Sześciopunkt Magazyn Polskich Niewidomych i Słabowidzących ISSN 2449–6154 Nr 2/119/2026 Luty Wydawca: Fundacja „Świat według Ludwika Braille’a” Adres: ul. Anny Walentynowicz 9 pok. 121 20–328 Lublin Tel.: 697–121–728 Strona internetowa: http://swiatbrajla.org.pl Adres e-mail: biuro@swiatbrajla.org.pl Redaktor naczelny: Teresa Dederko Tel.: 608–096–099 Adres e-mail: redakcja@swiatbrajla.org.pl oraz Kolegium redakcyjne Na łamach „Sześciopunktu” są publikowane teksty różnych autorów. Prezentowane w nich opinie i poglądy nie zawsze są tożsame ze stanowiskiem Redakcji i Wydawcy. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam, ogłoszeń, informacji oraz materiałów sponsorowanych. Redakcja zastrzega sobie prawo do skracania, zmian stylistycznych oraz opatrywania nowymi tytułami materiałów nadesłanych do publikacji. Materiałów niezamówionych nie zwracamy. Publikacja dofinansowana ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. && SPIS TREŚCI Od redakcji List z Singapuru - Jonasz Kofta Prawo na co dzień Rok 2026 pod znakiem zmian – co nowe przepisy oznaczają dla osób z niepełnosprawnościami - Prawnik Sport Trischa Zorn: historia najbardziej utytułowanej paralimpijki świata - Radosław Nowicki Zdrowie bardzo ważna rzecz Zdrowie osób niewidomych - Teresa Dederko Z poradnika psychologa O współczuciu – inaczej - Agata Sierota Z polszczyzną za pan brat Obracanie w perzynę - Tomasz Matczak Rehabilitacja kulturalnie Książę z Paryża - Paweł Wrzesień Fantastyczny Słupsk - Maria Dąbrowska Po prostu życie - Aleksandra Ochmańska Galeria literacka z Homerem w tle Pomyłka - Halina Kuropatnicka–Salamon Zaplątało się życie - Halina Kuropatnicka–Salamon Nasze sprawy Czasem lepiej nie widzieć, a czasem – nie wiedzieć - Agata Sierota Niepełnosprawni radiowcy - Krystian Cholewa Domy opieki - czy dla każdego? - Jolanta Kutyło Jak przetrwać zimę bez spadku nastroju? - Radosław Nowicki Listy od Czytelników Ogłoszenia Wspólnie zadbajmy o przyszłość „Sześciopunktu” && Od redakcji Drodzy Czytelnicy! Lutowy numer „Sześciopunktu”, mimo panującej zimy, niesie dużo ciepłych i przyjaznych uczuć. Obchodziliśmy niedawno święto zakochanych, ale nie tylko, bo przecież życzliwością czy przyjaźnią możemy obdarować wiele osób. Warto więc zajrzeć do „Poradnika psychologa” i zapoznać się z artykułem „O współczuciu inaczej”, aby lepiej rozumieć siebie i innych. Zapraszamy też do „Galerii Literackiej”, w której publikujemy trochę zabawne, a trochę refleksyjne opowiadania znanej autorki, Haliny Kuropatnickiej– Salamon. W dziale „Rehabilitacja kulturalnie” zamieszczamy artykuły o różnej tematyce. Polecamy uwadze Czytelników tekst o działalności Jerzego Giedroyca zatytułowany „Książę z Paryża”, a także zwiedzanie mało znanych zabytków Słupska oraz świetnie napisaną recenzję współczesnej powieści. W rubryce „Nasze sprawy” wraz z autorem motywujemy do aktywności nawet zimą i przedstawiamy różne problemy związane ze środowiskiem osób niepełnosprawnych. Zapraszamy do kontaktu z redakcją i biurem Fundacji. Życzymy ciekawej lektury. Zespół redakcyjny && List z Singapuru Jonasz Kofta W ananasowozłotym Singapurze W burzę Gdy deszcz gorący trąca liście palm A pociemniałe niebo z ziemią łączy Oparów zenitalny szał W gorąco – otępiałym Singapurze W burzę Pod wiatrem gną się baobabów pnie Tam z sercem uwięzionym w moskitierze Przyzywam imię twe Zakwitła gdzieś w tropikach Tęsknota moja dzika Nostalgia po przejrzystych tamtych dniach Tu dzień jest wciąż za długi Tu krzyczą papugi A deszczu smugi, smugi, smugi Biją w dach Tu bredzi wciąż malaria Jak ryba w snu akwariach Chcesz głową dziko tłuc w zielonym szkle Wciąż błagam twojej łaski Z wysiłkiem składam głoski A małpie wrzaski, wrzaski, wrzaski Słyszę w tle W pomarańczowowonnym Singapurze W burzę Gdy z głową ociężałą od odurzeń Wspomina ciebie jeden pan W zielonojadowitym Singapurze W burzę Schronienia szuka zmokły rajski ptak A mokra zieleń nurza się w purpurze Kolorze twoich warg Tu kwitną orchidee Nic więcej się nie dzieje Nadzieje moje już daleko gdzieś Dalekie me rozpacze I nie wiem czemu płaczę Tropiki, erotyki Tu tylko człowiek dziki Odnajdzie drogę swą w gorącej mgle Ja pewnie znów się zbłaźnię Przez tę nadmierną wyobraźnię A może właśnie za to Pokocha Pani Mnie && Prawo na co dzień Rok 2026 pod znakiem zmian – co nowe przepisy oznaczają dla osób z niepełnosprawnościami Prawnik Początek 2026 roku przynosi kolejne zmiany w przepisach prawa, które w różnym stopniu wpływają na sytuację osób z niepełnosprawnościami, w tym niewidomych i słabowidzących. Część z nich już obowiązuje, inne są w trakcie wdrażania lub pozostają na etapie prac legislacyjnych. W artykule zebrano regulacje, które w praktyce mogą mieć znaczenie dla dostępu do świadczeń, sytuacji zawodowej oraz zabezpieczenia społecznego, z perspektywy ich wpływu na osoby z dysfunkcją wzroku.   Nowa Pełnomocniczka Rządu ds. Osób Niepełnosprawnych 11 grudnia 2025 r. premier powołał Maję Ewę Nowak na stanowisko Pełnomocniczki Rządu ds. Osób Niepełnosprawnych oraz sekretarza stanu w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Funkcja ta ma istotne znaczenie dla kształtowania polityki państwa wobec osób z niepełnosprawnościami. Do zadań Pełnomocniczki należy m.in. koordynowanie prac nad systemem orzecznictwa, świadczeniem wspierającym oraz projektowaną ustawą o asystencji osobistej, a także prowadzenie dialogu z organizacjami społecznymi. W środowisku osób z niepełnosprawnościami oczekiwania pozostają ostrożne – po latach zapowiedzi kluczowe znaczenie będzie miało tempo podejmowanych działań i ich realne efekty, a nie same deklaracje.   Świadczenie wspierające – kolejny etap wdrażania systemu Od 1 stycznia 2026 r. – próg 70 punktów potrzeby wsparcia Rok 2026 jest kolejnym etapem wdrażania świadczenia wspierającego wprowadzonego ustawą z dnia 7 lipca 2023 r. o świadczeniu wspierającym (Dz.U. 2023 poz. 1429). Świadczenie to przysługuje niezależnie od dochodu i sytuacji rodzinnej i jest wypłacane bezpośrednio osobie z niepełnosprawnością. Od 1 stycznia 2026 r. prawo do świadczenia uzyskują osoby, którym wojewódzki zespół do spraw orzekania o niepełnosprawności ustalił co najmniej 70 punktów potrzeby wsparcia, co oznacza objęcie systemem szerszej grupy dorosłych osób z niepełnosprawnościami niż w latach wcześniejszych. Procedura ma charakter dwuetapowy. W pierwszej kolejności ustalany jest poziom potrzeby wsparcia przez wojewódzki zespół, a następnie – po uprawomocnieniu decyzji – składany jest wniosek o wypłatę świadczenia do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, najczęściej za pośrednictwem Platformy Usług Elektronicznych ZUS. Ustawa nie przypisuje punktów do rodzaju niepełnosprawności, co w praktyce prowadzi do znacznych różnic regionalnych w orzecznictwie. Z relacji osób niewidomych wynika, że przy podobnym poziomie funkcjonowania decyzje punktowe mogą się istotnie różnić, co skutkuje odwołaniami i buduje poczucie nierównego traktowania. W środowisku coraz częściej pojawia się pytanie, czy w praktyce o dostępie do świadczenia nie decyduje w zbyt dużym stopniu miejsce zamieszkania, a nie rzeczywista potrzeba wsparcia.   Prawo pracy – nowe zasady liczenia stażu i ich znaczenie dla przyszłej emerytury Od 1 stycznia 2026 r. obowiązują zmienione zasady ustalania stażu pracy, wprowadzone ustawą z dnia 26 września 2025 r. o zmianie ustawy – Kodeks pracy oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. 2025 poz. 1423). Zmiana ta ma istotne znaczenie dla wielu pracowników, w tym również dla osób z niepełnosprawnościami, ponieważ rozszerza katalog okresów uwzględnianych przy ustalaniu stażu pracy. Zgodnie z nowymi przepisami, przy ustalaniu stażu pracy – a więc okresu, od którego zależą m.in. uprawnienia urlopowe, długość okresu wypowiedzenia czy prawo do niektórych świadczeń pracowniczych – mogą być brane pod uwagę nie tylko okresy zatrudnienia na podstawie umowy o pracę, ale również okresy wykonywania umów zlecenia, umów o świadczenie usług oraz prowadzenia pozarolniczej działalności gospodarczej, o ile były one faktycznie wykonywane i mogą zostać odpowiednio udokumentowane. W praktyce oznacza to, że uwzględnienie dodatkowych okresów nie następuje automatycznie. To pracownik, który chce skorzystać z nowych zasad, powinien zgłosić się do pracodawcy i przedstawić dokumenty potwierdzające wcześniejsze okresy aktywności zawodowej, takie jak umowy, zaświadczenia z ZUS lub inne dowody potwierdzające wykonywanie pracy lub prowadzenie działalności. Dopiero na tej podstawie pracodawca może ustalić staż pracy w nowym wymiarze. Nowe przepisy nie zmieniają definicji stosunku pracy ani nie zrównują umów cywilnoprawnych z umową o pracę. Ich celem jest uporządkowanie historii zawodowej pracowników, którzy w ciągu życia zawodowego wykonywali pracę w różnych formach, często z przyczyn od nich niezależnych, takich jak stan zdrowia, rehabilitacja czy ograniczona dostępność rynku pracy. W kontekście planowania przyszłej emerytury pojawiają się pytania o wpływ nowych zasad liczenia stażu pracy na okresy składkowe i nieskładkowe w systemie emerytalnym. W tym zakresie konieczne jest wyraźne rozróżnienie dwóch pojęć. Nowe przepisy dotyczą stażu pracy w rozumieniu prawa pracy, a nie stażu ubezpieczeniowego w rozumieniu przepisów emerytalnych. Oznacza to, że zmiany te nie powodują automatycznego zaliczania okresów umów zlecenia lub działalności gospodarczej jako okresów składkowych do emerytury, jeżeli w danym czasie nie były odprowadzane składki na ubezpieczenia społeczne. Prawo do emerytury oraz jej wysokość nadal zależą od zasad określonych w ustawie z dnia 17 grudnia 1998 r. o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (tekst jednolity: Dz.U. 2024 poz. 1631 ze zm.). Dla Zakładu Ubezpieczeń Społecznych kluczowe znaczenie ma fakt opłacania składek, a nie sama forma wykonywania pracy. W praktyce oznacza to, że jeżeli w trakcie wykonywania umowy zlecenia były odprowadzane składki na ubezpieczenia społeczne, okres ten jest zaliczany jako okres składkowy do emerytury. Jeżeli natomiast umowa zlecenia była wykonywana bez obowiązku ubezpieczeń społecznych, okres ten nie stanie się automatycznie okresem składkowym wyłącznie na podstawie nowych przepisów Kodeksu pracy. Warto również pamiętać, że większy udział okresów nieskładkowych nie zwiększa podstawy obliczenia emerytury. W systemie emerytalnym kluczowe znaczenie ma suma odprowadzonych składek, dlatego z punktu widzenia przyszłego świadczenia korzystniejsze są okresy, w których składki były faktycznie opłacane. Nowe zasady liczenia stażu pracy mogą więc poprawić sytuację pracowniczą, ale nie zastępują znaczenia ubezpieczenia społecznego dla wysokości emerytury.   Zatrudnianie osób z umiarkowanym stopniem – zmiany w przepisach o rehabilitacji Od 1 stycznia 2026 r. obowiązują zmiany wprowadzone ustawą z dnia 21 listopada 2025 r. o zmianie ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych oraz ustawy o rynku pracy i służbach zatrudnienia (Dz.U. 2025 poz. 1746). Nowelizacja zmieniła zasady funkcjonowania Zakładów Aktywności Zawodowej, zwiększając dopuszczalny udział osób z umiarkowanym stopniem niepełnosprawności z 35% do 55% ogółu zatrudnionych. Z uzasadnienia do ustawy wynika, że celem tej zmiany jest ułatwienie funkcjonowania ZAZ oraz dostosowanie wymogów zatrudnienia do aktualnych warunków organizacyjnych i finansowych. Jednocześnie w środowisku osób z niepełnosprawnościami podnoszone są obawy, że rzeczywisty wpływ tej zmiany na dostępność miejsc pracy dla osób ze znacznym stopniem niepełnosprawności będzie można ocenić dopiero po dłuższym okresie jej stosowania.   Sprawy spadkowe – zmiana obowiązująca od 1 stycznia 2026 roku Od 1 stycznia 2026 r. obowiązuje nowelizacja ustawy z dnia 28 lipca 1983 r. o podatku od spadków i darowizn (Dz.U. 2024 poz. 1837 ze zm.), ogłoszona w Dz.U. 2025 poz. 1854. Zmiana ta wprowadziła możliwość przywrócenia terminu na zgłoszenie nabycia spadku lub darowizny w tzw. najbliższej rodzinie, czyli w tzw. grupie „zero”. Do tej grupy należą m.in. małżonek, dzieci, wnuki, rodzice, dziadkowie, rodzeństwo, pasierb, ojczym i macocha. Przywrócenie terminu nie następuje z urzędu i wymaga złożenia wniosku do właściwego urzędu skarbowego wraz z uzasadnieniem przyczyn opóźnienia, takich jak choroba, hospitalizacja lub inna obiektywna trudna sytuacja życiowa.   Asystencja osobista – ustawa nadal w toku Projekt ustawy o asystencji osobistej osób z niepełnosprawnościami został przyjęty przez Radę Ministrów 28 października 2025 r. i po pierwszym czytaniu w Sejmie trafił do dalszych prac komisji. Zgodnie z zapowiedziami rządowymi ustawa miałaby wejść w życie 1 stycznia 2027 r. Projekt zakłada odejście od programów czasowych na rzecz systemowego prawa do asystencji osobistej, jednak w 2026 roku pozostaje jednym z najbardziej uważnie obserwowanych tematów w środowisku osób z niepełnosprawnościami. Już początek 2026 roku pokazuje, jak wiele zmian w otoczeniu prawnym dotyczy osób z niepełnosprawnościami. W kolejnych miesiącach okaże się, w jakim stopniu nowe przepisy przełożą się na realne wsparcie, a w jakim pozostaną wyzwaniem na etapie ich stosowania. Dla osób niewidomych i słabowidzących kluczowe będzie nie tylko brzmienie ustaw, lecz także praktyka ich wdrażania i gotowość instytucji do uwzględniania ich rzeczywistych potrzeb. && Sport Trischa Zorn: historia najbardziej utytułowanej paralimpijki świata Radosław Nowicki Zanim zanurzyła się w wodzie, jej świat składał się przede wszystkim z cieni i dźwięków. W basenie jednak cienie rozpływały się bez śladu, a pozostawał tylko ruch, rytm i nieustanny puls determinacji – tak swoją sportową drogę zaczynała Trischa Zorn, dziewczynka, która nie widziała basenu, ale czuła wodę lepiej niż inni. Na paralimpijskich pływalniach jej nazwisko z czasem nabrało niemal mitycznego brzmienia. Przez ponad dwie dekady była uosobieniem dominacji, a później – symbolem epoki. Dziś jej 55 medali pozostaje jednym z najbardziej niezwykłych osiągnięć w historii światowego sportu. Trischa Zorn przyszła na świat 1 czerwca 1964 roku w Orange w Kalifornii. Od urodzenia była niewidoma. Przyczyną jej problemów ze wzrokiem było genetyczne schorzenie zwane aniridią, czyli brak tęczówki w oku. Dorastała w Tustin na południe od Los Angeles. Swoją przygodę z pływaniem zaczęła już w wieku 7 lat. Jej talent błyskawicznie został dostrzeżony, a młoda Trischa była tak szybka, że znalazła się wśród zawodniczek 9–10–letnich w pełnosprawnej kadrze Stanów Zjednoczonych. Już w wieku 16 lat otarła się o igrzyska olimpijskie. – Do zakwalifikowania się do drużyny na igrzyska olimpijskie w 1980 roku zabrakło mi 0,01 sekundy na 200 metrów stylem grzbietowym. Było to dla mnie naprawdę druzgocące – wspominała na łamach teamusa.com amerykańska pływaczka, która wówczas jeszcze nie przypuszczała, że przed nią wielka paralimpijska kariera. Po nieudanej próbie kwalifikacji na igrzyska olimpijskie artykuł o utalentowanej pływaczce pojawił się w lokalnej gazecie w Hrabstwie Orange. Przeczytał go Charles Buell, ówczesny prezes Kalifornijskiego Stowarzyszenia Niewidomych Sportowców, który nakłonił ją do wzięcia udziału w igrzyskach paralimpijskich w 1980 roku. Rywalizacja z innymi sportowcami mającymi problem ze wzrokiem była dla niej nowością, bowiem wcześniej trenowała tylko i wyłącznie z pełnosprawnymi pływakami. Dlatego do Arnhem pojechała bez żadnych oczekiwań. – Wtedy nie myślałam o medalach. Zależało mi jedynie na jak najlepszych czasach pływania – wspominała. Do basenu paralimpijskiego weszła z przytupem, bowiem w Holandii zdobyła 7 złotych medali, wygrywając wszystkie konkurencje, w których brała udział. To właśnie te zawody rozpoczęły jej niesamowitą dominację na światowych pływalniach. Na kolejnych igrzyskach paralimpijskich w 1984 roku w Nowym Jorku dołożyła kolejne złote krążki, ale najlepszy wynik zanotowała na igrzyskach w Seulu w 1988 roku, gdzie aż 12 razy stawała na najwyższym stopniu podium. W czasach, gdy sport paralimpijski dopiero torował sobie drogę do globalnej świadomości, a zawodnicy z niepełnosprawnościami borykali się z wieloma trudnościami i barierami, Zorn pokazywała, że talent, siła charakteru i ciężka praca potrafią przełamać każdy mur. Cztery lata później na igrzyskach w Barcelonie, gdzie po raz pierwszy w historii odgrywany był hymn państwowy dla złotych medalistów, do swojego medalowego skarbca dołożyła kolejne 10 złotych medali i 2 srebrne. Jej dominacja trwała w najlepsze, a przed własną publicznością w Atlancie w 1996 roku wywalczyła kolejne 8 krążków. Wówczas spotkał ją jeszcze jeden zaszczyt, bowiem została wybrana na chorążego reprezentacji Stanów Zjednoczonych podczas ceremonii zamknięcia igrzysk paralimpijskich. Mimo wieloletniej dominacji w światowych zawodach Zorn nigdy nie czuła się niezwyciężona. – Nigdy nie myślałam o tym, że jestem nie do pokonania. Kiedy już jesteś na szczycie góry, to jest niesamowite, ale utrzymanie się na szczycie jest dużo trudniejsze niż wejście na niego – nie ukrywała na łamach paralympic.org. Na igrzyskach w Sydney, które zapoczątkowały erę profesjonalnego sportu paralimpijskiego, rywalizując już w nowym systemie klas startowych, Amerykanka zgarnęła kolejne 5, tym razem srebrnych krążków. Swoją bogatą karierę zwieńczyła igrzyskami w Atenach. W wieku 40 lat zdobyła na nich jeszcze brązowy medal na 100 metrów stylem grzbietowym w klasie S12. To właśnie ten krążek był najcenniejszym w jej karierze. – Podczas przygotowań do tych igrzysk moja mama zmarła na raka. Wcześniej zawsze kibicowała mi we wszystkich zawodach. Pomimo przerwy w treningach i dużego stresu emocjonalnego udało mi się zdobyć medal w Atenach. Był on hołdem dla mojej mamy – podkreśliła multimedalistka paralimpijska. Trischa Zorn wzięła udział w 7 edycjach igrzysk paralimpijskich. Przez ponad 2 dekady swojej pływackiej kariery zapracowała na miano legendy sportu paralimpijskiego. Była niezwykle wszechstronną pływaczką. Triumfowała na różnych dystansach – od sprintów po długie dystanse w stylach grzbietowym, dowolnym, zmiennym, motylkowym i klasycznym, a także w sztafetach. Jej paleta osiągnięć jest imponująca pod względem ich zakresu, co świadczy o tym, że była nie tylko szybka i silna, lecz również elastyczna i zdolna adaptować się do różnych stylów. Łącznie zdobyła 55 medali, w tym 41 złotych, 9 srebrnych i 5 brązowych, co czyni ją najbardziej utytułowaną paralimpijką w historii. Ba, nawet gwiazdy sportu olimpijskiego, takie jak Michael Phelps, Jesse Owens czy Jackie – Joyner Kersee mogą tylko pomarzyć o takiej liczbie medali. Ze względu na rozwój sportu mało prawdopodobne jest, aby ktoś w przyszłości chociażby zbliżył się do rekordowych osiągnięć amerykańskiej gwiazdy. – Osiągnęłam wszystko, co sobie zamierzyłam. Od małego chciałam rywalizować na międzynarodowej arenie. Potem marzyłam o zdobyciu złotego medalu i miałam szczęście, że udało mi się to 41 razy. To wyczyn, którego prawdopodobnie nigdy nie uda się przebić. Nie mam z tym problemu, ale rekordy są po to, aby je bić. Byłabym podekscytowana możliwością spotkania osoby, która byłaby w stanie powtórzyć taki wynik – powiedziała Zorn. Jednocześnie zdaje sobie sprawę, że dziś miałaby trudniej. Sport paralimpijski przeszedł bowiem prawdziwą rewolucję – przygotowanie fizyczne, specjalizacja i dostęp do technologii są na zupełnie innym poziomie. – Wierzę, że wywarłam pozytywny wpływ na sport osób z niepełnosprawnością oraz na igrzyska paralimpijskie. Zmieniło się wiele – od jakości zawodników po ich możliwości treningowe. Czasami żałuję, że wtedy nie byliśmy w tym samym punkcie, co obecni parasportowcy, ale wiem, że celem sportowców paralimpijskich tamtego pokolenia było utorowanie drogi sportowcom, którzy obecnie mają dużo większe możliwości – zakończyła Amerykanka. Opowieść o Trischy Zorn nie skończyła się wraz z jej ostatnim skokiem do wody. Fale, które wytworzyła swoimi sukcesami, rozchodzą się do dziś – w opowieściach trenerów, w marzeniach młodych sportowców, wreszcie też w pamięci całej społeczności paralimpijskiej. Są świadectwem, że prawdziwa legenda nie gaśnie, gdy milkną brawa. Jej legenda wciąż trwa, mając wpływ na cały sport paralimpijski. Jej 55 medali, ale też lata przełamywania barier, to symbol epoki, w której sport paralimpijski walczył o godność i widzialność. Zorn była jedną z tych postaci, które pomogły zbudować fundamenty pod to, co dziś uznawane jest za oczywistość. Dlatego jej nazwisko pozostanie w historii na zawsze – nie tylko jako rekordzistki, ale również jako pływaczki, która zmieniła oblicze sportu paralimpijskiego. && Zdrowie bardzo ważna rzecz Zdrowie osób niewidomych Teresa Dederko Nie wiem, czy były kiedykolwiek prowadzone badania stanu zdrowia niewidomych i porównanie ze średnimi wynikami dla naszego społeczeństwa. Może wydawać się, że problem jest sztuczny, no bo co ma do przebiegu choroby czy profilaktyki prozdrowotnej brak wzroku, ale jak wynika z mojego własnego doświadczenia i moich całkiem niewidomych znajomych, owszem ma i to wcale nie tak mało. Jak pisze Stanisław Kotowski w „Przewodniku po problematyce osób niewidomych i słabowidzących”: „Oczywiście, u lekarza wszyscy są pacjentami, wszyscy są chorymi, są więc równi. Nie wszystkim jednak równie łatwo dostać się do lekarza. Pomijając trudności w dotarciu do odpowiedniej placówki, problemy występują również na miejscu. Niewidomemu trudno jest orientować się w przesuwaniu się kolejki. Ludzie chodzą, zmieniają miejsca, rozmawiają i wiedzą, kto jest przed nimi, kto już wszedł do gabinetu i czy wyszedł. Niewidomy nie może tego kontrolować. Nawet, jeżeli współoczekujący obiecają powiedzieć, kiedy przyjdzie jego kolej, nie jest pewien, czy nie zapomną i niepokoi się. Do jego cierpień wynikających z choroby dołączają się niedogodności wynikające z braku wzroku”. Pamiętam parę takich sytuacji, gdy byłam zupełnie zagubiona w kolejce, oczekując na wizytę do lekarza. Kiedyś czekałam pod drzwiami gabinetu laryngologa, ktoś wskazał mi wolne krzesło, więc usiadłam. Za kilka minut pojawił się na szczęście empatyczny pan doktor i spytał mnie, czy czekam na laryngologa. Gdy odpowiedziałam, że tak, panie niedaleko ode mnie zaczęły głośno informować, że źle siedzę, na co lekarz powiedział: „Pani siedzi dobrze, tylko trzeba powiedzieć, kiedy będzie pani kolej”. Innym razem, w centrum stomatologicznym zrobiło się takie zamieszanie, jedni pacjenci wchodzili poza kolejnością, bo z wynikami prześwietlenia, a inni czekali pod drzwiami gabinetu. Ostatecznie, po paru godzinach odeszłam z niczym, bo już naprawdę nie wiedziałam, kiedy mam wejść i w które drzwi. Spotykam się też z tym często, że niewidomi odkładają wizyty w placówkach służby zdrowia z braku przewodnika. Trochę ten problem rozwiązuje pomoc asystenta osobistego, ale nie wszyscy korzystają z tej usługi. Takie niekonieczne zabiegi medyczne, jak szczepienia i cała profilaktyka prozdrowotna, a nawet rehabilitacja, odkładane są na dalszy plan. Z pewnością brak wzroku naraża nas na różnego rodzaju urazy: uderzenia o przeszkody, skręcenia kostki, łokieć tenisisty spowodowany codziennym posługiwaniem się białą laską. Niestety, to że kilkakrotnie miałam zwichniętą kostkę, odczuwam po paru latach dosłownie we własnych kościach i na razie mam problem ze sprawnym poruszaniem się. Ostatnio lekarze alarmują, że naszemu społeczeństwu grozi epidemia otyłości. Nie badano zależności między brakiem wzroku a nadwagą, ale Oczywiste jest, że trudniej nam uprawiać np. codzienny jogging. Nieraz, gdy idę do przystanku, nie śpiesząc się, bo może znowu przy trawniku będzie stał skuter, mijają mnie biegacze, którym tak trochę niewinnie zazdroszczę tej swobody w przemieszczaniu się. Są wśród nas sportowcy uprawiający różne dyscypliny sportu, jednak obawiam się, że większość osób niewidomych, czasem z konieczności, pozostaje w domu, słuchając książek, telewizji lub radia, co nie sprzyja zrzucaniu nadmiernych kilogramów. Przy okazji pisania o zdrowiu osób niewidomych, chciałam poruszyć także temat odkładania na później korzystania z toalety, przede wszystkim poza domem. Obecnie w reklamach radiowych słyszymy np. o hemoroidach, nietrzymaniu moczu, a więc uważam, że i w naszym środowisku możemy porozmawiać o sprawie zwykłego wydawałoby się wychodzenia do łazienki. Pamiętam sprzed lat, gdy w towarzystwie dwóch całkiem niewidomych koleżanek i paru studentek–praktykantek jechałyśmy na zimowisko do Muszyny, a podróż wtedy trwała długo i w mało komfortowych warunkach. Przez całą noc siedziałyśmy na plecakach w korytarzu wagonu, a rano jakoś udało się naszym przewodniczkom przedostać do łazienki. W pewnym momencie my też zgłosiłyśmy taką potrzebę, na co usłyszałyśmy zdziwione: „to wy też musicie”? Tak, często z konieczności staramy się odkładać te potrzeby, żeby nie sprawiać innym kłopotu. Nieraz wymieniałam uwagi ze znajomymi, którzy mówili, że podobnie jak ja czekają na wykładach czy konferencjach do przerwy, żeby nie robić zamieszania z wyjściem. Tymczasem, osoby widzące, mogące wyjść dyskretnie w pojedynkę, mogą opuścić salę w każdym momencie. Kiedyś zapraszałam przyjezdnego gościa na poczęstunek podczas imprezy w bibliotece, ale podziękował, tłumacząc, że będzie sam długo podróżował, więc nie chce mieć problemów. Znałam dwie starsze niewidome panie, które zwierzyły się, że gdy biorą udział w pielgrzymkach i wiedzą, że sporo godzin spędzą w kościele, przedtem ograniczają jedzenie oraz picie, żeby jak najrzadziej wychodzić, przepychając się przez tłum. Bardzo prawdopodobne, że ma to negatywny wpływ na prawidłową pracę nerek. Ważnym zagadnieniem jest stan zdrowia psychicznego i możliwość łatwego dotarcia do sensownego psychiatry. Środowisko niewidomych to bardzo zróżnicowana pod wieloma względami społeczność, m.in. mamy różną wrażliwość, odporność na stres, chęć szukania wsparcia psychicznego. Dobrze, gdy uda się trafić do specjalisty, który nie będzie koncentrował się tylko na zagadnieniach okulistycznych, ale naprawdę zajmie się naszymi potrzebami psychicznymi. W artykule zasygnalizowałam tylko kilka zagadnień związanych ze zdrowiem osób niewidomych, bazując przede wszystkim na własnym doświadczeniu. Mam jednak nadzieję, że „Sześciopunkt”, który trafia do wielu instytucji, zachęci może jakąś uczelnię do przeprowadzenia badań specjalistycznych, a lekarzy do prawidłowego zajmowania się schorzeniami, z którymi się zgłaszamy. && Z poradnika psychologa O współczuciu – inaczej Agata Sierota „Czułość jest współdzieleniem losu, dostrzega między nami więzi. Jest tym trybem patrzenia, które ukazuje świat jako żywy, żyjący, powiązany ze sobą, współpracujący i od siebie współzależny (…). Od nas zależy, czy narracją naszego życia będzie współczucie dla siebie, a przez to i dla innych, czy damy sobie narzucić napędzane lękiem opowieści innych”. [Olga Tokarczuk] We współczesnych czasach wiele osób żyje w pośpiechu i stresie. Ludzie gromadzą dobra, dążą do sukcesów, chcąc wzmocnić poczucie wartości. Koncentrują się na sobie, co często nie pozwala na zauważenie drugiego człowieka, który jest gdzieś obok ze swoim cierpieniem.   Samowspółczucie W psychologii rozwija się nowa koncepcja współczucia, która stara się w ciekawy sposób wyjaśnić często dostrzegany obecnie brak wrażliwości na innych. Zakłada ona, że gdy nie umiemy współczuć sobie, nie mamy też współczucia dla otoczenia. Pojęcie samowspółczucia jest stosunkowo nowe. Pojawiło się dopiero na początku XXI wieku, w pracy psycholożki Kristin Neff. Wg niej współczucie dla siebie nie jest litowaniem się nad sobą czy użalaniem. Gdy użalamy się nad sobą: „nic mi w życiu nie wychodzi”, „zawsze pod górę”, koncentrujemy się na sobie i trudno nam zmienić perspektywę, kierując uwagę na drugiego człowieka. Współczucie można rozumieć jako odwagę, mądrość, życzliwość i odpowiedzialność. Gdy staramy się być uważni, spokojnie obserwować siebie i świat, czujemy wspólnotę z innymi. Umiejętność samowspółczucia ułatwia współczucie innym.   Odwaga, mądrość, życzliwość, odpowiedzialność Współczucie – to wrażliwość i odwaga, by stanąć twarzą w twarz z własnym cierpieniem. Nie tłumić go, nie uciekać, ale stanąć w prawdzie: „Cierpię, bo moje dzieci mało się ze mną kontaktują”, „Cierpię z powodu depresji” itp. Gdy nie mamy odwagi przyznać się do swojego cierpienia, niekiedy sięgamy np. po alkohol, za dużo jemy, oddajemy się przyjemnościom, by lepiej się poczuć. Tłumione negatywne emocje mogą wybuchać w postaci agresji wobec najbliższych i otoczenia albo pojawiać się jako agresja kierowana na siebie, np. w postaci myśli samobójczych. Odwadze przyjrzenia się temu, co boli, powinna towarzyszyć mądrość, znajomość tego, jak działa nasza psychika. Dzięki takiej wiedzy łatwiej rozumieć siebie, a także innych – ich zachowania, motywy działania. Dlatego warto czytać książki o funkcjonowaniu umysłu, emocjach, rozmawiać o nich z innymi, by poznać, jak oni czują świat. Życzliwość jest ważna zarówno dla siebie, jak i dla innych. Jeśli traktujemy siebie z życzliwością – nie dokonujemy samooskarżeń, typu np. „ależ byłam głupia”, „jestem idiotą”, tylko analizujemy sytuację i staramy się zmniejszyć własne cierpienie. Nie zwiększamy go, myśląc np. „mówiła mi przyjaciółka, żebym tego nie robiła”, albo „matka zawsze mi tłumaczyła, że do takich rzeczy się nie nadaję”. Gdy jesteśmy życzliwi wobec siebie, zastanawiamy się, jakie mogły być przyczyny naszej porażki, szukamy ich nie tylko w sobie, ale i w danej sytuacji. Inaczej brzmi: „Nie poradziłam sobie”, gdy dodamy „z tym trudnym zadaniem”. Gdy jesteśmy życzliwi dla innych, staramy się zrozumieć ich zachowania w kontekście przeżywanego przez nich cierpienia, np. oschłe zachowanie bliskiej osoby może wynikać z tego, że dorastała w domu, gdzie brakowało miłości, a niemiła sąsiadka za agresją chowa ból po śmierci męża. Gdy łagodnie traktujemy siebie, łatwiej nam w ten sposób traktować innych. Nie staramy się wtedy przysparzać im cierpienia, np. bezpodstawnie krytykując, czy robiąc uszczypliwe uwagi. Jeśli możemy i chcemy, staramy się pomóc w trudnych sytuacjach. Odpowiedzialność natomiast dotyczy naszych emocji i zachowań. Mamy prawo być smutni, źli, czuć wściekłość, ale jesteśmy odpowiedzialni za to, jak je wyrażamy. Można powiedzieć: „strasznie mnie zdenerwowało, co zrobiłeś” lub krzyczeć, obrażać drugą osobę i rzucać przedmiotami. Mamy wybór. Warto każdego dnia wieczorem zapytać samego siebie: – Czy miałem odwagę przyglądać się szczerze swoim uczuciom i emocjom innych? – Czy rozwijałem swoją wiedzę o tym, jak funkcjonujemy w tym niełatwym świecie? – Czy byłem życzliwy, czy przepełniała mnie wrogość i krytyka? – Czy liczyłem się z tym, jakie emocje moje zachowania mogą wzbudzić w innych?   Wysoka samoocena a współczucie Psychologowie uważają, że jedność współczucia dla siebie i innych to nie tylko szansa na własny rozwój i poprawę relacji. Współczucie jest uważane za lek na współczesną tendencję dążenia do wysokiej samooceny, która do niedawna była uważana za warunek szczęśliwego życia. „Musisz być pewny siebie, podkreślać swoje zalety, odnosić sukcesy, myśleć o sobie, o swoich potrzebach i przyjemnościach”. Niestety, jak we wszystkim, w dążeniu do podwyższania poczucia wartości trzeba zachować umiar. Takie działania mogą prowadzić do porównywania się z innymi, egocentryzmu, nadmiernych wymagań wobec siebie, stresu, a miejsca na współczucie innym… już nie starcza. Dążenie do sukcesów i wysokiej samooceny prowadzi często do rywalizacji, gdzie inni stają się naszymi potencjalnymi wrogami, odnosząc sukcesy w życiu osobistym, zawodowym, czy więcej zarabiając, a przecież wszyscy stanowimy jedną wielką wspólnotę.   Kwiat lotosu Filozofia współczucia dla siebie i innych jako jedności wywodzi się z nauk buddyjskich. We współczesnym świecie, pełnym pośpiechu i stresu, warto z nich korzystać. Pojęcie uważności, podstawy współczucia, wywodzi się właśnie ze wschodnich nauk. Uważność można określić jako obserwowanie, bez oceniania swoich emocji, myśli, zachowań i w podobny sposób patrzenie na innych, otaczający świat. Przynosi to spokój, pozwala zauważyć to, co często nam umyka. W codzienności często spotyka nas „błoto życia”: trudne sytuacje, niemiłe, wrogie zachowania innych, ból, problemy zdrowotne. Można jednak popatrzeć na nie jako na okazję do refleksji w stosunku do siebie i innych. „Bez błota nie ma lotosu” – mówi wschodnia mądrość, wskazując, że tylko w cierpieniu może zakwitnąć współczucie, jak lotos na błotnistym podłożu.   Jak współczuć sobie i innym? Jeśli chcemy czuć jedność z innymi, popatrzmy najpierw na siebie: – Jak traktujemy swoje porażki, cierpienie? – Czy oskarżamy siebie za niepowodzenia, czy raczej przypisujemy je innym? – Czy potrafimy przytulić nasze „wewnętrzne dziecko”, które czasem jest przerażone, zrozpaczone lub czuje się odrzucone? Gdy nauczymy się „przytulać siebie” w cierpieniu, popatrzymy na innych inaczej. Dostrzeżemy w nich tych, którzy też cierpią, zmagają się z trudnościami i tak jak my, pragną ciepła, zrozumienia, bliskości. Dobre współczucie to zwykle mało słów, często – bycie obok w milczeniu. Nie zakładajmy, że druga osoba pragnie tego co my: jeden potrzebuje o swoim cierpieniu rozmawiać, drugi znaleźć towarzysza, który po prostu jest.   Zakończenie Mierzenie się z własnym cierpieniem zamiast wypierania go lub tłumienia otwiera nas na cierpienie innych. Kiedy poczujemy się blisko siebie, możemy z uwagą kierować się ku innym. Nie oceniać, od razu nie wydawać wyroku, ale traktować innych tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani: delikatnie, spokojnie, ze zrozumieniem i ciepłem. && Z polszczyzną za pan brat Obracanie w perzynę Tomasz Matczak Związki frazeologiczne to istna kopalnia wiedzy! Oczywiście, o ile ktoś zechce kopać, a nie tylko ogranicza się do ich wykorzystywania w mowie i piśmie. Ostatnio moją uwagę przykuła perzyna. Tak, tak, perzyna, a nie pierzyna. Ta ostatnia wiem czym jest, więc nie musiałem się nad nią głowić. Ta pierwsza zaś zaczęła mnie zastanawiać. Czemu to całkowite zniszczenie czy totalne unicestwienie nazywamy obracaniem w perzynę? Jakoś mi się to botanicznie kojarzyło z chwastem, więc postanowiłem raz na zawsze przekonać się, o co chodzi. Rzecz jasna, moje przypuszczenia okazały się chybione, bo perzyna z perzem nie ma nic wspólnego. W sensie ontycznym oczywiście, bo brzmieniowo i ortograficznie i owszem. Okazało się, że dzisiejsze stosowanie zwrotu „obrócić coś w perzynę” jest odległe od pierwowzoru. Dziś bowiem określamy tak jakiekolwiek zniszczenie, całkowite zrujnowanie, zrównanie z ziemią czy totalne zwycięstwo: armia obróciła w perzynę cały kraj, ale także i inną armię. Tymczasem perzyna to pierwotnie zgliszcza, a zatem efekt wyłącznie pożaru, a nie jakiegokolwiek niszczycielskiego działania. Perzyna to to, co się pali lub co zostało spalone. W staropolszczyźnie, czyli w czasach, gdy pożary trawiły dobytek częściej niż dziś, rzeczownika tego używano znacznie częściej. Perzyną nazywano wówczas także gorący, żarzący się węgiel, tlący się popiół, gorący proch i pył. W polszczyźnie regionalnej – w gwarach i dialektach – do dziś zachowały się znaczenia specjalistyczne: perzyny – popiół ze słomy, a pyrzyny – popiół z węgla. Warto też nadmienić, że z rzeczownikiem perzyna spokrewniony jest czasownik zaperzyć się, czyli wpaść w złość, zirytować się, broniąc swojej racji. Dziś także mówimy przecież: zapalić się gniewem, palić się do czegoś czy wzniecać zarzewie sporu. Analogia z ogniem jest tu bardzo widoczna. Generalnie jednak nie ma co się zaperzać. Lepiej wziąć na wstrzymanie!   Zmiany zasad ortografii obowiązujące od 1 stycznia 2026 r. Rada Języka Polskiego przy Prezydium PAN poinformowała w komunikacie, że na posiedzeniach w dniach 7 listopada 2022 r., 3 lutego 2023 r. oraz 22 stycznia 2024 r. uchwaliła niżej wymienione zmiany zasad ortografii (z mocą obowiązującą od 1 stycznia 2026 r.). 1. Pisownia wielką literą nazw mieszkańców miast i ich dzielnic, osiedli i wsi, np.: Warszawianin, Zgierzanin, Ochocianka, Mokotowianin, Nowohucianin, Chochołowianin. Dopuszczenie alternatywnego zapisu (małą lub wielką literą) nieoficjalnych nazw etnicznych, takich jak: kitajec lub Kitajec, jugol lub Jugol, angol lub Angol, żabojad lub Żabojad, szkop lub Szkop, makaroniarz lub Makaroniarz. 2. Wprowadzenie pisowni wielką literą nie tylko nazw firm, marek i modeli wyrobów przemysłowych, ale także pojedynczych egzemplarzy tych wyrobów: (samochód marki Ford - i pod oknem zaparkował czerwony Ford). 3. Wprowadzenie rozdzielnej pisowni cząstek: –bym, –byś, -by, – byśmy, –byście ze spójnikami, np.: Zastanawiam się, czy by nie pojechać w góry. 4. Ustanowienie pisowni łącznej nie– z imiesłowami odmiennymi (bez względu na interpretację znaczeniową: czasownikową lub przymiotnikową), tj. zniesienie wyjątku zezwalającego na „świadomą pisownię rozdzielną”. 5. Ujednolicenie zapisu (małą literą) przymiotników tworzonych od nazw osobowych, bez względu na to, czy ich interpretacja jest dzierżawcza (odpowiadają na pytanie czyj?), czy też jakościowa (odpowiadają na pytanie jaki?), np.: dramat szekspirowski, epoka zygmuntowska, koncert chopinowski, koncepcja kartezjańska, filozofia sokratejska, dialogi platońskie, wiersz miłoszowski. Przymiotniki tworzone od imion (rzadziej od nazwisk) zakończone na –wy, –in(–yn), –ów będą mogły być zapisywane małą lub wielką literą, np.: jackowe dzieci lub Jackowe dzieci, poezja miłoszowa lub poezja Miłoszowa, zosina lalka lub Zosina lalka, jacków dom lub Jacków dom. 6. Wprowadzenie łącznej pisowni członu pół– w wyrażeniach: półzabawa, półnauka; półżartem, półserio; półspał, półczuwał oraz pisowni z łącznikiem w połączeniu typu: pół–Polka, pół–Francuzka (odniesionym do osoby będącej w połowie Polką, w połowie Francuzką). 7. Dopuszczenie w parach wyrazów równorzędnych, podobnie lub identycznie brzmiących, występujących zwykle razem, trzech wersji pisowni: – z łącznikiem, np.: tuż–tuż; trzask–prask; bij–zabij; – z przecinkiem, np.: tuż, tuż; trzask, prask; bij, zabij; – rozdzielnie, np.: tuż tuż; trzask prask; bij zabij. 8. W zakresie użycia wielkich liter w nazwach własnych: a) w nazwach komet wprowadzenie zapisu wszystkich członów wielką literą, np.: Kometa Halleya, Kometa Enckego; b) wycofany na mocy decyzji Rady Języka Polskiego z dn. 27 października 2025 r. – w tym przypadku Rada postanowiła o wycofaniu zmiany dotyczącej wariantywnej pisowni wielowyrazowych nazw geograficznych, w których drugi człon jest rzeczownikiem w mianowniku (np.: cieśnina Bosfor lub Cieśnina Bosfor). Decyzja o wycofaniu tej zmiany jest podyktowana troską o stabilność pisowni nazw geograficznych, zwłaszcza w obszarach podlegających standaryzacji urzędowej. W związku z wycofaniem zmiany pisownię wielowyrazowych nazw geograficznych regulują dotychczasowe zasady, zgodnie z którymi wyraz gatunkowy stojący przed nazwą w mianowniku pisany jest małą literą (np. cieśnina Bosfor); c) w nazwach obiektów przestrzeni publicznej wprowadzenie pisowni wielką literą stojącego na początku wyrazu aleja, brama, bulwar, osiedle, plac, park, kopiec, kościół, klasztor, pałac, willa, zamek, most, molo, pomnik, cmentarz itp. (przy utrzymaniu pisowni małą literą wyrazu ulica), np.: ulica Józefa Piłsudskiego, Aleja Róż, Brama Warszawska, Plac Zbawiciela, Park Kościuszki, Kopiec Wandy, Kościół Mariacki, Pałac Staszica, Zamek Książ, Most Poniatowskiego, Pomnik Ofiar Getta, Cmentarz Rakowicki; d) wprowadzenie pisowni wielką literą wszystkich członów (oprócz przyimków i spójników) w wielowyrazowych nazwach lokali usługowych i gastronomicznych, np.: Karczma Słupska, Kawiarnia Literacka, Księgarnia Naukowa, Kino Charlie, Apteka pod Orłem, Bar Flisak, Hotel pod Różą, Hotel Campanile, Restauracja pod Żaglami, Winiarnia Bachus, Zajazd u Kmicica, Pierogarnia Krakowiacy, Pizzeria Napoli, Trattoria Santa Lucia, Restauracja Veganic, Teatr Rozmaitości, Teatr Wielki; e) wprowadzenie pisowni wielką literą wszystkich członów (oprócz przyimków i spójników oraz wyrazów typu imienia) w nazwach orderów, medali, odznaczeń, nagród i tytułów honorowych, np.: Nagroda im. Jana Karskiego i Poli Nireńskiej, Nagroda Nobla, Nagroda Pulitzera, Nagroda Templetona, Nagroda Kioto, Literacka Nagroda Europy Środkowej Angelus, Nagroda Artystyczna Miasta Lublin, Nagroda Literacka Gdynia, Śląska Nagroda Jakości, Nagroda Rektora za Wybitne Osiągnięcia Naukowe, Nagroda Newsweeka im. Teresy Torańskiej, Nagroda Wielkiego Kalibru, Mistrz Mowy Polskiej, Ambasador Polszczyzny, Honorowy Obywatel Miasta Krakowa. 9. W zakresie pisowni prefiksów: a) uzupełnienie reguły ogólnej: W języku polskim przedrostki – rodzime i obce – pisze się łącznie z wyrazami zapisywanymi małą literą. Jeśli wyraz zaczyna się od wielkiej litery, po przedrostku stawia się łącznik, np. super–Europejczyk; b) dopuszczenie rozdzielnej pisowni z wyrazami zapisywanymi małą literą cząstek takich jak: super–, ekstra–, eko–, wege–, mini–, maksi, midi–, mega–, makro–, które mogą występować również jako samodzielne wyrazy, np.: miniwieża lub mini wieża, bo jest możliwe: wieża (w rozmiarze) mini; superpomysł lub super pomysł, bo jest możliwe: pomysł super; ekstrazarobki lub ekstra zarobki, bo jest możliwe: zarobki ekstra; ekożywność lub eko żywność, bo jest możliwe: żywność eko. 10. Wprowadzenie jednolitej łącznej pisowni cząstek niby–, quasi– z wyrazami zapisywanymi małą literą, np.: nibyartysta, nibygotyk, nibyludowy, nibyorientalny, nibyromantycznie; nibybłona, nibyjagoda, nibykłos, nibyliść, nibynóżki, nibytorebka; quasiopiekun, quasinauka, quasipostępowy, quasiromantycznie, przy zachowaniu pisowni z łącznikiem przed wyrazami zapisywanymi wielką literą, np.: niby–Polak, quasi–Anglia. 11. Wprowadzenie łącznej pisowni nie– z przymiotnikami i przysłówkami odprzymiotnikowymi bez względu na kategorię stopnia, a więc także w stopniu wyższym i najwyższym, np.: nieadekwatny, nieautorski, niebanalny, nieczęsty, nieżyciowy; niemiły, niemilszy, nienajmilszy; nieadekwatnie, niebanalnie, nieczęsto, nieżyciowo; nielepiej, nieprędzej, nienajlepiej, nienajstaranniej. Celem tych zmian ma być – zdaniem Rady Języka Polskiego – m.in.: – uproszczenie i ujednolicenie zapisu poszczególnych grup wyrazów i połączeń, – eliminacja niektórych wyjątków, – likwidacja przepisów, których zastosowanie jest z różnych powodów problematyczne, np. wymaga od piszącego zbyt drobiazgowej analizy znaczeniowej tekstu, – zmniejszenie liczby błędów językowych. Źródło: infor.pl && Rehabilitacja kulturalnie Książę z Paryża Paweł Wrzesień Po II wojnie światowej wielu myślących niezależnie intelektualistów i polskich twórców kultury zdecydowało się na życie na Zachodzie. Tylko tam mieli gwarancję dalszej działalności w warunkach wolności słowa i nieskrępowanej wymiany myśli. W PRL te wartości podlegały drastycznym ograniczeniom. Jednak nawet ogromna rzesza pisarzy, poetów czy myślicieli byłaby wyłącznie zbiorem rozsianych po świecie „wolnych elektronów”, gdyby nie człowiek, który przez dekady roztaczał nad nimi zdalnie opiekę i dawał możliwość dotarcia do odbiorców zarówno w kraju, jak i za granicą. Warto poznać tę postać bliżej, zwłaszcza w roku 2026, któremu Senat Rzeczypospolitej Polskiej nadał jego patronat. Wyróżnienie to przyznano w realiach światowego niepokoju, gdy wojna towarzyszy nam w doniesieniach medialnych każdego dnia, a wartości demokratyczne bywają kwestionowane. Jerzy Giedroyc, bo o nim mowa, urodził się w podobnie niespokojnych czasach, 27 lipca 1906 roku w Mińsku, leżącym na terenie ówczesnego Cesarstwa Rosyjskiego. Nie była to prowincja z dala od świata, lecz miejsce, gdzie ścierały się wpływy rosyjskie, białoruskie i polskie. Miał dwóch młodszych braci – Zygmunta i Henryka. Od dzieciństwa żył w rzeczywistości, w której państwa są tymczasowe, a granice – ruchome. Po rewolucji i wojnie polsko – bolszewickiej jego rodzina przeniosła się do Warszawy. Tam ukończył gimnazjum i rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim, które ukończył w 1932 roku. Już w ich trakcie interesował się praktyką polityczną, administracją, prasą i propagandą. W roku 1931 związał się z obozem piłsudczykowskim. Nie był jednak ideologiem sanacji, a raczej technokratą. Pracował m.in. w Ministerstwie Rolnictwa i Ministerstwie Spraw Zagranicznych, a równolegle zaangażował się w działalność wydawniczą. W 1937 roku został redaktorem naczelnym pisma „Polityka”. Pismo istniało krótko, ale dla Giedroycia było poligonem. Nauczył się tam selekcji autorów, pracy z tekstem i budowania linii redakcyjnej. To wtedy ukształtował się jego styl, który w skrócie można określić jako minimum emocji, maksimum konsekwencji. Po wybuchu wojny w 1939 Giedroyc znalazł się w Rumunii, gdzie pracował dla polskiej ambasady w Bukareszcie, a po jej zamknięciu przedostał się na Bliski Wschód. W roku 1941 wstąpił do 2. Korpusu Polskiego dowodzonego przez generała Władysława Andersa. Przez kolejne lata, aż do zakończenia wojny, pracował w strukturach propagandowych i wydawniczych korpusu, kolejno w Iraku, Palestynie i we Włoszech. Zobaczył ogromną masę polskich żołnierzy, którzy po wojnie nie wrócą do kraju. Wiedział, że bez zaplecza intelektualnego ta emigracja rozpadnie się w kilka lat. Rodzice Giedroycia, Ignacy i Franciszka, pozostali w okupowanej Polsce i zostali zamordowani przez Niemców w czasie powstania warszawskiego. We Włoszech w 1946 roku Giedroyc zakłada Instytut Literacki – prywatne emigracyjne wydawnictwo. Nie była to inicjatywa literacka w sensie klasycznym, bowiem celem nadrzędnym było stworzenie trwałego centrum myśli politycznej i kulturowej poza zasięgiem komunistycznej cenzury. Już rok później ukazuje się pierwszy numer miesięcznika „Kultura”, początkowo drukowany we Włoszech, ale szybko przeniesiony do Francji. W 1948 roku Instytut Literacki otwiera siedzibę w podparyskim Maisons – Laffitte przy Avenue de Poissy 91. Ten adres przez ponad pół wieku będzie jednym z najważniejszych punktów na mapie polskiej emigracji. „Kultura” ukazuje się nieprzerwanie aż do 2000 roku, a Giedroyc jest jej redaktorem naczelnym przez wszystkie te lata. W tym czasie wyszło ponad 600 numerów miesięcznika i setki tytułów książkowych w ramach „Biblioteki Kultury”, a od 1962 roku wydawano także „Zeszyty historyczne”, poświęcone XX– wiecznej historii Polski i Europy wschodniej. Już na początku lat 50. Jerzy Giedroyc formułuje tezy, które wówczas brzmiały jak herezja: Polska nie odzyska Wilna i Lwowa, niepodległość Polski wymaga niepodległej Ukrainy, Litwy i Białorusi, antykomunizm bez programu na przyszłość jest jałowy. Wspólnie z Juliuszem Mieroszewskim rozwija koncepcję, która później zostanie nazwana doktryną ULB (od pierwszych liter nazw państw: Ukraina, Litwa, Białoruś). Jej zasadnicze tezy pojawiają się w artykułach drukowanych w „Kulturze” na przestrzeni ponad 20 lat. Ważną także dziś tezą jest niemożność istnienia silnej Rosji bez wcielonej do strefy jej wpływów Ukrainy. Wskazuje ona, jak ważny dla Polski jest opór stawiany obecnie przez Ukrainę rosyjskim najeźdźcom. Od końca lat 50. „Kultura” jest systematycznie przemycana do PRL. Czytają ją intelektualiści, studenci i opozycja. Giedroyc prowadzi rozległą korespondencję z autorami w kraju. Dzięki temu, mimo oddalenia, nie traci realnego i zdroworozsądkowego spojrzenia na sprawy polskie. Po roku 1968 „Kultura” staje się jednym z głównych punktów odniesienia emigrantów marcowych. Po wydarzeniach radomskich z 1976 roku aktywnie wspiera środowisko Komitetu Obrony Robotników, a w latach 80. uważnie przygląda się działaniom „Solidarności”, zachowując jednak dystans do bieżącej euforii. W samej PRL nazwisko Giedroycia było objęte cenzurą i nie pojawiało się w oficjalnych publikacjach. Wśród setek piszących do „Kultury” autorów o randze pisma świadczą choćby takie nazwiska, jak Witold Gombrowicz, którego „Dzienniki” miesięcznik drukował we fragmentach, Czesław Miłosz – publikujący w „Kulturze” po zerwaniu związków z PRL w 1951 roku, Gustaw Herling – Grudziński – stanowiący przez wiele lat jeden z filarów pisma, Leszek Kołakowski – zamieszczający tam swoje słynne eseje filozoficzne czy Zbigniew Herbert i jego teksty literackie. Po upadku komunizmu Giedroyc nie wraca do Polski na stałe. Nadal redaguje „Kulturę” i z dystansem obserwuje m.in. romantyzowanie polityki wschodniej, brak długofalowej strategii wobec Rosji, łatwe odwoływanie się do resentymentów historycznych. Ostatni numer „Kultury” ukazuje się w roku 2000, już po jego śmierci. Jerzy Giedroyc zmarł 14 września 2000 roku w wieku 94 lat i został pochowany na cmentarzu w Le Mesnil–le–Roi. Instytut Literacki funkcjonował jeszcze przez jakiś czas, a jego archiwa są dziś jednym z najważniejszych źródeł do badań nad XX–wieczną polską myślą polityczną. Giedroyc nie był prorokiem ani ideologiem – był wnikliwym redaktorem rzeczywistości, który przez ponad pół wieku ważył idee i argumenty. Jego realny wpływ nie polegał na jednym tekście czy decyzji, ale na ciągłości pracy wykonywanej cierpliwie i bez względu na przeciwności przez ponad 5 dekad. Zbudował instytucję wpływu, która działała bez zaplecza w postaci państwa, armii czy wsparcia z ministerialnego budżetu. Jego życie to historia człowieka, który zrozumiał, że w warunkach przegranej wojny i komunistycznego zniewolenia jedyną bronią bywa konsekwentnie prowadzona rozmowa – mądra, długodystansowa i bez sentymentalnych złudzeń. Czytelnikom warto polecić dwie książki autorstwa Jerzego Giedroycia figurujące w zbiorach DZDN, a więc „Autobiografię na cztery ręce” oraz „Życie przed Kulturą”. A Polsce możemy życzyć, aby osobistości pokroju naszego bohatera mogły zawsze uprawiać swoją twórczość w kraju, bez nacisków czy szykan ze strony jego władz. && Fantastyczny Słupsk Maria Dąbrowska Czy w naszych planach i pomysłach podróżniczych bierzemy pod uwagę podróż do Słupska? Czy cokolwiek wiemy o tym mieście? Większość pewnie powie, że to gdzieś na północy i trochę na zachód. Nieliczni może sobie przypomną, że europoseł Lewicy Robert Biedroń był tam prezydentem przez jakiś czas… I to pewnie będzie cała nasza wiedza o Słupsku. Słupsk to miasto omijane przez popularne turystyczne szlaki. Zapomniane i czasami nawet smutne. Po godzinie 17:00 niewiele osób można spotkać w centrum miasta na ulicach czy w kawiarniach. Nie przypominam sobie jakiejś akcji marketingowej promującej to miasto i ten ciekawy region. Region opuszczony, odkąd pamiętam, dość trudno dostępny komunikacyjnie, przez co autentyczny i inny. Do Słupska przyjeżdżam 2 – 3 razy w roku i zachwycam się nim za każdym razem – uliczkami, pięknymi budynkami, zabytkowymi skwerami i antykwariatami z prawdziwymi cudeńkami w środku. Spotykam ludzi, którzy nie pędzą w niewiadomym kierunku, ale przystają i chętnie rozmawiają z zagubionym turystą. Siadam na wygodnych ławkach w centrum miasta, które usytuowane są pośród starych drzew. Podziwiam przepiękny neogotycki ratusz, który dostojnie pręży się na placu w centrum miasta. Już w 1784 roku Brueggemann w swoim wydanym w 1784 roku dziele „Wyczerpujący opis stanu obecnego Królewsko Pruskich Księstw Pomorza” pisał: „(…) W mieście tym w środku rynku stoi ratusz z wieżycą, na której umieszczono zegar. Jest to budowla stara i szacowna, w jej wnętrzu zaś obszerna sala giełdy kupieckiej służy za pamiątkę niegdysiejszej świetności tutejszego handlu. (…)”. Ten pierwszy ratusz widoczny jest na panoramie miasta z 1618 roku. W końcu XVIII wieku zastąpił go nowy budynek, który wykupili miejscowi kupcy i ostatecznie rozebrali. W 1897 roku nowy burmistrz dla Stolpu in Pommern ogłosił konkurs na projekt nowego ratusza. W konkursie wzięło udział 500 architektów z całej Rzeszy. Neogotycki budynek stojący na Placu Zwycięstwa wpisany jest na listę zabytków chronionych prawem. Dziś we wnętrzu ratusza zobaczyć można m.in. gabinet prezydenta miasta Słupska z unikatowymi, przeszło stuletnimi tapetami, biurko, witraże i gazowy żyrandol, kolekcje polskich herbów na wieży ratusza, piękne witraże na klatkach schodowych i w gabinecie prezydenta. Widzimy też monumentalne malowidła, m.in. przedstawiające alegorię nadania praw miastu, Targ Rybny w Słupsku czy wyładunek w porcie w Ustce. Codziennie o godz. 12:00 z wieży ratusza rozbrzmiewa hejnał. Spacerując niespiesznie po mieście, odkryjemy liczne gotyckie bramy skrywające mroczne tajemnice i poczujemy atmosferę sprzed kilku wieków. Część budynków naprzeciwko okazałego ratusza została wykupiona przez prywatne instytucje finansowe. Dziś są pięknie odrestaurowane i wyróżniają się swoją elegancją wśród innych budowli. Przy nich, na ulicy prezentowana jest wystawa archiwalnych zdjęć przedstawiających te same fragmenty ulic i budowli, lecz z dawnych lat. Nazwy ulic, placów i sklepów są w języku niemieckim. Gdy wejdzie się wprost z ulicy do jednej z klatek schodowych odrestaurowanych kamienic, można poczuć się jak na jednej z najbogatszych ulic Paryża czy Londynu. Klatki schodowe są bogato zdobione, schody marmurowe, a w pięknych kryształowych lustrach odbijają się pałacowe kryształowe żyrandole. Historyczną część miasta zwiedzimy pieszo i na pewno się nie zgubimy. Pokierują nas mieszczące się w centrum, doskonale opisane drogowskazy, a także przechodnie chętnie służący pomocą. Gorąco polecam Muzeum Pomorza Środkowego, które, oprócz ciekawej stałej ekspozycji mieszczącej się na dwóch piętrach budynku, prezentuje ekspozycje czasowe. W tym roku obejrzałam ponad 115 świetnych prac Zofii Stryjeńskiej na wystawie pt. „Zofia Stryjeńska – malarka rzeczy polskich”. Ekspozycja skupiła się na dwóch wątkach twórczości artystki: polskiej kulturze ludowej i mitologii słowiańskiej. Wspaniałe ilustracje, grafiki, a szczególnie przedmioty użytkowe z jej wzorami (porcelana czy opakowania) od wielu lat są na liście moich marzeń, ale raczej tych nieosiągalnych. Na parterze zamku prezentowane są „Skarby książąt pomorskich”, czyli pamiątki po ostatnich mieszkańcach zamku, a jednocześnie ostatnich przedstawicielach panującej na Pomorzu dynastii Gryfitów. Zobaczymy dwa bogato zdobione cynowe sarkofagi, a także unikatowe chorągwie wykonane na uroczystości pogrzebowe. W gablotach prezentowane są wydobyte z trumny księżnej Anny – poduszka oraz suknia z włoskiego jedwabnego aksamitu oraz z sarkofagu księcia Ernesta Bogusława – płaszcz z aksamitu i atłasu haftowanego jedwabnymi nićmi, poduszka i pończochy oraz spodnie do kolan. Szaty te zostały przygotowane specjalnie na pochówek. W innych gablotach zobaczymy złote bransolety wypełnione drewnem sandałowym, emaliowane krzyże, obrączki, pierścienie z piętnastoma diamentami oraz datą upamiętniającą śmierć księżnej Anny. Naprzeciwko wejścia znajduje się wyjątkowy przykład sztuki pomorskiej – srebrny ołtarz darłowski. W zamku na pierwszym piętrze prezentowane są średniowieczne drewniane rzeźby, w większości z okolic Słupska, Koszalina, Darłowa i Kołobrzegu. To jeden z większych tego typu zbiorów w Polsce. Na drugim piętrze zamku zobaczymy wystawę „Przy wspólnym stole, czyli sztućce i akcesoria kulinarne od XVII do XXI wieku”. W chronologiczny i typologiczny sposób przedstawiane są tu sztućce podstawowe i specjalistyczne do serwowania i spożywania jednego rodzaju potrawy. Wystawa liczy 1400 eksponatów. Kilka zabytkowych przedmiotów seryjnych produkcji np. z fabryki Norblin czy Fraget widziałam w warszawskich antykwariatach i na ulubionym targu staroci na Kole. Ogrom, bogactwo, a także zamkowe wnętrza, gdzie znajdowały się te przepiękne sztućce i wszystko, co wiąże się z dekoracją stołu, na zawsze zostaną w mojej pamięci i zaraz po porcelanowym talerzyku z rysunkiem Zofii Stryjeńskiej będą moim marzeniem numer dwa! Zamek Książąt Pomorskich odwiedzałam w tygodniu i była ze mną jeszcze tylko jedna osoba. To fantastyczne uczucie być samej w zabytkowych wnętrzach, pełnych imponujących eksponatów, by w skupieniu i całkowitej ciszy móc przenosić się do dawnych czasów, dotykać ich i marzyć. Z zamkniętymi oczami wcielać się w postacie z dynastii Gryfitów, ubierać ich stroje z jedwabnego aksamitu sprowadzanego z Francji czy Włoch i zasiadać do elegancko nakrytego stołu, używając srebrnych sztućców i popijając aromatyczny pącz. Tuż obok muzeum znajduje się Biały Spichlerz, a w nim kolekcja 266 prac Stanisława Witkacego. Zbiór reprezentuje wszystkie fazy twórczości artysty – okres młodzieńczy, okres rosyjski, przynależność do formistów, rok 24, w którym artysta zaprzestał malowania wg założeń Czystej Formy oraz lata biznesowe, gdy założył Firmę Portretową (1925–1939) i malował na zamówienie. Ekspozycja imponująca, wspaniale podświetlona i opisana. Wnętrze Spichlerza zostało całkowicie odnowione i budynek stanowi designerską perełkę na historycznej mapie Słupska, skrywając największą na świecie kolekcję prac Stanisława Witkacego Witkiewicza! Słupsk polecam każdemu, kto lubi autentyczność, brak tłumów i ucieka od wszechobecnej komercji. To miejsce dla pasjonatów tematycznych wieczorów, imprez muzycznych, takich jak festiwal jazzowy imienia Krzysztofa Komedy i dyskusji w herbaciarni w Spichlerzu Richtera czy eleganckiej kawiarni Kaiser Patisserie. && Po prostu życie Aleksandra Ochmańska Lubimy podróżować. Chętnie poznajemy nowe miejsca i ludzi, odkrywając przy tym obce realia. Bywa, że czujemy się tak, jakbyśmy przenosili się w czasie. Każdy mól książkowy ma z pewnością wiele takich doświadczeń. Czytanie przypomina bowiem wycieczkę w rejony prawdziwe lub fikcyjne, spacer między minionym a teraźniejszym. Zagłębiając się w świat przedstawiony przez twórcę, w pewnym sensie uciekamy od codzienności. Jednocześnie szukamy tego, co nam znane. Intryguje nas sposób, w jaki pisarz ukazuje to, co ważne dla nas. Do takich wniosków dochodzę po lekturze książki Juli Zeh zatytułowanej „Wśród sąsiadów”. Tytuł nie obiecuje niczego. Doświadczony czytelnik jednak, jeszcze przed poznaniem fabuły, zaczyna snuć domysły o tym, co może znajdować się na kartach powieści. Fantazjuje, o jakich sąsiadach mowa i co dzieje się między nimi. Pozycja Juli Zeh jest moją pierwszą, którą słuchałam. Zostałam pozytywnie zaskoczona. Otrzymaliśmy bowiem wyjątkowy, świetnie napisany i bliski nam tematycznie utwór. Na czas akcji pisarka wybrała okres lockdownu, a więc początek pandemii COVID–19. Każdy go pamięta, co mogłoby zarówno zachęcić, jak i zniechęcić do wyboru tej powieści. Warto zatem zaznaczyć, że nie mamy do czynienia z tekstem o chorobie. W swoim dziele J. Zeh daje się nam poznać jako wnikliwa obserwatorka relacji międzyludzkich oraz procesów zachodzących we współczesnym świecie. Doskonale ukazuje je na tle nowej, przerażającej sytuacji. Zarówno poruszane problemy, jak i pozornie prosty język sprawiają, że trudno oderwać się od lektury. Autorka urodziła się 30.06.1974 roku w Bonn. Studiowała prawo w Passau i Lipsku. W roku 2010 na Uniwersytecie w Saarbrücken obroniła doktorat. Jest absolwentką Niemieckiego Instytutu Literatury w Lipsku. Zadebiutowała w 2001 r. powieścią „Orły i anioły”. Tworzy też opowiadania, eseje, literaturę faktu, sztuki teatralne, słuchowiska radiowe i książki dla dzieci. Za swoją twórczość była wielokrotnie nagradzana, Otrzymała także Order Zasługi Republiki Federalnej Niemiec. W 2018 r. została wybrana sędzią Krajowego Sądu Konstytucyjnego Brandenburgii. Należy do najpopularniejszych współczesnych pisarek niemieckojęzycznych. Znana jest również z zaangażowania społeczno – politycznego. Mieszka z rodziną na brandenburskiej wsi. W powieści „Wśród sąsiadów” pisarka zabiera nas do wymyślonej przez siebie wioski Bracken. Decyzji o umiejscowieniu jej w Brandenburgii nie można nazwać przypadkową. Z tym landem wiąże się przecież jej życie. W ten sposób czytana opowieść staje się bardziej prawdopodobna i dowodzi tego, jak bardzo codzienność inspiruje do pracy twórczej. Główną bohaterką jest 36–letnia copywriterka Dora. Przed pandemią pracowała w Berlinie. Razem z suczką Płaszczką i niezależnym dziennikarzem Robertem, wydawałoby się, że wiodła tam szczęśliwe życie. Tak było zanim jej przyjaciel, ze wspaniałego towarzysza życia, nie zmienił się w nadgorliwego aktywistę ekologicznego, a później prasowego specjalistę od koronawirusa. Lockdown, liczne ograniczenia, przymusowa bliskość i związana z tym coraz trudniejsza atmosfera w sferze prywatnej i społecznej skłaniają Dorę do wyboru drogi awaryjnej – ucieczki na prowincję. Zeh wprowadza nas zatem na zakupioną przez kobietę posiadłość. Zarówno dom, jak i działka są zaniedbane. Właścicielkę poznajemy przy pracy w ogrodzie, gdzie, w towarzystwie Płaszczki, szuka wytchnienia od obowiązków zawodowych, wielkomiejskiego pośpiechu oraz powiększającej się wciąż ilości apokaliptycznych informacji. Czy to się uda? Książka składa się z trzech części. Z pewnością wielu określi ją jako obyczajową, ale to tylko pierwsze wrażenie. Spokojna, leniwie przedstawiana historia z niewielką liczbą postaci przypomina przypowieść i jako taka zawiera wiele cech tego gatunku. Nie brakuje w niej symboli, alegorii, a więc i głębszego sensu. Dobrym pomysłem pisarki jest zastosowanie narracji auktorialnej. Przyczynia się ona do lepszego poznania bohaterów, ich psychiki, motywów działania i specyfiki miejsc. Znakomity warsztat literacki sprawia, że chociaż wydarzenia dotyczą Niemiec, prawie tego nie odczuwamy. W zasadzie Bracken mogłoby znajdować się w Polsce. Co prawda wioska jest fikcyjna, ale problemy realne, występujące również u nas. Wizja lęku przed emigrantami, utratą pracy wcale nie jest wymysłem literatki. Autorka ciekawie mierzy się ze stereotypami – wieś nie jest ani romantyczna, ani sielska. Pokazuje diametralne różnice w mentalności mieszczuchów i mieszkańców wsi oraz ich statusie materialnym. Na co dzień zajmują ich zupełnie inne sprawy. Ten fakt odzwierciedla choćby uwaga: „My na prowincji bardzo chcielibyśmy nosić maseczki ochronne, ale skąd weźmiemy lokalny PKS?” Ludzie rozmawiają na inne tematy. Poznajemy je razem z postaciami, których kreacja wręcz zachwyca. Czasami wydają się może groteskowe, ale przez to stają się wyraźniejsze. Sąsiad Dory – neonazista Gote, para homoseksualistów czy samotna matka to interesująca mieszanka. Gote oficjalnie mówi, że jest „wioskowym naziolem”. Zdecydowana większość tutejszej społeczności należy do wyborców skrajnie prawicowej partii AfD. Lektura skłania do zastanowienia się nad przyczyną popularności tego ugrupowania we wschodniej części kraju. „Ludzie nie lubią, kiedy robi się ich w balona” – stwierdza jeden z bohaterów. Obywatele byłego DDR, a więc i Bracken, czują się zapomniani i oszukani. Dodatkowego znaczenia nabiera odsłaniana stopniowo przeszłość Gotego, u którego na podwórzu rozlega się zakazany hymn niemieckich nazistów „Horst–Wessel–Lied”. Nasuwa to negatywne skojarzenia, tym bardziej, że oryginalny tytuł książki „Über Menschen” (O ludziach) przywołuje wspomnienie zlepionego z tych dwóch wyrazów Űbermenschen, czyli nadludzi z filozoficznej koncepcji Fryderyka Nietzschego, którą, jak wiemy, hitlerowcy wykorzystali do własnych celów. Postać Gotego jest bardziej złożona. Czytelnicy z pewnością przyjrzą się dokładniej jego kontaktom, również z Dorą. „Nigdzie nie jest napisane, że neonaziści nie lubią hortensji” – tę myśl Dory wywołują różne oblicza sąsiada. Mnie to sformułowanie kojarzy się ze słowami z „Mistrza i Małgorzaty”: „Na świecie nie ma złych ludzi” i z tezą Hannah Arendt o banalności zła, które może rozwinąć się na gruncie codziennej egzystencji. „Wśród sąsiadów” to powieść dla wielbicieli literatury refleksyjnej. Wiele w niej uniwersalnych prawd, o których dobrze sobie czasem przypomnieć. Juli Zeh porusza aktualne dla nas tematy, takie jak pandemia, globalne ocieplenie i zmiany społeczno – polityczne. Robi to z wyczuciem, pokazując również absurdy, np. zamianę reklamówek na torby bawełniane, choć w rolnictwie nadal stosuje się folię. Ciekawie stworzyła warstwę językową. Zachwycają jej obrazowe opisy, zabiegi słowotwórcze, fachowa terminologia. Wszystko jest uzasadnione i wpływa na pozytywny odbiór dzieła. Wywołuje zróżnicowane emocje. Rozśmiesza np. sformułowanie „łapory Dory” albo scena procentowego liczenia zwolenników AfD na wsi. Rozczula miłość ojca do córki. Niejeden Czytelnik też zapłacze. To książka o trudnych decyzjach, poznawaniu ludzi i samego siebie, ale też o samotności i śmierci. Autorka uzmysławia nam, że w życiu nic nie jest czarno–białe. Zadaje sporo pytań, nie udzielając prostych odpowiedzi. Nie poucza, co jest właściwe, a co nie. Widać, że lubi swoich bohaterów. Nie dzieli na dobrych i złych, a zatem nam też trudno ich ocenić. Każdy pewnie zastanowi się, jak zachowałby się na ich miejscu. Tę przypowieść trzeba po prostu przeczytać i zacząć dostrzegać w innym człowieku człowieka.   Sąsiadka To była sąsiadka, ta, która zawsze pożyczała cukier. W dniu, w którym zmarła, znalazłem przed drzwiami kopertę z krótkim napisem: „Dziękuję, że pozwolił mi pan poczuć się potrzebną”. Nigdy nie znałem jej nazwiska. Przez pięć lat była po prostu „panią z trzeciego piętra”, choć nalegała, żebym mówił do niej Marta. Pierwszy raz zapukała do moich drzwi we wtorek po południu. Dopiero się wprowadziłem, w mieszkaniu wszędzie stały jeszcze kartony. – Przepraszam, młody człowieku – powiedziała cichym, łagodnym głosem, który wkrótce miałem nauczyć się rozpoznawać – czy miałby pan może trochę cukru? Skończył mi się, a piekę ciasto dla wnuczki. – Oczywiście, proszę chwilkę poczekać – odpowiedziałem. Przekopałem pudła, aż znalazłem cukier. Kiedy wróciłem, uśmiechała się, trzymając dłonie splecione. – Jest pan aniołem – powiedziała z wdzięcznością. – Oddam jutro, obiecuję. I rzeczywiście, następnego dnia wróciła. Naczynie było pełne, a do środka włożyła trzy ciasteczka zawinięte w papier śniadaniowy. – Zrobiłam trochę za dużo – wyjaśniła, choć oboje wiedzieliśmy, że to nieprawda. Tak zaczęła się nasza mała tradycja. Co dwa tygodnie Marta pukała do moich drzwi. – Ależ wstyd! – mówiła zawsze z uśmiechem. – Czy miałby pan może trochę cukru? Znowu zapomniałam kupić. Na początku jej wierzyłem. Ale po szóstym, może siódmym razie zauważyłem, że zawsze oddaje mi pełne naczynie. Pewnego dnia zobaczyłem ją nawet w sklepie – w jej koszyku leżał duży worek cukru. Nigdy jej o tym nie wspomniałem. Dawałem cukier, następnego dnia dostawałem ciasteczka, a przy okazji pięć minut rozmowy na korytarzu. Opowiadała mi o wnuczce, o swoich kwiatach, o młodym małżeństwie, które wprowadziło się piętro niżej. – Dobrze mieć miłych sąsiadów – powiedziała kiedyś. – To daje poczucie, że się do czegoś należy, wie pan? W ostatni wtorek Marta nie przyszła. Ani w następny. W trzecim tygodniu zobaczyłem przed blokiem karetkę. Ratownicy wychodzili z jej mieszkania ze spuszczonymi głowami. Pani Kowalska z drugiego piętra potwierdziła: – Odeszła spokojnie. We śnie. Wnuczka mówi, że nie cierpiała. Tej nocy nie mogłem zasnąć. Wciąż czekałem, że ktoś zapuka, że usłyszę ten sam głos przepraszający za kłopot. Następnego ranka na moich drzwiach wisiała biała koperta. Na niej moje imię, zapisane drżącym, ale starannym pismem. Otworzyłem ją z drżącymi rękami. W środku była tylko jedna kartka:   „Drogi sąsiedzie, dziękuję, że pozwolił mi pan poczuć się potrzebną. Od śmierci mojego męża dni stały się bardzo długie. Dzieci mieszkają daleko, wnuczka ma swoje życie. Przestałam gotować, bo... po co? Przestałam wychodzić z domu, bo... dokąd miałabym pójść? A potem pojawił się pan. I odkryłam, że jeśli mam powód, by upiec ciasteczka, jeśli mam pretekst, by zapukać do czyichś drzwi, to dzień znowu ma sens. Proszę mi wybaczyć tę małą sztuczkę z cukrem. Mam nadzieję, że nie miał pan mi tego za złe. Po prostu chciałam poczuć, że ktoś mnie potrzebuje – nawet jeśli tylko po to, by pożyczyć trochę cukru. Dziękuję za uśmiechy, za cierpliwość i za te pięć minut rozmowy, które sprawiały, że samotność bolała trochę mniej”. Z serdecznymi pozdrowieniami Marta   Złożyłem list i włożyłem do kieszeni. Potem poszedłem do małego sklepu na rogu po cukier. Duże opakowanie. Wracając, zapukałem do drzwi pani Kowalskiej. Otworzyła zdziwiona. – Dzień dobry – powiedziałem. – Czy nie miałaby pani przypadkiem trochę cukru? Właśnie mi się skończył. Mrugnęła, lekko zdezorientowana. Potem zobaczyła coś w moim spojrzeniu i powoli się uśmiechnęła. – Co za zbieg okoliczności! – odparła. – Właśnie miałam pana o to samo poprosić. Ale proszę wejść, zrobię kawę. Wszedłem. I po raz pierwszy od pięciu lat naprawdę zrozumiałem, co Marta miała na myśli. Czasem ludziom nie brakuje cukru. Brakuje im tylko poczucia, że są komuś potrzebni. Źródło: Facebook && Galeria literacka z Homerem w tle Pomyłka Halina Kuropatnicka–Salamon Deszcz padał od kilku godzin. W powietrzu wisiał ciemny wieczór. Zygfryd bez entuzjazmu myślał o urodzinowym spotkaniu u Freda. Może po prostu był zmęczony? Nagle odezwał się telefon. W słuchawce miękki, świeży głos pytał o jakiś numer. Brzmiał fascynująco. Pewnie należał do tak samo uroczej dziewczyny. Gdy zrozumiawszy pomyłkę, chciała się wyłączyć, on zapragnął kontynuować niespodzianą rozmowę. Przedstawił się, zaczął żartować; starał się być interesujący. Pod koniec pogawędki znał jej imię – Monika. Poprosił o możliwość zatelefonowania do niej. Odmówiła. Obiecała zadzwonić za tydzień, znów w piątek. Nadeszły piątkowe spotkania przy telefonie. Początkowo czas między nimi mijał normalnie, lecz w jakimś momencie myśli o Monice wśliznęły się w codzienność Zygfryda. Przypominały mu się znienacka jej słowa i zdania. Zaczął przypisywać im szczególną wartość. Uświadomił sobie wreszcie, że chociaż dzwoniła około ósmej wieczorem, zostawał w domu już od popołudnia i wyraźnie czekał. Nosił w pamięci jej numer telefonu, odzywał się do niej w różnych dniach, o rozmaitych godzinach i nazywał to telefonicznym flirtem. Ciągle jeszcze nie zgadzała się na spotkanie. – Może odebrałoby coś nam obojgu? Czy musimy to przyśpieszać? Jej obawy śmieszyły go i niecierpliwiły. Stwarzał ją w wyobraźni, konkretyzował. Jednocześnie drażnił go własny uczniacki niepokój. Odkąd wiedział, przy której ulicy Monika mieszka, komunikował jej kiedy przyjdzie i w jakim będzie ubraniu. Chodził potem i spacerował w nadziei, że patrzy na niego przez okno. Któregoś dnia zatelefonowała sama: – Wyjeżdżam na dłużej do krewnych. Może chcesz przedtem zobaczyć się ze mną? Przyjdź jutro. Jutro jest piątek. Elegancki, z kwiatami w ręce, pełen najróżniejszych przypuszczeń zatrzymał się przed jej drzwiami. Teraz z kolei szarpnął nim lęk. Czy prezentuje się dość atrakcyjnie? Zadzwonił. Lekkie, drobne kroki zbliżyły się szybko. Szczęknął zamek. Stała przed nim uśmiechnięta, nieduża staruszka z głową w siwych falach włosów. Znajomy głos zapraszał: – Wejdź, synu, czekam z herbatą. Po długim milczeniu Zygfryd wybuchnął gardłowym, opętańczym śmiechem. Śmiał się z taką pasją, jakby wcześniej świadomie pracował na tę chwilę. Przestał nagle, wszedł do środka i pocałował kobietę w rękę. Przy stole pod oknem wychodzącym na obszerne podwórze, słuchał o powikłaniach ludzkich losów i telefonicznych niespodziankach. Od tego dnia już nie oglądał się z dawną skwapliwością za każdą kobietą, o świeżym, jasnym głosie. && Zaplątało się życie Halina Kuropatnicka–Salamon – Czesiuniu, kto tam jest? – Marysia, mamo. – Mówi się: ciocia Mania. – To Marysia Kwiecińska, nie ciocia. – Aha, ciocia chyba przyjdzie wieczorem. A daj mi mleka, syneczku. – Ciocia nie żyje od ośmiu lat! - rzuca Czesław, wstając z krzesła. Pobrzękuje naczyniami we wnękowej kuchence. Pewnie znów szuka czystej filiżanki. Wreszcie wchodzi do pokoju matki. – A gdzie mój niebieski kubeczek? – Stłukł się. – Kiedy?! Przecież wczoraj z niego piłam. – To nie było wczoraj. – Jakiż ty się zrobiłeś sprzeczliwy! Czesiek wraca i milczy długą chwilę, jak zawsze, kiedy coś mu przerywa rozmowę. – Nie byłoby zamieszania w moim sercu, gdybyś nie zachęcała mnie do esperanta, nie wciągała w grono swoich znajomych, nie pokazywała innego dobra... – mówi z łagodną pretensją. – Nie byłoby jej w moim życiu, gdybym nie przyjął wtedy zaproszenia Ranka. To Ranko zapragnął, żebym usłyszał, jak ona gra na flecie. Jej głos olśnił mnie wcześniej niż gra. Ona ma prześliczny, ciemny głos. – Wiem – odszeptuję. Słyszę w sobie miękki alt, formujący z namysłem polskie zdania. – Sam poprosiłem, aby oprowadziła mnie po Zagrzebiu. Przypuszczałem, że chodziło mi wyłącznie o słuchanie jej głosu. Nie przeczuwałem... Pamiętasz? Po odejściu Mirki nie byłem skłonny do romansów. Nie odpowiadam, bo i tak nie słuchałby. – Od rana chodziliśmy po mieście. Wciąż domagałem się opisów, żeby mówiła jak najwięcej. Aż nagle pojąłem, że tak samo potrzebny mi jej dotyk. Odtąd ciągle chciałem coś oglądać. Pierwszy raz jednak wziąłem ją za ręce po dwóch tygodniach. Nie! Po trzynastu dniach znajomości. Nie wziąłem, chwyciłem! Szarpnęła mną taka konieczność. – Czesiuniu, z kim ty rozmawiasz? – Z naszą Marysią. – No, to chodźcie tutaj. Nieładnie młodym stale samym siedzieć. – Mamuniu, my mamy po czterdzieści lat! – Co z tego? Nie bądź przemądrzały. Podchodzę do progu sypialenki. Pachnie nasercowymi kroplami i jakąś maścią. – Dzień dobry, pani Marto. Jak się pani dziś miewa? – Ach, dziecko, jak ja mogę czuć się po takiej nocy? Prawie nie spałam przez te bóle w nogach. A tobie nie zimno w bluzeczce? – Wiosna. Mamy ciepły dzień. – Tak? Zaraz wstanę, ugotuję wam kompotu, poopowiadamy sobie. Stoję bezradnie w zapadłej ciszy. W końcu wracam na swoje miejsce przed pustą szklanką. Czekam rozważnie na zwierzenia Cześka. Musi się równie wymilczeć, jak wypowiedzieć. Znam to od czasów Mirki, jego byłej narzeczonej. Lubiłam ją. Tę Snieżanę też lubię. Uwikłałam się przez lata w sprzyjanie i słuchanie, lecz od dawna niczego nie doradzam, nie komentuję. Wzdycha: – Oj, dobrze byłoby nam razem, jestem pewien. Tylko jak to należałoby ułożyć? Praca... Może coś bym tam znalazł? Ale zostawić mamę, starzejącą się i chorującą? Sprowadzić Snieżanę tutaj? – nerwowo zapala papierosa. – Wiesz, jak mama czuła się niezmiennie zagrożona moimi kontaktami z dziewczętami. Uśmiecham się. Przez wspomnienie przemyka mi dziecinnie rozszczebiotana Mirka, milknąca przy surowym chrząknięciu pani Marty. – Nie zniosłaby obok siebie drugiej gospodyni. A zamieszkać osobno? Co działoby się z mamą pod moją nieobecność? Wyjazd na krótko to co innego. Owszem. Z dwiema znajomymi krzątamy się wówczas na zmianę po tym mieszkanku z pelargoniami na parapetach. Opowiadamy o podróży Czesława, przypominamy treść jego listów, namawiamy staruszkę do jedzenia i zaprzestania płaczu. – Mało tych wyjazdów – mówi smutno. A jakże. Jeden doroczny urlop w Zagrzebiu. Naczerpanych przeżyć musi starczyć do najbliższych świąt, zanim Snieżana pojawi się w mieszkaniu Kamińskich, przyjaciół Czesława. Jest po dawnemu skupiona i nieśmiała. On zaś rozjaśnia się w tych dniach, rozpogadza. Kiedy Snieżana przychodzi do niego, pani Marta pyta w trakcie rozmowy: – Czemuż ona ma taki śmieszny akcent? – Snieżana jest Chorwatką. – Biedactwo. Nie lepiej byłoby jej u siebie? Wszędzie dobrze... – i wychodzi z wieloznacznym westchnieniem. Syn po chwili idzie zajrzeć do niej, a Snieżana dopiero wtedy odważa się wyjąć chusteczkę z torebki. Osusza łzy i zaczyna mówić o czymś zwykłym. Nie rozmawia z nami o swojej miłości. Przestało się wśród kolegów roztrząsać jej cierpliwe, wierne zakochanie. Przestało się ganić Czesława za brak pomysłu na życie. Został fakt. Rumor w przyległym pokoiku. Czesiek zmierza tam pośpiesznie. Natyka się na uchylone drzwi i syczy z bólu. Wchodzę i ja z pomocą. Na podłodze szuflada komódki i rozsypane szpargały. – Chciałam znaleźć twoje szkolne zdjęcie, synku. Gdy ponownie siadamy przy stole, Czesław bierze metalową tabliczkę brajlowską i przykłada do czoła. Jest teraz szczególnie rozstrojony. Snieżana odjechała zaledwie przed tygodniem, zaraz po Świętach Wielkanocnych. Zaczyna się dla niego czas listów, telefonów, oczekiwań, gromadzenia pieniędzy na podróż. – I tak, widzisz, zaplątało się życie – oznajmia niewesoło, odkładając tabliczkę na stos kartek. – Żałujesz? – Nigdy! Wolałbym tylko, żeby już nadszedł lipiec. && Nasze sprawy Czasem lepiej nie widzieć, a czasem – nie wiedzieć Agata Sierota Nie zabrzmi to na początek optymistycznie, ale w dzisiejszych czasach, często wrogości, zazdrości, zawiści, lepiej czasem nie widzieć tego, jak na nas patrzą inni. Jako osoba słabowidząca, z resztkami wrodzonego optymizmu, szukam plusów tego, że w większości przypadków szczegółów nie dostrzegam. Mogę podać wiele przykładów sytuacji, gdy byłam zadowolona, że tak słabo widzę.   Mowa ciała Kiedy jeszcze mój wzrok był lepszy, przywiązywałam ogromną wagę do mimiki twarzy, gestów, postawy. Wraz z osłabieniem widzenia mój słuch bardziej wyczulił się na ton głosu. Wyraźniej słyszałam ukrywane rozdrażnienie, tłumiony strach, ale i skrywaną radość. Zwracanie uwagi na sygnały niewerbalne to pewnie kwestia kierunku mojego wykształcenia (psychologia), a może wrodzonej nadwrażliwości, która bywa męczącą cechą. Czasem wydaje mi się, że to ona nastawia moje zmysły jak radary, by wyczuwać, wykrywać najmniejsze sygnały zagrożenia, odrzucenia… Teoretycznie, taka umiejętność czytania mowy ciała, szczególnie w moim zawodzie, powinna być pomocna. Owszem, na płaszczyźnie zawodowej tak, ale nadmierne przywiązywanie wagi do najdrobniejszego grymasu twarzy, ruchu dłoni, zmiany postawy, w prywatnych relacjach było męczące. Kiedy w późniejszym okresie, nawet przy małym dystansie, przestałam widzieć te niewerbalne niuanse, może trudno uwierzyć, ale odetchnęłam.   Trudne rozmowy Szczególnie łatwiej jest mi przy trudnych rozmowach, których w życiu przecież nie brakuje. Powiem to, co chcę powiedzieć i nie analizuję niewerbalnej reakcji drugiej strony, choć akurat w takiej sytuacji czasem może byłoby wskazane. Niektórym widzącym osobom ciężko jest w kłopotliwych sytuacjach patrzeć komuś w twarz, gdy mówią coś ważnego czy kłopotliwego. Ja mogę patrzeć – i tak nic nie zobaczę. Taki to trochę czarny humor, ale rozwijam go u siebie od najmłodszych lat, bo wychowywałam się z ciotecznym bratem, który taki humor uwielbiał.   I znowu o babci Julii Przypomniało mi się, pisząc te słowa, jak wykorzystywaliśmy niedowidzenie naszej babci Julii, która się nami opiekowała. Jak to dzieci, bawiliśmy się w różne zabawy, także w wojnę. Babcia nam tego zawsze zabraniała, grożąc odebraniem rozmaitych przywilejów, lecz nie tłumacząc właściwie, dlaczego w taki sposób mamy się nie bawić. Któregoś razu, gdy związaliśmy lalki jako jeńców wojennych, niespodziewanie pojawiła się w pokoju. Po ciszy jaka zapadła, od razu zorientowała się, że robimy coś zabronionego. Podejrzliwie spojrzała: „W co się bawicie? Co te lalki robią?” – zapytała, podchodząc bliżej. Złapaliśmy powiązane ze sobą lalki i połączyliśmy je szybko w pary, tłumacząc: „tańczą, babciu, tańczą”. Chyba nam nie uwierzyła, ale machnęła ręką w geście rezygnacji i wyszła. Wcześniej zorganizowaliśmy lalkom tortury w więzieniu, ale przyłapani, nie mieliśmy wytłumaczenia. Nie myśleliśmy, że robimy coś złego. Mówi się, że teraz dzieci mają w sobie dużo agresji. Dawniej, jak widać, chyba też.   Praktyki w rzeźni Kolejną sytuacją, gdzie mój słaby wzrok okazał się wręcz zbawienny, były praktyki studenckie… w rzeźni. Nie wiem, co do psychologii ma praca w takim miejscu, ale raczej chodziło tu o doświadczenie. Były też do wyboru inne miejsca praktyk, np. przy terenach zielonych. Tu się nie zgłosiłam, no bo co ma psycholog do koszenia trawników. Kiedy pani zapisująca chętnych powiedziała: „No i ostatnia placówka – zakłady mięsne”, jeszcze z nadzieją słuchałam, że może jakieś praktyki w tamtejszym biurze? Na dział szynek się nie zgłosiłam, podobnie jak kiełbas, no i został dział ostatni – ubój trzody. Praktyki trwały miesiąc. Straszny smród, kwik świń rażonych prądem i ich martwe ciała przesuwające się wyciągiem, które miałam opalać specjalnym urządzeniem. Dobrze, że ze względu na mój deficyt wzroku wszystko było na tyle rozmyte, by nie widzieć drastycznych szczegółów, ale na tyle wyraźne, że mogłam wykonywać tę pracę. Praktyki trwały miesiąc, a mi siłę dawała świadomość, że po tym miesiącu mój ówczesny ukochany wróci ze swoich zagranicznych praktyk i wreszcie się spotkamy.   Czasem niewiedza jest lepsza Opalając dzień w dzień świńskie ogony, stojąc na wysokim podeście, z którego obawiałam się spaść, bo było tam dosyć ślisko, przytaczałam w myślach treść listu od niego. To były czasy, gdy telefony stacjonarne nie były jeszcze powszechne, a listy stanowiły podstawowy środek komunikacji, gdy ktoś wyjeżdżał. Dobrze, że wtedy nie wiedziałam, że nie ja jedna byłam adresatką listów od mojego ukochanego. Wtedy praktyki w rzeźni przebiegałyby z pewnością jeszcze bardziej przerażająco. Czy czasem warto nie wiedzieć? Myślę, że czasem tak. Choć nie żałuję tamtej szkolnej znajomości, myślę czasami, że gdyby wtedy, po przyjeździe Andrzej nie powiedział mi, że będąc na praktykach, korespondował też z innymi dziewczynami, co uznałam za zdradę, wszystko pewnie potoczyłoby się inaczej. Nie wyjechałabym nad morze leczyć złamane serce, gdzie szybko poznałam kogoś innego. Często przychodzą refleksje, że niekiedy jeden zauważony szczegół, jedno nieopatrznie wypowiedziane zdanie zmienia cały bieg wydarzeń. Czasem na lepsze.   Nie widzieć komisji Obrona doktoratu to był dla mnie ogromny stres. Pracę pisałam na temat tego, jak ludzie utrudniają sobie życie. No cóż, temat był mi bliski. Zgodnie z opisywaną strategią samoutrudniania Berglasa i Jonesa, zdarzało mi się przed ważnymi zadaniami nie wkładać wystarczającej ilości wysiłku, by odnieść sukces lub zostawiałam je na tzw. ostatnią chwilę. Tak było też z pisaniem rozprawy doktorskiej. Miałam wyznaczony termin kilku lat na jej napisanie, a większość zrobiłam w ostatnie przed wyznaczoną datą wakacje, siedząc w instytucie przed komputerem od rana do wieczora. Wtedy, w domu jeszcze nie miałam takiego sprzętu. Także z powodu tego pośpiesznego pisania, stres przed obroną był ogromny. Stanęłam przed pięcioosobową komisją, ale ich twarze to były dla mnie rozmazane plamy. Mogłam więc wierzyć, że podczas mojego wystąpienia uśmiechają się z aprobatą. Może i tak faktycznie było, bo obrona przeszła pomyślnie.   Nowe znajomości Moje problemy ze wzrokiem były przyczyną początku kilku ciekawych znajomości. Raz, na przykład zdarzyło mi się zgubić we Wrocławiu, dokąd pojechałam na konsultacje związane z pracą doktorską. Mało że w nowym miejscu ze słabym wzrokiem nie jest łatwo, to jako typowa kobieta mam też bardzo słabą orientację w przestrzeni. Szukałam małego hotelu, w którym miałam się zatrzymać, co wydawało się dość łatwe, ale nie dla mnie… Wreszcie stanęłam bezradna na środku ulicy, bo już siły mnie opuściły, a jak na złość pusto było na ulicach. Wtedy podszedł do mnie młody mężczyzna, pytając: „Czy mogę jakoś pomóc?”. Tak poznałam Wojtka, który znalazł mój hotel i wypił ze mną kawę. Okazał się tak sympatycznym człowiekiem, że wymieniliśmy się numerami telefonu i potem dość często ze sobą rozmawialiśmy. Skarżył się na samotność, a ja zabawiłam się w swatkę, bo miałam także samotną przyjaciółkę i wpadłam na pomysł, by zaprosić go do Lublina. Efekt jest taki, że od 11. lat są małżeństwem i dochowali się dwójki dzieci. I tak, moje niedowidzenie i brak orientacji skojarzyły parę.   Zakończenie Często piszę o tym w swoich tekstach, ale myślę, że tego akurat nigdy za wiele: w tej samej sytuacji często można zobaczyć tyle samo minusów, co plusów. Wszystko zależy od tego, czy „nasza szklanka jest do połowy pusta, czy do połowy pełna”. A jakie są Wasze szklanki? Dobrego dnia, Kochani! && Niepełnosprawni radiowcy Krystian Cholewa 13 lutego obchodzimy Światowy Dzień Radia. Ta forma przekazu od zawsze była i jest bardzo popularna w naszym kraju. Radio towarzyszy nam niemal każdego dnia – pomaga wstać z łóżka, gdy w eterze rozbrzmiewa ulubiony utwór, łagodzi stres w porannych korkach, a w pracy umila czas i dodaje energii. Latem, na działce czy w ogrodzie, pozwala zapomnieć o codziennych problemach. Na rynku działa dziś wiele rozgłośni, ale szczególnie warto wspomnieć o wyjątkowym radiu – Radio Bezpieczna Podróż. To pierwsze w Polsce i w Europie radio tworzone przez osoby z różnymi rodzajami niepełnosprawności. Można go słuchać na stronie www.bezpiecznapodroz.org oraz w systemie DAB+ (także online: bezpiecznapodroz.org/sluchaj– -nas–online). Radio Bezpieczna Podróż działa od 2019 roku z inicjatywy Fundacji Emanio Arcus z Legionowa. Obecnie zatrudnia 14 osób, z których większość posiada orzeczenie o znacznym stopniu niepełnosprawności. Dla tych pracowników radio to nie tylko miejsce pracy, ale także źródło satysfakcji, poczucia niezależności finansowej i spełnienia zawodowego. Zatrudnione w radiu osoby pełnią różne funkcje – są prezenterami, tworzą grafiki, piszą teksty, przygotowują podcasty, przeprowadzają wywiady, a także prowadzą audycje na żywo. Nawet niepełnosprawność mowy nie stanowi tu bariery – przeciwnie, staje się symbolem odwagi, siły i pokonywania własnych ograniczeń. Radio Bezpieczna Podróż porusza nie tylko tematykę związaną z niepełnosprawnością. Audycje dotyczą również kultury, spraw społecznych, gospodarki i wielu innych tematów, które interesują nas Polaków. Wszystkim radiowcom i pracownikom Radia Bezpieczna Podróż życzę wytrwałości w pokonywaniu przeciwności losu, czystego sygnału w eterze, nieustannej ciekawości świata oraz satysfakcji w życiu zawodowym i prywatnym.   Moja przygoda z Radiem Opole Moja osobista przygoda z radiem rozpoczęła się w 2006 roku, podczas terapii mowy i jąkania. Wtedy po raz pierwszy odwiedziłem regionalną rozgłośnię Radia Opole, by opowiedzieć o swojej terapii i zasadach, które pomagają mi w codziennym mówieniu. Zaleceniem terapeuty było, abym przeprowadzał wywiady i je nagrywał. Było to dla mnie ogromne przeżycie i pierwsze zetknięcie z prawdziwą pracą radiową. Mówiłem wtedy bardzo wolno, takie bowiem było zalecenie pani logopedy. Nigdy wcześniej nie byłem w radiu na antenie, dlatego na początku miałem lekką tremę. Kolejny raz gościłem w Radiu Opole w październiku 2009 roku w audycji „Zwyczajni – niezwyczajni”. Opowiadałem wówczas o życiu osoby z niepełnosprawnością – od dzieciństwa aż po studia wyższe. Byłem wtedy na piątym roku ekonomii i mówiłem o swoich planach oraz marzeniach na przyszłość. To było dla mnie wyjątkowe doświadczenie, ponieważ po raz pierwszy publicznie mówiłem o swojej niepełnosprawności. Pomimo wady wymowy, nie stresowałem się – audycja nie była na żywo, a atmosfera w studiu była niezwykle przyjazna. Do dziś mam zachowaną płytę z tego nagrania. W sierpniu 2015 roku po raz trzeci zostałem zaproszony do plenerowego studia Radia Opole. Tym razem opowiadałem o aktywności zawodowej osób z niepełnosprawnościami – o swoich stażach, trzyletniej pracy na etacie, napotykanych trudnościach i sposobach ich pokonywania. Każdy mój udział w audycjach radiowych traktuję jako cenne doświadczenie życiowe i możliwość dawania świadectwa o życiu z niepełnosprawnością. Brałem też udział w konkursie organizowanym przez Radio Opole pod tytułem „Most polsko–czeskie pogranicze”, w którym udało mi się wygrać kilka praktycznych nagród – między innymi termos i kubek turystyczny, które służą mi do dziś. Dzięki lokalnej rozgłośni dowiedziałem się o wielu ciekawych inicjatywach, konferencjach i wydarzeniach, m.in. o konferencji „Sprawni w pracy” skierowanej do osób z niepełnosprawnościami, podczas której można było zdobyć wiedzę o tym, jak odnaleźć się na rynku pracy. To wszystko miało miejsce jeszcze w czasach, gdy nie korzystałem na co dzień z Internetu – radio było więc dla mnie prawdziwym oknem na świat. Radio to nie tylko dźwięk i muzyka – to emocje, ludzie, historie i siła, która łączy. Dla mnie to coś więcej niż medium – to część życia, która inspiruje, uczy i motywuje do działania. Radio towarzyszy mi każdego dnia – słucham go, gdy jadę na rowerze, idę na spacer, prowadzę samochód, wykonuję prace remontowe albo spędzam czas w ogrodzie. To dla mnie nie tylko źródło muzyki i informacji, ale też towarzysz codzienności. && Domy opieki - czy dla każdego? Jolanta Kutyło Na znanym portalu medycznym znalazłam artykuł na temat zmieniającego się podejścia do domów opieki. Przedstawiono placówki opiekuńcze jako istny raj na ziemi, gdzie każdy senior powinien koniecznie trafić, by mieć spokojną starość. Rodziny wielopokoleniowe prawie zanikły, młodzi ludzie emigrują za granicę do pracy i nie mogą lub nie chcą wspierać krewnych. Pokazano seniora, który w domu osamotniony nie ma apetytu. Z chwilą przekroczenia domu opieki dzieje się z nim nagły cud! Ożywia się, zaczyna jeść i jest szczęśliwy! Pokazano też starszego pana, który ze swoją partnerką szuka odpowiedniej placówki. Opisano życie towarzyskie, seniorów grających w brydża, ich romanse i przyjaźnie. Wszystko jest zgodne z prawdą. Opieka środowiskowa rzeczywiście kuleje, podmioty wykonawcze „cienko przędą”, bowiem brakuje chętnych do pracy w środowisku. Powodem są niskie płace opiekunek, te, które jeszcze pracują na tzw. śmieciówkach, nie przykładają się należycie do swoich obowiązków. Nikogo w MOPS–ach nie obchodzi los osób niepełnosprawnych korzystających z opieki w domu, liczy się wysokość dochodu. Niektóre domy opieki organizują mieszkańcom zajęcia, zabawy, pikniki, wycieczki, przychodzą rehabilitanci oraz terapeuci, można skorzystać z usług fryzjera, porad psychologów, konsultacji lekarza internisty oraz psychiatry, w miejscowym kiosku kupić podstawowe środki toaletowe, słodycze, owoce. Do lekarzy specjalistów chorzy są wożeni. Pacjenci wstępują w związki małżeńskie. Nikt jednak nie wspomniał o drugiej stronie przebywania w instytucji, by nie odstraszyć czytelników. Dom domowi nierówny, więc nie wszyscy mieszkańcy mogą się cieszyć wolnością. Nie każdy ma możliwość zamieszkania w luksusowym domu z własnym pokoikiem i pełnym węzłem sanitarnym, balkonem, jak jest np. w Chorzowie. Większość domów opieki to jeszcze stare budynki wymagające dostosowania do unijnych wymogów. Oprócz trudnych warunków mieszkańcy zderzają się z ciasnotą w pokojach, wspólnymi łazienkami, ponadto przebywanie ze sobą przez cały rok budzi konflikty na tle religijnym, społecznym i oczywiście płacowym, bowiem w tych samych warunkach przebywają mieszkańcy wnoszący pełen wkład za pobyt oraz pacjenci o najniższych dochodach, w tym zwolnieni z zakładów karnych przestępcy, którym należy zapewnić dobrą starość, zmorą są burdy pijackie. W artykule przedstawiono zły stan seniorów, z którymi nikt nie rozmawia o sytuacji w czasie choroby. Do domów opieki trafiają dopiero po wypadkach lub w wyniku ciężkich chorób. Teoretycznie nie wolno zmuszać osób starszych, chorych i niepełnosprawnych do zamieszkania w domu opieki, ale rodziny i pracownicy socjalni z rejonów zachęcają starszych ludzi do opuszczenia własnych mieszkań, obiecując cuda. Do mieszkania zawsze można wrócić. Samotność jest straszna we własnym domu, na co zwrócono uwagę, ponieważ polscy seniorzy są mało aktywni, w przeciwieństwie do Włochów czy Hiszpanów. Nie wspomniano o bardzo dotkliwej samotności w tłumie. Senior przyzwyczajony do swojej opiekunki nagle zostaje sam wśród zmieniającego się personelu, który nie poświęca mu czasu, bo oprócz niego są inni pacjenci. Należy przestrzegać regulaminu, co nie jest łatwe, dostosować się do norm dietetycznych, do przebywania wśród obcych, np. we wspólnej jadalni. Teraz inni decydują, kiedy trzeba wstać, jadać posiłki; prywatne życie jest ograniczone. Nie ma poczucia pełnego bezpieczeństwa, bo pokój jest obcy. Personel i mieszkańcy być może są mili, ale to nie rodzina. Izolacja od dawnego świata niszczy zdrowie fizyczne oraz psychiczne. Są to instytucje, gdzie brak indywidualnej opieki, miłości i troski, bo domy opieki to system kontrolujący pacjentów. Płaci się za pobyt wysoką cenę. Niektórzy dużo wcześniej zaklepują sobie miejsce w domach opieki i są szczęśliwi, bo zostali zwolnieni z dawnych obowiązków i cały czas mają dla siebie. Indywidualista w placówce opiekuńczej nie odnajdzie się nigdy. Problem stanowi alimentowanie rodziców szczególnie wtedy, gdy ojciec na starość musi być opłacany przez dzieci, którymi się nigdy nie interesował. Idealnym rozwiązaniem byłaby całodobowa opieka w domu, ale nasz kraj nie jest do takiej formy przygotowany. Składa się na to kilka czynników: niskie dochody seniorów, ciasnota mieszkań, gdzie brak miejsca na służbowy pokoik dla opiekunki. Na taki luksus może sobie pozwolić mniejszość osób starszych. Pan nauczyciel z Owińsk, którego pamiętam jeszcze z dzieciństwa, do końca życia cieszył się dobrym zdrowiem dzięki indywidualnej opiece w domu. Domy opieki muszą istnieć, ale czy dla każdego? Nareszcie w domu! Dzięki finansowemu wsparciu, jakie zapewnia rząd osobom z niepełnosprawnościami, można pozostać u siebie i zatrudnić kogoś do opieki – krewnych, sąsiada czy pielęgniarkę. Wybór jest trudny, bo może okazać się, że opiekun mimo szczerych chęci nie radzi sobie z problemami, na jakie może natrafić i odejdzie. Opieka nad osobą chorą w domu to odpowiedzialna i bardzo obciążająca sfera życia i trzeba się do niej solidnie przygotować. && Jak przetrwać zimę bez spadku nastroju? Radosław Nowicki Zima od dawna kojarzy się z okresem spowolnienia, gorszego nastroju i naturalnego wycofania się do bezpiecznych przestrzeni domowych. Kiedy dzień staje się krótki, a świat za oknem wydaje się być zanurzony w szarości i chłodzie, nasze ciało i umysł reagują na to obniżeniem energii. To zjawisko dotyka większości z nas, ale dla osób niewidomych i słabowidzących ta pora roku niesie ze sobą dodatkowe wyzwania. Niedokładnie odśnieżone chodniki, śliskie przejścia dla pieszych oraz ogólne trudności w poruszaniu się sprawiają, że zimą wiele z nich ogranicza wyjścia z domu i zawiesza część aktywności. W efekcie pojawia się uczucie stagnacji, zmęczenia, a czasem także zniechęcenia. Jednak to wcale nie musi być czas stracony. Można wtedy nauczyć się nie tylko radzić sobie z zimowym spadkiem motywacji, ale też wykorzystać ten czas do wzmacniania siebie, budowania nowych rytuałów i odkrywania takich form aktywności, na które latem zwykle brakuje nam czasu. Zrozumienie źródeł zimowych trudności to pierwszy krok do ich przezwyciężenia. Ludzki organizm najlepiej funkcjonuje wtedy, gdy otrzymuje dawkę regularnego światła, ruchu i bodźców. Zimą zarówno światła, jak i ruchu bywa mniej. Dla osób niewidomych, które nie postrzegają światła w sposób wizualny, jego obecność nadal wpływa na ciało, nawet jeśli oczy nie przekazują mózgowi informacji o jasności dnia. Organizm bowiem reaguje na rytm dobowy, który w dużej mierze wyznaczają temperatury, pory posiłków oraz aktywność ruchowa. Dlatego zimowe przesunięcie rytmu dnia, a także gorsze samopoczucie są czymś zupełnie naturalnym. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy ten stan zaczyna dominować nad codziennością i odbiera chęć do działania. Jednym z najważniejszych elementów budowania zimowej motywacji jest rytm dnia. Rutyna, choć brzmi niepozornie, ma ogromną moc stabilizującą. To ona nadaje strukturę dniu, który zimą łatwo może się rozsypać, szczególnie gdy nie ma zbyt wielu zewnętrznych bodźców zachęcających do aktywności. Regularne pory wstawania i kładzenia się spać wprowadzają porządek do funkcjonowania organizmu i pomagają utrzymać równowagę emocjonalną, nawet jeśli dzień zaczyna się chłodem i brakiem słońca. Rytuał porannego rozruchu – kilka minut gimnastyki, filiżanka ulubionej herbaty czy włączenie audiobooka – mogą pełnić rolę symbolicznego otwarcia dnia. Właśnie poranny rytuał wielu osobom pozwala przełamać zimową ospałość. Podobnie działa wieczorne wyciszenie, które warto wprowadzać stopniowo, ograniczając silne bodźce dźwiękowe czy angażujące emocjonalnie treści. Dla części osób ważna okazuje się również regularność posiłków oraz stały plan dnia. To drobiazgi, ale mogą one mieć ogromny wpływ na zachowanie równowagi. Wszak ludzkie ciało jest jak instrument. Jeśli gra w stałym tempie i rytmie, trudniej je rozstroić. Drugim fundamentem utrzymywania motywacji jest ruch. Aktywność fizyczna ma szczególne znaczenie zimą, kiedy organizm naturalnie zwalnia. Nie trzeba od razu podejmować intensywnych treningów. Wystarczy drobna codzienna aktywność, aby poczuć różnicę. Kilka minut rozciągania, proste ćwiczenia wzmacniające, joga czy pilates z głosowymi nagraniami są dostępne dla każdego. Nawet krótki spacer znaną i bezpieczną trasą potrafi dodać energii, dotlenić organizm i poprawić nastrój. Ruch jest jednym z najskuteczniejszych i naturalnych sposobów walki z przygnębieniem. Po kilkunastu minutach wysiłku organizm zaczyna wydzielać endorfiny, które poprawiają samopoczucie i przywracają chęć do działania. Ważnym sprzymierzeńcem w walce z zimowym marazmem jest także światło, choć może nieco inaczej rozumiane niż w przypadku osób widzących. Nawet jeśli ktoś nie odbiera go wzrokowo, jego obecność wpływa na rytm dnia i ogólne funkcjonowanie. Dlatego warto dbać o jasność pomieszczeń, w których spędza się czas oraz korzystać ze światła dziennego, nawet jeśli oznacza to jedynie zbliżenie się do jego źródła. Zimą pomocne może być także utrzymywanie ciepłej i przytulnej atmosfery w mieszkaniu. Zapalone pachnące świece, aromatyczne herbaty, dźwięk ulubionej muzyki – nasze zmysły potrzebują bodźców, które zastąpią te, których brakuje za oknem. Utrzymanie motywacji zimą ułatwia także wyznaczanie celów. Nie muszą to być wielkie plany ani spektakularne postanowienia. Kluczowe jest to, by były realne do wykonania właśnie w zimowych warunkach. Może to być nauka języka obcego, obsługi nowej aplikacji, porządkowanie domowej przestrzeni czy rozwijanie pasji, na które latem często brakuje czasu. Część osób decyduje się również na rozwój osobisty – udział w kursach dostępnościowych, warsztatach online czy szkoleniach aranżowanych przez organizacje wspierające osoby niewidome. Każdy zrealizowany zimowy, nawet najdrobniejszy, cel działa jak mały sukces i zwiększa motywację do podejmowania kolejnych działań. Ważne jest jednak to, by nie porównywać się z innymi i nie zakładać, że zimą trzeba robić tyle samo, co wiosną czy latem. Technologia to kolejny obszar, w którym można znaleźć ogromne wsparcie. Współczesne urządzenia i aplikacje potrafią w znacznym stopniu ułatwić funkcjonowanie, a jednocześnie stać się źródłem inspiracji i nowej energii. Dla wielu osób niewidomych odkrycie nowych narzędzi to prawdziwy przełom, bo nagle okazuje się, że samodzielne wykonanie drobnych zakupów, przeczytanie dokumentu czy nawigacja w nowej przestrzeni są o wiele łatwiejsze, a nade wszystko – dostępne. Zima jest idealnym momentem, by poznać nowe możliwości, np. czytników tekstów, aplikacji ułatwiających poruszanie się czy urządzeń brajlowskich. Nauka obsługi nowych technologii wzmacnia poczucie sprawczości i podnosi własną samoocenę, co przekłada się na większą motywację do działania w innych sferach życia. Zima nie musi również oznaczać izolacji. Relacje społeczne są jednym z najważniejszych czynników chroniących przed spadkiem nastroju. W okresie zimowym dobrze jest podtrzymywać kontakty z bliskimi, uczestniczyć w spotkaniach stacjonarnych lub online, angażować się w działalność klubów, warsztatów czy różnych grup. Jedna rozmowa potrafi odmienić cały dzień, a wspólne wyjście na spacer, zajęcia sportowe, do kina czy teatru może zachęcić do aktywności, na którą trudno byłoby się zdecydować w pojedynkę. Wiele osób zimą doświadcza większego poczucia samotności, dlatego warto świadomie przeciwdziałać temu zjawisku. Wsparcie społeczne nie tylko podnosi na duchu, lecz także buduje motywację poprzez wzajemną wymianę doświadczeń. Jednak żadne wysiłki nie przyniosą rezultatu, jeśli zaniedbamy zdrowie psychiczne. Zimowe obciążenia potrafią nasilać zmęczenie i niepokój. Warto uważnie obserwować swój nastrój i reagować, kiedy zauważy się pierwsze sygnały przeciążenia. Dobrze jest dać sobie prawo do odpoczynku, do leniwych dni, do momentów zatrzymania. Zamiast walczyć z zimą, można spróbować ją oswoić. Stworzyć atmosferę sprzyjającą regeneracji i wewnętrznemu wyciszeniu oraz uspokojeniu. Pomocne w tym mogą być proste techniki oddechowe, krótkie medytacje czy choćby słuchanie audiobooków, które przenoszą nas w inny świat. Jeśli jednak pojawiają się długotrwałe trudności, warto poprosić o wsparcie np. psychologa. To nie świadczy o słabości, ale o trosce o siebie i własne zdrowie. Zima nie musi być porą stagnacji i utraty energii. Wręcz przeciwnie – może stać się czasem budowania wewnętrznej siły, planowania przyszłych działań, rozwijania nowych umiejętności i pielęgnowania relacji międzyludzkich. Klucz do jej zrozumienia tkwi w akceptacji naturalnego rytmu tej pory roku i w świadomym podejmowaniu małych kroków, które stopniowo będą prowadziły do poprawy samopoczucia. Warto pamiętać, że motywacja nie jest stałym, lecz bardzo zmiennym stanem. Bywa słabsza lub silniejsza. Istotne jest to, by w zimowym okresie nie zniechęcać się chwilowym spadkiem energii i chęci do działania, ale szukać strategii, które ułatwią przejście przez ten czas w łagodny sposób. Zima jest wymagająca, ale może być także inspirująca, bo potrafi nauczyć cierpliwości, uważności, a także troski o siebie. A kiedy minie, zostawi nas silniejszych, bardziej zorganizowanych i gotowych na wyzwania, które przyniosą kolejne miesiące. && Listy od Czytelników Sylwester w Bukowinie Tatrzańskiej Jeden telefon od Marcina wystarczył, żebym zdecydowała, że tak, jadę na sylwestra do Bukowiny Tatrzańskiej. Sam sylwester trwa jeden dzień, jedną noc, natomiast my bawiliśmy się świetnie przez cały tydzień. Zebraliśmy się ekipą znajomych, których miałam przyjemność poznać na wspólnych wyprawach górskich. 28 grudnia, niedziela, pierwszy dzień naszej przygody, ruszamy w trasę do wynajętych wcześniej pokoi. Każdy z innej części Polski. Są tu ludzie ze Śląska, z Warszawy, Krakowa i okolic. Po przybyciu na miejsce, rozpakowaniu się, zjedzeniu pysznego obiadu wybraliśmy się na wieczorny spacer po okolicy. Było mroźne, górskie powietrze, a my roześmiani, zadowoleni wędrowaliśmy po Bukowinie. Śniegu było sporo, a i w kolejnych dniach dość dużo go nasypało. W poniedziałek wybraliśmy się mocno zakorkowanymi drogami do Zakopanego. Wstąpiliśmy na chwilę modlitwy w ciszy do kościoła NMP Nieustającej Pomocy (na górce) i nawiedziliśmy pobliski cmentarz. Poszwędaliśmy się po najpopularniejszym mieście góralskim w Polsce, poszliśmy pod stok, posiedzieliśmy w knajpce. Nawiasem mówiąc, knajpki były naszym stałym elementem dnia. Natomiast wieczorami, co też było niezmiennym punktem programu, integrowaliśmy się w pokojach; było nas dziewięcioro, więc mnóstwo rozmaitych tematów do obgadania. We wtorek wybraliśmy się na bardzo długi spacer po mocno zasypanej świeżym śniegiem Bukowinie. Zaszliśmy do miejscowego kościoła pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa. A wieczorkiem czekało nas kuligowe szaleństwo. Po jeździe pełnej wrażeń, gdzie niejedno z nas myślało, że wypadnie z sań, dotarliśmy na miejsce, gdzie czekało na nas ognisko i gorące kiełbaski; można było uraczyć się grzanym winem lub herbatą, bawiliśmy się przednio. Imprezę sylwestrową zorganizowaliśmy sobie w sali w naszej bazie noclegowej. Wytańczyliśmy się, wyszaleliśmy i z wyśmienitymi humorami wkroczyliśmy w Nowy Rok. A pierwszy dzień 2026 roku to przede wszystkim pójście na mszę do odwiedzonego kilka dni wcześniej kościoła miejscowego. Przyznać muszę, że dla mnie dotarcie tam i z powrotem było tym razem nie lada wyzwaniem; nogi bolały, odmawiały posłuszeństwa, trzeba było kilkukrotnie odpoczywać po drodze. Nawet nie wiem, czy to efekt nocnej imprezy, czy zaśnieżonych chodników. Potem już tylko regeneracja i integracja. W drugi dzień nowego roku obowiązkowo spacer w urocze miejsce pełne drzew i ładnych widoków. Natomiast wieczorem miałam okazję poszaleć niczym dziecko jak za dawnych lat, ponieważ zdecydowaliśmy się na ślizganie na jabłuszkach. Co to była za jazda! Z kolei sobota poświęcona była na kilkugodzinny relaks w termach, dość popularnym miejscu, z którego słynie Bukowina Tatrzańska. Nadszedł ostatni dzień, dzień wyjazdu. Tydzień minął mi szybko i przyjemnie. Na długo pozostaną mi wspomnienia z niesamowicie spędzonego czasu. Ale przede wszystkim jestem pod urokiem wspaniałych ludzi, których miałam okazję poznać jeszcze lepiej, którzy stali mi się bliżsi. Jadwiga Bobeł && Ogłoszenia Wspólnie zadbajmy o przyszłość „Sześciopunktu” Szanowni Państwo, „Sześciopunkt” powstaje dzięki pracy wielu osób i środków finansowych, a mimo to pozostaje dla Czytelników bezpłatny. Część kosztów pokrywa dofinansowanie z PFRON, jednak aby miesięcznik mógł nadal ukazywać się regularnie, potrzebujemy Państwa wsparcia. Zachęcamy do przekazywania darowizn na cele statutowe Fundacji, Numer konta: 33-1750-0012-0000-0000-3438-5815 Tytuł przelewu: Darowizna na cele statutowe Jednocześnie serdecznie zachęcamy Państwa do przekazania 1,5% podatku dochodowego na rzecz Fundacji, wpisując KRS 0000515560. To prosty gest, który nic nie kosztuje, a może realnie przyczynić się do dalszego rozwoju „Sześciopunktu” i umożliwić nam docieranie do kolejnych czytelników. Dzięki Państwa wsparciu z 1,5% PIT możemy z większą pewnością planować przyszłe wydania i konsekwentnie realizować nasze cele. Dziękujemy za Państwa życzliwość i wsparcie. Redakcja i Zarząd Fundacji