym jeszcze kwestia edukacyjna. Przy tak modnym dziś dyktowaniu tekstów przestaje się zwracać uwagę na ortografię i interpunkcję. Wszystko ma być krótkie, szybkie, więc niepotrzebny staje się bogaty zasób słów. Trochę chyba wracamy do prehistorii, bo człowiek pierwotny nie znał pisma i komunikował się obrazkami, które dziś znajdujemy na ścianach jaskiń. Czy dzisiejsze emotikony nie są jakąś analogią? Jestem zwolennikiem zrównoważonego rozwoju. Doceniajmy i korzystajmy z nowoczesności, ale nie porzucajmy tego, co wcześniej wynaleźliśmy. Wydaje mi się, że alfabet Braille'a będzie coraz mniej wykorzystywany, ale nie wyobrażam sobie, aby mógł całkowicie zniknąć. Brajlu, trwaj, chciałoby się powiedzieć!
TM: To najlepsze podsumowanie naszej rozmowy. Bardzo Ci dziękuję za poświęcony czas i skłaniające do refleksji myśli.
KW: A ja dziękuję, że mogłem się nimi podzielić. Wszystkiego dobrego!
Źródło: „Tyfloświat” 4/25
&&
Nowy Rok to dobry moment, by przeanalizować, co było i zaplanować, co będzie. Zauważam, że zmieniam się z każdym kolejnym rokiem nie tylko fizycznie, ale także psychicznie. Dziś, nie jestem już młoda, dostrzegam zmarszczki na twarzy, ale mam w sobie więcej spokoju, pogodnego godzenia się z tym, co przynosi dzień. Nadal jednak, jak wtedy, gdy byłam dzieckiem, staram się codziennie odnajdywać radość pomimo przeciwności losu. Każdego dnia dzieje się coś dobrego, pięknego, wesołego, a ja tych chwil szukam, jak dziecko słodyczy pod choinką.
Bliżej do ryb niż ludzi
Wspominałam już o naszej domowej akwarystycznej pasji, która, pomimo niekiedy problemów i strat ryb, wnosi do naszego domu wiele radości. Czasem udaje się mojemu towarzyszowi życia wypatrzeć zagubioną w dużym zbiorniku rybę, o której myśleliśmy, że zdechła. Cieszymy się wtedy jak dzieci, żartujemy i śmiejemy się. Zdarza się też tak, że niektóre ryby, które darzyliśmy szczególnym sentymentem, odchodzą, a wraz z ich odejściem – przychodzi smutek. Czekamy teraz na nowe nabytki, które mają do nas przyjechać aż z Katowic. Już jestem podekscytowana, że wzbogacimy naszą hodowlę o kolejne, piękne okazy. Cieszę się, że jeszcze nadal mogę je w odpowiednim powiększeniu obserwować. Bliżej mi teraz zdecydowanie do ryb, zwierząt niż do ludzi… Kiedy byłam młodsza, towarzyskość była jedną z moich głównych cech. To zaleta, o ile nie wynika głównie z potrzeby akceptacji, a u mnie chyba trochę tak było. Otaczałam się wieloma osobami, a gdy byłam sama, często do kogoś dzwoniłam, pytałam, co słychać, pisałam wiadomości. Ciągle chciałam czuć, że jestem potrzebna, ważna, lubiana. Potem, z każdym kolejnym rokiem bardziej, dobrze czułam się tylko, będąc w domu. Nadal jednak dużo czasu spędzałam na spotkaniach z innymi, czasem, bo tak wypada, tak trzeba… Praca z ludźmi coraz mniej mi odpowiadała. Może to było też wypalanie zawodowe, o które nietrudno u psychologa.
Sześć lat temu zmieniłam pracę na pisanie tekstów przy domowym komputerze, a towarzyskie spotkania ograniczyłam do minimum. Nadal inni ludzie są dla mnie ważni, staram się w pisanych artykułach dzielić z innymi wiedzą psychologiczną, ale już nie lubię prowadzić długich rozmów, jak dawniej. To się na pewno zmieniło.
Urodziny
W styczniu obchodzę urodziny. Dawniej, planowałam je na miesiąc wcześniej: robiłam listę gości, szykowałam atrakcje, wymyślałam oryginalne potrawy. Teraz dziwi mnie, że ktoś z dawnych znajomych o nich pamięta i dzwoni z życzeniami… To miłe, ale nie przywiązuję do tego szczególnej wagi. Zawsze w urodziny myślę o zmarłej już dawno mamie. Ile trudu musiała włożyć, by utrzymać nas i wychować mnie, gdy ojciec odszedł. Ale to ona od małego, mimo depresji, która później u niej się rozwinęła, uczyła mnie cieszyć się z małych rzeczy, drobiazgami sprawiać innym przyjemność. Prawie trzydzieści lat minęło, gdy odeszła, a w każde urodziny tęsknię za nią… Smutno mi też w sylwestra, bo w taki dzień umarła. Dobrze, że z Wami mogę się tym smutkiem podzielić.
Plany
Będąc sama ze sobą, lubię planować, ale nauczyłam się, że plany muszą być elastyczne. Unikam wtedy stresów, gdy coś się nie udaje. Plany na ten rok to przede wszystkim bardziej zadbać o zdrowie, bo od połowy roku trochę je zaniedbałam. Jest to bardzo ważne, bo moja cukrzyca wpływa osłabiająco na resztki wzroku w jedynym oku, a moich ukochanych ryb nie mogę dotykać, a tym bardziej – usłyszeć. Choć taka ciekawostka, że akwariowe ryby skrzeczyki podczas tarła (tak nazywają się gody ryb) wydają głośne dźwięki. Tak, jak dbamy o ryby, muszę dbać o zdrowie, bardziej przestrzegać diety, kontroli u diabetologa.
Plany zawodowe to dotrzymywanie wydawniczych zobowiązań. Myślałam wcześniej o szukaniu nowych miejsc, w których mogłabym publikować albo o napisaniu książki. Kiedyś stworzyłam taką opowieść/bajkę, trochę dla dzieci, trochę dla dorosłych, ale nie próbowałam jej wydać. Ideałem książki tego typu jest dla mnie „Mały Książe”, ale chyba jeszcze długo musiałabym ćwiczyć, by taki kunszt osiągnąć. Dziś, gdybym miała napisać coś większego, byłby to tekst o tytule: „Szczęście pomimo depresji”. To nie absurd, ale cytat z jednej, podobnie jak „Mały Książe”, ukochanej książki – „Przebudzenie” Anthony'ego de Mello. Często w trudnych chwilach przypominam sobie jego słowa mówiące o tym, że szczęście to wybór, stan umysłu, który tworzy dobre emocje. W takiej swojej książce o pozytywnym myśleniu opisałabym wszystkie moje życiowe sposoby, które pozwalają mi tę filozofię realizować. Może taką napiszę i też, jak poprzednią, nie będę próbowała wydać, ale dla mnie będzie ona wsparciem i przypomnieniem, jak być szczęśliwym w tych trudniejszych dla mnie dniach. Może znajdę też inne miejsca wydawnicze, gdzie mogłabym pisać nie tylko o zdrowiu psychicznym, ale i fizycznym. Tworzyłam kiedyś takie artykuły ze specjalistami z różnych działów medycyny i to była bardzo ciekawa przygoda, a także zdobywanie nowej wiedzy. Niestety, czasopismo, w którym publikowałam, zostało zamknięte.
Plany w życiu osobistym to dbanie o dobre relacje z moim towarzyszem życiowym i nieco większe otworzenie się na innych. Zauważam, że czasem mnie potrzebują, a ja wycofuję się do mojej bezpiecznej, domowej przystani. A o miłość z najbliższą osobą trzeba dbać każdego dnia, pamiętać nie tylko o drobnych gestach, ale przede wszystkim o szacunku, stawianiu się w położeniu tej drugiej osoby, dawaniu, ale i docenianiu oferowanej pomocy. Może kiedyś o dbałości o bliską relację więcej napiszę.
Sylwester po naszemu
Przez wiele lat, wikłając się w nieudane związki, marzyłam przy fajerwerkach w noc sylwestrową, że kolejny przełom roku spędzę z kimś naprawdę mi bliskim. I to marzenie po wielu latach się spełniło. Dziś, gdy o północy słychać petardy, tulimy nasze dwa psy, które się ich boją i przybiegają do nas szukać ratunku. Zawsze robimy sobie coś pysznego do jedzenia, a i dla naszych futrzaków czekają specjalne smakołyki. Nie zamieniłabym takiej nocy na żaden wspaniały bal sylwestrowy. Co prawda, byłam tylko na jednym i czułam się tam bardzo samotnie. Poszłam z dwoma zaprzyjaźnionymi parami, ale brakowało mi tej drugiej życiowej połówki, choć znajomi starali się, żebym tego nie odczuła. Pamiętam też jeden domowy sylwester, jeszcze w liceum, u koleżanki z klasy. Poszłam tam z chłopakiem, w którym byłam zakochana i było wspaniale. Miłość sprawia, że czy tańczysz do rana, czy tulisz przestraszone psy – noc staje się magiczna.
2024
Co najbardziej pamiętam z ubiegłego roku? Na szczęście przebiegł on dość spokojnie, pomimo naturalnie występujących życiowych trudności. Pisanie, ryby, psy, moja pasja perfumowa, nowe tematy, nowe okazy, nowe zapachy. Powtarzalność zdarzeń działa na mnie kojąco. Pomimo ograniczonej ilości spotkań z innymi, kilka pamiętam bardzo wyraźnie, zwłaszcza te, które były dla mnie inspiracją lub uczyły tolerancji. Zawsze, gdy spotykam silne osoby radzące sobie z przeciwnościami losu, sama nabieram siły i wiary, że ze wszystkim podołam. Czasem spotykam kogoś, od kogo bardzo się różnię w wielu kwestiach, ale i tak często udaje mi się znaleźć w nim dobro i jakąś cząstkę podobieństwa, która łączy. Moje mądre psychologiczne książki twierdzą, że najbardziej rozwijamy się przy trudnych spotkaniach. Dostrzegamy wówczas nasze słabości i mamy szansę je przezwyciężyć. Z kolei te łatwe, dobre i przyjemne kontakty dodają nam skrzydeł do podążania własną drogą.
Na ten nowy rok chciałabym życzyć każdemu z Was, by znalazł swoją drogę zarówno osobistą, jak i zawodową, nie zniechęcał się trudnościami i każdego dnia szukał powodów do radości.
&&
Styczeń to czas intensywnej nauki – zbliża się koniec półrocza, a wraz z nim wystawianie ocen przed feriami zimowymi. Każdy z uczniów chce mieć jak najlepsze stopnie.
Tak było również w moim przypadku. Wiedziałem, że nikt z nauczycieli nie da mi lepszej oceny „za nic” – muszę na nią zapracować. Rodzice nigdy nie naciskali, żebym miał same piątki. Od zawsze były przedmioty, z którymi nie miałem trudności, ale też takie, które – mimo wysiłku i ciężkiej pracy – nie przynosiły oczekiwanych efektów. To właśnie w tym przypadku miałem słabsze oceny. Jednak w szkole podstawowej nigdy nie byłem zagrożony oceną niedostateczną na semestr. Nigdy też nie próbowałem wzbudzać litości, żeby nauczyciele wystawiali mi lepsze oceny z powodu mojej dysfunkcji organizmu. Moi bliscy motywowali mnie do nauki, ale nie przejmowali się aż tak bardzo samymi ocenami – nie wymagali ode mnie samych czwórek i piątek, akceptowali również trójki. W czasie intensywnej nauki w szkole podstawowej rodzice zachęcali mnie do aktywności na świeżym powietrzu – zimowe spacery miały pomóc mi przewietrzyć głowę. Wiedzieli, że ciągła nauka jest bardzo obciążająca dla organizmu.
W gimnazjum pojawiły się pierwsze problemy z otrzymaniem pozytywnej oceny na semestr. Wynikało to zapewne z faktu, że wtedy nie potrafiłem skupić się na nauce, a koledzy bardzo mi dokuczali. Nie mogłem jednak pozwolić, aby ta sytuacja wpłynęła na całą moją edukację. Z pomocą przyszła mi moja siostra, która pomogła mi wyjść z zagrożenia.
W liceum najtrudniejsze były dla mnie przedmioty ścisłe, takie jak fizyka i chemia. Jednak dzięki pomocy kuzyna udało mi się opanować materiał i poprawić oceny na pierwsze półrocze, za co jestem mu bardzo wdzięczny.
Nauka na studiach opiera się głównie na systematycznym przyswajaniu wiedzy, która następnie jest weryfikowana podczas egzaminów semestralnych, zwykle odbywających się na przełomie stycznia i lutego. W czasie pierwszej sesji egzaminacyjnej rozpocząłem terapię mowy i jąkania, na którą wyjechałem do Zakopanego. Dlatego część egzaminów udało mi się pozytywnie zaliczyć przed wyjazdem, a część z nich musiała zaczekać aż wrócę z leczenia. Do niektórych zaliczeń musiałem podchodzić kilka razy. To nauczyło mnie wytrwałości, odpowiedzialności, zaradności i pracowitości. Tylko w jednym okresie życia mama musiała być moim adwokatem; to na pierwszym roku studiów, gdy byłem na terapii mowy i jąkania. Mówiłem wtedy bardzo wolno i mama musiała wytłumaczyć wykładowcom, że jestem w trakcie leczenia. Nigdy jednak nie ingerowała w ocenianie mojej wiedzy. Skoro zdecydowałem się na naukę w szkole średniej, a później na uczelni wyższej, to musiałem liczyć się z tym, że będę oceniany na takich samych zasadach, jak wszyscy inni. Gdyby było inaczej, powinienem wybrać szkołę specjalną lub nauczanie indywidualne w domu. Nigdy nie powiedziałem: „Nie, nie pójdę”. Moi bliscy nigdy nie wymuszali na nauczycielach czy wykładowcach, aby wystawiali mi pozytywne oceny. Zawsze powtarzali, że moja głowa jest w pełni sprawna, więc powinienem być traktowany na równi z innymi uczniami i studentami.
Modlitwa od zawsze bardzo mi pomagała, szczególnie w czasie sesji. Pamiętam taką sytuację z piątego roku studiów na kierunku ekonomia. Mieszkałem wtedy w akademiku. Przed egzaminami chodziliśmy często do pokoju ciszy, gdzie panowały idealne warunki do nauki – można było powtórzyć materiał i lepiej się przygotować do egzaminu. Pewnego razu, podczas zimowej sesji egzaminacyjnej zabrakło mi jednego punktu do zaliczenia kolokwium. Profesor powiedział, że muszę podejść do poprawki za tydzień. Cóż mogłem zrobić? Przez kilka dni intensywnie się przygotowywałem. Wieczorem, dzień przed egzaminem udałem się do duszpasterstwa akademickiego na mszę świętą i wspólną modlitwę. Po mszy było krótkie spotkanie przy herbacie, na którym każdy opowiadał, co przeżył w minionym tygodniu. Kiedy przyszła moja kolej, opowiedziałem o zbliżającym się egzaminie. Ksiądz zaproponował, abyśmy pomodlili się za jutrzejsze kolokwium. Wróciłem do akademika. Następnego dnia rano, gdy wszedłem do sali egzaminacyjnej, profesor spojrzał na mnie i powiedział:
„Pan już nie musi pisać. Egzamin jest zaliczony”. Byłem szczęśliwy i zachwycony. Wiedziałem, że modlitwa z poprzedniego wieczoru miała niesamowitą moc.
Studiując potem pedagogikę, uważałem, że mimo złamanej ręki i choroby ojca nie mogę się poddać. Chciałem pokazać, że nawet w obliczu trudności jestem w stanie opanować materiał i pozytywnie zaliczyć egzaminy. Tak się też stało.
W czasie nauki na półrocze – od czasów szkoły podstawowej aż po studia wyższe – nigdy nie zarywałem nocy, nie zażywałem tabletek, ani nie piłem energetyków. Wiedziałem, że spokojny sen, regularne posiłki i aktywność fizyczna pomogą mi przetrwać ten intensywny okres i nie odbiją się negatywnie na moim zdrowiu, które jest bezcennym darem.
&&
Pierwsze kroki w rozwoju mojej niezależności podjęłam wraz z rozpoczęciem nauki w gimnazjum. Wtedy uczyłam się podstawowych czynności, jak mycie się, ubieranie, robienie kanapek, ścielenie łóżka, pranie, odkurzanie, zamiatanie. Do mojego domu przychodziła prawie niewidoma pani pedagog, uczyła mnie wykonywania różnych codziennych domowych prac. W tamtym okresie nastąpiło pierwsze pogorszenie mojego wzroku. Pojechałam wraz z mamą i siostrą na turnus rehabilitacyjny do Ustronia Morskiego. Tam poznałam alfabet Braille'a. Uczyłam się liter, z których pisałam wyrazy na maszynie brajlowskiej. Podczas zajęć czytaliśmy brajlem proste teksty. Potem kontynuowałam naukę podczas indywidualnych zajęć w szkole z panią tyflopedagog. W gimnazjum uczyłam się także bezwzrokowego pisania na komputerze oraz orientacji przestrzennej. Instruktorka uczyła mnie samodzielnego poruszania się po budynku szkoły oraz rodzinnym mieście.
W roku 2009 rozpoczęłam naukę w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym w podwarszawskich Laskach. Tam mieszkałam w internacie dziewcząt. Spałyśmy po dwie-trzy osoby w jednym pokoju. Tworzyłyśmy oddzielne grupy internatowe. Miałyśmy dyżury w jadalni, aneksie kuchennym oraz we własnych pokojach. Codziennie rano musiałyśmy odkurzać nasze sypialnie, myć toaletę i zlew oraz wyrzucać śmieci z łazienki do ogólnego kosza. Pokojowe dyżury ulegały zmianie po upływie tygodnia: jedna dziewczyna odkurzała pokój, druga myła łazienkę, a trzecia miała wolne. Dwie dziewczyny przygotowywały śniadania i kolacje. Dyżur w aneksie kuchennym polegał na wyrzucaniu śmieci i odkurzaniu aneksu wieczorem. Co tydzień zmieniała się osoba, która wykonywała te czynności. W sobotę do jej obowiązków należało także mycie koszy, regałów w aneksie, dokładne odkurzenie pokoju dziennego oraz wyniesienie śmieci i posprzątanie pokoju gospodarczego oraz tarasu. Jadalniany sobotni dyżur polegał na umyciu naczyń, kuchenek, chlebaka, szafek kuchennych oraz zlewu. Generalne porządki towarzyszyły nam w soboty oraz przed wyjazdem na wakacje czy ferie. Oprócz tych obowiązków prałyśmy i prasowałyśmy swoje ubrania. W internacie nauczyłam się wykonywania wielu przydatnych w codziennym życiu czynności. W Laskach chodziłam do szkoły średniej, Swoją edukację zakończyłam zdaną maturą.
W Ośrodku uczęszczaliśmy także na dodatkowe zajęcia. Miałyśmy warsztaty kulinarne, na których pod okiem pani prowadzącej uczyłyśmy się gotować proste posiłki obiadowe, piec ciasta i przygotowywać przekąski. Uczęszczałam także na zajęcia z orientacji przestrzennej. Jednak instruktorki zmieniały się bardzo często, a każda z nich prezentowała trochę inny styl chodzenia, stąd moja nauka postępowała powoli. Później trafiłam na bardzo fajną panią, która uczyła mnie, jak wykorzystywać w poruszaniu się resztki wzroku. W ostatniej klasie liceum mogłam samodzielnie jeździć do domu rodzinnego. Wtedy jednak mój wzrok był na poziomie dziesięciu procent. W dzień sporo jeszcze widziałam. Miałam również warsztaty z terapii widzenia, na których uczyłam się posługiwać lupą elektroniczną, ćwiczyłam pismo drukowane oraz wykonywałam ćwiczenia, podczas których uczyłam się wykorzystywać resztki widzenia. W pierwszej klasie liceum miałam także zajęcia z pisma punktowego, gdyż nauczyciele myśleli, że egzamin dojrzałości będę zdawała w brajlu. Jednak maturę z matematyki i języka angielskiego zdawałam przy pomocy lupy, a język polski pisałam na komputerze.
Po skończonej nauce w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Niewidomych w Laskach wróciłam do domu rodzinnego. W tym samym roku rozpoczęłam studia wyższe na kierunku filologia angielska w Wyższej Szkole Ateneum w Gdańsku. W tym okresie nauka pochłaniała mnie bez reszty. Moje prace domowe sprowadzały się jedynie do drobnego prania czy prasowania. Po dwóch i pół roku nauki musiałam zakończyć studia. Zrobiłam sobie rok przerwy i ponownie podjęłam próbę studiowania filologii angielskiej na Uniwersytecie w Bydgoszczy. Wtedy mieszkałam w akademiku. Obiady podgrzewałam w mikrofalówce. W zakupach pomagała mi asystentka. Pokój regularnie sprzątałam, odkurzałam i myłam podłogę. Dodatkowo, raz w tygodniu, gdy przychodził mój dyżur, myłam łazienkę i podłogi w całym łączniku. Biuro do Spraw Osób Niepełnosprawnych zapewniło mi zajęcia z orientacji przestrzennej. Jednak nie potrafiłam szybko nauczyć się trasy z akademika na uczelnię. Dojeżdżałam więc busem, który zawoził nas o siódmej rano. Musiałam wtedy godzinami czekać na swoje zajęcia. Po wykładach odbierała mnie asystentka lub raz w tygodniu kolega z roku. Mój pobyt w Bydgoszczy był krótki. Uczyłam się tam przez trzy miesiące. Zrezygnowałam ze studiów i wróciłam do domu. Ten okres postrzegam jako kolejny etap w mojej drodze do niezależności.
Następnie rozpoczęłam moją przygodę ze szkoleniami dla osób niewidomych oraz z pisaniem artykułów. Podczas różnych kursów musiałam radzić sobie z dojściem do budynków, sali wykładowej, stołówek i podobnych obiektów. To z pewnością pomogło mi w zdobywaniu kolejnych doświadczeń związanych z samodzielnością. Pobyt na tych szkoleniach i rozmowy z innymi słuchaczami zaowocowały nowym pomysłem na samodzielne zamieszkanie. Pamiętam, że jednego roku pojechałam do siostry na tydzień i pomagałam jej w pracach kuchennych. Po powrocie do domu zaczęła się moja przygoda z gotowaniem. Moja mama początkowo nie była zachwycona tym pomysłem. Jednak później dostawałam do wykonania takie czynności, jak obieranie ziemniaków, krojenie warzyw, mielenie mięsa. Uczyłam się samodzielnie przygotowywać koktajle, zupy i surówki. Przed wyprowadzką gotowałam proste potrawy. Gdy nie dokuczał mi kręgosłup, odkurzałam, myłam podłogę oraz akcesoria łazienkowe. Robiłam także samodzielnie pranie, oddzielając jasne ubrania od ciemnych, ustawiając pralkę oraz wieszając ubrania na suszarce. Krótko przed samodzielnym zamieszkaniem rodzice kupili mi mop parowy i uczyłam się z jego pomocą samodzielnie myć podłogi.
Od października 2024 r. rozpoczęłam studia dziennikarskie w Toruniu, a od marca 2025 roku mieszkam sama w Pruszczu Gdańskim. Moje życie się zmieniło. W rodzinnym domu nie musiałam planować posiłków. Pomagałam mamie w ich robieniu. Nie musiałam martwić się takimi detalami, jak wymyślanie dań, wyjęcie mięsa z zamrażarki w celu jego rozmrożenia. Do tej pory zdarzają mi się różne pomyłki. Zapomniałam jednego razu wstawić przygotowaną zupę do lodówki na noc i skwaśniała. Spaliłam także ziemniaki na kuchence indukcyjnej. Dużą podporą jest dla mnie asystentka z MOPS-u, która pomaga mi w zakupach, załatwianiu spraw urzędowych, wyjazdach na dworzec, gdy jeżdżę na uczelnię. Rodzice także często przyjeżdżają. Mama pomaga mi, np. w myciu okien lub innych pracach domowych. Potrawy przywiezione z domu rodzinnego podgrzewam w mikrofalówce lub na kuchence indukcyjnej z pokrętłami. Proste dania gotuję samodzielnie. Naczynia zmywam ręcznie. Mieszkanie odkurzam odkurzaczem przewodowym z dobrą ssawką. Podłogi myję zaś mopem parowym. Umywalkę, prysznic i kabinę udaje mi się posprzątać. Jednak czasem widzące osoby zauważają jakieś plamy. Ubrania piorę w pralce dostosowanej do moich potrzeb. Ma ona pokrętła oraz ustawiony program. Ubrania segreguję jeszcze dzięki moim resztkom wzroku. Jednak zdarzy się wypranie jasnych skarpetek z ciemnym praniem. Rozwieszam je na suszarce na balkonie lub w stołowym pokoju. Poruszam się samodzielnie dookoła domu. Nie poznałam jeszcze dalszych tras, gdyż dalej oczekuję na kurs orientacji przestrzennej z Polskiego Związku Niewidomych w Gdańsku. Mam dobrych sąsiadów, którzy, gdy mnie zauważają, pytają się czy mi nie pomóc i gdzie chcę dojść. Moje mieszkanie było kupowane z rynku wtórnego. Mój tata przez prawie rok je remontował. Zachowaliśmy zasadę kontrastów między meblami w kuchni a blatami szafek i sprzętami. Mieszkanie jest jasne ze względu na dużą liczbę okien i białe ściany. Czuję się w nim dobrze i mam nadzieję, że tak zostanie.
W artykule opisałam moją drogę do samodzielności. Była ona wyboista, ale jej końcowy efekt jest moim sukcesem. Do tej pory osoby widzące, które spotykam na swojej drodze, są zdziwione faktem, iż mieszkam sama. Mój wysiłek oraz pomoc rodziców i asystentki umożliwiają mi niezależne mieszkanie. Samodzielność jest kluczowa w naszym rozwoju. Czynności wykonane osobiście przynoszą osobom niepełnosprawnym wiele satysfakcji i radości. Zachęcam wszystkie osoby z niepełnosprawnością do podjęcia trudu, jakim jest dążenie do niezależności. Samodzielne mieszkanie jest trudne, lecz nie niemożliwe.
&&
Niedawno w „Sześciopunkcie” ukazał się autobiograficzny artykuł, będący świadectwem wiary niepełnosprawnego. Jest jednak w tym tekście pewne zdanie, które, według mnie, jest błędne teologicznie, a przez to wykrzywia obraz Boga; oto cytat: „Pan Bóg dał mi tę niepełnosprawność, a ja muszę z nią iść przez życie, ukazując, że można z nią żyć, chociaż czasem nie wszystko wychodzi tak, jakby się chciało”.
Moją niezgodę budzi początek zdania, który sugeruje, że niepełnosprawność zostaje dana przez Boga. Widzę tu pewną sprzeczność, gdyż jeśli uznamy, że niepełnosprawność nie jest dobra, to Bóg obdarowuje czymś niedobrym, czyli de facto złym, a to jest niemożliwe, bo dobry Bóg ze swej istoty nie jest zdolny do zgody na jakiekolwiek zło, a już na obdarowywanie nim ludzi na pewno. To, że niepełnosprawność jest zła, tak jak choroba, cierpienie, krzywda itp., jest oczywiste, a zatem nie da się tych dwóch rzeczywistości, czyli Boga jako źródła jedynie dobra oraz niepełnosprawności, pogodzić ze sobą. Oczywiście tego typu podejście, a więc stwierdzenie, że niepełnosprawność jest krzyżem i trzeba ten krzyż wziąć i dźwigać jest obecne w katolicyzmie od dawna. Jednak czymś zupełnie innym jest uznanie istnienia niepełnosprawności w życiu, a czym innym wskazywanie, że Bóg jest jej źródłem. Bóg nie może być sprawcą zła. Właśnie dlatego zwróciłem uwagę na owo zacytowane zdanie. Być może jest to pewien skrót myślowy autora, bardzo chciałbym w to wierzyć, lecz dla czytelnika nosi on znamiona wyznania, informacji, oświadczenia i swoistego świadectwa, które jest niestety błędne i krzywdzące dla Boga. Problem istnienia cierpienia w świecie zajmuje teologów od wielu lat. Mówi się o tym, że Bóg czasem dopuszcza zło, ale nazywanie Go źródłem zła lub obdarowującym złem nie mieści się w nauczaniu katolickim. Zresztą chyba nie tylko katolickim, ale szerzej jeszcze, chrześcijańskim. Innych religii nie znam na tyle, aby zajmować jakiekolwiek stanowisko w tej kwestii.
Jednocześnie muszę przyznać, że i ja przez pewien czas tak podchodziłem do własnej sytuacji. Utożsamiałem się ze słowami z księgi Hioba: „Pan dał, Pan wziął, niech imię Jego będzie błogosławione”, co tłumaczyłem sobie na swój własny użytek w ten sposób: kiedyś widziałem, później Bóg zabrał mi wzrok, a ja nadal Go uwielbiam. Dziś uważam, że był to pewien naiwny etap w moim podejściu do wiary i Boga. Według nauki katolickiej świat narażony jest na zło, cierpienie, choroby i nieszczęścia nie ze względu na to, że obdarza nimi Bóg, lecz z powodu nieposłuszeństwa zwanego grzechem pierworodnym. W pierwotnej relacji i pierwotnym zamyśle Boga, który Biblia ukazuje jako ogród Eden, nie było chorób, cierpienia i krzywdy. Dopiero po grzechu wszystko się zmienia, więc to nie Bóg jest źródłem zła, ale Szatan. W tym kontekście niesprawiedliwe jest twierdzenie, że Bóg daje komuś chorobę czy niepełnosprawność. Bóg jest Miłością, więc nie może ze swej natury pragnąć, czynić czy obdarowywać złem, chorobą, krzywdą, nieszczęściem, a więc i niepełnosprawnością. Wręcz przeciwnie, Bóg robi wszystko, aby jakoś to człowiekowi zrekompensować, obdarowując na przykład łaską wiary, dzięki której łatwiej jest przyjąć wszelkie przeciwności losu i zło. Niemniej to nie Bóg jest źródłem zła, bo idąc tokiem rozumowania autora cytowanego wcześniej zdania, Bóg najpierw obdarowuje niepełnosprawnością, a potem daje łaskę do jej przezwyciężania? Czy to nie wygląda kuriozalnie? To tak, jakby matka dała dziecku zapałki do zabawy, a potem opatrzyła mu maścią rany, a przecież wystarczyło nie dawać zapałek. Temat jest niezwykle szeroki, więc można się kręcić w kółko, argumentując pewne myśli. Nie o to jednak mi chodzi. Raczej nie zgadzam się z obarczaniem Boga naszą niepełnosprawnością i nazywaniem Go jej źródłem, bo to jest po prostu nieuzasadnione teologicznie, błędne i niesprawiedliwe względem Niego, a przy tym wykrzywia obraz Miłości, jaką On sam jest w swojej istocie.
Tomasz Matczak
&&
Informujemy, że Fundacja „Świat według Ludwika Braille'a” realizuje projekt pn. „Aktywni na plus” współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego Plus w ramach Fundusze Europejskie dla Lubelskiego 2021-2027.
Główny celem projektu jest nabycie lub wzrost przez Uczestników Projektu samodzielności w życiu codziennym w miejscu zamieszkania i otoczeniu, umożliwienie im równego dostępu do usług w społeczności, zapewnienie włączenia społecznego, wzrost ich poczucia sprawczości mimo posiadanej niepełnosprawności po przez realizacje usług asystenckich, psychologicznych oraz zajęć terapeutycznych.
Wsparcie otrzyma 25 uczestników z niepełnosprawnością, zamieszkujących województwo lubelskie.
Więcej informacji o projekcie na stronie internetowej fundacji
Tytuł Projektu: „Aktywni na plus”
Beneficjent: Fundacja „Świat według Ludwika Braille'a”
Okres realizacji projektu: 1.01.2026-31.12.2026
Wartość projektu (całkowity koszt projektu): 996 625,00 PLN
Wysokość wkładu z Funduszy Europejskich: 946 125,00 PLN
&&
Drodzy Czytelnicy,
każdy numer „Sześciopunktu” to efekt wielu godzin pracy, zaangażowania autorów, redakcji i osób wspierających nasze działania. To także realne koszty związane z przygotowaniem, składem, drukiem i dystrybucją czasopisma, które – niezmiennie – przekazujemy Państwu bezpłatnie. Miesięcznik jest w pewnej części dofinansowany z PFRON, a na drugą część potrzebujemy wkładu finansowego.
Aby „Sześciopunkt” mógł nadal regularnie się ukazywać i zachować swój dotychczasowy poziom, potrzebujemy stabilnego wsparcia finansowego. Nawet niewielkie, dobrowolne darowizny mają ogromne znaczenie i bezpośrednio przekładają się na możliwość wydania kolejnych numerów.
Zachęcamy do wsparcia Fundacji poprzez darowiznę na cele statutowe:
Nr konta:
33-1750-0012-0000-0000-3438-5815
Tytuł przelewu: Darowizna na cele statutowe
Dziękujemy za to, że są Państwo z nami – jako czytelnicy, partnerzy i współtwórcy tego projektu. Państwa życzliwość pozwala nam planować przyszłe wydania z nadzieją i odpowiedzialnością.
Z wyrazami szacunku Redakcja i Zarząd Fundacji